harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2007

Minęło już dwa tygodnie od kiedy na powrót mieszkamy w Cairns. Nasze życie nadal jest trochę wywrócone ale powoli nabiera rytmu. Ja zacząłem prace tuż po przyjeździe, więc na Ulę spadł ciężar zorganizowania wszystkiego dookoła. Pierwszy tydzień zleciał jej na poszukiwaniu najekonomiczniejszego środka transportu w Cairns – roweru oraz mieszkania do wynajęcia. Rower zakupiła we wtorek. I choć to nic nadzwyczajnego, to zachwycona nim jest tak, że omal się nie obraziła, że nie napisałem notki pt. „Ona i jej bryka”. Ze znalezieniem mieszkania uporaliśmy się równie szybko. Zajęło to tydzień i 1 dzień. Odliczając, że poprzedni piątek był w Cairns dniem wolnym od pracy z racji odbywającego się Cairns Show (rodzaj dożynek) to można powiedzieć, że tydzień. W międzyczasie korzystając z pięknej tego roku zimy korzystamy na całego z uroków miasta. Każdego wieczoru staramy się chodzić na spacer nad Ocean. Przeważnie połączone jest to z pochłonięciem porcji lodów. Weekendy również staramy się spędzać intensywnie. Pierwszy spędziliśmy na rajdzie po knajpkach i pubach, jakie odwiedzaliśmy będąc w Cairns studentami. W zeszłym tygodniu wybraliśmy się do kina na Shreka 3 oraz na całodzienny spacer wzdłuż północnych plaż. Spacer połączony był z polowaniem na pepisy, małże wyrzucane na brzeg przez fale przypływu. Wieczorem przyrządziliśmy je z czosnkiem i pietruszką. Smakowały pierwszorzędnie. W ostatni weekend przenieśliśmy się do nowo wynajętego mieszkania. Nie przeszkodziło to nam jednak odbyć długi niedzielny spacer nadmorską promenadą. Tematem przewodnim było obserwowanie wszystkiego, co pełza po mule podczas odpływu. W Cairns jest na prawdę pięknie. Tu człowiek potrafi wyjść z domu i cieszyć się dniem. Większa ilość słońca, mniejszy tłok koją i uspokajają.

Przez niemal dwa lata naszego pobytu w Melbourne Cairns zmienilo nieco swoje oblicze. Bez wątpienia miasto przeżywa obecnie boom. Widać to szczególnie po liczbie nowych budynków w mieście i nowych osiedli na przedmieściach. W każdej dzielnicy można natknąć się na wielkie połacie gruntów niwelowanych i przygotowywanych pod budowę całych osiedli domków jednorodzinnych. Pozytywną tendencją jest, że osiedla nie rozpełzają się coraz dalej od centrum a raczej zajmuja miejsca pól trzciny cukrowej i nieużytków. W samym CBD zniknęło wiele starych ruder a w ich miejsce pojawiły sie nowoczesne apartamentowce. Ma to zarówno pozytywny jak i negatywny wydźwięk. Z jednej strony poprawia się estetyka miasta, z drugiej zmienia się jego specyficzny charakter. Do niedawna budynki mające powyżej 3 kondygnacji mozna było policzyc na palcach. Inną zmianą na niekorzyść jest coraz większa komercjalizacja centrum. Rosnące ceny czynszów zmuszają właścicieli małych „klimatycznych” lokali do zwinięcia interesów i ustąpienia miejsca wysokodochodowej masowej tandecie dla Japończyków. W ten sposób zniknął miedzy innymi „Johnos Jazz Bar”, gdzie można było posłuchać na żywo Jazzu i Bluesa albo obejrzeć wyścigi ropuch. Zastapi go klub go-go. Na plus można zaliczyć, że wiele lokali z tanim wyszynkiem zmuszone było podnieśc standard, a co za tym idzie ceny. Przybytki te okupowane były głównie przez Aborygenów oraz różnego rodzaju menty i żuli. Wzrost cen wyparł ich ze ścisłego centrum, w którym został już tylko jednen lokal tego typu. Dziś już praktycznie nie spotyka się w centrum grupek Aborygenów koczujących na ławkach czy całych klanów okupujacych miejskie parki i skwery.

Rozwój miasta potwierdzają również statystyki. Rosnie zatrudnienie i spada bezrobocie. Na koniec roku finansowego 2007 (30.06.2007) spadło ono do rekordowo niskiego poziomu 2,9%. Analitycy twierdzą, że jest to sytuacja, w której bezrobotnymi pozostają jedynie osoby, które są w trakcie zmiany pracy lub nie pracują z własnego wyboru. Lokalny samorząd w zeszłym roku wydał pozwolenia na budowe ponad 4 000 budynków. To prawie 15% wiecej niż dwa lata wcześniej. Na ten rok prognozy mówią o kolejnym wzroscie wydawanych decyzji o nie mniej niż 12%.

Wszystko wskazuje na to, że Cairns, tak jak inne miasta w kraju, załapało się na ogólnoaustralijski boom gospodarczy. Co tak „dało kopa” dla regionu ? Głównie dobra koniunktura w przemyśle. Są tacy, którzy twierdzą, że jeśli w mieście nie ma kopalni, huty czy rafinerii to nie ma przemysłu. Nic bardziej błędnego. W Cairns króluje turystyka, ale nie tylko. Ale to już opowiastka na zupełnie inna notkę.

Środa 13:00

Wyruszamy w nasza najdłużaszą jak dotychczas wyprawę garbusową. Przed nami około 3000 km do przebycia. Nie można jednak w tak długą trasę wyruszyć o pustym żołądku. Pierwsze kroki kierujemy więc na Richmond do naszej ulubionej chińsko-wietnamskiej restauracji.

Środa 14:30

Posileni, zadowoleni wyruszamy na trasę już na serio.

Środa 15:15

Przejechawszy ooło 40 km mijamy Crangieburne jedną z ostatnich „sypialni” na północy Melbourne. Dla nas to symboliczne opuszczenie miasta. Krajobraz Wiktorii bardzo przypomina nam europejskie plenery. Mkniemy autostradą w otoczeniu mniejszych i wiekszych zielonych wzgórz. Są to głównie pastwiska, po których wałęsają się leniwie owce i krowy. Gdzie niegdzie widać stada koni.

Środa 16:55

Zatrzymujemy się na kawę w Shepparton. Dokonuję szybkiej inspekcji garbusa. Wszystko gra, po pół godzinie ruszamy dalej. Krajobraz powoli ulega zmianie. Coraz częściej widzimy wysuszone trawy i drzewa „bez kory”. Z zielonych pastwisk niespostrzeżenie wjeżdżamy na pożółkłe stepy.

Środa 18:20

Po pokonaniu 271 km przekraczamy graniczną rzekę Murray. Opuszczamy Wiktorię wjeżdżając do Nowej Południowej Walii. Przy drodze pojawia się więcej tablic ostrzegających przed kontrolami radarowymi. I jak na razie jest to jedyna dostrzegalna różnica miedzy stanami.

Środa 22:30

Przejechalismy już 576km. Za oknem juz dawno zapadł zmrok przez co droga stała się monotonna i nudna. Na trasie pusto. Jedynymi uzytkownikami dróg są potężne ciężarówki. Mijając je co rusz uderzają w nas pryskajace spod kół kamyczki. Zatrzymujemy sie na krótki odpoczynek w miejscowości West Wyaong.

Czwartek 1:50

Jesteśmy w Dubbo na 827 km naszej podróży. Na zewnątrz temperatura spadła do 3-4 stopni Celciusza. Wychodzimy z samochodu by po chwili wrócić szczękając zębami. Łapiemy godzinę snu, tankujemy „Juniora” i jedziemy dalej.

Czwartek 9:35

Jesteśmy w Gondiwindii, na 1329 kilometrze. To już Queensland. Po wyjechaniu z Dubbo złapalismy jeszcze godzinę snu na przydrożnym parkingu. Nad ranem na drodze zaczęły pojawiać się kangury. Z początku rozjechane przez inne samochody. Kiedy zobaczyliśmy w przydrożnych krzakach wałęsajace się stadka wytężylismy wzrok. Spotkanie z kilkudziesięciokilogramorym zwierzakiem skończyłoby się tragicznie nie tylko dla niego. Na parkingu przy Motelu i stacji benzynowej łapiemy znów troche snu po czym idziemy na niecałkiem zdrowe śniadanie do Mc Donalda. Na dworzu przyjemne ciepełko. Temperatura wyraźnie się podniosła w stosunku do Melbourne. W dalszą droge ruszamy o 12.30.

Czwartek 13:05

Krajobraz od wyjazdu z Gondiwindi przypomina dzikie stepy. Jedziemy przez pustkowia bez widocznych sladów działalnosci ludzkiej. Wokół nas rozciągają się ogromne połacie pożółkłych traw i wysuszonych połamanych drzew. Szosa przypomina polską droge powiatową. Wąska, bez poboczy o dość kiepskiej nawierzchni. Mimo środka dnia roboczego nawet ciężarówki są już żadkością. Zatrzymujemy się w miejscowości o wdzięcznej nazwie Dziąsła (the Gums). Właściwie to jedynie skrzyżowanie dróg i stacja benzynowa BP, na której nie ma nawet terminala do obsługi kart. Szybka inspekcja garbusa nie przynosi żadnych niespodzianek.

Czwartek po południu.

Od kilku godzin i kilkuset kilometrów sytuacja wyglada dokładnie tak samo. Mkniemy przez australijski interior. Średnio co 100 kilometrow mamy okazje natknąć się na ślady cywilizacji. Droga usiana jest zwłokami kangurów w róznym stadium rozkładu. Na kazdy kilometr przypada ich dosłownie kilkanascie. Nawet nie chcę mysleć o przejechaniu tedy o świcie lub zmierzchu, kiedy przypada najwieksza aktywnośc kangurów. O zasięgu telefonu komórkowego mozna jedynie pomarzyć. Musimy polegać bezgranicznie na naszym 32 letnim garbusie. Późnym popołudniem mijamy osadę o nazwie Theodore. Postanawiamy poszukać noclegu. Znajdujemy jedyny hotel w miasteczku, z którego jednak rezygnujemy. Wartą do odnotowania ciekawostką jest, że Theodore to zaplecze kopalni złota w znajdującej się nieopodal (60 km) osadzie Cracow. Kopalnia została opuszczona w latach 50-tych. W 2004 roku postanowiono wznowic tam wydobycie.

Czwartek 18:25

W poszukiwaniu noclegu docieramy do niewielkiej osady Banana. To skrzyzowanie naszej szosy z droga wiodącą od Rockampton w stronę środka kontynentu. Jesteśmy potwornie zmęczeni. Na liczniku już 1838 km od Melbourne. W jedynym motelu dowiadujemy się, że nie ma już wolnych miejsc i prawdopodobnie nie znajdziemy nic aż do Rockhampton czyli przez najblizsze dwie godziny drogi. Zatrzymujemy się na kolację. Po krótkiej naradzie co dalej podejmujemy decyzję, że lepiej znaleźć jakikolwiek nocleg niż spędzić kolejną noc w kucki w samochodzie. Ruszamy. Szosa biegnie wzdłuż magistrali kolejowej transportujacej surowce z wnetrz kontynentu. Ten teren węglem stoi. W Australii 80% surowców wydobywa sie metodą odkrywkową.

Czwartek 19:40

Przejeżdżając przez niepozorną osadę Wowan dostrzegamy (Ula) szyld jednego z kampingów. Zatrzymujemy sie. Za 55 AUD dostajemy czyściutką kabinę z kuchnią, dużą lodówką, prysznicem i sypialnia z ogromnym podwójnym łożem. Wypijamy przed snem po piwku i padamy jak kaczki.

Piątek 7:50

Wyspani, posileni ruszamy w drogę. Świat wyglada zupełnie inaczej, aż się chce jechać. Krajobraz nadal przemysłowy. Zblizając się do Rockhampton mijamy dość sporą elektrownię węglową. Chwilę później przeciskamy się przez centrum miasta. Po raz pierwszy w naszej podróży widzimy palmy kokosowe. Tu na wybrzeżu jest równiez o wiele wilgotniej co sprzyja zieleni.

Piątek 10:10

Zatrzymujemy się na kawę kilkadziesiąt kilometrów przed Marrynborought. Aż nie możemy uwierzyc, że może byc tak ciepło w środku zimy. Stacja benzynowa i parking okupowany jest przez „karaweningowców”. Większość klienteli stanowią wozy kempingowe lub samochody z przyczepami. Atmosfera i klimat wyraźnie wakacyjny. Nie lada atrakcją są Słodniki (Blue-faced Honeyeater Entomyzon cyanotis). To ptaki wielkości polskiego szpaka z przepieknie opalizujacym na zielono upierzeniem ciała i niebieską głową. Ich dzioby zbudowane sa podobnie jak dzioby kolibrów przez co by sięgnąć po okruch na stole muszą obracać głowę na bok dając tym samym dodatkowe przedstawienie dla gapiów. Spedzamy na tym postoju 40 minut, po czym ruszamy w dalszą drogę.

Piątek 14:45

Jesteśmy w Bloomsbury na 2415 km trasy. Czas na kolejny postój i odpoczynek. Ostatni pokonany odcinek wyraźnie różni się od wszystkiego co mijalismy dotychczas. Za oknami garbusa pojwiły sie pola trzciny cukrowej. Czuć również, że powoli zbliżamy się do tropików.

Piątek 16:25

Docieramy do Bowen. Zjeżdżamy trochę z trasy by zjeśc w mieście posiłek. Na dwóch wielkich zbiornikach znajdujących sie na pobliskim wzgórzu umieszczono napis „Bowenwood”. Wspaniała parodia Hollywood idealnie licująca z tym co zastajemy w misteczku. Niewielkie „centrum” ciągnące się góra kilkaset metrów wzdłóż głównej ulicy nie oferuje nic coekawego. Z trudem znajdujemy jedyną pizzerie. Zamawiamy posiłek, na ktory trzeba czekać dobrze ponad pół godziny. Nadmienię, że jestesmy jedynymi klientami w lokalu. Stosunek jakosci do ceny jest na prawdę kiepski, ale zjeść coś trzeba. Jedynym plusem tej całej sytuacji jest prawie połtoragodzinny odpoczynek. O 17:50 ruszamy dalej.

Piątek 20:15

Jesteśmy już w Townsville. Stąd do Cairns już „kamieniem rzucił”, jedynie 350 km, tyle co z Warszawy do Gdańska. Po drodze spotyka nas mała przygoda. Przez ostatnie kilkadziesiąt kilometrów jechał za nami samochód. Mimo wielokrotnych mozliwości wyprzedzenia nigdy tego nie zrobił. Kiedy skręcilismy do miasta pojechał za nami. Wlókł sie tak cały czas. W pewnym momencie zdecydowałem się zatrzymać. Samochód nas minał po czym na nastepnym skrzyzownaiu zawrócił i stanął po przeciwnej stronie drogi. Wyglądało jakby nas beszczelnie sledził. Korzystając z okazji pojechałem i zaparkowałem dwie ulice dalej. Townsville wieczorem wyglada jak opuszczone miasto. Przepiekna promenada spacerowa w centrum świeciła pustkami. Zamkniete były wszystkie możliwe sklepy z supermarketem włącznie. Poszliśmy na kawę do dzielnicy nocnych klubów. Tu też nie było zbyt wielu klientów. Siedlismy więc na kawie w pierwszej napotkanej restauracji. Chcielismy tu spędzić 3 godziny, by do Cairns nie dojechać za wcześnie, spędzilismy niespełna 1,5.

Sobota 0:15

Zatrzymujemy sie na przydroznym parkingu na krótką drzemkę. Klientelę w całosci stanowią wozy kampingowe. Kładziemy się spać na dwie godziny.

Sobota 4:50

JESTEŚMY W CAIRNS. Wyczerpani, ale szczęśliwi. Junior dzienie pokonał 3 105 km.

Przez kilka dni na gadu-gadu miałem opis, cytat Budki Suflera „Za marzenia słono płaci się, choć życie tak niepowtarzalne jest”. Nie mogłem się oprzeć, choć to wyraźnie trąci kiczem. Ale tak właśnie teraz się czuję. Nie wiem tylko czy jest to przejaw bezgranicznej głupoty czy uporu w dążeniu do celu i konsekwencji w realizacji marzeń. Po kilkunastu miesiącach spędzonych w Melbourne wracamy do Cairns. Tam właśnie dostałem pracę, o której tak enigmatycznie wspominałem poprzednio. Wszystko wydarzyło się podczas mojego pobytu w Brisbane. Choć firma, w której będę pracował ma centralę w Sydney a aplikację złożyłem zanim jeszcze pożegnałem się z „Bałaganem” to właśnie w Brisbane spotkałem się z managerem z Sydney, któremu będę podlegał i przeszedłem owe masakryczne badania psychotechniczne.

Teraz przed nami bardzo gorący okres. W ciągu kilku dni należy pozamykać wszystkie sprawy w Melbourne, zorganizować cos na początek w Cairns i wyruszyć w drogę. Czeka nas najdłuższa z naszych dotychczasowych wypraw garbusowych. Musimy pokonać ponad 3 200 km. To mniej więcej tyle, co z Warszawy do wybrzeży Libii. Tyle, że tam się ostatnie kilkaset km. płynie promem a my całą drogę pokonamy na kołach. Jeśli myślałem, że podróż do Brisbane w 32 letnim garbusie to dopiero wyzwanie, to jak nazwać dokładnie dwa razy dłuższą trasę na której stacje benzynowe bywają oddalone od siebie po 150 i więcej kilometrów a przez wiele godzin można nie zobaczyć śladu cywilizacji ?

Myślałem, że będę skakał do nieba opuszczając Melbourne, bo żyje się tu jak na prowincji, w grajdole, gdzie rządzi ciasnota myślenia i ostrożność. Zwrócić komuś uwagę, mieć inne zdanie – to w tym mieście gorzej niż obelga. Na każdą krytykę natychmiast odpowiada się frontalnym atakiem. Ale tak nie jest. Mimo wszystko spędziliśmy tu trochę czasu i przetarliśmy wiele własnych ścieżek. Będzie nam bardzo brakowało weekendowych wizyt w restauracjach na Victoria St na Richmond czy Springvale. Polubilismy „arabowo” na Sydney Rd. Szkoda nam będzie rozstawać się z „zabytkiem”, najstarszym i najgorszym tramwajem w Melbourne niemiłosiernie wlekącym się przez „naszą” Chapel Street pełną barów, kawiarni, nocnych klubów i dyskotek. Zatęsknimy pewnie również za Docklands. Odczujemy brak Melbourne Sports and Aquatic Center, gdzie zwykliśmy pływać co najmniej dwa razy w tygodniu. Będziemy musieli się pożegnać z majonezem kieleckim, ogórkami kiszonymi, żurkiem, makowcem i wszystkimi innymi polskimi rzeczami dostępnymi na wyciągnięcie ręki w rosyjsko – żydowskiej dzielnicy Balaclava, która oddalona jest od naszego mieszkania o przysłowiowy rzut beretem. Wymieniać mógłbym jeszcze długo, ale nie w tym rzecz. Mimo całej naszej niechęci do „najlepszego miasta na świecie” potrafimy docenić jego zalety i ustami Jana Karczmarka z kabaretu Elita powiem „Nie wszystko było złe nie wszystko…..”

Teraz czekają nas nowe wyzwania i ułożenie sobie na nowo całej rzeczywistości na dalekiej północy Queensland. Jesteśmy na równi podekscytowani jak i i przerażeni. Na dziś spakowaliśmy całe mieszkanie w kartony i czekamy aż Junior wróci od blacharza. Później wspominana uprzednio wtorkowa ceremonia i kilka długich dni podróży przez australijski interior. To dopiero będzie przygoda.

Wszystko zaczęło się w poniedziałek, kiedy oddaliśmy Juniora do warsztatu po tym jak w marcu na parkingu w pracy koleżanka wjechała mi w tył. Zeszło tak długo po części z opieszałości ubezpieczyciela (nie mogli mi oszacować szkody dopóki sprawczyni nie zapłaci jakiś zaległych pieniędzy), po części warsztatu (trzy tygodnie zajęło im ściągnięcie części, które można kupić w ciągu 1 dnia) oraz z powodu mojej 7 tygodniowej wyprawy do Brisbane. Kiedy już zostawiłem samochód w warsztacie zajrzałem do „Bałaganu” odebrać roczne rozliczenie podatkowe. W Australii rok finansowy trwa od 1 lipca do 30 czerwca, czyli właśnie się skończył. Nie ufałem, że dział płac zmieni mój adres (za dobrze znam tą firmę) i miałem rację. Na niewysłanym jeszcze dokumencie widniał nasz poprzedni adres. W trakcie pogawędki z Lu padło pytanie, czy nie zgodziłbym się coś dla nich zrobić. Czemu nie, pomyślałem, mam kilka dni wolnego a nieoczekiwany zastrzyk gotówki zawsze jest mile widziany. W ten oto sposób wróciłem na 3 dni do „Bałaganu”. Głównie z powodu sympatii, jaką czuję do Lu.

W „Bałaganie” postępujący rozkład. Od mojego odejścia na szczęście wiele nie popsuli. Spieprzyli tylko to, za co wziął się Artur, a że nie wziął się prawie za nic to nie było wielkiej tragedii. Gorzej z kreatywnością. Utknęli jak blondynka, której się na drodze popsuje samochód. Ale to zupełnie inna historia. Trzy dni upłynęły dość sympatycznie. Każdy z ludków podkreślał, że jestem za dobry ratując im dupę po tym jak się ze mną rozstali. Z pracą uwinąłem się dość szybko i gładko. Sam z siebie byłem zadowolony.

Pozostawienie Juniora w warsztacie zmusiło mnie do korzystania z komunikacji publicznej. Przyznam, że dawno się tak nie zirytowałem i jeżdżąc do pracy samochodem powoli wylatywało mi z pamięci jak beznadziejnie jest to zorganizowane w Melbourne. Co prawda przy Warrigal Rd zainstalowano nowoczesne przystanki z elektronicznymi wyświetlaczami i zapowiedzią głosową, ale cóż z tego, jeśli wskazują one kiedy będzie następny autobus wg rozkładu a nie kiedy rzeczywiście przyjedzie. I jak bywało drzewiej autobus przyjechał 6 minut przed czasem. O tym, że nie był to opóźniony poprzedni kurs dowiedziałem się kilka przystanków dalej, kiedy czekaliśmy 6 minut na zrównanie się z rozkładem. O dupę potłuc taki system informacji. Ładny, efektowny, zapewne bardzo kosztowny i zupełnie bezużyteczny. Do tego doszło oczywiście standardowe skomunikowanie pociągów. Czyli przyjeżdżasz na dwie minuty po odjeździe poprzedniego a na następny czekasz 18 minut o ile nie jest opóźniony. No coż, niektórzy twierdzą, że w Melbourne jest najlepsza z możliwych komunikacja publiczna. Jakby komukolwiek była potrzebna lepsza na pewno by ją zrobili.

Z pozostałych wydarzeń warto wspomnieć o czekającej mnie we wtorek ceremonii. W tym bowiem dniu złożę przysięgę na wierność AU i stanę się pełnoprawnym obywatelem kraju kangura, wombatów tudzież innych misiów koala.

Wiem, że miało być o nowej pracy, ale to musi jeszcze chwilę poczekać. Przynajmniej do następnej notki.

Pod koniec ubiegłego tygodnia mieliśmy kolejna dużą wycieczkę naszym 32 letnim garbuskiem – powrót z Brisbane. Tym razem po drodze do Melbourne postanowiliśmy zahaczyć o Sydney, co wydłużyło nasza podróż do 1880 km. To mniej więcej tak jak z Suwałk do Paryża.

Dlaczego nie zdecydowaliśmy się zostać w Brisbane? Najprościej można to ująć mówiąc, że nie byliśmy w stanie poukładać wszystkich rzeczy na raz. Trzy najważniejsze z nich to moja praca, Szpulki studia oraz mieszkanie. Zacznijmy od końca. Mieszkania w Brisbane są koszmarnie drogie. Ceny lokali porównywalnych z tym, w którym mieszkamy w Melbourne zaczynają się mniej więcej od poziomu 150% tego, co płacimy obecnie a nasza dzielnica nie należy do tanich. Pociąga to za sobą, że chcąc mieć po opłaceniu czynszu tyle samo gotówki na rękę moje zarobki musiałby być sporo większe. Problem ten jest tym mniej bolesny, im wyższą się ma pensję, więc nie był to argument krytyczny. Kolejną rzeczą była Uli szkoła. Nie wdając się w szczegóły różnice między systemem edukacji w Wiktorii a Queensland spowodowały, że studiowałoby się Uli znacznie trudniej niż do tej pory. Zanim przejdę do kwestii pracy, nadmienię kilka mniejszych powodów naszej decyzji. Melbourne jest nieporównywalnie bardziej kosmopolityczne i wielokulturowe. Zamieszkanie w Brisbane leczyłoby się z koniecznością zmiany naszych upodobań buszowania po azjatyckich, rosyjskich, żydowskich czy arabskich bazarach i sklepikach czy stołowania się w małych narodowych restauracjach. Oprócz tego zamieszkując w Brisbane nadal nie uciekamy od Wielkiego Miasta. Doszliśmy do wniosku, że wszystkie zalety Brisbane, a miasto ma ich na prawdę wiele, nie są w stanie nam zrekompensować osobistych kosztów. Słowem nasz subiektywny bilans zysków i strat wypadł w naszej ocenie niezbyt dla nas pozytywnie.

Przejdźmy teraz do „polowania na pracę”. Drugiej pracy szuka się już inaczej niż pierwszej. Głównie z powodu posiadania lokalnego doświadczenia i referencji. Ogólnie mówiąc Agencje chcą rozmawiać. To, że niewiele z tego wynika oraz, że nadal trudno się do nich przebić, to zupełnie już inna para kaloszy. Niekompetencja Agentów czasami aż boli. Wilekrotnie 2 czy 3 agentów z jednego biura próbowało mnie wysłać do tego samego pracodawcy, albo na rozmowę w miejsce, gdzie kilka dni wcześniej już odrzucili moją aplikację. W ciągu 6 tygodni jakie spędziłem w Brisbane udało mi się wbić do 7 agencji w tym pięciu z tych największych. Byłem na ponad 10 rozmowach u pracodawców, 3 razy dostałem oferty pracy, które odrzuciłem. Pierwsze dwie, gdyż były to kontrakty na zbyt krótki jak dla mnie termin, trzecią gdyż firma zajmowała się obsługą hazardu w internecie. Biznes legalny, ale zawsze takie branże przyciągają do siebie mnóstwo różnych ciemnych typów, a ja będąc tam szefem finansów niekoniecznie chciałbym lawirować na granicy prawa by wyprać jakieś nie do końca legalne pieniądze.

W ostatnim tygodniu pobytu w ramach jednego z procesów rekrutacyjnych wylądowałem na badaniach psychotechnicznych. Na prawdę ciężkie doświadczenie. Całość trwała ponad 6 godzin !!! Nie umęczyłem się chyba tak od czasów matury. Najpierw musiałem rozwiązać testy na inteligencję. Było ich cztery i były stosunkowo proste. Dwa pierwsze skończyłem przed czasem, dwa kolejne na ostatnim zadaniu. Sądząc po tym, że łatwiejsze zadania z początku testu szły mi nieco wolniej niż końcowe, to gdyby test miał kilka pytań więcej i trwał odpowiednio dłużej, też bym je zrobił w całości. Później przyszła kolej na testy zdolności numerycznych. Pierwszy polegał głównie na uzupełnianiu brakujących elementów ciągów lub kwadratów liczb. Drugi to zadania z treścią. Trzeba było wyliczyć odpowiednie wartości na podstawie danych. Po tym przyszła kolej na test z rozumienia angielskiego i znajdowania związków przyczynowo skutkowych. Było to 40 zadań typu: „Które dwa zdania razem mówią, że Kasia miała na balu czerwoną sukienkę”. Poniżej każdego pytania 5 zdań, z których należało wybrać te dwa poprawne. Ostatnim testem był test osobowości. Musiałem odpowiedzieć na 318 pytań typu: „Czy wolisz rybki czy chomika” albo „Który z tych kolorów lubisz bardziej, żółty czy niebieski”. Są to testy, których szczerze i serdecznie nienawidzę. Szczególnie jak mam wybrać między rzeczami, które tak na prawdę są dla mnie obojętne i odległe jak galaktyka. Tym bardziej, że poświęcając tylko 15 sekund na każde z takich debilnych pytań odpowiedź na 318 pytań zajmuje niemal półtorej godziny. Jakby tego było mało, po skończeniu tej zabawy osoba przeprowadzająca testy uznała, że z wyników wychodzi, że jestem jednak za mało stuknięty by podjąć tą pracę i poprosiła mnie o rozwiązanie dodatkowego testu składającego się z bagatelka 240 pytań. Tym razem musiałem na pytania „Jak bardzo lubisz chomiki” wybrać jedną z 5 możliwych odpowiedzi :”bardzo nie lubię, nie lubię, zwisa mi to, lubię, wprost za nimi szaleję”. W tej godzinie trwania badań już było mi wszystko jedno, którą odpowiedź klikam. Najlepsze z tego wszystkiego jest, że nie poznam swoich wyników. Przesłane one zostały do pracodawcy, a jeśli chciałbym ich kopię wraz z moim profilem nakreślonym przez psychologa to biuro może mi to udostępnić za opłatą ….. 340 AUD !!! Na otarcie łez, jeśli pracodawca mnie odrzuci przysługuje mi 1 darmowa telefoniczna porada psychologa. Na szczęście nie było mi dane wypłakiwać żalów psychologowi do słuchawki. Z całego zamieszania wyszło, że jestem wystarczająco psychiczny i szalony by przyjęli mnie do pracy. Ale tym już w kolejnej notce.


  • RSS