harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2007

Wylejmy trochę żółci, dajmy upust swojej frustracji. Każdy spotkał się w życiu z takim typem choć raz. Ja mam do nich szczęście częściej. Klasyczny przykład chama, który dochrapał się pozycji i nikt i nic poza nim samym dla niego się nie liczy. A może właśnie dlatego dochrapał się pozycji, że nigdy nie liczył się z nikim i niczym? Arogancki, niewychowany, cyniczny lubuje się w obrzucaniu ludzi błotem i czyni to regularnie. Obdarzony dość sporą inteligencją dokładnie potrafi wyczuć czuły punkt innych, co zawsze pozwoli mu uderzyć celnie i boleśnie. Typowy burak cukrowy na początku jest bardzo słodki, ale pod koniec dnia zawsze wychodzi z niego prawdziwy burak. Przeważnie jest też aktywnym uczestnikiem wyścigu szczurów. Podczas kiedy dla większości ludzi awans i kariera zawodowa jest naturalną koleją rzeczy, czymś co przychodzi samoistnie wraz ze zdobywanym doświadczeniem i podnoszonymi kwalifikacjami, dla buraka cukrowego jest celem samym w sobie. Jest w stanie podporządkować jej praktycznie wszystko z życiem osobistym i rodzinnym włącznie. Swój hedonizm bardzo często maskuje przedstawiając jako pragmatyczne podejście do życia. Coż można dodać? Chyba tylko to, że jeśli w wyścigu szczurów przybiegnie się na metę pierwszym to i tak nadal pozostaje się szczurem.

Miasteczko Brisbane przywitało nas piękną pogodą. Od razu czuć, że jest się w Australii. Błękitne niebo, silnie przygrzewające słoneczko i temperatury w granicach 25-28 stopni bardzo dobrze wpływają na nastrój i samopoczucie. Brisbane różni się jednak zasadniczo od „najlepszego miasta na świecie” nie tylko pogodą. Jego styl jest zupełnie inny.

Pierwsze wrażenia zza kierownicy są niesamowite. Rozlokowane w większości na planie kratownicy, płaskie Melbourne wydaje się być prostsze w nawigacji. W Brisbane trzeba liczyć się z krętymi drogami, co rusz to wspinającymi się pod górę lub zjeżdżającymi na dół. Nieporównywalnie więcej jest też obiektów inżynieryjnych, mostów, wiaduktów tuneli. Pod względem infrastruktury drogowej bezsprzecznie duża przewaga po stronie Brisbane. Znacznie mniej stoi się tu również w korkach. Choć czasami jest tłoczno i ruch pełznie to jednak jest w miarę płynny. Szokuje ilość ciężkich ciężarówek na drogach. Kierowcy są o wiele bardziej uprzejmi dla siebie. Przez ten krótki okres odnotowałem znacznie mniejszy odsetek buraków za kierownicą.

Spacerując po mieście nie sposób zauważyć, że Brisbane nie jest tak różnorodne kulturowo jak Melbourne. Na ulicach można spotkać wielu azjatów, jak chyba wszędzie w Australii i trochę przybyszy z Czarnej Afryki. Zupełnie natomiast nie spotyka się Hindusów, od których roi się na ulicach Melbourne. Brak tego tygla narodów bezpośrednio chyba przekłada się na brak „małych ojczyzn”, czyli dzielnic narodowych, jakimi w „najlepszym mieście na świecie” są Springvale, okolice Sydney Rd. czy Victoria St. To akurat trochę mnie smuci, bo zwykliśmy tam bywać regularnie i jeśli zdecydujemy się na przeprowadzkę z pewnością będzie to jeden z bardziej odczuwalnych kosztów jaki przyjdzie nam ponieść. Jako, że mam dokładnie tam gdzie kończą się plecy wyścigi F1, Australian Open czy rozgrywki jajowatej piłki, (czyli to, czym żyje Melbourne) tej straty nie będę rozpamiętywał.

Centrum Brisbane jest bardzo przyjemne. Rozlokowane na obu brzegach lokalnej „smrodki” jest o wiele mniej zatłoczone niż w innych dużych miastach. Sama „smródka” z resztą nie dzieli a łączy. Mając szerokość Wisły w Warszawie jest na tyle duża, by pływały po niej katamarany i promy – jeden z lokalnych środków komunikacji masowej a jednocześnie całkiem szybki i przyjemny sposób poruszania się w okolicach centrum. Na południowym brzegu stworzono promenadę. W odróżnieniu do zabetonowanej odpowiedniczki z „najlepszego miasta na świecie” promenada „South Bank” w Brisbane tryska zielenią. Urządzono tu również sztuczną lagunę, gdzie całe rzesze dzieciaków plusk się w wodzie. Generalnie miasto jest bardzo zielone i niczym nie przypomina wyschniętego na pieprz pełnego pożółkłych trawników Melbourne. Ogrody botaniczne są o wiele bogatsze i nieporównywalnie lepiej urządzone.

Z innych różnic na gorąco:

miejska kolejka: o wiele starszy i mniej estetyczny tabor, ale jednak nieporównywalnie bardziej funkcjonalny i zaprojektowany z głową.
baseny miejskie: totalna porażka. Wszystkie 17 basenów zarządzanych przez radę miasta nie jest czynnych dłużej niż do 6-7 wieczorem. O relaksie po pracy należy zapomnieć. Jest co prawda wielki kompleks sportowy składający się m.in. z aquaparku czynnego do 9 wieczorem, nie mniej jednak wybudowany na Commonwealth Games w 1982 roku, więc trąci już nieco starością.
mieszkania: ceny wynajmu są astronomiczne. Za cenę naszego lokum w Melbourne nie można tu znaleźć nawet budy dla psa.
odległości: znośne.

Piątek 4:00 – Wyruszamy. Droga przez Melbourne nie sprawia najmniejszych kłopotów. Mkniemy przez puste ulice na północ ku wylotowi z miasta.

4:30 – Definitywnie opuszczamy Melbourne.

4:50 – Na mniej więcej 80 km tracimy światła. Padł przekaźnik. Jest ciemno jak u murzyna w …… Zjeżdżamy na pobocze. Nie ma rady, nasza podróż została storpedowana już na początku. Przygotowując Juniora do drogi zadbałem o szereg części zapasowych, nie da się wziąć ze sobą całego garbusa na zmianę. Musimy przeczekać mniej więcej do 6.30-7.00 rano aż się rozjaśni i będziemy mogli dalej kontynuować drogę. W sumie nawet przez chwilę nie myślimy o powrocie do Melbourne. Po krótkiej naradzie decyduję się rozebrać z zasady nierozbieralny przekaźnik. Udaje mi się zewrzeć styki, dzięki czemu mamy długie światła i możemy kontynuować drogę.

5:30 Ruszamy w dalszą drogę.

6:50 Gdybyśmy wyruszali z Warszawy bylibyśmy już w Kielcach, tymczasem docieramy do Shepparton, gdzie znajdujemy elektryka samochodowego. Niestety musimy czekać aż do 8:00 aż otworzy warsztat. Kupujemy przekaźnik (1 jedyna sztuka na stanie). Po zamontowaniu okazuje się, że wraz z przekaźnikiem padł przełącznik świateł. Najprawdopodobniej to on od początku był feralny i jego awaria pociągnęła za sobą resztę.

8:30 Ponownie ruszamy w drogę.

10:20 W europejskiej skali docieramy na odległość Krakowa. Tankujemy, przełączam miejscami światła postojowe ze światłami mijania, łapiemy godzinę odpoczynku. Tankujemy Juniora, następna stacja benzynowa dopiero za ponad 100 km. Po drodze mijamy wałęsające się krowy, pastwiska pełne owiec. Widzimy też zarysy charakterystycznych australijskich wiatraków.

1:30Jesteśmy już bez mała 500 km od domu. Zatrzymujemy się na krótki odpoczynek w jednej z nielicznych mijanych stacji benzynowych. Ula wchodzi pod niewinnie wyglądające drzewo. Chwilę później zaczyna ją swędzieć obojczyk. Najwyraźniej coś ją pogryzło. Niestety dość mocno, bo przez następne 2 dni walczyć będziemy z tym wszelkimi możliwymi sposobami.

15:40 Po przejechaniu 664 km uświadamiam sobie, że wraz ze światłami mijania podłączone są tylnie lampy. Zamiana kabli na włączniku spowodowała, że odciąłem sobie tylnie światła. Muszę to odkręcić. Przy okazji trafiamy na najlepiej zaopatrzony sklep motoryzacyjny, jaki kiedykolwiek spotkaliśmy w Australii. Kupuję najtańszy przełącznik i montuje na luźno zwisających kablach, które uprzednio wyprowadziłem poza deskę rozdzielczą. Ruszamy drogę. Krajobraz jest bardzo nudny. Mkniemy głównie przez stepy porośnięte pożółkłą wysuszoną trawą. Kiedy zbliża się zachód słońca zaczynamy wypatrywać kangurów. To największe niebezpieczeństwo na drodze. No może poza wałęsającymi się krowami, ale one nie dadzą niespodziewanego susa na jezdnię.

21:00 Docieramy na 971 km naszej podróży. Zmęczenie daje się we znaki. Ucinamy więc ponad godzinną drzemkę.

Sobota 0:00 Jesteśmy już na 1083 km trasy. W mijanym miasteczku musiał właśnie skończyć się jakiś „potuptaj”, bowiem we wszystkich kierunkach rozłażą się grupki młodzieży. Część przyjechała pick-upami do jedynego jeszcze czynnego przybytku w mieście – stacji benzynowej. Jest dość głośno. Trzy rozanielone małolaty tańczą na pace jednej z półciężarówek. Mieliśmy tu uciąć kolejną drzemkę, ale jest zbyt głośno, rezygnujemy i po trzech kwadransach odpoczynku ruszamy dalej.

2:10 Przejeżdżamy niecałe 100 km od poprzedniego miejsca. Mam kryzys, nie będę jechał dalej w tym stanie. Idziemy spać.

4:53 Dwie i pół godziny snu bardzo nas zregenerowały. Ruszamy w drogę.

6:20 Na 1315 km od domu przekraczamy granicę Queensland i …. Postanawiamy znów się przespać.

7:55 Posiliwszy się nieco oraz orzeźwieni poranną mocną kawą kontynuujemy podróż. Junior spisuje się na medal. Jest więcej niż dzielny. Droga zaczyna być ciekawa. Wjeżdżamy na pagórkowaty teren. O ile przez całą drogę widzieliśmy może 2-3 rozjechane kangury, tak teraz widzimy ich 20-30 na godzinę. Cieszę się, że nie jechaliśmy tedy o zmierzchu.

10:15 Warwick, ostatni krótki postój na naszej trasie. Jesteśmy w 30 godzinie podróży i około 1550 km od Melbourne.

12:40 Przejechawszy ponad 1700 km docieramy wreszcie do Brisbane. Jesteśmy wyczerpani ale szczęśliwi.

Piątek był ostatnim dniem mojej pracy w „Bałaganie”. Jak na ostatnią chwilę przystało Lu obudził się z letargu i spędziłem cały dzień na przekazywaniu jego części moich obowiązków. Po południu mała popołudniowa herbatka połączona była z krótkim ceremoniałem pożegnania. Było sympatycznie. Zaskoczył mnie duży kosz słodkości i alkoholu, jaki sprezentowali mi współpracownicy. Wszystkie osoby, które wcześniej odchodziły dostały co najwyżej pamiątkową kartkę i mały upominek. Po pracy spotkaliśmy się na piwie w knajpie nieopodal. Zjawili się prawie wszyscy. Przyjechał nawet Lu i Artur, którzy zazwyczaj stronili od tego typu imprez. O dziwo impreza nawet nie była drętwa jak to bywa w przypadku wielu australijskich posiadówek. Kiedy „kierownictwo” pojechało atmosfera się jeszcze bardziej rozluźniła. Okazało się, że z naszego 12 osobowego zespołu w krótkim czasie odejdzie co najmniej 5 osób. Nie pozostaje nic innego jak powtórzyć. Mieliśmy bardzo zgrany zespół, ale od czego mamy Artura?

W poniedziałek czekała mnie rozmowa w sprawie australijskiego obywatelstwa. Niby formalność, ale jednak było trochę emocji. I tym razem dane mi było przekonać się, że jestem „specjalny”. Trafiłem na praktykantkę. Przesympatyczna dziewczyna co rusz zerkała na swoją kartkę. Trwało to wieki. W połowie procesu dosiadł się do niej zwierzchnik, a że dziewczyna atrakcyjna to usiłował zrobić wrażenie. Jednym z pierwszych było stwierdzenie, że musi zbadać mój paszport czy nie jest fałszywy. Wziął dokument i wyszedł na zaplecze. „Laboratorium kryminalistyczne” australijskiego departamentu emigracji działa w tempie błyskawicy, bo już po kilku minutach wrócił i powiedział, że wszystko jest ok. i kiedy dziewczyna nadal się męczyła z moją aplikacją realizując krok po kroku instrukcję z kartki my ucięliśmy sobie pogawędkę o podrabianiu dokumentów. Nie dowiedziałem się niczego więcej niż z telewizyjnych seriali kryminalnych. Później jeszcze wyrecytowałem prawa i obowiązki obywatela i już po 57 minutach byłem wolny. Dziś, w czwartek dostałem natomiast list, ze moja aplikacja została rozpatrzona pozytywnie i jak tylko złożę przysięgę na specjalnej ceremonii oficjalnie zostanę Polakiem z australijskim obywatelstwem.

Jutro ruszam na północ w poszukiwaniu lepszego miejsca do życia i pracy. Liczę, że obejdzie się bez przygód i już po weekendzie odezwę się ponownie.

Czuję lekki stress. Im bliżej końca pracy tym bardziej mam napięte nerwy. W pracy od kilku dni praktycznie nic już nie robię. W pierwszym tygodniu po złożeniu wymówienia napisałem instrukcje dla potomności. W sumie 4 różne „manuale” na 112 stronach. Później jeszcze musiałem spłodzić budżet na 2008 rok i wzór raportów finansowych na przyszły rok. Na tym się skończyły moje obowiązki. Dwa ostatnie tygodnie miały zostać przeznaczone na szkolenia. Miały, ale nie zostały. Wszyscy byli tak zapracowani, że nie znaleźli czasu. Wymówki. Lu nie określił wyraźnie kto przejmuje poszczególne części moich obowiązków, więc każdy to olewa patrząc na innych. Ze mną włącznie.

Szukanie pracy idzie powoli. Wysyłam aplikacje, dzwonię rozmawiam. Efekty na razie niewielkie. Niedługo jednak wszystko się ruszy. Tu zawsze tak jest. Przez kilka tygodni cisza a później jednego dnia na raz urwanie głowy. Zauważyłem już nawet pewne zależności między dniem wysłania aplikacji a odzewem na nie. To co mnie najbardziej nurtuje, to niuanse, polityka i dopowiedzenia i niedopowiedzenia podczas rozmów kwalifikacyjnych. Umysł mam raczej ścisły, więc przeważnie na pytanie odpowiadam wprost nie szukając podtekstów i niuansów. Czasami jednak wcale o to pośrednikowi nie chodzi. Kiedy pada pytanie „Z jakimi osobami nie lubisz współpracować albo źle Ci się współpracuje” nie możesz odpowiedzieć oczywiście „z mającymi zielone włosy, hindusami czy grubasami”, bo to jest dyskryminacja i w tym momencie jesteś skreślony. Kiedy silisz się na mądre rozwiązanie by powiedzieć „Z osobami niekompetentnymi czy lekceważącymi swoje obowiązki” albo przyjdzie Ci do głowy inna błyskotliwa myśl też nie zdobędziesz punktów, bo pośrednik chce usłyszeć „Nie ma takich osób, potrafię współpracować ze wszystkimi bez wyjątku, z każdym i zawsze”. Kilka takich „chytrych” pytań już miałem w rozmowach i na szczęście wybrnąłem z nich obronną ręką. Wolę jednak nie myśleć o ilu podobnych nie zdaje sobie nawet sprawy J.

Moje wahania nastroju i melancholie widać po ilości notek na blogu. Wkrótce jednak znów coś zacznie się dziać. Na przykład w poniedziałek idę na rozmowę w sprawie australijskiego obywatelstwa a później w piątek………. Ale o tym w następnej notce.


  • RSS