harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2007

………………. pisz o pogodzie. Pewnie znalazłoby się kilka tematów, które leżą mi ostatnio na wątrobie, ale brak internetu w domu i dość pracowity okres w Bałaganie stanowią dość istotny szlaban. Dziś więc tylko kilka pierdół zaczynając od pogody. A ta ostatnio dopisuje. Nawet jakbym chciał ponarzekać, to chyba przez ostatnie miesiące na prawdę nie miałbym na co. Mimo końcówki marca wciąż utrzymuje się ciepło (jak na tutejsze warunki), ba przez tydzień nawet mieliśmy bardzo ciepłe noce, co w pustynnym klimacie „najlepszego miasta na świecie” jest dość niespotykane. Na dodatek ostatnio zaczęło popadywać. Nareszcie w powietrzu czuć trochę wilgoci, a i unoszące się w powietrzu drobiny pyłu przywleczonego przez wiatr znad Outbacku zostały zmyte. Złośliwi mówią, że muszę być strasznie chory, że nie mam na co narzekać, ale ja na prawdę cieszę się z tej pogody. A ponarzekać na „najlepsze miasto na świecie” zawsze jest sporo powodów, nawet jak pogoda wybije z ręki najczęściej podnoszony argument.

U nas zapanowała cisza po burzy. Kilka tygodni mieliśmy „urwanie kapelusza”. Ula zaczęła studia, później przeprowadzka, kłopoty z odzyskaniem kaucji, kłopoty z internetem, słowem wszystko na raz. Teraz znów trochę wyciszenia. Ula spędza całe dnie na nauce. Codziennie oprócz wtorku zajęcia od 8.30 do około 15.30 a raz nawet do 17.30. Po zajęciach ślęczy prawie drugie tyle czasu nad książkami i pisaniem różnych prac na zaliczenie. Grudniowa wyprawa do Indochin, Uli szkoła, teraz nowe mieszkanie spowodowało, że przeszarżowaliśmy trochę finansowo. Musimy złapać drugi oddech i przez jakiś czas raczej nie będzie większych ruchów. Z tego powodu zrezygnowaliśmy z zakupu biletów na Mistrzostwa Świata w pływaniu a plany mieliśmy ambitne, piłka wodna, pływanie synchroniczne, skoki z wieży i jeden z finałów Otylii.

Skoro już jesteśmy przy MŚ w pływaniu to kilka słów o sporcie. „Chleba i Igrzysk” skandował lud starożytnego Rzymu domagając się od swoich włodarzy pracy i rozrywki. Władcy Cesarstwa ściele się do tego stosowali, co zapewniało im długie lata spokojnych rządów bez protestów i zamieszek. W ten sposób wykreowana została złota zasada rządzenia, której równie ściśle trzymają się tutejsze władze. Zapewnienie proletariatowi chleba leży w kompetencjach rządu centralnego, który kreuje politykę gospodarczą. Odpowiedzialność za Igrzyska natomiast ponoszą władze stanowe. A te w Wiktorii modelowo wywiązują się z zadania dostarczenia ludowi pracującemu rozrywki nie licząc się z żadnymi kosztami w myśl zasady „cel uświęca środki”. Ponieważ opozycja również nie jest w ciemię bita i nie chce się narażać potencjalnym wyborcom nieczęsto pojawiają się głosy, że to wszystko za dużo kosztuje i ile za te pieniądze można by wybudować dróg czy zakupić nowych pociągów. Jakie więc Igrzyska mamy w „najlepszym mieście na świecie” ? Wszystko zaczyna się Australian Open w Tenisie. Kto lubi tenis z pewnością uzna to za ucztę. Później w marcu mamy wyścigi Formuły1. Zaraz później zaczyna się cyrk związany z kopaniem jajowatej piłki, który trwa aż do września. W międzyczasie chyba przez cały rok coś się dzieje w związku z krykietem. Zwięczeniem sezonu wydaje się być Melbourne Cup, wyścigi konne, które zdaniem znawców już dawno wyszły z ram imprezy sportowej i stały się wydarzeniem towarzyskim i społecznym. Oprócz tych cyklicznych imprez wladze starają się organizować co najmniej raz do roku coś extra. W zeszłym roku były to Commonwealth Games, czyli Igrzyska Brytyjskiej Wspólnoty Narodów. Kosztowały w sumie około 1,2 mld AUD z czego 770 mln wyłożyły władze stanowe. Rachunek wyników tej imprezy zamknął się stratą wysokości około miliarda dolarów. Jak donosiła swego czasu prasa w czasie Igrzysk spadła zarówno liczba turystów przylatujących Melbourne, jak również obłożenie hoteli, co sugeruje, że była to wybitnie impreza dla lokalnych mieszkańców. W tym roku w „najlepszym mieście na świecie” mamy Mistrzostwa Świata w pływaniu. Organizatorzy nie chcieli chyba powtórzyć wyniku finansowego Commonwealth Games i wycenili bilety po na prawdę bandyckich cenach. W efekcie na dwa tygodnie przed startem imprezy zeszło jedynie 1/3 biletów. W prasie pojawiły się spekulacje, że będą je rozdawać szkołom po 5 AUD za sztukę byle tylko zawody nie odbywały się przy pustych trybunach. Nie umiem powiedzieć czy to zrealizowano. Zrealizowano jednak inny szalony pomysł. Z powodu braku odpowiedniej infrastruktury do rozgrywania zawodów tej rangi na kilka tygodni zamieniono korty na których rozgrywa się Australian Open na basen. Właściwie zakupiono i wybudowano od podstaw basen olimpijski, który po zakończeniu ma zostać rozmontowany i przeniesiony do Frankston. I nie wiem czy myśleć o tym bardziej w kategoriach „cel uświęca środki” czy „dla chcącego nie ma nic trudnego”. W końcu na całym świecie buduje się obiekty pod konkretną imprezę, które później zostają i służą lokalnym społecznościom.

I tym akcentem kończę na dziś. Byle tylko szybko internet podłączyli.

Przeprowadzka poszła w zasadzie bezboleśnie. Udało nam się bez większych problemów przewieźć graty na nowe mieszkanie w przeciągu kilku godzin. Wyzwaniem było jedynie zniesienie sofy z 2 piętra (kilka razy przytrzaśnięte paluchy) oraz transport lodówki. Ta pierwsza stawiała opór ze względu na gabaryty, lodówka natomiast przerosła nas zupełnie wagowo. Na przyczepkę lądowaliśmy ją we czwórkę. Pod domem niestety zostało nas dwoje. Biały potwór ma 185 cm wysokości i waży pewnie około 80 kg. Dobrze, że sąsiad jest krzepki. Na drugi dzień nie mogliśmy ruszyć ręką i nogą. I byłoby to jedyne upierdliwe wspomnienie gdyby nie nasz dostawca Internetu. Ale wcześniej kilka słów o czymś przyjemniejszym. Przeprowadzka to także konieczność podłączenia prądu, gazu, telefonu itp. mediów w nowym mieszkaniu jak również zmienienia adresów w bankach, na prawie jazdy i tuzinie innych instytucji. Ku naszemu ogromnemu zadowoleniu okazało się to najmniej stresującą czynnością. Rozłączenie prądu w starym lokalu i podłączenie w nowym oraz podłączenie gazu załatwiliśmy przez Internet. Tak samo telefon. Tu jednak nie obyło się bez wizyty technika, który zadzwonił i umówił się z nami na najbardziej dogodny dla nas czas. Większość adresów również zmieniliśmy przed ekranem komputera w niespełna 15 minut. W instytucjach, do których trzeba było się pofatygować osobiście wizyta nie trwała dłużej niż 10 minut. Słowem to, czego obawialiśmy się najbardziej okazało się przysłowiowa bułką z masłem. Jak dobrze, że Internet zszedł pod strzechy !!! Niestety okazało się, że najciemniej pod latarnią. Kiedy na dwa tygodnie przed przenosinami postanowiłem zająć się przeniesieniem Internetu nawet nie zdawałem sobie sprawy z drogi przez mękę jaka mnie czeka. Nasz dostawca okazał się firmą typu „krzak”. Jak na firmę internetową przystało nie przewidzieli na tą okoliczność formularza on-line. Napisałem e-maila do biura obsługi klienta. W dwa dni później przyszła odpowiedź, że tą operację musze zlecić telefonicznie pod podany numer. Zacząłem dzwonić. Firma krzak redukując koszty przeniosła swoje „call center” do Indii. Kiedy po 30 kilku próbach udało mi się wreszcie dodzwonić do żywej osoby od koszmarnie mówiącego po angielsku hindusa dowiedziałem się jedynie, że dostałem zły numer. W swojej naiwności się rozłączyłem. Kolejne 30 kilka prób zeszło na połączenie z „nowym” numerem. Niejednokrotnie wisiałem na linii po 50 minut i dłużej. Bezskutecznie. Następne kilka dni próbowałem na zmianę wszystkich numerów, jakie miałem. Po tygodniu szlag mnie trafił i wysłałem oficjalną pisemną reklamację. Jedną e-mailem drugą tradycyjną pocztą. Minął tydzień i jak grochem o ścianę. Kopnąć w d… nie bardzo ich mogę, bo automatycznie pobierają opłaty mojej karty kredytowej. Na karcie nie mogę założyć takiej blokady by firma krzak nie mogła mi pobierać pieniędzy a inne mogły. Mogę zablokować wszystkie transakcje tego typu, co sprawiłoby masę kłopotów z przeniesieniem pozostałych opłat gdzie indziej. Postanowiłem zawalczyć przy pomocy tutejszej „federacji konsumentów”. Złożyłem pisemne wyjaśnienia. Po 3 dniach skontaktował się ze mną człowiek, który wyjaśnił, że kopnąć ich w d… teraz byłoby możliwe, ale sprawa ciągnęłaby się trochę i pewnie musiałbym się pogodzić z tym, że przez pewien okres płaciłbym podwójnie, jeśli w miejsce firmy krzak zgłosiłbym się do innego operatora. Warunkiem wystąpienia na tą drogę było również niepowodzenie „negocjacji ostatniej szansy”, czyli na najwyższym poziomie w dziale reklamacji firmy krzak, do którego dostałem bezpośredni numer od federacji. Zadzwoniłem, wyjaśniłem sprawę. Internet zostanie przeniesiony………. w ciągu 21 dni. Takie mają standardy. Na szczęście po końcu kontraktu kopnięcie ich w d…. będzie dziecinnie proste. W międzyczasie znaleźliśmy dostawcę, który nie ma „call center” w Indiach, nie kasuje za download i upload oddzielnie, większość wniosków pozwala złożyć przez Internet a naddatek od żywej osoby bez koszmarnego hinduskiego akcentu usłyszałem „powiedz tylko, kiedy chcesz się przełączyć i resztę zostaw nam.” Chyba mam podstawy im wierzyć, technik z Telstry (tutejszego odpowiednika TP S.A.) potwierdził, że są bardzo skuteczni. Na koniec ostrzeżenie dla tych w Australii przed firmą, której nazwa to niewątpliwie skrót od słów „Don’t Don’t”. Unikajcie jej jak ognia. Są jak kolejka linowa. Perspektywy są piękne, rzygać się chce a wysiąść nie można. Mam nadzieje, że wyginą jak protoplasta ich nazwy na Mauritiusie.

Kiedy przez połowę stycznia i luty zanudzałem Was wspomnieniami z podróży po Indochinach życie toczyło się dalej swoim torem. W tym czasie postanowiliśmy zamienić nasze przepiękne, słoneczne studio z widokiem na morze i „city” (tak powiedzą Ci, którzy pragną aby ich podziwiano i im zazdroszczono nawet kosztem koloryzowania lub wręcz naciągania rzeczywistości, która zazwyczaj jest banalna), składające się z jednego pomieszczenia o powierzchni 11,2m2, w którym na kupie znajduje się pokój dzienny, sypialnia i wnęka kuchenna (wersja tych, którym zawsze wiatr w oczy) na coś większego. W połowie stycznia jasne się stało, że nie wrócimy do Queenslandu w czerwcu, tak jak to początkowo planowaliśmy, a skoro tak, to czas zamieszkać w bardziej ludzkich warunkach. Nie ma wyjścia, trzeba wynająć nowe mieszkanie. Tyle, że w „najlepszym mieście” na świecie mieszkania się nie wynajmuje, mieszkanie się zdobywa podstępem lub po długiej i wyczerpującej walce, bowiem rynek nieruchomości w Melbourne (jak i w całej Australii) opanowany jest przez pośredników. Wynajem z pierwszej ręki występuje równie często co 14 letnie dziewice w Polsce. Podobno ostatni taki przypadek miał miejsce w latach 80-tych na skraju Puszczy Białowieskiej. Dodatkowo ekstensywna urbanistyka spycha większość nowo budowanych lokali na dalekie przedmieścia pozostawiając na niezmienionym poziomie zasoby mieszkalne w dzielnicach bliżej centrum przy jednoczesnym stałym wzroście liczby ludności, a co za tym idzie chętnych na takie mieszkania. W zaistniałej rzeczywistości istnieją dwie metody na zdobycie upragnionego mieszkania.

Sposób1 – Polowanie
Nowe mieszkania pojawiają się na liście lokali do wynajmu zazwyczaj na kilka tygodni przed dniem kiedy są dostępne. Przez ten czas o owym lokum dowiadują się całe rzesze. W Polsce było prosto, telefon do właściciela, umawiamy się na inspekcję, jak mieszkanie się podoba to spisuje się umowę, wpłaca zaliczkę i po sprawie. Tu inspekcję wyznacza agent. W umówionym terminie do lokalu do wynajęcia w jednym czasie schodzą się prawdziwe tłumy. My odwiedziwszy ponad 30 mieszkań w czasie naszego polowania nigdy nie spotkaliśmy się z mniej niż 20 osobami na takiej inspekcji. O komforcie dokładnych oględzin na spokojnie należy kompletnie zapomnieć. W tych warunkach niemożliwe. Łowca mieszkań musi wykazać się również nie lada refleksem, gdyż agent obecny podczas inspekcji ma przy sobie ograniczoną liczbę formularzy i jeśli nie złapiesz jakiegoś i nie wypełnisz na miejscu lokal może przejść koło nosa. Raz nas spotkała taka sytuacja. Składając w poniedziałkowe przedpołudnie aplikację na lokal, który oglądaliśmy w sobotę dowiedzieliśmy się, że nowy najemca został już wybrany wśród osób, które aplikowały na miejscu podczas inspekcji. Nie jest to jednak reguła, bowiem w sytuacji większej liczby potencjalnych najemców niż dostępnych mieszkań agenci zwlekają kilka dni z podjęciem decyzji czekając, aż wpłynie jak najwięcej ofert . Później urządzają „konkurs piękności”. Aplikacja o mieszkanie w Australii wygląda niemalże jak aplikacja o kredyt w banku. Trzeba podać dane personalne, szczegóły dot. zatrudnienia (czasami kilku pracodawców wstecz), poziom zarobków, co najmniej dwie osoby, które udzielą prywatnych referencji oraz cały szereg innych detali. Niektóre agencje wymagają zdobycia tzw. „100 pkt.” czyli przejście przez procedurę identyfikacyjną, jaką stosuje się w m.in. bankach i instytucjach finansowych. Dobrze by było, żeby taka aplikacja poparta była kilkoma załącznikami. W grę wchodzą wyciągi bankowe wskazujące regularne wpływy na konto, referencje z poprzedniego miejsca zamieszkania czy z pracy, 6 ostatnich potwierdzeń zapłaty czynszu z obecnego miejsca zamieszkania itp.
Niejednokrotnie od poziomu zainteresowania zależy cena wynajmu i wzrasta ona w miarę upływu czasu. Jedno z obserwowanych przez nas mieszkań przez 3 tygodnie trzymało stałą cenę, by w ostatnim tygodniu przed inspekcją tygodniowy czynsz wzrósł prawie o 25%. W innym przypadku urządza się aukcję czynszu. Taki przypadek miał miejsce w mieszkaniu w budynku sąsiadującym z naszym nowym lokum. Agent powiedział, że właściciel spodziewa się czynszu rzędu 370-420 AUD tygodniowo i prosi o wpisanie na aplikacji kwoty jaką wynajmujący są skłonni płacić o ile zostaną wybrani. Od znajomej z pracy usłyszałem (choć osobiście nie spotkaliśmy się z taką sytuacją podczas naszego polowania), że są przypadki, w których agent organizuje normalną otwartą aukcję czynszu, całkiem jak licytacja dzieł sztuki w domu aukcyjnym. Spośród wszystkich chętnych zbiera tylko 4-5 aplikacje od osób oferujących najwyższe stawki. Tak jak wspomniałem my intensywnie braliśmy udział w polowaniu na mieszkanie. Obejrzeliśmy ponad 30 mieszkań, 6 razy aplikowaśmy, ani razu nas nie nie wybrano.

Sposób2 – łut szczęścia i odrobina sprytu.

Mieszkanie w „najlepszym mieście na świecie” można również znaleźć poprzez znajomości. Najczęściej ma to przypadek, gdy wynajmujący nie chce ponosić konsekwencji zerwania kontraktu i rozpuszcza wici wśród znajomych by przedstawić agentowi (właścicielowi) kogoś na swoje miejsce. Sytuacje takie, choć mało popularne jednak się zdarzają. Inną możliwością jest wejść w posiadanie informacji, iż ktoś zamierza się wyprowadzić zanim ten ktoś złoży wymówienie. Można wtedy umówić się, na spokojnie obejrzeć mieszkanie i aplikować o nie, nie czując na plecach oddechu 20 innych potencjalnych najemców. Oczywiście nie gwarantuje to sukcesu u agenta, nie mniej jednak daje pewną przewagę nad konkurencją. Nam właśnie udało się wynająć nowe mieszkanie w ten sposób. Na początku lutego dowiedzieliśmy się, że 300 metrów od naszego obecnego lokum w połowie marca będzie zwalniać się mieszkanie. Zadzwoniliśmy, umówiliśmy się z obecną lokatorką na inspekcję, po czym szybciutko aplikowaliśmy. Nie wyskoczyliśmy przed szereg, bo dziewczyna już wcześniej wypowiedziała umowę, jednak mieszkanie nie trafiło jeszcze na rynek z powodu dość odległego terminu od kiedy będzie dostępne. Ku naszemu zaskoczeniu dwa dni później zadzwonił agent z informacją, iż nasza aplikacja została zaaprobowana. Dopisało nam szczęście. Mieszkanie mieliśmy „zaklepane” na 6 tygodni przed przeprowadzką, co dało nam komfortową możliwość wypowiedzenia naszego najmu bez konieczności płacenia przez tydzień czy dwa czynszu za dwa lokale. Możemy również rozłożyć w czasie wszystkie formalności związane z przeprowadzką. A przeprowadzka właśnie w najbliższy weekend.

Na koniec słowo o etyce zawodowej agentów nieruchomości. Zestawienie etyka i agent nieruchomości to oksymoron, odmiana paradoksu o znaczeniu metaforycznym. Dzień po podpisaniu przez nas umowy najmu agent zadzwonił do naszej obecnej właścicielki z pytaniem, czy nie chce skorzystać z ich usług przy szukaniu nowego najemcy, bo my właśnie podpisaliśmy nowy kontrakt i z pewnością na dniach wypowiemy stary. W efekcie kiedy na 4 tygodnie przed planowaną wyprowadzką (jak mamy w obecnej umowie) zadzwoniliśmy do właścicielki by wypowiedzieć umowę usłyszeliśmy rozgoryczenie, że tak się nie robi, bo powinniśmy ją poinformować osobiście a nie przez agenta. Wyjaśniliśmy, że pośrednik wyszedł przed szereg i nie tylko nie prosiliśmy go o wypowiadanie się w naszym imieniu ale wręcz zrobił to bez naszej wiedzy i zgody. Chyba zrozumiała, ale niesmak jednak pozostał.


Dworzec kolejowy w Chiang Mai nie należy do tych odstraszających przybytków znanych z polskich realiów. Rzekłbym na swój sposób jest nawet przyjemny. Tuż po dotarciu odbieramy plecak z przechowalni i grzecznie siadamy na ławce jednego z trzech peronów. Po pół godzinie na niespełna dwa dwadzieścia minut przed odjazdem wtacza się nasza „torpeda”. To trzy członowy skład ciągnięty wagonem motorowym. Ledwo zdążyli wysiąść ludzie a już zabiera się do pracy ekipa sprzątaczy. Przez okna wylatują plastikowe worki ze śmieciami. Od początku składu posuwa się ekipa z kompresorem i wielką szczotą ryżową pucując pociąg od zewnątrz. Chwilę później podjeżdża catering i zaraz po zaprowiantowaniu składu wpuszczają pasażerów. Wnętrze jest przestronne, choć dość surowe. Każdy z członów wagonu motorowego podzielono na 3 sekcje oddzielone od siebie wąskimi ściankami. Po obu bokach rząd foteli jak w autokarze. Siadamy, rozkładamy się wygodnie i chwilę później ruszamy. Pół godziny później stewardesa roznosi posiłek. Całkiem jak w samolocie, nawet wózek jest podobny. Dostajemy po kubku kawy oraz trochę ryżu z piekielnie ostrym tajskim curry. Jako przystawkę podano przepyszną tapiokę. Słodziutką, delikatną, rozpływającą się w ustach tylko palce lizać. Jak tylko obsługa posprzątała po posiłku zgaszono światła i można było iść spać. W sumie nie ma nic innego do roboty, bo za oknem ciemna noc. Rozkładamy więc fotele, przykrywamy się kocem i zapadamy w sen. Budzimy się jedynie kiedy trzeba wyjść do ubikacji. Swoją drogą kibelek w pociągu zasługuje na kilka słów wzmianki. Po pierwsze w przeciwieństwie do PKP jest czysty i zdatny do użytku. Po drugie jest w typowym azjatyckim stylu, czyli atakowany od przodu. Technika jego użycia polega na tym, że po wejściu nie odwracamy się przodem do drzwi, a robimy krok do przodu stając w rozkroku i przytrzymujemy się rączki umieszczonej na ścianie. Trochę to karkołomne i dziwaczne dla europejczyków, ale kiedy człowiek przywyknie okazuje się całkiem praktyczne.

Bangkok wita nas slumsami. Wzdłuż linii kolejowej od samych rogatek miasta ciągną się rzędy małych blaszano-kartonowych bud. Wśród nich ludzie mieszkający do spóły z drobiem czy trzodą. Inną przykuwającą uwagę rzeczą są betonowe podpory przyszłych wiaduktów. Widzimy je przez dobre kilkadziesiąt kilometrów. Są w różnym stadium budowy. Część gotowych, inne tak jakby porzucone, ukończone w połowie lub nawet dopiero wychodzące z ziemi. Estakada, którą mają podtrzymywać będzie miała dobrze ponad 50 km. Aż trudno sobie wyobrazić takie coś. Po kilkudziesięciu minutach powolnego przebijania się przez miasto docieramy w końcu do dworca. Opuszczamy pociąg i jak najszybciej możemy staramy się przemieścić z dala od naciągaczy i naganiaczy. Po przeanalizowaniu mapy postanawiamy przejść spacerem w stronę Khao Sam Road, która stanowi mekkę dla niskobudżetowych turystów. Po drodze mijamy pierwsze bazary. Rozłożone wzdłuż ulic niczym w Polsce końca lat 80-tych szpalery straganów oferują głównie żywność, tekstylia oraz nieco drobnych przedmiotów codziennego użytku domowego. Nie da się też pominąć smrodu bijącego z rynsztoków. Kanały poprowadzone są płytko pod ziemią, przykryte jedynie betonowymi płytami. W tym klimacie resztki rozkładają się bardzo szybko, więc efekt można sobie wyobrazić. Dotarcie w okolice Khao San Road zajmuje nam ponad godzinę. Co prawda idziemy żółwim krokiem, bo nie bardzo nam się spieszy. Nocleg znajdujemy bez większego problemu po wizycie w zaledwie 3 hotelach. Odświeżamy się pod prysznicem i ruszamy na miasto.

Pierwsze kroki kierujemy w stronę starego miasta. Przechodzimy przez potężny węzeł drogowy, gdzie samochody pędzą jak opętane w iście azjatyckim stylu, a przechodnie są najmniej pożądanym elementem krajobrazu. Wyznaczone przejścia dla pieszych niewiele znaczą. Niewiele również znaczy czerwone światło dla samochodów. Tutejsi kierowcy interpretują to tak: Jak mam zielone, to jadę bez oglądania się na nikogo. Jak mam czerwone, to jadę jak zdążę przed tym z boku. Piesi mają na prawdę ciężko. W końcu udaje nam się jednak dotrzeć do celu, którym jest gigantyczny kompleks Pałacu Królewskiego obejmujący poza samym pałacem mnóstwo świątyń i budowli sakralnych. Na wejściu kupujemy bilety i wypożyczamy spódnicę dla Uli. Zwyczaj jest tu taki, że kobieta nie powinna wchodzić do świątyni w spodniach. Dochodzi do śmiesznych sytuacji, kiedy strażnicy przepuszczają dziewczyny w miniówkach takich, że nachylając się odsłaniają dwa dodatkowe policzki do pudrowania a cofają do wypożyczalni szczelnie zakryte turystki w jeansach czy jak Ula w długich luźnych spódnicospodniach. Ale co kraj to obyczaj, więc się dostosowujemy. Wchodzimy na plac i…….. stajemy zamurowani. Jeśli myślałem, że w Angkor były tłumy turystów, to się myliłem. Na placu prawie nie ma gdzie wcisnąć szpilki. Tłum przywodzi mi na myśl masze polowe z udziałem Papieża. Dziesiątki tysięcy ludzi. Kompleks jest przepiękny. Wszystko ocieka złotem, kunszt twórców jest niepodważalny. Wszystkie elementy architektoniczne biją na głowę to, co dotychczas widzieliśmy w Kambodży, Laosie i na północy Tajlandii. Niestety, w takich warunkach trudno się skupić na zwiedzaniu. Trzeba mieć oczy wokoło głowy i non stop uważać by na kogoś nie nadepnąć czy nie wpaść. Właściwie na to zwraca się większą uwagę niż na zabytki. Po półtorej godzinnych męczarniach postanawiamy się ewakuować zwiedziwszy może 1/3 kompleksu.

Kolejnym punktem naszej pieszej wycieczki są bazary. Idąc z powrotem w kierunku Khao San Road mijamy wielki plac, gdzie trwają przygotowania do imprezy plenerowej. Wszak to sylwester, w mieście, które nigdy nie śpi musi wyglądać wystrzałowo. Kilka kolejnych godzin spędzamy włócząc się po bazarach. Trzeba jednak przyznać, że żeby tylko przejść to wszystko wzdłuż czy wszerz musielibyśmy spędzić tu cały tydzień a nie jedno popołudnie. W środku dnia decydujemy się na posiłek. Zamawiam Tom Yum Goong, kwaśną, ostrą zupę z krewetkami. Musze przyznać, że w autentycznym „domowym” tajskim wydaniu to wyjątkowe świństwo nie mające wiele wspólnego z potrawą o tej samej nazwie podrasowaną „pod turystę” w tak licznych na całym świecie tajskich restauracjach. Po obiedzie kierujemy się znów na bazary, po czym wracamy trochę odpocząć do hotelu.

Wieczorem ponownie wychodzimy ma miasto. Widzimy bardzo dużo policji i wojska na ulicach. Pewnie to zabezpieczenie imprez Sylwestrowych. My rezygnujemy z zabawy na wolnym powietrzu w okolicach Khao San i postanawiamy przywitać Nowy Rok na Pathpongu, słynnej na cały świat dzielnicy rozpusty, gdzie jeden na drugim znajdują się najbardziej wyuzdane kluby w Tajlandii. Łapiemy tuk-tuka i po krótkich negocjacjach cenowych każemy zawieźć się na miejsce. Okazuje się, że popełniamy kardynalny błąd. Zamiast poprosić o transport do celu powinniśmy raczej skierować się gdzieś w pobliże i dojść na miejsce „z buta”. Po kilkunastu minutach krążenia po nocy po mieście, którego nie znamy lądujemy w jakiejś ciemnej bocznej uliczce. Spod przybytku, który gołym okiem wygląda na tani burdel rusza w naszym kierunku 6 dobrze zbudowanych osiłków. Nieźle się wpakowaliśmy, pomyślałem. Szybko oceniam sytuację, jesteśmy w ciemnej uliczce, w „szemranej dzielnicy” w nieznanym mieście dodatkowo mam przed sobą kilku „karków”. Nie jest to dobra pozycja do negocjacji. Płacę tuk-tukowcowi, by nie wdawać się w dyskusje, choć nie powinniśmy mu dać ani grosza, bo nie dowiózł nas do celu. Sprintem czmychamy w głąb uliczki. Słowo daję, można najeść się strachu. Nie wiemy czy uliczka nie jest ślepa, albo gdzie prowadzi. Poza tym szwendanie się nocą po takich miejscach nie jest bezpieczne nigdzie na świecie. Byle szczyl z nożem może uznać nas za dobre źródło szybkiej gotówki. Po kilkunastu minutach błądzenia z sercem na ramieniu i ze wstrzymanym oddechem za każdym razem, gdy w ścianie w niszy ruszył się jakiś cień dochodzimy do jakiejś oświetlonej ulicy. Po pół godzinie udaje nam się w końcu dotrzeć do Pathpongu o własnych siłach.

Pathpong to dwie równoległe uliczki o długości kilkuset metrów. Środkiem pierwszej biegnie rząd straganów z pamiątkami dla turystów. Po bokach rozlokowały się kluby. Jest ich mnóstwo. Generalnie kluby dzielą się na 3 kategorie. Pierwsza to lokale go-go, w których sączy się piwko a na scenie przy rurze wyginają się dziewczyny w bikini. Kolejna kategoria, to kluby z „show” czyli pokazem nieco bardziej wyuzdanym i rozerotyzowanym. Trzecia kategoria to salony masażu z „happy endem” czyli trywialnie mówiąc burdele. Idziemy wzdłuż i co rusz dopada nas naganiacz z kartką „ping-pong show” gdzie dokładnie jest rozrysowane co dziewczyny robią w trakcie pokazu. My na początek siadamy w klubie go-go. Wypijamy po piwku, ale nudzi nam się. Dziewczyny ruszają się jak muchy w smole, własciwie nawet nie tańczą tylko po prostu stoją przy rurze. Takie kluby rywalizują ze sobą „wystrojem”. Ten co odwiedziliśmy był w stylu króliczków Playboya. Mijając kolejne widzimy przybytki w stylu odzianych w skórę motocyklistek czy filmu kostiumowego. Kolejny klub, który odwiedzamy to już ten z pokazami. Wchodzimy wąskimi schodami na górę. W dużej sali po obwodzie umieszczono stoliki a na środku bar, gdzie wyginają się dziewczyny. Zakupujemy piwko i rozsiadamy się wygodnie. Na początek widzimy pokaz strzelania z bananów. Dziewczyna wkłada sobie do pochwy owoc, po czym wystrzeliwuje nim na wysokość 1-1,5 metra. Kilka minut później powtarza to samo z piłeczkami ping-pongowymi. Kolejna tajka prezentuje jak się strzela z lotek do balonów. Miedzy nogami ląduje rurka, wkłada do niej lotki i kolejno strzela do podwiązanych u góry balonów. W przerwach miedzy pokazami dziewczyny po prostu tańczą w rytm muzyki. Po godzinie postanawiamy wyjść zaczerpnąć świeżego powietrza. Szwendamy się po okolicznych nocnych bazarach by trochę przetrzeźwieć. Idziemy również porozglądać się po pozostałych klubach. Jednak żaden nie przypadł nam do gustu tak, jak poprzedni, więc po krótkiej wędrówce wracamy tam ponownie. Siadamy przy tym samym stoliku i zamawiamy po piwku. Z miejsca przed Ulą wyrasta młodziutka Tajka. O wiele bardziej jest nia zainteresowana niż takim starym prykiem jak ja. Bezceremonialnie chwyta ją za piersi mówiąc, że zazdrości jej tak dużego biustu i też chciałaby mieć taki, choć jej nagim jędrnym piersiom nic nie brakuje i dziewczyna ma figurę modelki. To część biznesu, do każdego gościa dosiadają się dziewczyny probujące naciągnąć na drinka, czyli dodatkowy zarobek dla lokalu. Zostajemy w tym lokalu już do końca. Sącząc powoli piwko oglądamy kolejne pokazy. Strzelanie z banana i piłeczek pimpongowych jest najpopularniejsze. Równie często oglądamy palenie papierosów. Na mnie największe wrażenie robi jednak otwieranie butelki. Dziewczyna przykuca nad zakapslowaną butelką coli, wciąga ją nieco do środka, po czym wyjmuje otwartą. Kurde, czy ona ma tam w tej części ciała zęby ? W pewnej chwili z góry na taśmach spuszczony jest duży kielich a w nim młoda dziewczyna w pianie. Przez następne kilkanaście minut wygina się w rytm nastrojowej muzyki. Trochę trąci kiczem, ale nam się podoba. Przy kolejnym piwku i kilka pokazów strzelania bananem, ping-pongiem i palenia papierosów później jest kolejny show. Z góry powoli na scenę spuszczany jest lśniący, wychromowany Harley a na nim para. Przygasają światła, muzyka znów robi się nastrojowa. Para zaczyna delikatne pieszczoty, które powoli krok po kroku przeradzają się w reguralny sex. Czujemy się jakbysmy oglądali film porno na żywo. Różnica polega na tym, że nie jest to poradnik ginekologiczny a raczej pozbawiony granic filmik Playboya. Tak, jest to pornografia w czystym wydaniu, ale za razem podana ze smakiem w sposób nie budzący odrazy i zniesmaczenia. Nowy Rok nadchodzi niepostrzeżenie. Nie było odliczania, strzałów korka od szampana. Pierwszy stycznia dla Tajów jest dniem jak co dzień. Oni żyją wg kalendarza liczonego od dnia narodzin Buddy. Nowy 2050 rok będą świętować w połowie kwietnia. Ten nasz, chrześcijański ma dla nich tylko znaczenie administracyjne, całkiem jak nowy rok finansowy przypadający w Australii 1 lipca. Składamy sobie życzenia i wymieniamy uściski z trójką europejczyków z sąsiedniego stolika. Zostajemy w klubie jeszcze trzy kwadranse, po czym ewakuujemy się do hotelu. Bangkok wciąż żyje. Noworoczna iluminacja ulic i placów przyprawia o zawrót głowy. A może to wypite piwo ?

Nazajutrz wstajemy z cieżką głową. To już ostatni dzień naszych wakacji. Wieczorem odlatujemy do Melbourne. Wymeldowujemy się z pokoju przed południem, zostawiamy plecak w przechowalni i ruszamy na miasto. Na ulicach zastraszająco duzo jest wojska i mundurowych. To przypomina dokładnie o wojskowym zamachu stanu jaki miał miejsce w Tajlandii kilka miesięcy wcześniej. Zmęczeni wczorajszą nocną eskapadą oraz alkoholem snujemy się po bazarkach. Dostrzegamy, że smażone w głębokim oleju karaluchy są popularne również tu. Ciekawe dlaczego nie podają ich w tajskich knajpkach w Melbourne. Po południu siadamy w japońskiej restauracji nieopodal Khao San. Staramy się wydać resztkę pieniędzy, których nie ma sensu wlec ze sobą z powrotem do Australii, a że restauracja jest z wyższej półki to i za obiad płacimy mniej więcej 10 razy tyle co do tej pory. Nadal jest to jednak niewiele ponad 30 dolarów, co prawdę mówiąc stanowi grosze. Późnym popołudniem zbieramy sie na lotnisko. Dobrze, że nie robimy tego na ostatnia chwilę, bo autobus opóźniony jest o ……….. 1,5 godziny. W końcu jednak kiedyś przyjeżdża. Po przebiciu się przez miejskie popołudniowe korki wpadamy na nowoczesną szeroką, poprowadzoną na estakadach autostradę. Infrastruktury transportowej można tylko im pozazdrościć. Godzinę później dojeżdżamy pod samą halę odlotów nowego lotniska. Jest ono dumą Tajów i nie przepuszczą żadnej okazji by uświadomić turystę, iż jest to obecnie największe pod względem kubatury lotnisko na świecie.

Kilka godzin później siedzimy już w samolocie. Ta sama maszyna, która przywiozła turystów (a kilka tygodni wcześniej nas) z Melbourne po półtorej godzinnym postoju, zatankowaniu i posprzątaniu chlewu jaki zostawiają po sobie Ozzi znów rusza w prawie dziesięciogodzinną podróż powrotną. W Melbourne będzie miała 3 godzinna przerwę zanim znów odleci. Ciekawe ile takich cykli mija zanim trafi do przeglądu. Podróż powrotna mniej się jednak dłuży. Na lotnisku w Melbourne czeka nas jeszcze dość nieprzyjemna odprawa. Kiedy pogranicznicy dostrzegają w naszych deklaracjach wjazdowych takie kraje jak Laos czy Kambodża z miejsca od kontroli paszportowej jesteśmy odsyłani do specjalnego oficera, który zadaje nam pytania, co jak dlaczego, kiedy, jak długo. I choć ostatecznie nasze bagaże nie są otwierane jak ponad 80% procent pasażerów (dostajemy glejt, który celniczka określiła „przepustką do wolności”) to jest to najbardziej nieprzyjemne przejście graniczne na jakim byłem od dłuższego czasu. Nawet w krajach totalitarnych, gdzie panuje powszechny zamordyzm jak w Syrii czy właśnie odwiedzonych Kambodży i Laosie przekraczanie granicy nie było tak nieprzyjemne.

Parę dni po powrocie, kiedy już opadły pierwsze emocje towarzyszące podróży dotarła do nas wiadomość, która zmroziła krew w żyłach. W Sylwestrową noc w Bangkoku zdetonowano 9 bomb. Podłożono je m. in. w miejscu gdzie miała się odbywać plenerowa impreza Noworoczna oraz na lokalnych bazarach i targowiskach, czyli miejscach, które odwiedzaliśmy na kilka godzin przed eksplozją. Zabitych zostało 6 osób, a ponad 30 trafiło do szpitali w tym sporo zagranicznych turystów. Teraz dopiero skojarzyliśmy, że ta obecność wojska i policji na ulicach Bangkoku miała właśnie związek z zamachami bombowymi a nie jak nam się wydawało pilnowaniem porządku podczas imprez. Na szczęście opatrzność czuwa nad nami i nie znaleźliśmy się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie.

darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazkówdarmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków


  • RSS