harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2007

Cairns to nie tylko Wielka Rafa Koralowa i Tropikalny Las deszczowy. Cairns jest również wspaniałym miejscem wypadowym do Outbacku. Wystarczy jedynie przedrzeć się na zachód przez Wielkie Góry Wododziałowe, przejechać kilkadziesiąt kilometrów przez Płaskowyż Atherton i już jesteśmy u bram Outbacku.

View Larger Map

Wyleczywszy trapiące nas od tygodnia przeziębienia postanowiliśmy poświęcić weekend na wycieczkę do Chillagoe. Położone około 220 km na zachód od Cairns Chillagoe jest jednym z najciekawszych i najbardziej niezwykłych miejsc w Północnym Queensland. Można tam podziwiać relikty przemysłu hutniczego z początków ubiegłego stulecia, historyczną osadę, wapienne groty i jaskinie oraz naskalne malowidła aborygeńskie. Równie ciekawa jak sama osada jest droga prowadząca do niej.

Z Cairns wyruszamy wcześnie rano, by nie podróżować w przedpołudniowym skwarze. Kilkunastokilometrowa trasa przez Wielkie Góry Wododziałowe, które tu mają szerokość około 5 km obfituje w serpentyny i ostre zakręty. Nasz Junior pokonuje ją jednak dzielnie i po niedługim czasie znajdujemy się już na Płaskowyżu. Kilkadziesiąt kilometrów dalej jest miasteczko Mareeba, to nasza Brama do Outbacku.

Płaskowyż Atherton to spiżarnia Północnego Queenslandu. Czasami zamiast jabłonek mieszkańcy Mareeby przed domami mają….. banany.

1

Nieco dalej, już kilka kilometrów za Mareebą spotkaliśmy takie oto urządzenie rolnicze.

2

To co jeszcze kilka lat temu było nieutwardzoną drogą szutrową pełną czerwonego pyłu, dziur i kamieni strzelających spod kół samochodów obecnie wygląda tak.

2a

Droga między Mareeba a Chillagoe nosi nazwę „Drogi Taczek”. Nazwano ją tak, by uczcić pierwszych osadników, którzy z powodu braku infrastruktury drogowej cały swój dobytek wozili na taczkach. Obecnie co roku na tej 137 km trasie odbywa się „Wyścig Taczek”. Trwa on 3 dni i jest całkiem poważnym wydarzeniem w regionie.

3

Około 40 kilometrów na zachód od Mareeba (115km od Cairns) docieramy do osady Dumbulah. To aborygeńska nazwa oznaczająca „Długie oczko wodne”, co najprawdopodobniej miało odnosić się do przepływającej nieopodal rzeki. Osada powstała w 1876 roku jako farma produkująca żywność dla poszukiwaczy złota z pobliskich okolic. Na znaczeniu zyskała kiedy prywatna spółka przeprowadziła tędy linię kolejową łączącą Chillagoe z Mareeba. Na fotce historyczny budynek stacji kolejowej. Do początków lat 90-tych przejeżdżało jeszcze tędy całkiem sporo pociągów wiozących towary do osad w głębi Outbacku. Dziś kursuje tędy już tylko jeden pociąg tygodniowo, turystyczny, osobowy Savanahlander łączący Cairns z Forsayth.

4

Domek z garażem. Tylko co jest co ?

5

Petford. Jeden z przystanków na trasie.

6

Cała trasa to niekończące się zastępy kopców termitów. Czasami są one całkiem nieduże.

7

Innym razem osiągają już bardziej słuszne rozmiary.

8

Asfaltowa nawierzchnia to nie wszystko by uczynić drogę przejezdną w porze deszczowej. Rozmyta nawierzchnia to jedno, a wzbierające strumienie i rzeki to zupełnie inna kwestia. W porze suchej wygląda to mniej więcej tak. W porze mokrej mogą być problemy z pokonaniem tego brodu.

9

Tu nawet w porze suchej strumień niesie wodę. Znaki przed tą przeprawą ostrzegają nie tyle przed głębokością wody ile by wziąć pod uwagę, że wartki prąd może w porze mokrej zmyć samochód z przeprawy.

10

Almaden, około 100 km na zachód od Mareeba onegdaj było stacją węzłową. Tu szlak rozgałęział się na południe do Forsayth i na północ do Chillagoe – Mungana. Dziś widzimy tylko pozostałości po czasach dawnej prosperity. Wielki zbiornik wodny do nawadniania parowozów i skomplikowany układ torów stacyjnych. Linia do Chillagoe nigdy nie została oficjalnie zamknięta. Po prostu któregoś roku nie otworzono już jej po mokrym sezonie.

11

12

Za Almaden kończy się już droga utwardzona. Wjeżdżamy na klasyczną australijską szutrówkę. Przez przednią szybę Juniora wygląda to mniej więcej tak.

13

Z tyłu natomiast wygada to tak.

14

Po pewnym czasie droga się dość znacznie zwęża. Kamienie strzelające spod opon przejeżdżających samochodów stają się coraz niebezpieczniejsze.

14b

Niedługo potem mamy jeszcze ciekawiej.

15

To zdjęcie znalazło się tu tylko dlatego, że my na prawdę bardzo lubimy naszego Juniora.

16

Najniebezpieczniejsze są jednak nie strzelające kamienie spod kół mijanych samochodów a wałęsające się swobodnie bydło. Zbyt bliskie spotkanie z krową mogłoby się skończyć nie tylko fatalnie dla krowy.

17

Czasami trzeba się zatrzymać i cierpliwie poczekać aż krasula zejdzie z drogi. Żadne trąbienie nie robi na niej większego wrażenia. Nasz Junior jest czerwony i tylko zastanawialiśmy się kiedy okaz na zdjęciu ruszy taranem w naszą stronę. :)

18

A to drogowskaz za Chillagoe na drodze do Mungana. 560 km do najbliższej stacji benzynowej. Droga nieutwardzona nieprzejezdna w porze deszczowej. Trzeba się dobrze przygotować zanim się wyruszy dalej. Kanister z paliwem, woda oraz co najmniej dwa koła na zapas to minimum, co trzeba zabrać ze sobą poza ten punkt.

19

I to by było tyle na dziś. W następnym odcinku jak juz wspomniałem. Jaskinie, stare rdzewiejące zakłady przemysłowe, skały i aborygeńskie malowidła na nich.

Rusty Market

Brak komentarzy

W każdy piątek, sobotę i niedzielę do Cairns zjeżdżają się farmerzy z Plaskowyżu Atherton by na niewielkim ryneczku zwanym „Rusty Market” sprzedawać to, co wyhodowali na własnych farmach. I choć temu miejscu daleko do dobrze znanych z Polski targów i na próżno tu szukać porzeczek czy agrestu to jesteśmy tam prawie co tydzień po zapas świezych owoców i warzyw.

2297446480101949972S425x425Q85.jpg

Nie ma tu oszałamiającej ilości gatunków owoców i warzyw, rzekłbym może 1/3 tego, co mozna kupić w Polsce. Jednak te, co są biją wszystko na głowę. Tak świezych bananów nigdy nie będzie w Polsce. Nie muszą one tu podróżować kilka miesięcy statkiem by potem trafiać do dojrzewalni.

2627189660101949972S425x425Q85.jpg
2001796750101949972S425x425Q85.jpg

Jak widać na powyższych fotkach można tu kupić wiele różnych, nie docierających do Polski gatunków bananów. My kupujemy na Rusty Markecie również zioła i zieleninę.

2918850550101949972S425x425Q85.jpg

Kolejnym egzotycznym dla Polaka owocem jest Papaya. W tym rejonie świata jest ona błędnie nazywana PawPaw (polska nazwa Asymina lub urodlin), co widać na fotkach. Rodzi to duże zamieszanie, bo czasami można również kupić właściwy owoc PawPaw. Oba mają dość podobny kształt za to zasadniczo różnią się miąższem i pestkami. Żeby uniknąć pomyłki bardzo często straganiarze wykładają na wierzch jeden przecięty na pół owoc. Na drugiej fotce obok błędnie podpisanej Papai kolejna egzotyka dla Polaka czyli Pasion Fruit (Marakuja, pasiflora).

2876094060101949972S425x425Q85.jpg
2480965700101949972S425x425Q85.jpg

Owoc podpisany poniżej jako “Sweet and sour fruit” w języku polskim zyskał nazwę Flaszowca Miekociernistego. Podobnie jak Papaya, PawPaw i Marakuja został on do Australii przywieziony z Ameryki Środkowej. Kwitnie przez cały rok, a jadalne owoce dojrzewają w każdym miesiącu. Smakuje jak mieszanka poziomki z ananasem. Ostatnio pojawiły się spekulacje, że zawiera pewne substancje przyczyniające się do rozwoju choroby Parkinsona. Tuż obok „chocolate pudding fruit” czyli Persimon a dokładniej jeden z gatunków tego owocu.

2934748740101949972S425x425Q85.jpg

Taro, pochodzi najprawdopodobniej z południowo wschodniej Azji, ale szybko rozprzestrzeniło się na wyspy Polinezji i dalej do Ameryki i Afryki. Można z niego zrobić dokładnie tyle potraw, ile w Poznaniu z ziemniaka.

2617776400101949972S425x425Q85.jpg

Drobny handel jak prawie wszędzie w Australii opanowali Azjaci. Są to małe rodzinne biznesy, w których pracuje się ciężko bez względu na wiek. Dzieciaki, które ledwo same sięgają do kontuaru obsługują klientów w każdy weekend po wiele godzin dziennie.

2004661220101949972S425x425Q85.jpg
2478656450101949972S425x425Q85.jpg
2665437800101949972S425x425Q85.jpg

Ostatnia fotka na dziś nosi tytuł “Ona i jej zachłanność”. Rusty Market zaczyna się w Piątek przed południem i kończy w niedzielę około 15. Tuż przed zamknięciem straganiarze drastycznie obniżają ceny i tak winogron, który w sobotę kosztował 4 AUD/kg w niedzielę można kupić już za 2AUD za …………. skrzynkę. Okazja to okazja i nie ważne, że zjeść w pojedynkę 5 kg winogron jest na prawdę ie sposób. W tle pomarańcze w równie okazyjnej cenie.

dscn2949

Ogromne przestrzenie oraz koncentracja 80% ludności w 5 punktach stworzyły w Australii niepowtarzalny rynek dla rozwoju połączeń lotniczych. Sprzyjało to powstawaniu kolejnych przewoźników, których obecnie na rynku jest kilkudziesięciu. Wśród nich znajduje się również nisza „low cost” czyli tanich linii lotniczych. Linie te wcale nie są tak tanie w porównaniu z ich zagranicznymi odpowiednikami, dlatego nazwijmy to po imieniu. Są to Tańsze Linie Lotnicze. Dominują tu dwaj przewoźnicy Virgin Blue oraz Jetstar. Pierwsza z nich to dziecko brytyjskiego miliardera Richarda Bransona, choc obecnie pakiet wiekszościowy znajduje sie w rękach koncernu Toll. Powstała w 2000 roku, jej portem macieżystym i siedzibą centrali jest Brisbane a na koniec sierpnia 2007 roku operowała flotą 50 Boeningów. Warto odnotować, że jest to trzecia pod względem dochodowości linia lotnicza na świecie. Jetstar natomiast to spółka córka narodowego przewoźnika QANTAS. Powstała w 2004 roku i obecnie dysponuje flotą 29 Airbusów. Siedziba spółki znajduje się w Melbourne.

Tak się złożyło, że w przeciągu ostatnich 2 miesięcy musiałem odbyć 6 służbowych lotów tańszymi liniami lotniczymi. Firmy te tnąc koszty redukują również standardy. Co prawda bagażu mi jeszcze nie zgubili, jak zrobił to LOT, ale na te ostatnie 6 lotów opóźnionych było aż 5. Niesolidność nie jest jednak domeną jedynie tańszych linii lotniczych. Ciekawe doświadczenie zaoferował mi niedawno QANTAS w drodze do Newcastle.

Podróż do Nowej Południowej Walii nie obyła się bez przygód. Już w Cairns samolot był około godziny opóźniony. To standard dla JetStaru, tańszej linii lotniczej. To mi trochę krzyżowało plany, bo na przesiadkę w Brisbane miałem jedynie 1g 50 minut. Pod znakiem zapytania stanęło, czy zdążę odebrać bagaż i odprawić się na następny samolot. Lot do Brisbane nie należał do spokojnych. Praktycznie z jednej turbulencji wpadaliśmy w kolejną. Plastikowy Airbus trzeszczał jak ToyToy na pace ciężarówki mknącej po „kocich łbach”. Z powodu fatalnej pogody na lotnisku niezwykle długo również podchodziliśmy do lądowania. Wyskoczyłem z samolotu jak z procy tylko po to, by utknąć przed taśmą czekając na bagaż. Jak zwykle bywa w sytuacjach, kiedy się człowiekowi spieszy taśma na kilka minut się zacięła. Ostatecznie odebrałem jednak walizkę i sprintem z językiem na brodzie pobiegłem do stanowisk Quantasu. Zdążyłem na czas, a jakże. Przy okienku odprawy byłem dokładnie 45 przed godziną odlotu, czyli dokładnie w ostatniej chwili, kiedy mogłem jeszcze odprawić bagaż. Zdążyłem tylko po to, by się dowiedzieć, że mój samolot był „overbooked”. Na nasze znaczy to, że sprzedali więcej biletów niż w było miejsc licząc, że nie wszyscy pasażerowie się pojawią. Niestety, dla mnie oczywiście bo nie dla Qantasu, tym razem frekwencja dopisała. Zostałem „przesunięty” do następnego samolotu lecącego do Newcastle. Może bym się nawet nie złościł, gdyż samolot był tylko 1,5 godziny później a dodatkowo lot Qantasu obsługiwany był przez wolny samolot śmigłowy, natomiast ten późniejszy odrzutowcem, więc na miejscu byłbym o pół godziny później niż powinienem, ale…. Zawsze musi być jakieś „ale”. Sęk w tym, że ten zastępczy lot to znów JetStar, no i oczywiście już przy odprawie wiedziano, że będzie opóźnienie i wylecę z Brisbane dokładnie o tej porze, o której powinienem dotrzeć do Newcastle. Na czasie mi tak specjalnie nie zależało, ale na lotnisku miał czekać na mnie kierowca, który zabierze mnie do centrum konferencyjnego. Oczywiście czekałby nawet gdyby lot się opóźnił. Problem natomiast polegał na tym, że samolot, którym miałem lecieć z pewnością dotrze do celu o czasie, tyle, że beze mnie na pokładzie. Ja przybędę na miejsce zupełnie innym lotem. Choć z przygodami dotarłem w końcu do celu i to jest pozytywny aspekt tego całego zamieszania.

Zupełnie inną przygodę miałem wczoraj wracając z Brisbane do Cairns. Konkurencyjna tańsza linia lotnicza Virgin Blue podstawiła samolot o dziwo o czasie. Na 15 minut przed planowanym odlotem zaczęto wpuszczać pasażerów na pokład. Kiedy rozsiadłem się wygodnie w fotelu Boeninga, który jest o niebo wygodniejszy od Jetstarowskich Airbusów, kątem oka zobaczyłem przez okienko, że „rzucacze” zaczynają rozładowywać bagaż. Chwile później poproszono nas o opuszczenie samolotu i przejście do innej bramki, gdzie będzie podstawiona kolejna maszyna. Wyjaśnienie tego zamieszania było bardzo mętne. Kapitan stwierdził, że podstawiono zbyt mały samolot, do którego nie weszliby wszyscy odprawieni pasażerowie i poprosił o zmianę maszyny na większą. Tak czy owak odlecieliśmy w końcu z Brisbane, tyle że znów godzinę później.

Jaki wniosek nasuwa się na przyszłość ? Korzystając z tańszych linii lotniczych koniecznie trzeba wydłużyć czas na przesiadkę, bo nigdy nie wiadomo, o której dotrze się do celu. Można dotrzeć również wcześniej. Znajomi, którzy odwiedzili nas ostatnio w Cairns dotarli na miejsce ok. 25 minut przed czasem.


  • RSS