harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2007

Luang Namtha pozostanie jedym z tych miejsc, gdzie tylko się pojawiliśmy. Trzeba będzie chyba przyjechać tu jeszcze raz. Po całonocnej podróży i towarzyszących jej rewelacjach żołądkowych postanawiamy nie forsować się i odpuścić to, co zaplanowaliśmy. Po krótkim, aczkolwiek zbawiennym śnie zbieramy się poszwendać po mieście. Luang Namtha nie jest ciekawym miejscem. Nie ma tu ani wielkich zabytków, ani specjalnych atrakcji turystycznych. Ot po prostu punkt tranzytowy na drodze między Tajlandią a Chinami. Jedyny ciekawym dla europejczyka miejscem może być lokalny targ. Dla nas jest to kolejny przybytek tego rodzaju i choć spędzamy tam około2 godziny to nie towarzyszą już takie emocje jak za pierwszym, razem. Nawet widok dzikich ptaków, nietoperzy i leśnych gryzoni na straganach nie ekscytuje nas już tak bardzo jak w Luang Prabang. Jedynie na jatce mięsnej coś co przypominało skórę zdjętą z psa trochę nas ruszyło. Reszta dnia mija raczej bezbarwnie. Chodzimy w kółko po mieście, siadamy na godzinę w kafejce internetowej o łączu szybkości żółwia z Galapagos, ostrożnie wciągamy jakiś posiłek. Po zmroku szybko wracamy do hotelu i idziemy spać.

Rankiem schodzimy na śniadanie do małego przyhotelowego sklepiku. Ula zamawia po kawie i słodkiej bułce, ja idę po bilet na znajdujący się po skosie dworzec autobusowy. Śniadanie znika błyskawicznie, rozliczamy się na recepcji za pokój i idziemy szukać naszego dzisiejszego transportu. Bez większych kłopotów odnajdujemy niewielki 25 miejscowy minibus. Dwie minuty później nasz plecak ląduje na dachu w stercie innych bagaży. Jest około 8 rano, mamy jeszcze 1,5 godziny do odjazdu. Z braku lepszego zajęcia chodzę po zapylonym szutrowym placu dworcowym i obserwuję inne autobusy. Większość z nich to lokalne wariacje Jelcza „Ogórka”. Na ich dachach można znaleźć dosłownie wszystko wliczając motorowery i czy żywy inwentarz. W jednej części dworca zgromadziły się pick-upy. To rodzaj transportu lokalnego na odległość do 50 km.

Kiedy w autobusie zapełniły się już wszystkie fotele oraz kilka dostawionych krzesełek ogrodowych obsługa uznała, że czas już ruszać. Było jeszcze pół godziny przed czasem jak ruszyliśmy w drogę. Przejazd przez miasto i okoliczne wioski zajął może z 10 minut. Później już były tylko góry i nowa piękna szosa zbudowana przy finansowym współudziale Chińczyków i Tajów. Niestety szosa ta ciągnęła się nie dalej niż 30 km. Później już tylko droga szutrowa oraz budowa w różnym stadium zaawansowania. Po raz pierwszy zmuszeni jesteśmy wysiąść z autobusiku w kwadrans po opuszczeniu asfaltu. Zatrzymujemy się przed małym wąskim wąwozem, którym droga wspina się po dość stromym wzniesieniu. Autobus zapada się z 10 cm w drobny jak talk czy kakao czerwony pył. Podchodzimy pod górę, za nami powoli wtacza się minibus. Nie wiem jak to wygląda w porze mokrej, kiedy ten pył nasiąknie wodą i przypiera konsystencję i własności poślizgowe masła. Dalsza droga przebiega wg tego samego scenariusza. Odcinki wyasfaltowane przeplatają się z tymi gdzie dopiero ubito podsypkę, tymi gdzie trwają roboty drogowe i tymi, jeszcze nietkniętymi przez ciężki sprzęt. Ostatnich jest najwięcej. Rzekłbym nawet 200 km. Podróżujemy w niesamowitej scenerii soczystej zieleni, wysokich gór i krętej wijącej się po zboczach drogi. Jedyną niedogodnością tej podróży jest wspomniany pył. Wciska się do środka autobusu każdą nieszczelnością. Niekiedy jest go w środku tak dużo, że zmuszeni jesteśmy oddychać przez chusty. Na głowie samoistnie tworzą się dredy. Teren jest dość odludny. Przez całą drogę mijamy zaledwie kilka osad. Można by je zliczyć na palcach jednej ręki. Mniej więcej w połowie drogi zatrzymujemy się na postój w jednej z nich. W drewnianej szopie kilkadziesiąt metrów od drogi znajduje się knajpka. Starsza Laotanka z przodu rządzi ogromnym kotłem z zupą oraz trzyma w ręku kasę, trzy młode dziewczyny z tyłu rozdzielają kawałki kurczaka i warzywa. Siadamy na przy drewnianym stole. Kryta strzechą wiata daje trochę tak porządnego cienia. Mimo niepełnej wiary we własny żołądek udaje mi się jednak zjeść posiłek w całości.

Kiedy ponownie ruszyliśmy w drogę trasa nie uległa większym zmianom. Krajobraz również. Nie oznacza to jednak, że było nudno. Broń Boże !!! Przejechanie tego odcinka, zapierające dech w piersiach góry za oknem i wąska niesamowicie kręta szutrowa droga stanowią przygodę, za którą gotów byłbym zapłacić ze trzy razy więcej niż daliśmy za bilet. Niestety wszystko co miłe szybko się kończy i kiedyś trzeba było jednak dojechać do celu. Po prawie 8 godzinach podróży docieramy do Huai Xai. To nieduże miasteczko nad Mekongiem stanowiące dla większości backapakersów bramę do Indochin. Dworzec autobusowy, jak w większości miast w Laosie, znajduje się kilka kilometrów za centrum. Dostanie się tam nie stanowi żadnego problemu, gdyż na każdy autobus czeka całe stado tuk-tukowców. Korzystamy z usług jednego z nich i po kolejnych 10 minutach wysiadamy nieopodal przystani. Stąd idziemy kilkaset metrów do przejścia granicznego. Nie wygląda ono jakoś imponująco. Ot zwykły murowany kiosk wielkości podwójnego garażu z 2 okienkami obsługi petentów. Podajemy paszporty, odpowiednie pieczątki wzbogacają naszą kolekcję. Po 3 minutach jest po wszystkim. Schodzimy nad wodę. Opłacamy jakieś grosze za transport człowiekowi na brzegu, wsiadamy do długiej łodzi i już chwilę później odbijamy od brzegu. Z nostalgią patrzę jak Laos oddala się za rufą. Dwie minuty później stawiamy stopy po tajskiej stronie. Załatwiamy formalności paszportowe i dajemy się namówić naganiaczowi na transport do Chiang Mai. Zanim jednak tam wyruszymy zawozi nas do zaprzyjaźnionego Guest Hausu. Półtorej godziny oczekiwania na minibus umilamy sobie lokalnym piwem oraz smażonym ryżem z warzywami.

Do Chiang Mai, drugiego co do wielkości miasta Tajlandii, miasta ponad 300 buddyjskich świątyń jedziemy klimatyzowanym minibusem. Po raz pierwszy od dłuższego czasu mamy cywilizację za oknami. Co prawda widzimy dobrze ją tylko niecałą godzinę przed zmierzchem, ale ilość świateł, drogi i mijane miejscowości zdają się potwierdzać tą tezę również nocą. Od granicy do Chiang Mai jedzie się około 5 godzin. Na miejsce docieramy już po 23.00. Pierwsze wrażenia ? Chiang Mai jest miastem, które nigdy nie zasypia. Przedzierając się przez korki i wąskie uliczki miasta do zaprzyjaźnionego Guest Hausu (a jakże by inaczej?) widzimy nocne bazary. Życie wre. Na ulicach pełno ludzi, handel kwitnie w najlepsze. W zaprzyjaźnionym GuestHousie jest komplet, nie ma wolnych pokoi. W sumie cieszymy się z transportu, bo wylądowaliśmy w środku miasta i nie jesteśmy zmuszeni przepłacać po nocy za tuk-tuka z odległego o kilka km od centrum dworca autobusowego. Teraz czeka nas wycieczka po mieście w poszukiwaniu łóżka. Włóczymy się trochę po bocznych uliczkach, tak wąskich, że dwa samochody osobowe z trudem się wyprzedzą. Wolny pokój znajdujemy w piątym czy szóstym odwiedzonym GuestHousie. Nie jest rewelacyjny. Jest jednak już po północy, miejsc noclegowych jest mało a my jesteśmy na nogach od 6 rano po całodziennej podróży. Bierzemy.

Nazajutrz rano wstajemy skoro świt. W pierwszej napotkanej knajpce wciągamy pożywne śniadanie a następnie wracamy się wymeldować. Chwilę później łapiemy tuk-tuka i każemy się zawieźć na dworzec kolejowy. Po drodze mamy okazję zobaczyć miasto za dnia. Gdybyśmy trafili tu z Europy rzeklibyśmy 3-ci świat, ale my jeszcze wczoraj byliśmy w Laosie i w tym świetle mówimy „nareszcie cywilizacja”. Dworzec w Chiang Mai jest mały, trochę w stylu polskich przybytków z lat 60-tych, aczkolwiek schludny, czysty i bezpieczny. Zostawiamy plecak w przechowalni bagażu, kupujemy bilet na nocny pociąg do Bangkoku i ruszamy na podbój miasta. Nasz spacer jest dość schematyczny. Półtorej godziny chodzimy od świątyni do świątyni, później przerwa na kawę czy obiad i znów rajd po świątyniach. Buddyjskie świątynie północnej Tajlandii różnią się nieco od tych z Laosu i Kambodży. Najbardziej gołym okiem widać, że w bogatszej Tajlandii świątynie są bardziej zdobione, lepiej zakonserwowane i odnowione. Słowem widać w którym kraju są pieniądze a gdzie ich brak. Różnią się też detalami architektonicznymi, jak choćby obecnością demonów w miejsce laotańskich smoków. Mniej więcej około południa trafiamy do kompleksu świątyń, gdzie przeżywamy dość duży szok. W kaplicach znajdujących się po obwodzie głównego placu umieszczono szklane gabloty z zakonserwowanymi ciałami mnichów. Mumifikacja zwłok jest tak dokładna, że odnosimy wrażenie, że siedzi tam żywy człowiek i medytuje. Dopiero kiedy zdajemy sobie sprawę, że nikt mógłby siedzieć długo bez mrugania powiekami dociera do nas, że to nie jest żywy mnich. Nic nie wskazuje na to, że jest to mumia. Ani kolor skóry ani paznokcie, ani fantastycznie sfabrykowane gałki oczne. Przyglądamy się dokładnie opuszkom palców, kącikom oczu, małżowinom usznym w nadziei, że jednak jest to woskowa kukła. Nic z tego. Jest to jak najbardziej autentyczne ciało ludzkie. Inne wrażenia z przedpołudniowego spaceru ulicami Chiang Mai są równie interesujące, choć nie tak wstrząsające jak zakonserwowani mnisi. Interesująca wydała nam się ilość transwestytów i transseksualistów jakich spotkaliśmy na ulicach miasta. Nie powiem, bym miał jakieś obrzydzenie, ale chyba zbyt mało widziałem tego typu ludzi by mi wzrok nie uciekał za każdym razem kiedy mijał nas facet w kiecce, w butach na obcasach z pomalowanymi paznokciami i ostrym makijażem. Ale nie każdy turysta reagował w ten sposób co my. W restauracji, w której jedliśmy obiad grupa turystów opuściła lokal w popłochu kiedy tylko ujrzała obsługującego nas kelnera. Wieczorem przed odjazdem pociągu postanowiliśmy odwiedzić nocne bazary. Większość z nich zaczyna handel około 20-21 a na dobre rozkręcają się dopiero koło 23, czyli mniej więcej godzinę po tym jak zamyka się „night markety” w Australii. W Chiang Mai handel trwa do 6-7 nad ranem. Muszę przyznać, że nocne bazary, jakie odwiedzaliśmy były dokładnie takie, jak to sobie wyobrażaliśmy wcześniej. Długie, wąskie, ciągnące się w nieskończoność szpalery straganów wyładowane po brzegi towarem, tłumy ludzi, gwar, ruch jak w ulu. W sekcjach spożywczych mnóstwo egzotycznych owoców, kolorowych kwiatów, dziwacznych potraw ze smażonymi na głębokim oleju karaluchami i innym robactwem włącznie. Mnóstwo rękodzieła, torebek, zegarków, trochę biżuterii słowem wszystko, wszystko i trochę więcej. Bardzo żałujemy, że nie możemy zostać tu dłużej. Szkoda, że nasz pociąg odjeżdża w pół do dwunastej a nie np. o 3 nad ranem.

Z ciężkim sercem opuszczamy nocne bazary Chang Mai. Niestety czas płynie nieubłaganie i trzeba się zbierać na pociąg. Łapiemy tuk-tuka i ruszamy na dworzec. Czeka nas teraz całonocna podróż do Bangkoku. Mam nadzieje, że uda nam się złapać trochę snu. Ale o tym już w następnym, ostatnim z serii, wpisie o naszej podróży do Indochin.

darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków

Ranek w Luang Prabang jest niepowtarzalny nie tylko z powodu procesji mnichów zbierających datki. Specyficzna jest również temperatura nad ranem. Podczas, gdy zazwyczaj najzimniej jest tuż przed wschodem słońca w Luang Prabang wtedy jest jeszcze całkiem ciepło. Utrzymuje się to jeszcze przez dwie godziny i około 8 nad ranem temperatura odczuwalnie spada. Właśnie w takich warunkach przychodzi nam rozpocząć kolejny etap wędrówki. Dziś czeka nas podróż łodzią co najmniej 30 km w górę Mekongu po czym 60 km w górę rzeki Nam Ou.

Biegniemy skoro świt do straganiarki przygotowującej przepyszne bagietki by zaopatrzyć się w prowiant na drogę, wracamy rozliczamy się z obsługą GuestHouse i ruszamy na przystań. Zajmujemy miejsce w długiej łodzi. Nauczeni doświadczeniem z wczoraj omijamy małe niewygodne krzesełka i siadamy na podłodze tuż przy całej stercie plecaków. Parę słów jak wygląda „długa łódź”. Ma ona około 12 metrów długości i nie więcej niż 1,5 m. szerokości. Na samym przodzie tuż za prowadzącym jest mniej więcej 1,5 m. wolnej przestrzeni, następnie wąskie wejście dla pasażerów. Za nim wzdłuż burt rozmieszczono po jednym rzędzie małych, drewnianych krzesełek. Przypominają one bardziej stołeczki niż fotele. Tuż za krzesełkami jest przestrzeń bagażowa, której połowę wydzielono dla ludzi siedzących na podłodze plecami do burty. To wszystko zajmuje mniej więcej połowę łodzi. W 1/3 od końca zamontowany jest silnik i zbiorniki paliwa. Przeważnie obudowany drewnianą budką Dalej już do końca jest pusta przestrzeń. My jak wspomniałem rozsiedliśmy się na podłodze. W miarę upływu czasu przybywa pasażerów. W końcu jedna para Anglików nie wytrzymuje i robi awanturę. Rzeczywiście łódź jest totalnie przeciążona. Po półgodzinnym zamieszaniu rozsadzeni zostajemy do 3 łodzi. W naszej zostaje tylko 6 pasażerów. Mniej więcej kwadrans po dziewiątej ruszamy.

Zaraz za Luang Prabang podpływamy zatankować. Oczywiście tankowanie odbywa się z łodzi, pływającej cysterny. Całe wnętrze zajmuje ogromny zbiornik na paliwo oraz dwa dystrybutory. Filigranowa Laotanka wskakuje z wężem na naszą łódź i napełnia bak oraz kanistry. Płacimy, odpływamy. W pół godziny po tankowaniu silnik zaczyna lekko przerywać. Zmuszeni jesteśmy przybić do brzegu. Zaraz za nami dobijają dwie pozostałe łodzie. Załoga grzebie przy silniku i śrubie a my w tym czasie siedzimy na brzegu. Trochę nam się nudzi, bo nisko zalegająca mgła powoduje, widoczność kończy się na najbliższych palmach tuż za skarpą. Kiedy ruszaliśmy w drogę wydawało nam się, iż nasz silnik jest potwornie głośny. Fakt, siedzieliśmy niedaleko. Teraz jednak mijają nas „speed boat’y”. To małe sześcioosobowe czółna z doczepionym silnikiem wielkiej mocy. W ciągu 6 godzin pokonują trasę, którą normalne łodzie płyną dwa dni. Ich pasażerowie muszą obowiązkowo ubierać kaski i kapoki. Na długo zanim dostrzegliśmy speedboaty słyszeliśmy potężny hałas. Kiedy zrównały się z nami huk przypominał ryk startującego odrzutowca. Zastanawiam się gdzie tu jest frajda męczenia się przez 6 godzin w takim czymś.

W końcu ruszamy dalej. Płyniemy blisko brzegu. Obserwujemy szare bydło wałęsające się po skarpach, małe ogródki poodgradzane krzywymi płotkami, przybrzeżne wioski i rybaków. Silnik czasami przerywa, ale płyniemy dalej. Docieramy w końcu w okolice grot, które odwiedziliśmy wczoraj. Niedaleko za nimi opuszczamy mętne niczym kawa z mlekiem wody Mekongu i wpływamy w Nam Ou. Na samym początku jakby na przywitanie przepływamy koło potężnej kilkusetmetrowej pionowej ścianie skalnej sięgającej samej rzeki. Rzeka ma o wiele bardziej górski charakter. Jednocześnie jej wody są kryształowo przeźroczyste. To duży kontrast w porównaniu z Mekongiem. Kilka kilometrów dalej stajemy. Załoga wyskakuje do wody. Z początku myślimy, że jest za płytko by przepłynąć, bo woda sięga im niewiele ponad kolana. Szpulka podpuszcza wszystkich, żeby odciążyć łódź i ją przepchać trochę. Zdejmuje buty, podwija spodnie i wskakuje do wody. Ja odpinam nogawki i podążam w jej ślady. Dołącza do nas jeden Kanadyjczyk. Chwilę później już jest jasne, że wcale nie jest za płytko, tylko załoga postanowiła pogrzebać przy śrubie. Stoimy więc we trójkę w zimnej rzece po kolana trzymając łódź by nie porwał jej prąd. Nie jest źle, nawet woda nie jest tak zimna jak można by sobie wyobrażać. Trochę niewygodnie stawiać stopy na zalegających dno otoczakach, ale jak się znajdzie odpowiednie miejsce to da się wytrzymać. Najbardziej uciążliwe pozostają jednak………… małe rybki. Nie wiem czy kudły na moich łydkach pod wpływem nurtu rzeki przypominają jakieś robaczki , ale co rusz to jestem podgryzany i podszczypywany przez małe rybki. Nie to, żeby bolało, ale smera niemiłosiernie. Przestępuje więc z nogi na nogę nie dlatego, że chce mi się sikać, ale by odgonić małych napastników.

Dwóch Laotańczyków z obsługi męczyło się z pół godziny i nic nie wskórali. Postanowili doholować łódź do brzegu. Z pomocą małego, na oko 7-8 letniego dzieciaka dopchaliśmy łódź na piach. Mniej więcej w tym samym czasie dogoniły nas dwie pozostałe łodzie. Po krótkiej burzy mózgów i oględzinach postawiono diagnozę. Zatarty wał napędzający śrubę. Kiedy miałem już przed oczami konieczność przeniesienia się do pozostałych 2 łodzi jak spod ziemi wyrósł człowiek niosący zapasowy wał. W pół godziny później za pomocą młotka, sznurka, drutu i zapasowego wału łódź zostaje doprowadzona do używalności i możemy ruszyć w dalszą drogę.

Rzeka jest bardzo urokliwa. Na przemian mijamy odcinki o typowo górskim charakterze z bardzo wartkim prądem oraz duże zakola, niemal jeziorka ze spokojną, gładką niczym lustro taflą. Nawigacja na tej rzece wymaga prawdziwego kunsztu. Szczególnie trudne są odcinki, gdzie musimy pokonać przewężenie między ogromnymi głazami. Prąd między nimi jest potwornie silny i mimo, że silnik pracuje całą mocą nasza łódź rzucana jest jak łupina w lewo i prawo. Definitywnie pewne są dwie rzeczy. Po pierwsze niemożliwe jest przepłynięcie tędy po zmroku, po drugie nikt obcy nie potrafiłby wybrać właściwej drogi między płyciznami i wystającymi skałami. W miarę upływu czasu mijane przybrzeżne wioski stają się coraz bardziej tradycyjne. Mijamy coraz więcej łodzi załadowanych towarem. Widać wyraźnie, że w tej części Laosu nadal transport rzeczny odgrywa zasadniczą rolę w handlu. Wśród mijanych wiosek jest również osada, gdzie płukają złoto. Przed wioską widzimy dość sporą barkę, która za pomocą grubej rury zasysa piasek z dna, a następnie wypluwa go na rząd wielkich sit. Tuż poniżej barki na drewnianych pomostach siedzą wieśniacy wypłukujący złoto w bardziej tradycyjny sposób. W innej mijanej wiosce widzimy jak ładunek płaskodennej łodzi przeładowywany jest na półciężarówkę. To jeszcze raz nas utwierdza w przekonaniu o tym jak ważną rolę odgrywa rzeka w życiu tych ludzi. Płynąc dalej w górę rzeki dwa razy napotykamy grupę kapiących się kobiet. Nasza obecność budzi nieco popłochu.

Całe popołudnie wygląda podobnie. Płyniemy w górę rzeki pokonując na przemian bardziej i mniej wartkie odcinki rzeki. Podziwiamy miane wioski, zieleń palm, obserwujemy życie codzienne rybaków i innych zwykłych ludzi. Zastanawiamy się na ile nasze przygody z zacierającym się wałem i w sumie ponad 3 godzinne przestoje wpłyną na czas podróży. Jedno jest pewne, musimy dotrzeć przed zmrokiem, bo inaczej umarł w butach, czeka nas koczowanie gdzieś na brzegu. Kiedy na horyzoncie zaczynają się pojawiać coraz wyższe góry, wiemy, że jesteśmy już niedaleko celu. Po kolejnej godzinie docieramy do wioski Nong Khiew. Dochodzi 6 wieczorem, czyli na łodzi spędziliśmy prawie 9 godzin.

Wioska Nong Khiew niczym nie różni się od wielu podobnych miejsc w Laosie. Jedna asfaltowa droga przez środek, kilka bocznych szutrowych, rząd zabudowań. Przy drodze budynki przeważnie murowane trochę w głębi głównie drewniane. Jedna z charakterystycznych cech Laosu jest zamiłowanie jego mieszkańców do telewizji. W każdej wiosce można dostrzec las anten satelitarnych. Jeśli konstrukcja chałupy jest za słaba by utrzymać duży talerz stawia się go na pionowym palu obok. Czasze anten mają po 1-1,5m średnicy, czyli jeszcze jedno skojarzenie Laosu z Polską końca lat 80-tych. My jednak nie mamy zbytnio czasu na kontemplowanie laotańskich systemów TV satelitarnej, bo szukamy jak wydostać się dalej. Wg. wszelkich dostępnych źródeł ostatni środek transportu publicznego można tu złapać około 16.30. My jednak postanowiliśmy jechać dalej i tylko w ostateczności spędzić tu noc. Po krótkich poszukiwaniach udaje nam się znaleźć punkt gdzie zatrzymują się pick-upy. Niestety świeci pustkami. Po chwili podjeżdża jeden, ale niestety jedzie w przeciwnym kierunku. Po chwili oczekiwania podjeżdża kolejny. Idziemy na tył a tam siedzi jeden człowiek, europejczyk wraz z rowerem. Pytamy dokąd jedzie. Odpowiada nam z tak silnym francuskim akcentem, że aż trudno sobie wyobrazić, iż mówi po angielsku, że to jest transport prywatny i nie życzy sobie żadnych pasażerów i żebyśmy poszli gdzieś indziej szukać okazji. Ok, mówię na głos, Twoje zbójeckie prawo wynająć sobie całego pick-upa. W myślach jednak dodałem, że teraz już wiem jak wyglądają kulisy relacji „Rowerem przez Indochiny” itp. Kolejny pick-up który przyjechał zgodził się nas zabrać do miejscowości Pak Mong. To skrzyżowanie dróg oddalone od wioski w której się znajdujemy o mniej więcej 35 km. Tam będziemy łapać transport do Luang Namtha.

Droga mija dość szybko. Co prawda z początku krążymy po wiosce po kierowca musi odwiedzić kilku znajomych, ale później już pędzimy prosto do celu. Po drodze zabieramy jeszcze 3 pasażerów. Około 7 wieczorem docieramy na miejsce. Tu mamy nadzieje złapać autobus, który wyruszył o 17.30 z Luang Prabang. Wg przewodnika Lonely Planet powinien pokonać tą drogę w 2 do 2,5 godziny, zatem w Pak Mong musi zjawić się około 20.00. Nie ma fizycznej możliwości by odjechał przed naszym przyjazdem. Próbujemy zasięgnąć języka u miejscowych, ale idzie kiepsko. Większość nie mówi po angielsku wcale, albo ma tak ograniczoną komunikatywność, że nie potrafi nam nic powiedzieć. W Guest Housie mówią po angielsku, ale twierdzą, co z resztą wcale nas nie zaskoczyło, że już dzić nic nie będzie jechało i musimy zostać do rana. Zdziwiłbym się, gdyby mówili inaczej. Nie pozostaje nic innego jak czekać. Mija 8, później 8.30 a autobusu ani widu ani słychu. Czekamy dalej, mija 9 i autobusu nadal nie ma. O 9.30 postanowiłem, że musimy coś zjeść, bo niezależnie czy coś przyjedzie czy nie będziemy głodni. Poza tym poczułem się słabo i doszedłem do wniosku, że to pewnie z głodu i nerwów i ciepły posiłek dobrze mi zrobi. Siadamy w jednej z non stop otwartych restauracji i zamawiamy po zupie. Ledwie skończyliśmy jeść a wpada do środka jakiś człowiek krzycząc, że właśnie przyjechał autobus do Luang Namtha. Zrywamy się na równe nogi, chwytamy plecaki i rzucamy się w jego stronę.

Autobus to chyba eufemizm w odniesieniu do tego, co zobaczyliśmy. Na niewielkim placu za zakrętem stoi minibus obklejony napisami po chińsku z wyraźnym oznaczeniem na tyle 20+1 osób. Rozmawiamy z obsługą, pytamy się czy zabiorą nas do Luang Namtha. Nie ma problemu słyszymy w odpowiedzi. Kiedy nasz plecak ląduje na dachu w stercie innych bagaży w środku trwa „przemeblowanie”. Dostajemy wiklinowe krzesełka i siadamy na korytarzu. Wokół nas pełno tobołków. Na przednich siedzeniach dwie Chinki jedzą jakieś strasznie cuchnące danie. Siadam, i czuję, że będą problemy. Walczę ze sobą, ale długo nie wytrzymuję. Wypadam z autobusu jak z procy, biegnę do najbliższego rowu i oddaję cały posiłek, jak zjadłem 10 minut temu. Nie jest dobrze. Wracam na miejsce, ale ciągle mnie mdli. Powoli zaczynają się schodzić sie pasażerowie. O w mordę, myślę, ten autobus musi być z gumy. Na tyle, na 4 miejscach siedzi 7 osób, z przodu między kierowcą a pierwszym rzędem siedzeń również kilka. Przede mną matka z dzieckiem na ręku, za mną Szpulka. Na stopniu na podłodze kolejna osoba. Rozglądam się dookoła. Jesteśmy jedynymi białymi wśród pasażerów. Liczę ile osób ostatecznie weszło do środka. Doliczyłem 35 pasażerów w 20 miejscowym minibusie. Ruszamy. Czuję, że to co Uli przydarzyło się w drodze z Wientianu będzie teraz moim udziałem. Tyle, że ona miała piętrowy, klimatyzowany autobus z kibelkiem na pokładzie a teraz poruszamy się małym busem pełnym Chińczyków. Nie mylę się. Wiele z tej podróży nie pamiętam. Jest ciemno, autobus toczy się po krętych wyboistych drogach północnego Laosu a treść pokarmowa z mojego żołądka ląduje w 4 kolejnych reklamówkach. Z początku piję jeszcze wodę, by mieć czym wymiotować, później kiedy woda już nam się skończyła niemiłosiernie się męczę. Jeśli miałoby to być jakiekolwiek pocieszenie, to powiem, że w minibusie nie jestem jedynym cierpiącym na tą przypadłość.

Do Luang Namtha docieramy o 4.30 nad ranem. Jest ciemno i zimno. Wysiadamy na opustoszałym dworcu, minibus rusza dalej w kierunku Chin. Chwilę później kilku Laotańczyków rozpala ognisko z desek tuż za budynkiem dworca. Zapraszają nas by się ogrzać. Siadamy, bo nie ma sensu łazić po ćmoku. W końcu jednak decyduję się na mały rekonesans. Całe miasto pogrążone jest w egipskich ciemnościach. Nie ma ani jednej latarni ulicznej. Wszystkie sklepy i budynki zamknięte na głucho. Robię kółko w odległości kilkuset metrów od dworca i wracam tam z powrotem. Zaczyna się szarówka. Jest coraz zimniej. Luang Namtha leży dość wysoko nad poziom morza i sporo na północ. Znów udało nam się dokonać rzeczy, która wg. Wszelkich dostępnych źródeł była niemożliwa. Zmęczenie, zimno oraz osłabienie całonocnym wymiotowaniem nie daje nam jednak odczuć z tego radości. Spędzamy na dworcu kilka godzin i jak tylko robi się na tyle jasno by móc się ruszyć bez obawy, że się połamie nogi idziemy do najbliższego hotelu gdzie momentalnie padamy ze zmęczenia.

darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazkówdarmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków

Wientian budzi się do życia znacznie później niż miasta Kambodży. Wychodząc z hotelu około 6.30 rano na ulicach zastajemy pustki. Czasami przemknie jedynie taksówka czy tuk-tuk. Musimy nawet się trochę nagimnastykować by znaleźć transport na dworzec. Szczęśliwie jednak nie trwa to wieki i po krótkiej orzeźwiającej przejażdżce docieramy na miejsce na ponad godzinę przed odjazdem autobusu. Siadamy przy dworcowej knajpki. Są one vis-a-vis stanowiska, z którego mamy odjeżdżać. Na śniadanie zamawiamy ryż z warzywami i kawę. Jedząc obserwujemy otoczenie. Na kilku stanowiskach trwa załadunek bagaży na dach autobusów. Po kolei podrzucane są do góry różnego kształtu tobołki, które w minutę później wciskane są w każdą wolną szczelinę. Odnoszę wrażenie, iż obserwuję jakiś „real life” odpowiednik Tetrisu i to z prędkością na 25 poziomie. Z boku budynku dworcowego trwa pucowanie piętrowego autokaru, który właśnie przyjechał z Pakse. Wszystko z pomocą szczotki na kiju i ogrodowego węża. Nasz autobus podstawiany jest na pół godziny przed odjazdem. To również piętrus. Cały górny pokład zajmują fotele. Połowa dolnego również przewidziana jest dla pasażerów. Na środku niewielka ubikacja a za nią ciągnący się prawie przez pół długości auta luk bagażowy. My mamy miejsca w pierwszym rzędzie na gorze. Przed nami będzie rozciągał się wspaniały widok na drogę a jednocześnie jest tu najwygodniej i najwięcej miejsca na nogi. To będzie wspaniała podróż.

Przez pierwsze kilometry przeciskamy się przez miasto. Tu jeszcze nie jest źle. Ruch już jest spory, ale i ulice szerokie. Za rogatkami jest nieco gorzej. Droga asfaltowa, ale wąska niemiłosiernie. Trochę jak droga wojewódzka bez poboczy w Polsce. Podziwiam kierowcę, bo prowadzenie w tych warunkach jest strasznie męczące. Przeciskamy się przez mniejsze czy większe wioski. Jezdnia jest pełna rowerów, tuk tuków, komarków i innych „zawalidróg”. Jest też mnóstwo pieszych i zwierząt. Czasami wyprzedza nas samochód, by sekundę później hamowawać przed przeszkodą. My też musimy hamować, a kilkutonowy autokar nie stanie w miejscu jak auto osobowe. Przez okno widzimy spore różnice w stosunku do Kambodżańskiej prowincji. Na plus, że budynki w większości są dość duże i murowane. Widać też infrastrukturę, której w Kambodży nie było w ogóle. Myślę o liniach energetycznych czy wodociągach. Na minus oceniamy przedsiębiorczość i handel. Podczas gdy w Kambodży praktycznie każdy jeden dom to jakiś mały biznes, czy to sklep, czy knajpka, czy punkt usługowy tak tu jest zupełna pustynia. Na 100 domów we wsi, może 4 czy 5 prowadzi działalność gospodarczą. Ale nie to robi na mnie największe wrażenie w pierwszych godzinach podróży. O wiele bardziej utkwił mi w pamięci ogromny szpital – centrum leczenia Malarii. Po około 100 kilometrach kończy się równina i wjeżdżamy w góry. Widok za oknem zaczyna się coraz atrakcyjniejszy. Zielone zbocza pocięte żlebami, gdzieniegdzie wystające nagie skały robią wrażenie. Około południa zatrzymujemy się na lunch. Wysiadamy z autokaru na niewielkim szutrowym placyku. Tuż obok rozłożyła się garkuchnia. Realizujemy nasz kupon biorąc zupę z kluskami, mięsem i całą kopą zieleniny. Smakuje przeciętnie, ale darowanemu koniowi w zęby się nie patrzy. Poza tym zawsze to coś ciepłego i płynnego. Kiedy my się delektujemy posiłkiem, kierowcy chłodzą hamulce lejąc na tarcze zimną wodę za pomocą ogrodowego węża. I tak przez pół godziny.

Po lunchu szybko ruszamy w dalszą drogę. Równie szybko przekonuję się dlaczego VIP bus jedzie do Luang Prabang 8 godzin z wliczając przerwę na obiad a zatrzymujący się wszędzie zwykły autobus 9 godzin. Droga jest tak wąska i kręta, że niezależnie czy autobus może poruszać się z prędkością maksymalną 140 czy 70 km na godzinę na tej trasie i tak nie pojedzie szybciej niż 40 km/h. Około pół godziny po odjeździe z postoju Szpulce zaczyna się robić niedobrze. Nie pomagają ani głębokie oddechy ani zimna woda. Niestety musi odwiedzić kibelek. Zawartość całego żołądka ląduje w muszli klozetowej. Biorąc pod uwagę, że jedliśmy nie całą godzinę temu to zbędne pośrednictwo żołądka. Trzeba było od razu wywalić tą zupę w krzaki prosto z talerza. Kilka następnych godzin wygląda dość schematycznie. Ja podziwiam piękne widoki, wysokie góry, zalesione zbocza, drogę ciągnącą się jak srebrna nitka na tle zieleni masywu górskiego a Ula raz po raz odwiedza kibelek. Teraz dziękujemy opatrzności, że skusiliśmy się na ten droższy autobus z ubikacją na pokładzie. W zwykłym byłaby tragedia. Szpulka biedaczysko, nie dość, że musi walczyć z szarpaniem żołądka, to również z klapą od sedesu. Kiedy autobus pokonuje kolejne ciasne zakręty Szpulcia mocno obiema rękami zapiera się o deskę by nie wpaść twarzą do środka. W tym samum czasie raz po raz dostaje w potylicę klapą. Sama rozkosz. I tak przez prawie 5 godzin do Luang Prabang. Zabrane z Australii na tą okazję tabletki nie pomagają zbyt wiele.

Kiedy po pełnej wrażeń podróży docieramy do celu za oknami już zaczyna się szarówka. Dworzec autobusowy zlokalizowany jest około 5 km od centrum tak, jak w większości miast na trasie naszej podróży. Pakujemy się na tuk-tuka wraz z kilkoma innymi osobami i za 1 USD od „łepka” docieramy do centrum.

Luang Prabang to historyczna stolica Laosu i najbogatsze w zabytki miasto tego kraju. Nie wyobrażajcie sobie jednak żadnej hałałaśliwej azjatyckiej metropolii. To miasteczko niespełna 20 tysięczne o bardzo prowincjonalnym charakterze. Tu czas zatrzymał się dawno temu. Luang Prabang oznacza dokładnie „Złoty Budda”. Miasto wzięło swoją nazwę od 83 centymetrowej złotej statuetki Buddy, najbardziej czczonego posążku w Laosie. Dar khmerskiego króla z XIV w. jest uważany tu za symbol tożsamości narodowej. Zawsze kiedy posążek trafiał w obce ręce Laos tracił swoją niezależność i popadał w niewolę np. Syjamu czy Francji. Plotki mówią, że obecnie wystawiany posążek buddy jest jedynie repliką a oryginał znajduje się gdzieś w skarbcach Moskwy przekazany tam przez laotańskich komunistów w rozliczeniu za długi. Niektórzy podkreślają, że choć laotańscy komuniści nie wierzą w przesądy to ich radzieccy towarzysze tak i nie omieszkali przy okazji wykorzystać tej niekonwencjonalnej metody by umocnić swoją kontrolę nad tym kawałkiem świata. Luang Prabang otaczają malownicze góry a nad miastem dominuje wzgórze położone jest na południowym krańcu półwyspu, utworzonego przez rzeki Mekong i Nam Khan. W mieście zobaczyć można ponad 32 czynnych buddyjskich klasztorów oraz francuską kolonialną architekturę. W 1995 roku całe miasto zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa kultury – UNESCO.

Nieoczekiwanie dla nas rozpoczynamy zwiedzanie Luang Prabang znacznie wcześniej niż się spodziewaliśmy, a żeby być precyzyjnym powiem, że zwiedzanie poszczególnych GuestHausów. W większości jest komplet i sporo czasu nam zajmuje zanim udaje się w końcu coś znaleźć. Trafiamy do małego rodzinnego GuestHausu mieszczącego się w ponad stuletnim domu w starej zabytkowej części miasta. Rzucamy plecaki na tapczan i decydujemy się żeby wyjść coś zjeść. Kierujemy swoje kroki nad Mekong. Siadamy w jednej z przybrzeżnych restauracji. Tym razem nie na ziemi na dywanach jak w Wientianie, ale normalnie przy stołach. Całe nabrzeże to ciąg restauracji. Wszystkie oświetlone sznurami lampek, kagankami, pochodniami. Po drugiej stronie wąskiej uliczki znajdują się niewielkie jednopiętrowe kamieniczki. Wszystko tworzy niesamowity klimat. Niestety Szpulki żołądek nie dogadał się jeszcze z resztą ciała. Kiedy ja wcinam rybę z rusztu Ulcia ledwo podziobała ryżu i musiała odstawić talerz.

Po kolacji udajemy się na „Nocny Market”. Codziennie wieczorem główna ulica miasteczka zamykana jest na długości około 500 metrów i zamieniana w Market. Zjeżdżają się tu okoliczni mieszkańcy i na ziemi na rozłożonych matach oferują lokalne rękodzieło. Królują tekstylia, ale są też papierowe abażury, drewniane figurki trochę wyrobów ze srebra i cyny. Setki straganów oświetlono pojedynczymi żarówkami i wolno stojącymi lampkami. Na wielu z nich wciąż młode dziewczyny wyszywają ręcznie różne elementy. Tutejsze wzornictwo jest dość atrakcyjne. Materiały, sukienki, bluzki i pozostałe tekstylia mają charakterystyczne dla tego regionu motywy ze słoniami. Wśród stoisk niespiesznie poruszają się turyści. Nie ma jednak tłumów, ścisku przepychania. I po raz kolejny Laos skradł nasze serca. Klimat „Nocnego Marketu” jest kwintesencją tego, co nam się w tym kraju podoba. Wszystko co tu jest oferowane jest autentyczne. Nie są to rzeczy stworzone dla turystów, ale takie, które stanowią przedmioty codziennego użytku dla Laotańczyków. W sprzedawanych tu ubraniach ludzie chodzą po ulicach, to nie są szachy czy ciupaga z krakowskich sukiennic albo lakierowany bumerang wycięty wyrzynarką ze sklejki.

Ze względu na samopoczucie Uli nie spacerujemy długo po markecie. W Luang Prabang spędzimy kilka dni, więc będzie jeszcze okazja dokładnie wszytko obejrzeć. Po drodze do domu wstępujemy do kawiarenki internetowej. Dysponująca dobrym łączem kafejka jest idealnym miejscem do porozmawiania z bliskimi. Ula dzwoni do rodziców, ja do znajomych ze Skarżyska/Warszawy.

Noc upływa dość niespokojnie. Ula nadal nie może zmusić żołądka do współpracy z resztą ciała, ja też nie śpię zbyt dobrze. Z samego rana wychodzimy na miasto. Nad otaczającymi miasto górami unosi się mgła. Właściwie całe miasto znajduje się w lekkim oparze. Klimat jest fascynujący, kwintesencja Indochin takich jak można zobaczyć na filmach pokazujących czasy kolonialne. Jest dość chłodno, z ust unosi się para. Wychodzimy na ulicę wprost przed buddyjskich mnichów zbierających o tej porze darowizny. Z miejsca dopadają nas przekupki oferujące owoce czy ryż dla mnichów. Ubrani w pomarańczowe prześcieradła mnisi boso podążają szeregiem wzdłuż głównej ulicy miasteczka zbierając jedzenie. Na chodnikach na bambusowych matach siedzą darczyńcy. Mnisi idą rządkiem nadstawiając duże blaszane naczynie do którego trafia zbity w kulkę lepki ryż, owoce a czasami nawet czekoladki lub inne łakocie. Całe miasteczko pełne jest habitów. Jak tylko sięgnąć wzrokiem w górę czy w dół głównej ulicy nie widać nic innego, jak tylko pomarańczowego węża wijącego się po prawej stronie drogi. A wszystko to w oparach lekkiej mgiełki wśród ponad 100 letniej kolonialnej francuskiej zabudowy poprzeplatanej piętrowymi dachami buddyjskich świątyń i majestatycznymi górami dookoła.

Jakieś 50 fotek później, kiedy procesja mnichów dobiegała już końca dopadliśmy kramik, gdzie młoda dziewczyna serwowała przepyszne bagietki. W mojej wylądowała prawie cała pierś z kurczaka z rusztu, mnóstwo warzyw i sosów oraz znane chyba tylko straganiarce przyprawy. Co tu dużo gadać, niebo w gębie. Ula niepewna reakcji swojego żołądka oraz przypływie patriotyzmu wzięła jedynie bagietkę z topionym serkiem „Krówka Śmieszka” made in Poland. Kiedy kanapki zostały skonsumowane i poorana kawa ze skondensowanym mlekiem również przyszedł czas na zwiedzanie. Zaczęliśmy je dość osobliwie, bo od porannego targu. Mieścił się on w jednej z bocznych uliczek. Wzdłuż wąskiej, moze 4-5 metrowej drogi po obu stronach rozłożyły się stragany handlarzy. Na początku sekcja kulinarna, kurczaki, ryby oraz inne mięsko z rusztu. Później warzywa i owoce oraz pewne „specjały”. Mniej więcej na środku jatka mięsna. Oczywiście wszystko na drewnianych blatach, bez chłodni czy wiatraka za to z pokaźną ilością much. Nie to jednak wzbudziło nasze największe zainteresowanie a wspomniane wcześniej specjały. Oto bowiem wśród ziemniaków, marchewki czy sałaty można było spotkać stragany z nietoperzami, wiewiórkami czy małymi szczurkowatymi gryzoniami. Są też do kupienia żaby, zarówno żywe jak i w postaci udek z rusztu, widzimy wiewiórki i małe kolorowe ptaki. To co jednak na prawdę mnie ruszyło to widok małej małpki. Nieżywe zwłoki wielkości ludzkiego oseska leżały zwinięte w pozycji embrionalnej na jednym ze straganów. W tym momencie zrobiło mi się bardzo nieswojo.

Po wizycie na bazarze przyszedł czas na świątynie. Zaopatrzeni w mapkę dostępną w informacji turystycznej rozpoczęliśmy nasz rajd od świątyni do świątyni. A jest co podziwiać, wszak działających klasztorów jest 32 a na terenie każdego często jest więcej niż jedna świątynia. Około południa wczołgujemy się na dominujące nad miastem wzgórze Phousi. Na jego zboczach podziwiamy niezliczone posągi buddy a ze szczytu przepiękną panoramę miasta. Wzgórze jest vis-a-vis Pałacu Królewskiego, dlatego kolejne nasze kroki kierujemy właśnie w tamtą stronę. Znajduje się tu wspomniany przeze mnie wcześniej posążek Buddy. Jest to jedyne miejsce, gdzie nie uda nam się zrobić żadnych zdjęć. Aparat i kamerę musimy zostawić w depozycie. Prabang wystawiony jest w jednym z pokoi pałacu. Niestety nie można tam wejść i podziwiamy całość z tarasu przez kraty w dużych oknach. Pałac Królewski przypomina troszeczkę polski dworek szlachecki z XIX wieku. Gdyby pozbawić go elementów orientalnych równie dobrze pasowałby do jakiegoś z folwarków nad Wisłą. Zgromadzono tu pamiątki po ostatnim królu Laosu, który został zmuszony do abdykacji 29 listopada 1975 r. W dwa lata później wraz z całą rodziną został wysłany do „obozu reedukacji” na północy kraju. Od tej chwili wszelki ślad po nich zaginął, aż do 17 grudnia 1989 kiedy to rząd ogłasza, że rodzina królewska zmarła w obozie. Sprzeczne są daty śmierci. Jedne źródła podają 1978 rok a inne 1984. Oczywiście są tacy, którzy uważają, że królowi udało się uciec i cały czas żyje gdzieś w ukryciu. W pałacu zgromadzono również dary od zaprzyjaźnionych narodów. Z Polski można zobaczyć około 15 centymetrową miniaturkę szczerbca oraz srebrną misę z reliefami warszawskiej syrenki. Nam spodobał się również sposób klimatyzacji budynku. Podczas gdy w większości tego typu obiektów dba się o wilgotność i zawartość dwutlenku węgla w powietrzu i co krok natknąć się można na czujniki monitorujące te dane, tu w Pałacu za klimatyzacje służą pootwierana na oścież wszystkie możliwe okna. Na dziedzińcu pałacu znajduje się również jedna ze świątyń. Jej sześciokondygnacyjny dach oraz złocona fasada przykuwa wzrok i czyni ją najbardziej charakterystycznym obiektem miasta. Kiedy siedzimy wewnątrz podziwiając kunszt jej twórców bezceremonialnie włazi Laotańczyk w kufajce i z petem w zębach. My go nie rozumiemy jak tak można, on nas pewnie też co my widzimy w tych wszystkich budowlach.

Niestety Uli żołądek nadal nie znalazł nici porozumienia z resztą organizmu i zmuszony jestem odprowadzić ją do GuestHausu. Kiedy biedna Szpulcia odsypia nieprzespaną noc ja dalej eksploruję miasto. Biegam po świątyniach, jem obiad, idę nad przystań dowiedzieć się jak wynająć lódź. Pół dnia mija jak z bicza strzelił. Po południu Ula poczuła się trochę lepiej. Postanawiamy więc wdrapać się jeszcze raz na wzgórze Phousi i obejrzeć zachód słońca nad Mekongiem. Co prawda na ten sam pomysł wpada kilkuset innych turystów, ale w porównaniu z przygodą z Angkoru to Phousi świeci pustkami. Po zejściu z góry znów kierujemy się w stronę urokliwych knajpek nad Mekongiem. I znów atmosfera jest nieziemska. Znów chce się, żeby takie chwile trwały wiecznie. Posileni i rozmarzeni postanawiamy dokładnie zwiedzić „Nocny Market”. Włóczymy się więc wśród straganów co rusz zatrzymując się i oglądając przeróżne wyroby. Strasznie żałujemy, że w Australii są tak rygorystyczne wymogi kwarantanny. Podoba nam się mnóstwo drewnianych i papierowych wyrobów a nie chcemy ryzykować, że zabiorą nam je po przylocie na granicy. Nocny market w Luang Prabang podoba nam się nie tylko ze względu na kolorowe materiały, ludowe rękodzieło i przytłumione migoczące światła lampek dodające uroku nocnej atmosferze. Nie tylko nie ma tu tłumu i ścisku ale również handlarze nie są nachalni. Oczywiście jak się nachylimy coś obejrzeć, to zaraz pod tyłkiem ląduje stołeczek a oprócz oglądanej rzeczy z miejsca proponowane jest kilka innych. Nie ma jednak natarczywego zaczepiania, szarpania za rękę wchodzenia przed turystę czy snucia się przez pół bazaru z lamentem w głosie. Tego wieczoru również idziemy na godzinkę do kawiarenki internetowej kończąc w ten sposób kolejny dzień pełen wrażeń.

Trzeci dzień pobytu w Luang Prabang zaczynamy od wizyty u tej samej straganiarki z bagietkami co poprzedniego dnia. Posmakowało nam. Po śniadaniu i ciepłej herbacie w jednej z kafejek udajemy się na przystań, gdzie bez kłopotu udaje nam się odnaleźć łódź, którą wynajęliśmy poprzedniego wieczoru. Całe nabrzeże wypełnione jest długimi wąskimi płaskodennymi łodziami. Przez wiele lat stanowiły najdogodniejszy środek transportu dla ludzi i towarów niemal w całym Laosie. Teraz kiedy na równinnym południu kraju rozwinięto siec dróg pozostały w użyciu jedynie tu, na dalekiej północy. Dzięki turystyce przeżywają drugi renesans. Dziś płyniemy 25 km w górę Mekongu do grot Pak Ou. Jeśli zwiedzając wszystkie świątynie Luang Prabang komuś będzie za mało wizerunków Buddy to po wizycie w grotach powinien być usatysfakcjonowany. Jest tam około 2500 posążków. Ruszamy. W tym rejonie rzeka nie ma charakteru leniwie płynącej po równinie smrodki. Co rusz to widzimy wystające głazy i skały. Czasami mijamy je dosłownie w odległości metra. Co większe rumowiska są oznakowane wiekimi betonowymi krzyżami. Jest jednak cała setka mniejszych, które przy wezbranych wodach znikają pod powierzchnią. Po pół godzinie docieramy do przybrzeżnej wioski. Wyczłapujemy się na stromy brzeg rzeki. Mieszkańcy wioski specjalizują się w wytwarzaniu papieru czerpanego. Widzimy kilka manufaktur a w nich papier w różnych stadiach wytwarzania. W jednej nich już jest wylewany na sita, w innych widzimy jak kobiety dopiero mieszają papkę. Oczywiście przy każdej z manufaktur mieści się mały stragan z zapierającymi dech w piersiach wyrobami. Szwendając się dalej po wiosce napotykamy zakład tkacki. Powiem szczerze, że oglądając przez ostatnie dwa dni towary na nocnym markecie miałem cień podejrzenia, że są one produkowane jako wyroby masowe gdzieś w Chinach. Teraz obawy się rozwiały. Trafiamy bowiem na warsztat tkacki. Na parterze domu na palach (a właściwie pod nim) widzimy krosna i pracujące przy nich kobiety. Wzory na materiale są bardzo podobne do tych z marketu. Tu warsztatów jest 8, spacerując dalej przez wioskę w kilku innych domach widzimy po 2-3 krosna przy których wre praca. Opuszczamy wioskę po pół godzinie. Wsiadamy do naszej łodzi i podążamy dalej w górę Mekongu. Skipper zręcznie manewruje łodzią omijając płycizny, piaszczyste łachy i wystające skały. Na rzece kwitnie życie. Non stop mijamy małe rybackie łodzie oraz całe pływające domy. Po kolejnych 2 kwadransach docieramy do następnej wioski. Ta słynie z pędzenia alkoholu ryżowego. Zaraz po wdrapaniu się na stromą skarpę napotykamy pierwszą bimbrownię, bo gorzelnią tego trudno nazwać. Uśmiechnięty Laotańczyk z uzębieniem typu „co drugi wystąp” dumnie prezentuje mi zacier. Tuż obok odbywa się destylacja. Pod wielką beczką tli się ognisko, gdzieś tam jest też chłodnica, z której skapuje alkohol do dużego metalowego dzbana. Nie mogę opszeć się degustacji. Próbuję wina ryżowego, wódeczki różowej i jeszcse jakiegoś smacznego trunku. Całkiem dobre. Oglądam również przygorzelniany straganik. Mnóstwo na nim butelek z zatopionym w alkoholu robactwem. Jeśli ktoś ma ochotę na węża proszę bardzo, na skorpiona, również znajdzie. Może bym i kupił taką buteleczkę, ale na prawdę nie wiem jakbym to wytłumaczył celnikom na granicy. Ruszamy więc dalej a spacer po wiosce. Wyglądem nie różni się od poprzedniej. Wąska piaszczysta droga przez środek i domy przylepione do niej tak blisko, że nie wadomo czy to droga przez wieś czy szersza ścieżka przez podwórko. W wielu domach powystawiano niewielkie stoiska z rękodziełem. Jest też kilka innych gorzelni. Na samym końcu wioski natrafiam na stragan, gdzie można kupić wszystko co dusza zapragnie do palenia opium. Uśmiechnięta przekupka zachaęca mnie jak może bym kupił małe blaszano-porcelanowe puzdereczko. Konspiracyjnym tonem oznajmia, że jeśli kupię ten cały największy zestaw za 60 USD to ona mi dorzuci gratis coś do palenia na pierwszy raz. Może i dałbym się nawet przekonać do tego ale nie wiem, czy ja potrafiłbym przekonać celników w Mebourne. Wracając do łodzi postanowiłem kupić jednak jakiś lokalny alkohol. Aby podjąć właściwą decyzję muszę jeszcze raz dokonać degustacji, który z serwowanych trunków będzie najlepszy. Po długim namyśle i degustacji butelka wina ryżowego ląduje w moim plecaku. Muszę powiedzieć, że siedem szybkich kieliszków na słońcu szybko dało znać o sobie i resztę drogi do grot upływa mi całkiem wesoło. Groty nie wzbudzają naszego specjalnego enruzjazmu. Owszem bardzo malowniczo są położone. Łódź przybija do pływającego pomostu z którego betonowymi schodami wspinamy się górę pionowej skalnej ściany, która sięga samego lustra wody. To i podróż łodzią stanowią największą atrakcję. Widok setek mniejszych czy większych posążków buddy w grocie bozbawionej prawie w ogóle szaty naciekowej nie jest atrakcją sam w sobie. Nie mniej dednak spędzamy tam grubo ponad 3 kwadranse.

Podróż powrotna do Luang Prabang mija jak z bicza strzelił. W dół rzeki płynie się szybciej, to raz, dwa, że nie zatrzymujemy się już nigdzie po drodze. Ja cały czas kontempluję Mekong. Jego nieobliczalny nurt, mętne wody niosące drobną niczym talk glebę, wystające kamienie i skały. Do miasta docieramy tylko po to, by błyskawicznie zmienić środek transportu z płaskodennej łodzi na minibus, którym udajemy się do kolejnej atrakcji turystycznej, wodospadów. Kuang Xi. Połozone w odległości około 35 km na południe od miasta wodospady zachwycają niesamowitym kolorem wody. Nie możemy się wręcz napatrzeć na turkus lagun. Dokładnie taki jak widzi się na filmach z mórz południowych. Wodospady ciągną się przez kilkaset metrów tworząc szereg mniejszychi większych kaskad. Czasami wiją się wśród drzew. Na samym końcu, jakby nagroda dla wytrwałego turysty, znajduje się najwyższa kilkudziesięciometrowa kaskada. Szkoda, że jest już wczesny wieczór i temperatura niezbyt wysoka, bo turkusowe oczka wodne aż krzyczą by się w nich wykąpac. Jedyną wadą tego miejsca jest, że trudno znaleźć trochę spokoju jakiego by się pragnęło by kontemplować piękno przyrody. Wodospady nam się podobały, ale wkrótce zaczyna się ściemniać więc pora wracać do Luang Prabang.

Tego wieczoru znów poszliśmy na kolację nad Mekong. Wybralismy restaurację z ogniskiem po środku, żeby było jeszcze romantyczniej niż poprzednio. Później pozstanowiliśmy wydać trochę pienidzy na Nocnym Markecie. I choć na widok niektórych rzeczy w mózgu kobiety robią się nieodwracalne zmiany Ula nie szalała z zakupami.

Ze swoją francuską kolonialną przeszłością, indochińską egzotyką, pachnący mocną laotańską kawą i bagietkami Luang Prabang, obok kambodżańskiej prowincji Monolkiri, jest miejscem, do którego można wracać.

Jutro już wyjeżdżamy z tego miejsca. Przed nami kolejne wyzwanie, kolejna próba przebycia w jeden dzień drogi, której nikt wcześniej w jeden dzień nie pokonał.

darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazkówdarmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków

Ostatniego dnia pobytu w Kambodży wstajemy nie później niż, na co dzień. Zimny prysznic raczej z konieczności (brak ciepłej wody w pokoju) niż z wyboru, znów stawia nas na nogi. Później już tylko rytuał pakowania plecaka (opanowaliśmy już to do perfekcji) i możemy iść na śniadanie. Siadamy na wiklinowej werandzie przy recepcji i zamawiamy po bagietce z dodatkami. Ugadujemy przy okazji tuk-tukowca na lotnisko.

Lotnisko w Siem Reap znajduje się około 7 km na północ od miasta. Siedząc w przyczepce tuk-tuka oglądamy cały rząd ekskluzywnych hoteli, które rozmieściły się wzdłuż drogi. Kontrast jest przerażający. Hotele ociekają bogactwem i przepychem. Nie powstydziłoby się ich żadne zamożne europejskie miasto ani żaden snobistyczny pięciogwiazdkowy kurort rodzaju izraelskiego Eliatu. To nie jest jeden przybytek typu Sheratona czy Mariottu. Ciągną się na długości chyba z 5 kilometrów, po obu stronach drogi. Znajdujących się na podjazdach samochodów nie można spotkać nigdzie indziej w Kambodży poza Siem Reap.

Po półgodzinnej podróży w porannym komunikacyjnym chaosie, lawirując między rowerzystami, tuk-tukami, motorikszami i autobusami docieramy w końcu pod bramy lotniska. Tu musimy wysiąść. Wartownik nie przepuści tuk-tuka na plac. Kilkaset metrów pokonujemy z buta. Budynek portu lotniczego jest ładny, czysty i schludny. Architektonicznie nawiązuje do klimatów kambodżańskich, wielkościowo przypomina nieduży polski port regionalny. W przeciwieństwie do świata za jego bramami w środku nie odczuwa się, że wciąż znajdujemy się w kraju 3-go świata. Po nadaniu bagażu poproszeni jesteśmy o zapłacenie podatku wyjazdowego w wysokości 50 USD. Kolejny sposób, jaki Khmerowie wykorzystują by ściągnąć z turystów jak najwięcej. Ula niemal się zagotowała. Tego dnia długo jeszcze będzie przypominała o tych 50 USD. Strefa niczyja na lotnisku w Siem Reap jest nieduża, tak jak i samo lotnisko, ale podane w dolarach ceny a właściwie ich poziom niczym nie odbiega od reszty świata. Siadamy w wielkiej przeszklonej hali i czekamy na przylot samolotu z Vientiane. Nie mija pół godziny a pod jedną z 4 bramek kołuje niewielki śmigłowy ATR linii Lao Airlines. Kilkanaście minut później otwarto bramkę i spokojnym spacerkiem przez połowę płyty lotniska idziemy w jego kierunku. Pasażerowie co rusz to zatrzymują się by zrobić zdjęcie samemu ATRowi czy sąsiedniej maszynie Bangkok Airlines.

Wypełniony w połowie samolot gładko i bez problemów podrywa się do lądowania. Oprócz nas na pokładzie jest niewielu białych, co mnie osobiście zaskoczyło, gdyż wyobrażałem sobie, iż ta trasa będzie zdominowana przez europejczyków. Stewardesa, którą zatrudniono chyba z powodu iście wzorcowej laotańskiej urody szybciutko rozdaje poczęstunek. Składa się na niego rozpuszczalna kawa, słodka bułeczka i paczka tamaryndowych cukierków. Tamarynd w Polsce zwany jest również Powidlnikiem, gdyż jego miąższ przypomina w smaku smażone powidła. Ledwo uporaliśmy się z poczęstunkiem a już przyszło nam przygotować się do międzylądowania w Pakse, stolicy najbardziej wysuniętej na południe prowincji Laosu. Podchodząc do lądowania po raz kolejny przekraczamy Mekong. Małe przybrzeżne wioski oglądane z powietrza wyglądają równie atrakcyjnie jak te, które widzieliśmy z lądu czy wody. Po skończonym manewrze, kiedy kołujemy z końca pasa w stronę budynku lotniska dostrzegam z boku pasu startowego dorosłego Laotańczyka z rowerem i dwoma na oko 12 letnimi chłopcami. Czekają aż przetoczy się samolot, po czym wchodzą na pas przecinając go po skosie. W tym momencie dzielę się ze Szpulką swoimi przemyśleniami na temat terroryzmu, bomb i sposobu zabezpieczeń na międzynarodowych lotniskach w różnych częściach świata. W Pakse wysiada dwójka pasażerów, choć próbuje sporo więcej. W mig jednak się wyjaśnia, że jeszcze nie jesteśmy w Wientianie. Po krótkim zamieszaniu i dokopowaniu kilku osób, które lot rozpoczynają w Pakse znów znaleźliśmy się w powietrzu.

Lot do Wientianu mija spokojnie. Jedynie tuz przed podejściem do lądowania kilka razy dość mocno rzuca samolotem. Czujemy się jak w maluchy, który nagle dostaje silny podmuch bocznego wiatru wyjeżdżając na otwartą przestrzeń. Samo lądowanie majstersztykiem też nie jest, ale w końcu cali i zdrowi wyczołgujemy się z samolotu. Przechodzimy szybko do klimatyzowanej hali przylotów. Tam w asyście żołnierzy kierujemy się do okienka wizowego. Na szybie przylepiono cennik wiz. Wynika z niego, że jesteśmy nadal uważani za kraj Europy Wschodniej, dlatego płacimy za wizę mniej niż obywatele innych krajów UE czy pozostałych krajów rozwiniętych. Teraz sprawy idą już w miarę szybko. Wniosek, zdjęcia, wyciągnięcie części dolarów zaszytych w staniku Szpulki, kolejka do okienka, dwie pieczątki, jedna wlepka, odbiór bagażu i już oficjalnie i legalnie wkraczamy na terytorium Laosu.

Przed lotniskiem czekają taksówki, jedyny oficjalny i legalny transport do miasta. Koszt kursu jest ustanowiony odgórnie przez władze państwowe i wynosi 5 USD. Nie jest to wiele, ale, po co przepłacać, jak za brama lotniska można złapać tuk-tuka. Idziemy poprzez parkingi samochodowe. Zerkamy w tył. Elewacja dworca lotniczego przypomina trochę stare warszawskie Okęcie, jakie znamy z filmów Barei. Na górze dominują dwa równej wysokości Maszy. Na jednym powiewa flaga państwowa Laosu na drugim czerwony sztandar z sierpem i młotem. Widocznie do Laosu nie dotarło jeszcze, że ZSRR już od kilku ładnych lat nie istnieje.

Sprzed lotniska łapiemy tuk-tuka do miasta. Płacimy 2 USD, co jest i tak wygórowaną stawką. Po krótkich poszukiwaniach znajdujemy nieduży hotel w dzielnicy nad Mekongiem. Warunki jak nigdzie do tej pory. Prąd przez 24 godziny, ciepła woda a na dodatek taki luksus jak klimatyzacja i TV satelitarna. Odświeżamy się szybciutko, przebieramy w lżejsze ciuchy i ruszamy na miasto.

Wientian bywa nazywany najbardziej zapyziałą stolicą Indochin. Choć to dość obraźliwe powiedzenie trudno się oprzeć wrażeniu, że tak nie jest. Brak tu wysokich budynków, brak klimatu i atrybutów metropolii. W rzeczy samej 400 tysięczny Wientian nią nie jest. Spacer po mieście przekonuje nas kilku rzeczy. Po pierwsze jest tu o wiele spokojniej niż w Kambodży. Ruch uliczny jest nieporównywalnie mniej chaotyczny. Nie ma nachalnych tuk-tukowców, proponujących co krok swoje usługi, nie ma natrętnych dzieci, próbujących sprzedać turyście cokolwiek. Generalnie jest sennie, życie toczy się dużo wolniej. Mi ciśnie się porównanie z Polską prowincjonalną połowy lat 80-tych. Nawet wszystkie roboty drogowe są w bardzo podobny sposób rozgrzebane i kiepsko zabezpieczone. Tak mogłaby wyglądać dziś stolica jakiegoś województwa ze ściany wschodniej gdyby nie było przemiany ustrojowej 1989 roku. Ten klimat jednak bardzo nam się podoba. Głównie dlatego, że nie jesteśmy co krok zaczepiani tak jak w Kambodży. Miasto nie jest duże a jest stolicą kraju, dlatego co rusz to natykamy się na budynki ministerstw, ambasad czy urzędów centralnych. Na każdej instytucji państwowej, ministerstwie czy nawet szkole wywieszone są dwie flagi, oczywiście laotańska i czerwona z sierpem i młotem. Ciekawostką jest, że na każdym z tych budynków jest nazwa pisana lokalnym piśmiennictwem oraz jej francuska transkrypcja. We wszystkich innych miejscach transkrypcje są w języku angielskim. Na każdym kroku widzimy jednak, że oficjalna propaganda rozjeżdża się z realiami ulicy tak, jak miało to miejsce w Polsce u schyłku PRLu. Trzeba jednak przyznać, że Laos nie ma takich braków cywilizacyjnych jak Kambodża i infrastruktura jest tu o wiele bardziej rozwinięta niż u południowego sąsiada. Więcej widać również zagranicznych towarów i globalnych marek takich jak Colgate czy Kraft.

Zmęczeni włóczęgą po mieście idziemy nad Mekong. Tu pod gołym niebem na stromej skarpie nad rzeką rozmieściło się dziesiątki knajpek. Wybierajmy jedną i siadamy na coś zjeść. Siedzimy po turecku na dywanach rozłożonych na ziemi. Mamy do dyspozycji mały stolik i podpórki. Atmosfera jest wspaniała. Obserwujemy Mekong, który szerokim korytem toczy mętne wody. Na drugim jego brzegu jest Tajlandia. Podchodzi do nas kilkunastoletnia dziewczynka, ściąga buty przed wejściem na dywan i przyjmuje zamówienie. Takich „stolików” jest zaledwie kilka, nie więcej niż 10. Ludzie leżą leniwie wygrzewając się w popołudniowym słońcu. Sączymy powoli największy skarb Laosu, dobrze schłodzone BeerLao. Kilkanaście minut później ta sama dziewczynka serwuje nam posiłek. Jest cudownie. Słoneczko, piwko, pyszne jedzenie, fantastyczna atmosfera i sceneria zapierająca dech w piersiach. Z każdą minutą, każdym swoim niuansem Laos skrada nasze serca. Jeśli do tej pory nie zakochaliśmy się w tym kraju, to na pewno nastąpiło to w trakcie obiadu nad Mekongiem.

Popołudnie mija nam na nieudanej wyprawie na masaż. Na początku postanowiliśmy iść tam „z buta” zamiast podjechać tuk-tukiem. Tu w woli wyjaśnienia, w Wientianie, w przeciwieństwie do 3 krotnie liczniejszego ludnościowo Phnom Penh, jest komunikacja miejska. Problem w tym, że wszystkie tablice napisane są w lokalnym piśmiennictwie. Zanim zdążylibyśmy porównać na tablicy znak po znaku zakręcone laotańskie pismo z tym, co mamy w przewodniku autobus dawno by odjechał. Spacer, jak myśleliśmy, pozwoli nam lepiej poznać miasto. Tak też się stało. Nauczyliśmy się, że chodzenie po Wientianie po nocy może być skrajnie niebezpieczne za sprawą połamanych pokryw rynsztoków. Kanalizacja w laotańskiej stolicy poprowadzona jest betonowymi korytami wzdłuż ulic. Koryta przykryto płytami, które nadwyraz często były połamane. Chwilami ziały takimi dziurami, które bez problemu połknęłyby dorosłego człowieka. Popołudniowy spacer był udany, choć po dotarciu do klasztoru nie znaleźliśmy miejsca, gdzie robiono masaże. Pokręciliśmy się więc trochę i wróciliśmy do centrum.

W tych szerokościach geograficznych wieczór zapada dość szybko. Około 18.00 jest już prawie zupełnie ciemno. Wracamy w pobliże naszego hotelu i siadamy w knajpce na piwie. Wybraliśmy narożny balkon na 1 piętrze kolonialnego budynku w stylu francuskim. Siedzimy przy stoliku pod nami ciągnie się nadrzeczny bulwar tuz za nim jest Mekong. Po drugiej stronie ulicy jest coś na kształt zadaszonego „potuptaja”. Duży parkiet z niewielką sceną z jednego końca. Widzimy jak prowadzone są tam zajęcia z aerobiku. Głośniki niewielkiego przenośnego magnetofonu strasznie charczą, nie są w stanie tak głośno odtwarzać muzyki. Nam to zupełnie nie przeszkadza, powiem więcej ma to swój koloryt. Ćwiczącym również to nie sprawia kłopotu.

Spędzamy na balkonie wystarczająco dużo czasu by zgłodnieć. Postanawiamy, więc zejść nad Mekong coś zjeść. Teraz wieczorem całe nabrzeże zamieniło się w jeden wielki bazarek. Obok knajpek, które otwarto po południu porozstawiało się mnóstwo stoisk z rybami z rusztu oraz mnóstwo zwykłych straganów z lokalnymi wyrobami. Każdy z nich oświetlony pojedynczą żarówką luźno zwisającą z kabla. Nieliczne stoiska oświetlono jarzeniówkami. Nad całością unosi się zapach jedzenia z rusztu. My po krótkich poszukiwaniach trafiamy….. do tej samej knajpki, w której jedliśmy po południu. W plastikowym koszyku widzimy całą stertę zieleniny obok na talerzu różne kawałki mięsa a za tym wszystkim trochę makaronu ryżowego. Po chwili dowiadujemy się, że to jest zupa. Zamawiamy dwie porcje, schodzimy w dół skarpy i siadamy po turecku na dywanie. Chwilę później ta sama dziewczynka, która nas obsługiwała po południu przynosi nam koszyki z zieleniną i talerze z mięsem i makaronem. W dwie minuty później donosi ….. palenisko z kociołkiem. Palenisko wygląda jak duża gliniana doniczka. Po środku na ruszcie znajdują się rozpalone węgle. Na dole popielnik. Na palenisku stoi gliniany kociołek z wodą. Właśnie kupiliśmy zupę „zrób to sam”. Czekamy aż zagotuje się woda, po czym wrzucamy do środka po kawałku wszystkie składniki. W międzyczasie przybiega właściciel pytając się czy wiemy, co z tym w ogóle zrobić. Kiedy widzi, że nie jesteśmy takie ostatnie sieroty i nie pijemy czystej wody zagryzając surową zieleniną odchodzi ze spokojem. Atmosfera znów jest niesamowita. Siedzimy po turecku na dywanie nad brzegiem Mekongu, na stoliku w glinianym kociołku powoli „pyrka” sobie zupa roztaczając wokół siebie niepowtarzalny zapach palonego ognia i gotowanej potrawy, wokół nas refleksy światła rzucanego przez migotające świeczki a na niebie tysiące gwiazd. Noc jest ciepła, przypominająca polskie lipcowe wieczory. Chciałoby się, żeby takie chwile trwały w nieskończoność. Tym bardziej, że gotowanie i konsumpcja tej zupy to biesiadowanie z wielokrotnym dolewaniem posiłku z kociołka do miseczek i dorzucaniem do niego kolejnych porcji składników. I jak tu nie zakochać się w Laosie?

Rankiem następnego dnia długo rozpamiętujemy romantyczny wieczór nad Mekongiem. Kiedy wreszcie ruszamy się z pokoju około 8 rano miasto właściwie jeszcze śpi. Nieliczne biznesy dopiero budzą się do życia. Po szybkim śniadaniu w jednej z dopiero co otwartych knajpek postanawiamy przejść się na północny dworzec autobusowy. Niepomni wielokrotnych doświadczeń z mapkami zamieszczonymi w Lonely Planet po raz kolejny popełniamy ten sam błąd. O ile przewodniki są bardzo dobre i wartościowe, tak zamieszczone w nich plany miast wołają o pomstę do nieba. Oczywiście jak zawsze próbując gdzieś dojść wg wskazówek mapki z przewodnika gubimy drogę. Tym razem nie jest tak drastycznie jak dwa lata temu w Syrii w Hamie ale o tym, że przeszliśmy za daleko orientujemy się dobre 6 kilometrów za dworcem. Po wielu perypetiach udaje nam się w końcu dotrzeć do celu. Dworzec również przypomina mi Polskę prowincjonalną. Duży utwardzony plac, niewielki parterowy budynek gdzie mieszczą się kasy biletowe i biura kilku przewoźników indywidualnych oraz jak wszędzie niewielka knajpa. Szybko orientujemy się, że cena biletu do Luang Prabang, następnego miasta na trasie naszej włóczęgi oferowana na recepcji hotelu jest o 70% wyższa niż w okienku kasowym. Równie szybko dowiadujemy się o 3 klasach autobusów. Zwykłym, i 2 rodzajach VIP. Różnica w cenie między najtańszym a najdroższym to zaledwie 1,5 USD. Różnica w komforcie kosmiczna. Gardzimy więc przygodą i frajdą jechania w rozpadającym się wraku wraz z kurami kaczkami i całą masą Laotańczyków na rzecz piętrowego klimatyzowanego autobusu z zimą wodą serwowaną na pokładzie oraz lunchem wliczonym w cenę biletu. Zanim zdążyliśmy opuścić dworzec naszą uwagę przykuł kursowy autobus do Chin. Nie było by może w nim nic dziwnego, ot zwykły piętrus jakich wiele gdyby nie wnętrze. W miejsce foteli umieszczono rzędy łóżek, po jednym z każdej strony przy oknach i trzeci po środku. Podróżni leżąc głową w kierunku jazdy rozlokowani byli na trzech poziomach. Zastanawia nas tylko, czy całą drogę należy spędzić na leżąco ?

Z dworca udajemy się na podbój miasta. Na pierwszy rzut idzie Pha That Luang, złota stupa symbol narodowy Laosu. Jest to potężne złocone czedi o charakterystycznym dla stylu laotańskiego czworokątnym, wysmukłym zwieńczeniu. Z całym szacunkiem dla symboliki i wymowy tego miejsca, mimo, że zdajemy sobie sprawę, iż jest to architektoniczny symbol, zmonumentalizowana forma ziemnego kurhanu grobowego nie ciśnie nam się na usta nic innego jak „tandeta”. Wielka kamienna bryła, która tak lśni na fotografiach z bliska wiele traci na atrakcyjności. Ot zwykły kawał kamienia bezceremonialnie pociągnięty żółto-złotą farbą, która miejscami tworzy zacieki a czasem najzwyczajniej odpada. Za to znajdujące się nieopodal budowle z charakterystycznymi dla buddyzmu kaskadowymi dachami podobają nam się o wiele bardziej.

Kolejne kroki kierujemy do łuku tryumfalnego Patuxai. Zbudowany on został w pierwszych latach niepodległości kraju z cementu zakupionego od USA w celu budowy pasa startowego na lotnisku. Miał stanowić odpowiedź dumnego narodu laotańskiego na łuk triumfalny w Paryżu. Umieszczona na nim inskrypcja sugerująca, że właśnie socjalistyczny Laos przeskoczył z grona państw 3-go świata do cywilizacyjnej elity jak żywo przypomina mi deklarację o „misiu na skalę naszych możliwości i potrzeb”, który miał całemu światu coś do udowodnienia. Łuk jest monumentalny i na swój sposób ciekawy, choć o wiele bardziej interesujący jest skwerek przed nim. Umieszczono tam dwie fontanny, dar narodu chińskiego dla bratniego narodu laotańskiego. Wodny spektakl jaki ma miejsce jest o wiele ciekawszy niż jakikolwiek który widzieliśmy do tej pory. Wszystko to za sprawą ruchomych dysz. Kiedy w większości fontann całe widowisko kreowane jest poprzez wodę wyrzucaną pod zmiennym ciśnieniem ze statycznych dysz umieszczonych np. w posadzce, tak tu oprócz gry ciśnieniem i kolejnością strumieni dochodzi ruch dysz w wielu płaszczyznach. Dzięki temu np. można wykreować efekt wyglądający jak skrzydła ptaka w locie.

Spod łuku kierujemy się w stronę bazarku. Słońce już jest wysoko na niebie i chcemy trochę ochłonąć. Bazarek rozmieszczono w trzech wielkich halach oraz na sporym placu pomiędzy nimi. Tak jak w Kambodży kupić tu można wszytko. Są artykuły domowe, tekstylia, jest elektronika i biżuteria, jest duża sekcja spożywcza. Szwendając się po niej ujrzałem Miryndę. Jejku, nie piłem tego już od lat. W mgnieniu oka zawartość butelki przelewana jest do foliowego woreczka wypełnionego kostkami lodu. Do kompletu dostaję słomkę. Szpulka w międzyczasie wypatruje smażone na oleju pączki wielkości orzecha włoskiego. Są przepyszne, leciutkie o kokosowym smaku. Wcinając te kokosowe kulki i siorbiąc miryndę z woreczka udajemy się na zwiedzanie świątyń.

Praktycznie całe popołudnie spędzamy na oglądaniu świątyń i muzeum. Zachwycamy się tradycyjną buddyjską architekturą, klasztorami, pagodami. Buddyjscy mnisi w swoich pomarańczowych strojach co rusz przykuwają nasz wzrok. Żeby opisać wszystko to, co widzimy tego popołudnia trzeba by chyba ze stu stron tekstu. Praktycznie na każdym kroku zachwycamy się czymś innym. Późnym popołudniem po raz pierwszy od dłuższego czasu siadamy w kafejce internetowej. Wieczorem, tak samo jak poprzedniego dnia idziemy nad Mekong na romantyczną kolację pod gwiazdami.

Wientian zostawia w naszej pamięci bardzo miłe wspomnienia. Widzieliśmy tu mnóstwo garbusów a nawet jednego Karmana Ghia. Jutro ruszamy na północ, do Luang Prabang. Miasta wpisanego w całości na światową listę dziedzictwa UNESCO, dawnej stolicy Laosu, gdzie do dziś działa ponad 30 buddyjskich klasztorów, miasta, które jest kwintesencją kolonialnych francuskich Indochin.

darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków


  • RSS