harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2007

Ledwo miesiąc temu skończył się Cairns Show, czyli regionalne dożynki a już mamy kolejną fetę dla mieszkańców. Swoją drogą warto zajrzeć TUTAJ i obejrzeć fotki z tej imprezy.

Wróćmy jednak to meritum. Festival Cairns to wiosenny karnawał jaki gości w wielu australijskich miastach. W Cairns zaczął on się 25 sierpnia i potrwa do 15 września. W jego ramach w całym mieście zaplanowano kilkadziesiąt imprez. Można je podzielić na 7 kategorii. Pierwsza to „Food and Wine”. Tu możemy rozkoszować się tym, co mają do zaproponowania lokalne restauracje. Kolejną kategorią jest „Visual Arts”. To cykl wystaw, biennale i warsztatów plastycznych. Mnie osobiście zaciekawiła wystawa lampionów zorganizowana pod egidą tutejszego giganta energetycznego Ergon Energy. Bardzo dużym powodzeniem w ramach karnawału cieszą się też zajęcia rodzinne. Dla dzieci organizowane są w bibliotekach dodatkowe zajęcia, występy cyrku czy „World’s Greatest Grill”, z którego dochody przeznaczone zostaną na potrzeby fundacji walczącej z białaczką. Żaden karnawał nie może się obejść bez muzyki, więc w ramach tej kategorii na przestrzeni 20 dni karnawału odbędzie się aż 14 imprez. Można posłuchać reggae, bluesa lub jazzu, mozna też rocka czy zwykłego plumkania. Nie zabraknie również muzyki z australijskiego Outbacku oraz aborygeńskich zespołów plemiennych. Część koncertów odbywa się w Tanks Art Center. To stare zbiorniki na paliwo z czasów II wojny swiatowej okupione od Armii przez miasto, odrestaurowane i przerobione na centrum kulturalne o niepowtarzalnym klimacie. W ramach kategorii „Performing Arts” na festiwalu będą wieczory poetyckie, przedstawienia w lokalnym teatrze, występy kabaretów oraz pokazy taneczne. Dla filmu wydzielono osobna kategorię, choć tu nie będzie się działo wiele. Zaledwie dwie projekcje pod gołym niebem, po dwa filmy każda. Ostatnią kategorią, która za razem budzi największe emocje są imprezy sportowe. Mamy więc regaty żeglarskie o puchar Cairns, turniej koszykówki, turniej jajowatej piłki, zawody pływackie, wyścig kolarski, triathlon, turniej siatkówki plażowej, wyscigi motocrossowe, zawody żużlowe oraz zawody BMXow. Apogeum wszystkiego są oczywiście wyścigi konne Cairns Amateurs. To miniaturowa kopia Melbourne Cup. Wszystko tego dnia kręci się wokół koni. Tak jak w Melbourne niewielu uczestników zna się na wyścigach. To wydarzenie bardziej rangi socjalnej niż sportowej. Okazja do zaprezentowania się w odlotowej kreacji, spotkania ze znajomymi i przedniej zabawy do białego rana.

p-fashions-on-the-field.jpg

Żeby zobaczyć to wszystko, co w tym roku zaproponowali organizatorzy w ramach festiwalu trzeba by mieć kondycję nie do zdarcia i miesiąc wolnego. My nie dysponujemy niestety taką ilością czasu, więc wybierzemy się tylko na kilka wieczornych koncertów do Tank Art Center. Z pewnością nie przepuścimy natomiast „Wyścigu Plastikowych Kaczek”. Ponad 12 000 ponumerowanych kaczek zrzucanych jest do Laguny. Każdy numerek odpowiada $5 opłaty, która zostanie przeznaczona na cele dobroczynne. Wiem, wiem, że w Polsce macie dość dwóch kaczek, to co dopiero mówić o 12 000. My jednak z dala od polskiej polityki patrzymy na to inaczej.

Siedząc na pirze w Cairns mamy okazję podziwiać porośnięte gęstym lasem góry Półwyspu Grafton. I choc w linii prostej nie Mariny i półwyspu nie dzieli więcej niż 1 km, to by się tam dostać trzeba objechać Zatokę Trójcy (Trinity Inlet) oraz ciągnące się dalej bagna. W sumie ponad 50 km w jedną stronę. Warto jednak poświęcić pół dnia na taką wyprawę.

View Larger Map

Na początku należy cofnąć się 24 km na południe od Centrum do dzielnicy Edmonton, a następnie skierować w stronę osiedla Kamma. Pozwoli nam to objechać pełne krokodyli słonowodne bagna porośnięte namorzynami. Odbijając na polnoc po 20 km docieramy do dzielnic East Trinity oraz Second Beach. Tu mozna zobaczyć zapierające dech w piersiach zachody slońca oraz majacząca po drugiej stronie panoramę miasta.

dscn2713

Tu też kończy się jurysdykcja rady miasta w Cairns. Kilka kilometrów dalej rządzi już wspólnota aborygeńska Yarrabah. By dostać się do tej niewielkiej osady trzeba pokonać bardzo stroma górska drogę, gdzie nachylenie niejednokrotnie sięga 20%. Nasz leciwy garbus nie ma z tym jednak najmniejszych kłopotów. Problemu nie stanowi również stromy zjazd. Hamując silnikiem mamy przewagę nad samochodami z automatyczna skrzynia biegów.

Obszar osady Yarrabah pierwotnie byl zamieszkay przez plemię Gungganydji. W 1892 roku założono tu anglikańska misje, która jak w wiekszości przypadków zwalczała każdy przejaw tradycyjnego aborygeńskiego życia. W 1960 roku rząd przejął kontrolę nad misja, która została zamknięta. W 1986 roku utworzono lokalna aborygeńska jednostkę samorządu.

Obecnie osada ma około 4000 mieszkańców, choć dokladną liczbę trudno określćc ze względu na specyficzny charakter aborygeńskiego stylu życia. W osadzie znajduje się szkoła dla młodszych dzieci (starsze dojeżdżaja do Cains), biblioteka, a nawet mały szpital na 13 łóżek. Jest oczywiście i komisariat policji, jeden sklep i dwa bary szybkiej obsługi. Jak w wiekszości osad aborygeńskich w Yarrabah jest bardzo duży wskaźnik bezrobocia, problemy z nadużywaniem alkoholu i przemocą domowa.

Po przybyciu do Yarraharah robimy małe kółko po osadzie a następnie kierujemy się na plażę. Wąski piaszczysty pas i ogromne połacie mułu to dość częsty widok na wybrzeżach Queenslandu. Plaża jest najbrudniejszą jaką do tej pory widzieliśmy w Australii. Wszędzie walają się puszki po napojach, potłuczone butelki i zardzewiałe żelastwo.

dscn2820

Integralną częścią plaży jest wrak leżący kilkadziesiąt metrów od brzegu.

dscn2816

Kilkaset metrów dalej w stronę False Cape możemy dostrzec kolejny wrak.

dscn2824

Mułowisko dostarcza niepowtarzalnej okazji do zabawy dwójce aborygeńskich dzieci. Chętnie pozują do zdjęć.

dscn2818
dscn2821

Nie zostajemy tu długo. Ruszamy dalej. Naszym celem na dziś jest Oombunji. Przepiękna piaszczysta plaża po drugiej stronie Półwyspu Grafton, około 10 km za Yarrabah. Prowadzi tam nieutwardzona droga przez las. Urok tego miejsca wynagradza jednak poświęcenie. Z resztą zobaczcie sami.

Junior z włascicielką przy wjeździe na Oombunji beach.

dscn2830

Na plaży.

dscn2829

W czasie odpływu po piaszczystym dnie można suchą stopą dojść do niewielkiej kamienistej wyspy.

dscn2838

Gdzie niegdzie na brzegu znajdują się wielkie głazy. W tle drugiej fotki Fitzroy Island.

dscn2850
dscn2849

Jest urokliwie.

dscn2851

Roześmiane aborygeńskie dzieci beztrosko szaleją w oceanie.

dscn2853
dscn2860

życie w Oombunji nie jest jednak kolorowe. Tak wyglądają „beach front” apartamenty we wspólnocie.

dscn2856

dscn2858

Plaża Oombunji jest magiczna. Kilometry pieknego piaszczystego wybrzeża co pewien czas urozmaicone rozrzuconymi głazami. Turkusowa woda i kilka wysp na horyzoncie a za plecami kilkusetmetrowe wzgórza pokryte dzikim zielonym lasem. A co najważniejsze. Cisza, spokój żadnych turystów. Bez wątpienia będzie to jedno z „naszych miejsc”.

Od lat jeżdżę leciwymi garbusami. Od zawsze istniał problem co lać do baku. W Polsce onegdaj lałem „żółtą” czyli 94 oktanową benzynę „ołowiową”. Czasów kiedy sprzedawano Etylinę 78 zwaną „niebieską” jako kierowca pamiecią nie sięgam. Kiedy kilka lat temu wycofano ze sprzedaży paliwa ołowiowe na rynku do wyboru pozostała benzyna 95 i 98 oktanowa. Lałem więc 95. Paliwo o wyższej liczbie oktanowej łagodniej się spala, ma mniejszą tendencję do spalania stukowego i jest generalnie lepsze dla silnika. Lepsze dla silnika o wysokim stopniu sprężania. Dla silnika tekiego jak garbusowy nie robi większej różnicy. Dla portfela owszem, bo 98-ka jest duzo droższa.

W Australii na stacjach benzynowych dostępne są przeważnie dwa rodzaje benzyny. Najpopularniejsza zwana po prostu „bezołowiową” ma 91 oktanów. Ta „lepsiejsza”, sprzedawana pod wieloma nazwami handlowymi, to benzyna 95 oktanowa. Lałem więc 91-kę. W sumie model, którym jeżdżę fabrycznie został zaprojektowany z myślą o zasilaniu własnie takim paliwem. Nigdy więcej już sobie nie zaprzątałem tym głowy. Do czasu.

Po przeprowadzce do FNQ zauważyłem, że na stacjach dostępne jest paliwo E10. Zaintrygowało mnie co to jest, bo przecież nie benzyna 10 oktanowa. Okazuje się, że jest to biopaliwo. W Polsce biopaliwo to mieszanka benzyny i estrów oleju rzepakowego, tu w północnej części Queenslandu do paliwa dodaje się alkoholu etylowego. E10 oznacza benzynę z 10% dodatkiem alkoholu. Tak sobie pomyslałem, że gdyby tu było więcej rodaków z pewnością wymysliliby jakis sposób jak wydestylować ten alkohol z paliwa. Zacząłem się zastanawiać. Alkohol, podobnie jak benzyna wysokooktanowa ma mniejsze skłonnosci do spalania stukowego. Inną cechą alkoholu jako paliwa jest wysokie ciepło parowania, przez co odparowanie w komorze spalania skutecznie chłodzi silnik. W przypadku garbusa, który jest chłodzony powietrzem to dodatkowy plus. Wadą jest mniejsza kaloryczność paliwa, 60% tego co posiada benzyna. No ale nie mówimy o czystym alkoholu tylko o 10% dodatku.

Długo nad tym myślałem, wertowałem internet, pisałem na grupy dyskusyjne by zasięgnąć języka. Przy okazji dowiedziałem się, że w Australii istnieje zupełnie inny system mierzenia oktanów i tutejsza 91–ka zmierzona sytemem europejskim uzyskałaby liczbe oktanową około 95. Podliczyłem wsyztkie za i przeciw i zdecydowałem się zaryzykować. Dziś zalałem do baku prawie 40 litrów ekologicznego paliwa. Wychodzi na to, że mam teraz w baku 8 flaszek czystego spirytusu. Ciekawe jak junior się bedzie czuł po wypiciu takiej ilości „procentów”. Jeśli dobrze to przyjmie, to kto wie czy nie będę kontynuował rozpijania dalej. Wszak cena jest zachecająca.

W Australii znajduje się 29 cukrowni; 25 w Queenslandzie, 3 w Nowej Południowej Walii i 1 w Australii Zachodniej. Słodząc szklankę herbaty czy kawę mamy około 30% szans, że używany przez nas cukier pochodzi z okolic Cairns. Do produkcji cukru wykorzystuje się w Australii trzcinę cukrową. Nic więc dziwnego, że plantacje trzciny dominują w miejscowym krajobrazie. Właśnie jesteśmy w środku sezonu cukrowniczego. Trwa on od czerwca do końca listopada. Dzięki sprzyjającym warunkom klimatycznym plantacje mogą „dojrzewać” systematycznie zapewniając ciągłość dostaw surowca do cukrowni a jednocześnie optymalizując koszty. Nie trzeba bowiem w krótkim czasie rzucać wszystkich sił na raz do zbiorów ani budować specjalnych silosów do magazynowania zapasów surowca. Można wszystko dostarczać na bieżąco. Nawet nie zdawałem sobie sprawy jak doskonale logistycznie dopracowany jest ten przemysł. Dojrzałą trzcinę, która może mieć ponad 4m wysokości zbiera się za pomocą specjalnych kombajnów. Oddzielają one wyschnięte liście od łodygi oraz tną ją na kilkudziesięciocentymetrowe kawałki. Za kombajnem podąża ciągnik, który co pewien czas odbiera „urobek” i transportuje go do czekającej na bocznicy wąskotorówki. Sieć kolejek oplatających poszczególne plantacje rozciąga się na setki kilometrów. Codziennie w drodze do pracy mijam przynajmniej kilka pociągów pieczołowicie transportujących trzcinę do cukrowni. To zakład, którego organizacja wzbudziła mój podziw. Praktycznie wszystkie produkty uboczne są wykorzystane i nie produkuje się żadnych odpadów. Pierwszym miejscem, gdzie trafia trzcina jest wielki bęben, w którym łodygi są „ubijane”. Miazga trzcinowa trafia następnie do 4 młynów po kolei. Są to nic innego jak wielkie wyciskarki przypominające wyżymaczki do pralki Frania. Każda kolejna wyciska coraz więcej soku z trzciny. Wszystko przy udziale bardzo gorącej pary wodnej. Po przejściu przez ten proces uzyskuje się słodki, zanieczyszczony sok. Produktem ubocznym są wytłoczki. Używa się je jako paliwo w przyzakładowej kotłowni. Dzięki temu powstaje para wodna. Jest jej tak dużo, że nie tylko wystarcza na cały proces technologiczny, ale również nadmiar wykorzystywany jest do napędzania generatorów i produkcji energii elektrycznej oddawanej do sieci. Zanieczyszczony sok poddawany jest dalszej obróbce. W pierwszej kolejności trzeba go oczyścić z resztek ziemi z pola i włókien roślinnych. Powstały w ten sposób szlam trafia z powrotem na pola jako nawóz. Oczyszczony sok jest zagęszczany. Ostatnim etapem produkcji cukru jest jego krystalizacja. W tym procesie produktem ubocznym jest melasa. Wykorzystuje się ją jako paszę zwierzęcą na farmach lub w gorzelnictwie do produkcji rumu. Cukier zaś transportowany jest do Cairns, gdzie w porcie znajduje się specjalny terminal do jego załadunku na statki. Dalej już trafia do hurtowni pakujących go w torebki i na nasze stoły.
Mulgrave Mill
darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków

P.S. Pierwsza fotka nie jest mojego autorstwa.

Chcę dziś Was zabrać w 2,5 km. zimowy spacer po Esplenadzie w Cairns. Wycieczkę zaczynamy na samym końcu nadmorskiej promenady, w miejscu dzikim i spokojnym. Dalej nad brzegiem królują juz tylko mangrowce i zarośla namorzynowe. My kierujemy się w stronę „cywilizacji”. Na samym początku ścieżki widzimy niewielki plac zabaw zwany „Statkiem”. Kiedyś w tym miejscu stał duży drewniany statek piratów, który służył dzieciakom jako miejsce wszelakich szaleństw. Niestety polityka „chuchania na zimne” rządu stanowego nakazała demontarz wszystkich drewnianych urządzeń z placów zabaw. Niby dla poprawy bezpieczeństwa dzieci. Tuż obok placu zabaw widzimy publiczne BBQ, z którego w niedzielne popołudnie chętnie korzystają całe rzesze tubylców.

darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków

My jednak nie będziemy ronić łez nad rozlanym mlekiem i dziarsko maszerujemy dalej. Promenada tu zachowała swój specyficzny leniwy charakter. Jak widzimy nic nie stoi na przeszkodzie, by spędzić czas beztrosko serwując po internecie w rozwieszonym miedzy palmami hamaku. Co pewien czas na naszej trasie pojawiają się pomosty widokowe. Można z nich obserwować morze podczas przypływu, albo kilometry mułowiska podczas odpływu.

darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków

Idąc dalej w obranym wcześniej kierunku spotykamy kilka urządzeń do nieco aktywniejszej formy wypoczynku niż bujanie się w hamaku czy obserwowanie oceanu. Są elementy ścieżki zdrowia do wykonywania ćwiczeń podczas joggingu, mamy ścieżkę rowerową dla cyklistów. Nieco dalej widzimy wielka polanę, która słuy dzieciakom jako miejsce do puszczania latawców. Mi jednak nie udało się utrwalić tego w akcji. Nie udało mi się również sfotografować drużyn siatkówki plażowej, choć jak widać i do tego mamy zaplecze. Tuż za boiskami do siatkówki zbudowano rynny dla rolkarzy i rowerzystów – Skate Park. Nic tylko siadać na rower i poszaleć. Jeśli zgłodnieliśmy po tych szaleństwach, to możemy skorzystać z kolejnego BBQ.

darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków

Kawałeczek za Skate Parkiem stworzono raj dla rodziców z dziećmi. Muddy’s Playground to całkiem pokaźnych rozmiarów plac zabaw dla dzieieciaków w każdym wieku. Oczywiście w tym klimacie nie może obejść się bez zabawy na mokro. Rodzice też nie będą się tam nudzili. Mogą w międzyczasie przyrządzić posiłek na BBQ lub też usiąść w kafejce zamawiając lody lub kawę.

darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków

Idąc dalej dostrzegamy, że promenada zmienia już swoje oblicze. Przy samym brzegu pojawia się drewniany pomost. Będzie on już nam towarzyszył niemalże do samego końca spaceru. Cały czas napotykamy się na zainstalowane elementy ścieżki zdrowia.

darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków

Przy pomoście zbudowano trzy stacje z tarasami widokowymi. Pierwsza napotkana przez nas jest stacja poświęcona środowisku. Na jej ścianach umieszczono informacje i zdjęcia dotyczące przyrody Cairns, okolicznej rafy koralowej oraz lasu deszczowego. My zatrzymamy się tu na chwilę, by z tarasu widokowego zerknąć co dzieje się na mulistym nabrzeżu podczas odpływu. Bez trudu dostrzeżemy brodzące ibisy, stada pelikanów, czapli oraz innego ptactwa brodzącego. Kiedy przyjrzymy się bliżej, na mule dostrzeżemy tysiące małych krabów. Ich prędkość zagrzebywania się w przypadku niebezpieczeństwa jest na prawdę zadziwiająca.

darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków

Ruszamy w dalszą drogę. Kilkadziesiąt metrów dalej mijamy kolejny przystanek. Tym razem poświęcony Cairns. Szczególnie historii i rozwojowi osadnictwa w tym miejscu. Następnym miejscem na trasie naszej wycieczki jest pomnik ku czci żołnierzy z korpusu Anzac. Anzac, to nazwa batalionu, w którym po raz pierwszy żołnierze z Australii i Nowej Zelandii walczyli pod własną flagą, a nie bezpośrednio wcieleni do wojsk brytyjskich. Miało to miejsce podczas Pierwszej Wojny Światowej, a o wolność (tylko czyją, bo przecież nie Australii? ) dzielni Diggersi walczyli na wybrzeżu Turcji. Cała operacja była źle zaplanowana i fatalnie skoordynowana w wyniku czego większość korpusu została wystrzelana jak kaczki. Dziś rocznica tych wydarzeń jest chyba najbardziej oficjalnie obchodzonym świętem w Australii. Po chwili zadumy ruszamy dalej wzdłuż promenady.

darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków

Kolejnym przystankiem na naszej trasie jest wiata poświęcona pierwotnym mieszkańcom tych terenów – Aborygenom. Tu możemy się dowiedzieć o historii klanów zamieszkujących obszar dzisiejszego Cairns. Tuż za tym przystankiem umiejscowiono małą marmurową piramidę. Postawiono ja na pamiątkę przybycia do Australii znicza olimpijskiego w 1956 roku. To właśnie w Cairns ogień olimpijski po raz pierwszy w historii dotknął ziemi na południowej półkuli. To właśnie z tego miejsca rozpoczął swoją długa na 4 600 km. podróż do Melbourne. My zerkniemy jeszcze za siebie na pomost, którym tu dotarliśmy. Aby Was przekonać, że pomost jest nie od parady jeszcze jedna fotka. Tym razem nocą ze wzbierającym na sile przypływem.

darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków

Tak oto dotarlismy prawie nad Lagunę. Na pobliskich scieżkach rozlokował się cotygodniowy pchli targ. To głównie wyroby lokalnego rękodzieła wciskane na potęgę turystom, cepeliada. Laguna jest obecnie chyba najbardziej rozpoznawalnym obiektem w Cairns. Jak widać sroga zima nie przeszkadza nikomu w igraszkach w wodzie czy kapielach słonecznych.

darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków

Mijamy Lagunę kierując się w stronę Pier Market. W budynku miesci się hotel oraz sporo sklepików i kafejek. Po drodze mijamy jedno z kilku rozmieszczonych w najbliższym sąsiedztwie Laguny BBQ. Nieco w bok od Pier Marketu widzimy muszę koncertową.

darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków

Pier Market sąsiaduje z przystania jachtową znaną pod nazwą „Marlin Marina”. To miejsce skąd wypływają wszystkie wycieczki z Cairns na Wielką Rafę Koralową. Można tu spotkać również małą łódź podwodną, albo dziesiątki prywatnych jachtów. Jeszcze więcej łódek widzimy, kiedy z przystani jachtowej spojrzymy na drugi brzeg zatoki. To już prawie koniec naszej wyprawy. Zerkamy więc w stronę hotelu Hilton i kawiarni Mondo, gdzie zakończymy spacer. Idąc ostatnim odcinkiem pomostu obserwujemy apartamentowiec „Harbour Lights”. Szczytowe jego mieszkania mają przepiękny 270 stopniowy widok na zatokę i góry. Cena jest również przepiękna. To najdroższe nieruchomości w mieście. Tuz obok, na dole widzimy „Reef Fleet Terminal”, czyli biuro biletowe wszystkich operatorów pływających na rafę. Obok terminalu stanowiska autobusów dalekobieżnych. Mijamy apartamentowiec i docieramy do ostatniego punktu wycieczki. To kawiarnia Mondo. I jeszcze na koniec zerkamy za siebie w tył. Lubie zimowe spacery po Cairns.

darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków


  • RSS