harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2007

Kiedyś usłyszałem, że, podczas gdy w Luwrze jest ponad 65000 eksponatów, z których wiekszość ma po kilkaset lat i więcej to w Australii wystarczy rodło, dziurawe wiadro i dwie zardzewiałe łopaty by stworzyć muzeum. Coś w tym jest. Australia nie ma bogatej tradycji i kultury materialnej, ale do tego co posiada podchodzi z szacunkiem godnym podziwu. Na szczególne wyróżnienie zasługuje tutejszy stosunek do zabytków techniki. Zawsze, kiedy jedziemy na przejażdżkę parowozem czy choćby drezyną nie mogę uwierzyć, że opuszczone torowiska nie są rozkradane przez „przedsiębiorczych ludzi”, lecz na ich bazie powstają nowe inicjatywy łączące skomercjalizowany biznes turystyczny z działaniami mającymi na celu zachowanie kawałka historii dla przyszłych pokoleń. Nawet jeśli w takich miejscach nie wszystko ma po sto lat a zbudowane zostało specjalnie na potrzeby turystów zawsze zrobione jest to z zachowaniem zasad i regół a niejednokrotnie i materiałów z „epoki”. Jednym z takich miejsc jest Echuca.

Echuca to niewielkie miasto nad rzeką Murray na pograniczu Wiktorii i Nowej Południowej Walii. Granicę stanów wyznaczono nie na środku rzeki, ale na jej Wiktoriańskim brzegu.
Sęk w tym, że linia brzegowa zmienia się wraz z poziomem rzeki. Tak więc aż do 1992 roku nigdy nie wiadomo było którędy obecnie przebiega granica. W owym roku ustalono, że granica będzie miała taki przebieg jak w dniu jej wyznaczenia. I tu znów pojawił się mały „zgrzyt”, gdyż przebiega ona (co widać na fotkach) właściwie środkiem magazynu portu rzecznego.
W przeszłości było to miejsce gdzie spławiano wełnę z farm w dorzeczu Murray i Darling a następnie transportowano ją koleją do Melbourne skąd dalej do przędzalni w Anglii. Wybrano je nieprzypadkowo, bowiem z tego miejsca do Melbourne jest najbliżej. Z powodu braku estuarium u ujścia nie mozliwy był transport towarów rzeką aż do samego oceanu. Na makietach znajdujących się w niewielkim muzeum przy porcie rzecznym można zobaczyć jak wyglądało nabrzeże kiedy tętniło życiem. Obecnie zachowało się około 1/3 długości całego kompleksu. Te skomplikowane drewniane konstrukcje miały na celu umożliwienie dostępu do statków niezależnie od poziomu rzeki a ta jak widać na wskaźniku poziomu wody rzeka potrafi być bardzo kapryśna W swojej przeszlości Echuca całą swoją aktywność opierała na maszynach parowych. Po rzece pływały parostatki, dźwig zasilany sprężoną parą przeładowywał towary do wagonów ciągnietych parowozami.

Dziś Echuca jest miejscem stacjonowania największej na swiecie floty parostatków rzecznych. Co prawda żaden z nich nie jest tak spektakularnych rozmiarów jak te pływające po Missisipi. Nie mniej jednak oprócz starych zabytkowych maszyn mających prawie po 100 lat wciąż powstają nowe. Hobbyści z zasobnym portfelem pieczołowicie odbudowują podniesione z dna wraki lub wręcz budują nowe maszyny od podstaw. Echuca tętni życiem. Niewielką uliczkę sąsiadującą z portem rzecznym urządzono w stylu „z epoki”. Można się po niej przejechać dyliżansem czy wybić pamiątkowy medal. Są tu też warsztaty rzemieślnicze oferujące rękodzieło. Można spotkać zakład kowalski albo piwnicę z winami. Można siąść w kafejce z widokiem na rzekę i kursujące po niej parostatki. Dziś nie wożą one beli wełny a żądnych wrażeń turystów. My nie mogliśmy odpuścić takiej okazji i też popłynęliśmy w dół rzeki. Niezapomniane wrażenie. Szczególnie charakterystyczny dźwięk gwizdka parowego. Wokół rzeki na drzewach można było zobaczyć mnóstwo kukubar.

Klimat tego miasteczka bardzo przypadł nam do gustu. Szczególnie podejście do zabytków techniki. Nie są to przeżytki, które „pragmatyczne” podejście kazałoby wyeliminować z życia. Na przykładzie Echuca widać, że można znaleźć dla nich zupełnie nowe zastosowanie i nawet nieźle na tym zarobić. W porcie widać mnóstwo nowobudowanych jednostek. Do nabrzeża ponownie doprowadzono uprzednio rozebrany tor. Plany są ambitne i w przyszłości można będzie wsiąść w samym Melbourne w pociąg ciągnięty parowozem, dojechać do Echuca i dalej kontynuować podróż parostatkiem po rzece. Torów raczej nie rozkradną złomiarze, ale jeśli susza w Australii potrwa jeszcze kilka lat, to kto wie czy nie uziemi floty parostatków w porcie.

www.harom.blog.pl www.harom.blog.pl www.harom.blog.pl . www.harom.blog.pl www.harom.blog.pl .www.harom.blog.plwww.harom.blog.pl www.harom.blog.pl www.harom.blog.pl www.harom.blog.pl www.harom.blog.pl www.harom.blog.pl www.harom.blog.pl Dorzecze Murray / Darling www.harom.blog.pl www.harom.blog.pl www.harom.blog.pl www.harom.blog.pl www.harom.blog.pl www.harom.blog.plwww.harom.blog.pl www.harom.blog.pl www.harom.blog.pl www.harom.blog.pl www.harom.blog.pl www.harom.blog.pl www.harom.blog.pl www.harom.blog.pl www.harom.blog.pl www.harom.blog.pl www.harom.blog.pl www.harom.blog.pl

Kilka miesięcy temu podsumowując rok pracy w “Bałaganie” stwierdziłem, że mam do wykonania jeszcze tylko jeden projekt i pora się rozejrzeć za czymś innym. Cały czas powtarzałem sobie „Nie, teraz nie opłaca się robić gwałtownych ruchów. Za pół roku góra wracamy do Queenslandu.” Sprawa nabrała innego obrotu gdy przyszły wakacje, następnie Szpulki szkoła i nowe mieszkanie. Perspektywa wyjazdu prysnęła jak bańka mydlana. W Melbourne utknęliśmy na dłużej. Na „tapetę” wróciła sprawa zmiany pracy.

„Bałagan” przez ostatnie kilka miesięcy od odejścia Teda dużo się zmienił. Zmiany te nie idą jednak w kierunku jakiego oczekiwałem. Między innymi do naszego działu dołączył nowy człowiek. Przed jego przyjściem sytuacja w skrócie wyglądała mniej więcej tak. Lu, kontroler finansowy, zajmował się księgowością i analizami strategicznymi. Ja miałem pod opieką rachunkowość zarządczą, rozwój i zarządzanie systemami oraz IT. Nowy człowiek przejął większość funkcji księgowych od Lu i całą funkcję rachunkowości zarządczej ode mnie. W przypadku Lu, odciążył go zupełnie. U mnie sytuacja wygląda tak, że nadal robię 80% zadań, z których śmietankę spija (podpisuje własnym nazwiskiem) ktoś inny, dokładnie „nowy” – Grek imieniem Artur. Moja frustracja narastała stopniowo już od listopada, ale jestem na tyle elastyczny, że szybko znalazłem sobie coś do roboty w nowych realiach, nawet jeśli nie do końca chciałem w takiej sytuacji się znaleźć. Niestety jednym ze sposobów umacniania swojej pozycji w firmie przez „nowego” jest podkopywanie innych. W głównej mierze mnie, bo na Lu to jeszcze jest za słaby a ja nie mam talentu ani predyspozycji do politycznych gierek na zapleczu. Dzięki temu i inercji Lu projekt, o którym pisałem wcześniej został dość skutecznie zbombardowany. Mimo braku otwartego konfliktu tylko zupełny ignorant nie wyczułby napięcia. Pod koniec stycznia dołączył do nas nowy Dyrektor Generalny. Szybko znalazł wspólny język z Arturem. Nowy Dyrektor jest człowiekiem „grubej kreski”. Wszystko co było wcześniej jest złe, należy to jak najszybciej zarzucić. Trudno mi się zgodzić z tym stwierdzeniem, bo wiem jak wyglądała ta firma półtorej roku temu i jakiej poprawie uległy procesy przez ten czas. Dyrektor wyszedł z założenia, że zamiast poznać (być może poprawić) i korzystać z rozwiązań już wypracowanych lepiej na szybko wprowadzić jakieś ułomne półśrodki a później się pomyśli.

Pewnego wtorkowego popołudnia, tuż przed godziną 17 mieliśmy naradę w pokoju konferencyjnym dot. raportowania i zmian. Teoretycznie nie powinno mnie już tam być, bo to działka Artura. No ale przecież on daje tylko nazwisko, a ktoś musi odwalić całą robotę. Siedziałem i słuchałem. Gruba kreska cięła. Rozwiązania wypracowane przez półtorej roku do lamusa. W przenośni rzekłbym nie umiemy korzystać z „motopompy”, więc ją wyrzucamy zastępując śrubą Archimedesa. Oczywiście na spotkaniu jak zwykle padło ze strony Artura kilka „strzałów” pod moim adresem. Po powrocie do domu dostałem jeszcze „dyscyplinujgo” e-maila, z kopią oczywiście do kilku osób, żeby widziały, zarzucającego mi brak chęci współpracy i nieakceptowalne zachowanie. To była kropla przepełniająca kielich.

Siadłem na kanapie i zadałem sobie pytanie „co ja tutaj robie ?”. Firma krzak z wyraźnie pogarszającymi się warunkami pracy. Zamiast iść na przód cofam się w rozwoju. Nowa miotła robi porządki. Z 12 osobowego zespołu 3 złożyły wymówienia. Dziewczyny pod wodzą Artura „chorują” na potęgę. Firma, która zmierza w kierunku zamiany motopompy na śrubę Archimedesa nie potrzebuje inżyniera samochodowego ale cieśli. Czy je jestem bohater romantyczny, żeby cierpieć i poświęcać się w imię słusznej sprawy i trwać jak skała niewzruszony? Nie !!! Ja jestem po prostu nieodpowiednim człowiekiem na nieodpowiednim miejscu. Otworzyłem Worda, napisałem list rezygnacyj ny. Następnego dnia rano zaniosłem go do kadr.

Lu jest wściekły. Chyba jako jedyny zdaje sobie sprawę w jakiej sytuacji ich postawiłem. Wściekły jest, bo będzie musiał w jakiś sposób zastąpić człowieka, dla którego zastępstwa w firmie nie ma. Moje odejście paradoksalnie sprawi najwięcej kłopotów osobie, która najmniej się do tego przysłużyła i najmniej na te kłopoty zasługuje. To, ale nie tylko to, sprawia, że w firmie jest nie najlepsza atmosfera. Wszyscy z „góry” są na mnie wściekli, że nie trzymam swojego odejścia w tajemnicy. Nie chodzę oczywiście z tabliczką „złożyłem rezygnację”, ale kiedy przychodzi do mnie jedna z księgowych i pyta czy to prawda, że odchodzę, to co mam powiedzieć? Objawiła się również kadrowa. W zeszłym tygodniu jako jedyny w firmie i po raz pierwszy w historii dostałem upomnienie o …… chodzenie w jeansach w tzw. „casual day”. Na szczęście widzę co się dzieje wokół mnie i na takie zagrywki jestem przygotowany.

Czemu uważam, że narozrabiałem? Bo chyba mimo wszystko nie powinienem składać wymówienia bez zabezpieczonych tyłów. Mimo, że uważam decyzję za słuszną to czuję się niekomfortowo, że zrobiłem to pod wpływem emocji. O wiele bardziej rozsądne byłoby znalezienie pracy za wczasu. Dręczą mnie też wyrzuty sumienia, że wszystko to się dzieje w atmosferze konfliktu, jak również, że tak na prawdę nie mam żadnego planu działania. Co teraz robić ?

…… Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiej Nocy to wykłady Katedry Mniemanologii Stosowanej prezentowane przez lata w „Trójkowej” audycji Ilustrowany Tygodnik Rozrywkowy. Tak postawioną tezę starał się udowodnić znakomity polski satyryk Jan Tadeusz Stanisławski. W Australii wydaje się to dość oczywiste. Święta Bożego Narodzenia pod każdym względem przerazstają Wielkanoc. Z Polski wyniosłem wspomnienia, że obchodziliśmy je niemal tak samo uroczyście. Zawsze było wokół nich wiele zamieszania. Handel przygotowywał się prawie tak samo do obu okazji. W Australii jest inaczej. Boże Narodzenie to okres żniw, atmosferę świąt czuć na każdym kroku. Sklepy prześcigają się w promocjach i specjalnych sezonowych okazjach. Wiele towarów pojawia się na półkach tylko i wyłącznie z myślą o Bożym Narodzeniu. Prowadzi się zintensyfikowane i agresywne kampanie reklamowe. Wielkanoc nie niesie ze sobą takiego efektu. Pojawiają się co prawda elementy świąteczne w postaci czekoladowych jaj i zajączków, ale nie jest to jakiś specjalnie gorący okres. Prawdę mówiąc bardziej eksploatowany przez handlowców jest Dzień Matki niż Wielkanoc. W moim odczuciu obchodzony jest również „huczniej”. Zasadniczą różnicą w stosunku do Polski jest Wielki Piątek, który jest tu dniem wolnym od pracy. W ten dzień, niemalże jak w Boże Narodzenie, pozamykane są prawie wszystkie „australijskie” sklepy. Te nieaustralijskie prowadzone przez azjatów czy Arabów oczywiście pracują jak co dzień.

My wykorzystaliśmy Wielki Piątek na wizytę w Springvale, azjatyckiej dzielnicy w południowej części Melbourne. W tym dniu panował tam ponadprzeciętny ruch. W końcu dzień wolny. Napadliśmy lokalne hale targowe i jak zwykle wróciliśmy do domu z siatkami pełnymi egzotycznych owoców i azjatyckich różności. W sobotę postaraliśmy się przygotować mały stół świąteczny dla naszej dwójki. Zrobiliśmy dwie sałatki, Ula upiekła dwa ciasta, w rosyjskiej dzielnicy kupiliśmy rolmopsy „made in Poland” oraz dwa bochenki prawdziwego chleba na zakwasie, na włoskim stoisku na jednym z lokalnych targowisk kupiliśmy trochę pieczonego indyka, pieczeń wieprzową i bardzo ładną wołowinę. To wszystko wylądowało w niedzielę na naszym Wielkanocnym stole. Cały dzień zszedł nam na jedzeniu, piciu i spacerach. Na wieczornym spacerze nad zatokę udało nam się nawet spotkać małego pingwina. Z początku myśleliśmy, że po kamiennym pirze ślizga się wąż, bo było bardzo ciemno a pingwinek poruszał się tak, jakby wypił z pół litra. Kiedy jednak przystanęliśmy i wytężyliśmy wzrok okazało się, że w naszą stronę na krótkich nóżkach pędzi zygzakiem pingwin. Zostawiliśmy go w spokoju i poszliśmy dalej swoją drogą. Poniedziałek minął podobnie. Cały dzień na jedzeniu, piciu i spacerach. Bardzo potrzebowałem tego by odreagować wydarzenia z pracy z przedświątecznego tygodnia. Ale o tym juz w następnej notce.

Nie, to nie jest nic związanego z „żółtymi papierami”. Kolor różowy kojarzony jest jednoznacznie z naiwnymi nastolatkami z Azji lub też branżą erotyczną. Pomówmy więc o tej drugiej a dokładniej o przybytku o nazwie „Daily Planet”. Mieści się on w Melbourne na Horne Street w dzielnicy Elsternwick i nie byłoby w nim nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że jest to pierwszy i chyba jedyny jak dotąd na świecie burdel notowany na Giełdzie Papierów wartościowych. Formalnie oczywiście jest to trochę bardziej zagmatwane, bo Ustawa o Nadzorze nad Prostytucja obowiązująca w stanie Wiktoria jest szczególnie restrykcyjna, ale po kolei.

Do roku 1975 na miejscu obecnego Daily Planet znajdował się salon masażu „Le Chateau”. W 1975 roku na jego miejscu otworzono oficjalnie dom publiczny. Pierwsze podejście do publicznej emisji akcji miało miejsce już w roku 1994. Wtedy jednak nie doszło ono do skutku, gdyż wg. prawodawstwa stanu Wiktoria wszyscy współwłaściciele (akcjonariusze) domu publicznego podlegaliby automatycznie sprawdzeniu przez policję. Właściciele przybytku postanowili więc obejść tą niedogodność i stworzyli spółkę, która formalnie jest właścicielem nieruchomości i czerpie dochody z dzierżawy. Oczywiście wynajmującym nieruchomość jest rzeczony burdel. Daily Planet powtórnie zaczął starania o wejście na giełdę w listopadzie 2002 roku. Tym razem zakończyły się one sukcesem i pierwsze historyczne notowanie akcji odbyło się 1 maja 2003 roku. Debiut „różowych papierów” wypadł dość pomyślnie. Przy cenie emisyjnej 0,5 AUD na po pierwszym dniu płacono ponad dwa razy więcej. Kolejnym sesjom również towarzyszyła euforia i cena podskoczyła nawet do 2,09 AUD za sztukę. Kiedy opadły emocje i spowszedniała pikanteria sytuacji „różowe papiery” zaczęły pikować w dół. Dziś są warte jedynie 13 centów za sztukę.

Przedsiębiorstwo Daily Planet nie czerpie (w sposób bezpośredni oczywiście) korzyści z nierządu a świadczy jedynie usługi hotelowe i relaksacyjne. Klienci wynajmują pokój oraz płacą za towarzystwo dziewczyny. Wszelkie relacje sexualne między mini pozostają już tylko i wyłącznie ich prywatną sprawą. Zarząd Daily Planet przedstawia swoją działalność jak usługi 6-cio gwiazdkowego hotelu.

Czy to nie ironia, że w dość purytańskim kraju jakim jest Australia, gdzie za topless na plaży można dostać mandat burdel można wprowadzić na giełdę. Na tym przykładzie widać, że nie tylko Polak potrafi.


  • RSS