harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2007

Krokodyle.

2 komentarzy

Temat gruboskórny.

Na początek trochę teorii. Australię zamieszkują dwa gatunki krokodyli. Endemiczny Krokodyl Australijski zwany tu słodkowodnym lub rzecznym zamieszkuje słodkowodne jeziora, baseny powstałe po ustępującej powodzi oraz bagna. Także niezasolone górne odcinki rzek i zatoczki. Chociaż toleruje słoną wodę to zdecydowanie jej unika. Gatunek ten ze jest niegroźny dla człowieka. Niesprowokowany nie atakuje ludzi. Kształt jego pyska pozwala mu atakować jedynie zdobycz dużo mniejszą od siebie. Nie zanotowano dotychczas żadnych poważnych w skutkach incydentów z udziałem krokodyla australijskiego. Gatunek ten dorasta do 2,5 – 3 metrów, ale przemysłowo jest bezużyteczny. Jego słonowodny kolega, Krokodyl Różańcowy, najczęściej przebywa niedaleko ujść rzek do morza. Wypływa na pełne morze, bo jako jedyny spośród krokodyli potrafi żyć w słonej wodzie. Jest znakomitym pływakiem widywanym na pełnym morzu setki kilometrów od brzegu. Dorasta do kilku metrów długości a jego waga może sięgnąć nawet 1000 kg !!!! To on jest właśnie bohaterem wszystkich negatywnych opowieści o krokodylach, jakie docierają z Australii w swiat.

Pewnej nocy cztery lata temu spędziłem kilka godzin na rozmowie z kumplem przez gagu-gadu uświadamiając go, że w tym, że krokodyle wałęsają się po ulach Cairns jest tyle samo prawdy, co w tym, że białe niedźwiedzie chodzą ulicami Moskwy. Jakze mi było głupio, kiedy nazajutrz rano lokalny brukowiec „The Cairns Post” na pierwszej stronie zamieścił zdjęcie krokodyla, którego przygodny taksówkarz ściągnął w nocy z ulicy. Nie zdarzało się to wtedy często, bo patrząc jakie błahostki sa rozdmuchiwane przez tutejszą bulwarówkę trudno uwierzyć, by przepuścili krokodylom. Od tamtej nocy minęło już sporo czasu i sytuacja się zasadniczo zmieniła. Obecnie nie ma tygodnia, by Cairns Post nie donosił o spotkaniu człowiek-krokodyl gdzieś w mieście. Mniej więcej miesiąc temu ze smródki płynącej około 500 m od naszego domu wypełzł kobiecie na podwórko 2,5m osobnik i się zaczęło. W gazecie niczym w krynice kryminalnej notowane są kolejne przypadki zetknięcia się z gadem. W zeszłym tygodniu było ich 3. W tym jeden uchwycony aparatem reportera Cairns Post.

story4.gif

Fotkę ta zrobiono na bardzo popularnej plaży Palm Cove. Jak nakazują przepisy plażę zamknięto na 4 godziny. W piątek zamknięto dwie kolejne plaże z tego samego powodu. Prawdziwa burza rozpętała się w poniedziałek, kiedy dwoje nastolatków brutalnie ukamienowało krokodyla na śmierć. Była to zemsta za zjedzenie pieska jednego z nich. Krokodyle są w Australii pod ścisłą ochroną, więc sprawę potraktowano bardzo poważnie. Lokalny brukowiec kuje żelazo póki gorące. We wczorajszym wydaniu zamieścił rozmowę z kobietą z najbardziej wysuniętej na południe dzielnicy Cairns, której koń został zaatakowany przez krokodyla przy wodopoju. Koń uszedł z zżyciem choć z pokiereszowanym łbem. Człowiek pewnie by nie dał rady. Zaraz również rozgorzała dyskusja. Jak mozna było przypuszczać znaleźli się tacy, którzy krokodyle wytępiliby do ostatniego plemnika. Na drugiej stronie znaleźli się Ci, którzy twierdzą, że to my wtargnęlismy w środowisko krokodyli a nie na odwrót. Cairns Post zachowuje poprawną politycznie linię i opowiada się za wyłapywaniem zwierzaków i przenoszeniem ich tam, gdzie nie będą mogły zrobić krzywdy ludziom i ludzie im.

Skoro doszliśmy do wyłapywania, to wspomnę o czymś na koniec. O ile najbardziej znanym w Australii i zapewne i w Polsce łowca krokodyli (samozwańczym) był Steve Irwin, tak największe osiągnięcia na tym polu i największy prestiż zdobyło polskie małżeństwo Krystyna i Roman Pawłowscy (Chris & Ron). W latach 50-tych i 60-tych ubiegłego wieku odstrzelili ponad 10 000 sztuk. Do Pani Krystyny należy rekord zapisany w księdze Guinessa. W 1958 roku upolowała gada mierzącego 8,63m i jest to największy upolowany krokodyl na świecie. Pani Krystyna nosiła przydomek „Chris never miss” (Krystyna nigdy nie pudłuje) ze względu na swoje „oko”. Kiedy na krokodyle oprócz wąskiego grona profesjonalistów zaczęły polować całe rzesze kowbojów, którzy strzelali do wszystkiego co się rusza Pawłowscy doszli do wniosku, że jeśli czegoś nie zrobią to gatunek skończy jak ptak dodo. Zaczęli zabiegać o wprowadzenie zakazu eksportu skór z dzikich krokodyli. Udało się. Zakaz taki zniechęcił amatorów łatwego i szybkiego zarobku i wpłynął na rozwój ferm. Pani Krystyna niestety już nie żyje, a Romana Pawłowskiego miałem zaszczyt spotkać osobiście u znajomych Polaków. Dziarski 80 letni staruszek trzyma się w całkiem niezłej formie i nawet sam jeszcze prowadzi terenową Toyotę.

To już ostatnie chwile przed nastaniem sezonu „stingersów” – parzących meduz. Goszczą one w północnym Queensland co roku od listopada do kwietnia. W tym czasie nie można wchodzić do oceanu, gdyż grozi to bardzo bolesnymi poparzeniami a w ekstremalnych przypadkach nawet smiercią. By jednak można było popływać w oceanie na wytyczonych plażach organizowane są kąpieliska ogrodzone gęstą siatką. Nic jednak nie zastąpi uroku dzikiej odludnej plaży takiej jak ta.

dscn3316

Wyrzeźbione wiatrem korony palm skrywają całe kiście kokosów. Drugie tyle można znaleźć na ziemi. NIe radze nikomu stawiać samochodu, ani rozbijac namiotu pod taką palmą. Spadający z impetem kilkukilogramowy orzech może wyrządzić spore szkody. Podobno co roku na całym swiecie 21 osób ginie od uderzenia kokosem.

dscn3318

Na poczatątku plaży tuż przy niedużej osadzie mały, prosty ale urokliwy kościółek. Wielkie panoramiczne okno z widokiem na plaże i turkusowe wody oceanu zapewnia niesamowitą oprawę takim uroczystościom jak chrzty czy śluby. Pogrzebom z resztą też, choć głównemu uczestnikowi już za pewne jest wszystko jedno.

dscn3321

Ogromny orzech po obraniu z otaczającej go warstwy traci nieco na rozmiarach. Na smaku natomiast nie. To nasz łup zebrany na jednej z dzikich plaż. Niemogę się doczekać na sezon mango.

dscn3323

Kiedy rozmawiam przez internet ze znajomymi, z którymi nie byłem w kontakcie od ładnych paru lat bardzo często konwersacja wygląda mniej więcej tak:

– Cześć, co słychać, gdzie teraz mieszkasz powsinogo – pytają znajomi.

– W Australii” – odpowiadam zgodnie z prawdą.

– To musisz byc bardzo szczęśliwy – kontynuują.

– Muszę !!! – prowokuję.

Dalej rozmowa schodzi w zależności od potrzeby rozmówcy jak to źle jest na obczyźnie i co emigrant traci bezpowrotnie albo na narzekanie jak to w Polsce jest źle i od czego emigrant uciekł. Bardzo często w tym drugim przypadku pojawia się stwierdzenie, że najtrudniej jest wyjechać, później przetrwać dwa lata, a później jakoś to już leci. Zawsze wtedy przychodzi mi na myśl pewien żart. „Wróżka mówi do młodego, potencjalnego emigranta. – Przez pierwsze dwa lata emigracji będziesz strasznie cierpiał z powodu głodu, nędzy, osamotnienia i wyobcowania. A później – pyta kandydat na emigranta. Później się już przyzwyczaisz – rozwiewa wątpliwości wróżka. Niektórzy moi rozmówcy twierdzą, że Australia jest tak skonstruowana, że wyjeżdżając tam człowiek skazany jest na sukces, cokolwiek by nie robił. Inni, szczególnie Ci spoza Polski, uważają natomiast, że na wszystko trzeba samemu zapracować i nic nie jest wyłożone jak na talerzu. Jak ja na to patrzę po paru latach tułaczki ?

„Recepta na sukces” w Australii jest bardzo podobna do tej z każdego cywilizowanego zakątka globu i niewiele się różnie od tej z Polski. Moim zdaniem są cztery kluczowe obszary, które mają wpływ na to jak nam się wiedzie – wykształcenie/doświadczenie, pracowitość, łut szczęścia i tupet (siła przebicia). Z moich obserwacji wynika, że tylko te osoby, które charakteryzują się minimum dwoma z tych cech wybijają się ponad przeciętność.

Świadomie połączyłem wykształcenie i doświadczenie w jedną kategorię, gdyż w Australii bardzo często odpowiednie doświadczenie jest ekwiwalentem formalnych kwalifikacji. Co jest bardzo zdrowym podejściem, bo normalny inteligentny człowiek uczy się i nabywa kwalifikacje nie tylko w szkole czy na studiach, ale również (a może przede wszystkim) na stanowisku pracy. Odpowiednia edukacja/doświadczenie w połączeniu z pracowitością zawsze są receptą na sukces. Ludzie tacy zawsze, bez wyjątku wybijają się ponad przeciętność otoczenia i środowiska, z którego startowali. Jeśli osobie wykształconej brakuje chęci do pracy a ma siłę przebicia prawdopodobnie wyląduje nie gorzej niż pracowity wykształciuch bez tupetu. No ale jeśli się nie ma ani chęci do pracy, ani siły przebicia zostaje jedynie łut szczęścia. Osoby pracowite, ale z brakami w edukacji muszą mieć albo dużą siłę przebicia albo trochę farta by zniwelować niedostatki w wykształceniu. Przeważnie jednak ich pracowitość doprowadza do uzupełnienia kwalifikacji i legitymując się trzema z czterech ww. cech osiągają więcej niż inni wykształceni pracusie. Jeśli komuś brak wykształcenia i jest leniem, to sukces w zyciu może osiągnąć tylko nadprzeciętną siłą przebicia w połączeniu z łutem szczęścia. Czy to możliwe ? Ależ tak. Zetknąłem się już z osobą, dla której szkół zabrakło. Głównie dlatego, że zdobycie wykształcenia wymagało pracy a ta była ostatnia rzeczą na co ów jegomość miał ochotę. Dzięki niesamowitemu zrządzeniu losu z dnia na dzień otworzyła się przed nim szansa, która ustawiła mu zycie na długo. Zwykły przypadek, niczym spadek od „Wujka z Ameryki”, którego nigdy w zyciu się nie spotkało i nie miało nawet pojęcia o jego istnieniu albo wygrana w Lotto po puszczeniu jednego jedynego kuponu na chybił-trafił.

Kraina „mlekiem i miodem płynąca” może być wszędzie. To, gdzie ona się znajduje zależy tylko i wyłącznie od nas samych. A to, że nasze cechy eksploduja na takim a nie innym gruncie jest już sprawą drugoplanową. Większość znanych mi osób, które „do czegoś doszły” w Polsce bez udziału łutu szczęścia, powtórzyłaby to osiągnięcie w Australii i vice-versa.

Takie motto widnieje na spersonalizowanych tablicach rejestracyjnych wydawanych w Cairns. Obecna euforia, która trwa już dobre 3 miesiące nie pozwala mi się z tym nie zgodzić. Oto bowiem jestem w miejscu, gdzie każdego ranka budzę się z chęcią do życia. Co mnie tak „rajcuje” ? Na początek pogoda. Od ponad miesiąca nie zamykamy w domu w ogóle okien. Na reszcie mogę się cieszyć ciepłymi nocami. Duża zmiana w porównaniu do Melbourne, gdzie nawet latem temperatury w nocy spadały do poziomu, który nie pozwalał wyjść z domu w krótkich spodenkach. Następnie samopoczucie poprawia mi krajobraz. Piękne, wysokie wzgórza o stromych stokach, które łagodnie spełzają do oceanu, kilometry rajskich piaszczystych plaż ciągnących się na północ od miasta. Kiedy wracam codziennie z pracy swoim ukochanym garbusem mijam plantacje bananów, mango, rambutanów, później ogromne połacie trzciny cukrowej. Zachłystuje się słodkim niczym cukrowa wata zapachem mijanych cukrowni. Podziwiam dzikie piękno najwyższej góry Queenslandu i hipnotyczny kształt Walsh Pyramid. Jakże różna jest teraz moja droga do/z pracy od zatłoczonych, zakorkowanych ulic Warszawy czy Melbourne. Nie jestem industrialnym romantykiem, monotonia ulic, obdrapanych domów, huk samochodów i dzwonki tramwajów nigdy nie wzbudzały mojego zachwytu. Mieszkając w Cairns mogę bez specjalnej wyprawy skoczyć sobie na rybki kiedy tylko mam ochotę. A jeśli nie na rybki to na nocną kąpiel w oceanie. A później legnąć plackiem na plaży pod pochyłą palmą patrząc w miliony gwiazd na niebie. A co w planach ? W planach jest żaglówka, by zyskać swobodny dostęp do rafy, ponurkować, popływać z rurką kiedy tylko będzie trochę czasu i ochoty. Euforia trwa.

Chillagoe założone zostało w 1887 roku jako farma pasterska przez niejakiego Williama Athertona syna Johna, jednego z pierwszych osadników na dalekiej północy Queenslandu. Od niego właśnie wziął swoją nazwę płaskowyż leżący na zachód od Cairns. Niedługo później geologowie z sąsiednich posiadłości górniczych odkryli w Chillagoe zasoby rud miedzi. Niedługo później nadciągnęli „kopacze” i powstały pierwsze dymarki. Po dokładniejszym zbadaniu okolicznych terenów odkryto również rudy srebra, złota, cyny i ołowiu. W 1901 roku w Chillagoe powstała huta wytapiająca metale i kruszce z lokalnej rudy. Przyczyniło się to do gwałtownego rozwoju miasta. W latach 1910 – 1920 żyło i pracowało tam ponad 10 000 ludzi. Miasto posiadało kino na wolnym powietrzu, sklepy, zakłady fotograficzne, kilku kowali, dwie fabryki lemoniady, dziesięć hoteli, cztery kościoły, pocztę, sąd, bank, itp.

W 1901 roku w Chillagoe powstała huta wytapiająca metale i kruszce z lokalnej rudy. Zbudowana została przez prywatnych przedsiębiorców nieco na wyrost. Z powodu wielu wypadków i eksplozji niszczących maszyny, kłopotów z transportem w porze mokrej, zawirowań politycznych i dekoniunktury gospodarczej nigdy nie pracowała „pełną parą”. W 1919 roku została odkupiona przez rząd stanowy. I to właściwie był już początek jej końca. W wkrótce potem wybuchł skandal polityczny. Okazało się bowiem, że premier i minister finansów mają dość znaczący udział w spółce od której odkupiono sąsiednie posiadłości górnicze.Wraz z końcem I wojny światowej przyszło załamanie na rynkach metali. Huta na została zamknięta. Zakład ponownie zaczął pracować w 1929 roku. Jak uczy historia rząd nigdy nie był dobrym właścicielem zakładów pracy. Nieposiadająca uzasadnienia ekonomicznego huta była narzędziem polityki społecznej zapewniającej zatrudnienie w podupadającym regionie górniczym. W 1942 roku rząd federalny zmagający się z trudami II wojny światowej dokonał rewizji krajowej bazy produkcyjnej metali. Czterdziestoletnia huta, która od lat przynosiła straty, pracująca na nie więcej niż ¼ wydajności nie znalazła sensu bytu w nękanym wojennym wysiłkiem kraju. Ostatecznie Hutę w Chillagoe zamknięto w 1943 roku. Większość maszyn wywieziono do innych zakładów, resztę sprzedano na aukcji w 1950 roku. Dla potomnych zachowano ruiny, które prezentują się dość okazale. Ale zobaczcie sami.

r

r1 r2 r3 r4

Kolejną atrakcją dla której przyjeżdża się do Chillagoe są jaskinie. My zwiedziliśmy trzy z nich. Pierwszą z nich była Trezkinn Cave. Jaskinia nie jest specjalnie wielka, ani zachwycająco piękna, ale warto tam pójść. Wycieczki organizowane są raz dziennie o godzinie 11 pod okiem strażnika przyrody, który oprowadza po grocie. Jaskinia Trezkinn jest bardzo ładnie iluminowana, co wydobywa dodatkowe piękno z wapiennej szaty naciekowej. I choć pod tym względem na głowę biją ją groty na Morawach, Słowacji czy choćby nasza polska Jaskinia Raj, to półgodzinna wycieczka stanowi przyjemność. Następną grotą zwiedzoną przez nas była Royal Arch. Jaskinia wzięła swoją nazwę od formacji skalnej (do obejrzenia na miniaturce z niebem w tle), która przypomina sylwetkę stojącej królowej Wiktorii. Tu też wycieczki są organizowane raz dziennie i oprowadzane przez strażnika przyrody. Jaskinia jest o wiele większa. Jej całkowita długość, to ponad 3 km, z czego udostępniono około 800m. Tu nie ma żadnego oświetlenia. Dostajemy w lapki latarki górnicze z wielką baterią wiązaną u pasa. Zwiedza się ją prawie półtorej godziny. Nie ma bogatej szaty naciekowej, za to są wielkie komnaty. Sklepienia niektórych z nich runęły w dół otwierając się na światło dzienne. Widzimy dziesiątki nietoperzy krążących nad nami. Czujemy zapach guana, które nagromadziło się w sąsiednich komnatach przez setki lat bytności całej kolonii. W grupie jest całkiem sporo dzieci, więc przewodnik proponuje małą frajdę dla nich polegającą na ześlizgnięciu się przez niesamowicie wąski i wypolerowany jak szkło tunel. Śmiechu i pisku jest co niemiara. Ostatnią grotą jaką widzimy tego dnia jest Archway. Tu już chodzimy sami. Żadnego przewodnika, żadnych wycieczek. Grota jest stosunkowo bezpieczna i nie ma w ogóle szaty naciekowej. Może właśnie dlatego została udostępniona każdemu chętnemu bez ograniczeń.

j

j1 j10 j11 j12 j3 j4 j5 j6 j7 j8 j9

Groty naturalnie nam się kojarzą z ludźmi pierwotnymi. Tereny Chillagoe były pierwotnie zamieszkiwane przez ludzi z trzech plemion aborygeńskich Wagaman, Wakoora i Djangun. Aborygeni nigdy jednak nie zamieszkiwali jaskiń. Głównie z powodu skomplikowanych wierzeń, które ciemność stawiały na równi ze złem i śmiercią. Za swoje schronienia wybierali występy skalne i pół jaskinie, gdzie dochodziło światło dzienne. W takich miejscach można znaleźć niewielkie pozostałości ich kultury niematerialnej. My również natrafiliśmy na ich ślad.

m

m1 m2 m3

A to, co po sobie zostawili ludzie, którzy trochę póżniej zamieszkiwali ten teren.

z

z1

Inną atrakcją Chillagoe sa fantazyjne formacje skalne. Ta duża fotka nosi tytuł „Ona i Balancing Rock”. Spacery po buszu dowodzą, że choć z pozoru to suchy region w zakamarkach skalnych jest wystarczająco dużo wody by drzewo utrzymało zieleń. Dla umęczonych są też oczka wodne. Bez obaw, to słodkowodne akweny można kąpać się bezpiecznie. Krokodyle występują jedynie w słonowodnych estuariach.

b

b1 b2 b3

Australijczycy to bardzo leniwy naród. Wszędzie się jeździ samochodami. Mamy nie tylko „drive thru” Mc Donalda czy KFC. Mamy również „drive thru” kawiarnie, sklepy monopolowe a nawet tak jak tu w Chillagoe……….. cmentarze. A na pierwszej fotce bardzo lokalna, farmerska odmiana „dream catcher”.

c

c1 c2

Wycieczka do Chillagoe nie byłaby udana, gdybym nie podążył sladem starych szlaków kolejowych. Kolej dotarła tu na początku XX wieku. Wraz z budową wspomnianej Huty powstała linia dostarczająca surowce. Ciągnąca się daleko na południe aż do Forsyath linia była wówczas najdłuższą w Australii prywatną linią kolejową. Została sprzedana rządowi stanowemu w pakiecie z Hutą. Po jej zamknięciu w 1943 roku nadal ją wykorzystywano do wywozu szlaki, której na hałdach Chillagoe nagromadzono ponad milion ton. Wywozu zaprzestano w latach 80-tych. Do początku lat 90-tych kursowały tu jeszcze dwa krótkie pociągi towarowe tygodniowo. Później linia została opuszczona. Formalnie nigdy jej nie zamknięto. Stacja kolejowa w Chillagoe wygląda jakby ktoś miał tu zaraz wrócić. Z kranu w łazience nadal cieknie leci woda. Opuszczony przez ponad 15 lat budynek zachował się w dość przyzwoitym stanie. W przeciwieństwie do polskich opuszczonych kolejowych szlaków nie padł ofiarą wandali. Może kiedyś doczeka się rewitalizacji i znów zawita tu pociąg? Nie jest to takie całkiem niemożliwe, bo w okolicach zaczyna się wydobywać marmur. Tylko czy państwowemu molochowi Queensland Rail będzie się to chciało?

k

k1 k2 k3 k4 k5 k6


  • RSS