harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2007

Dziś czeka nas nie lada wyzwanie. Postanowiliśmy spróbować dotrzeć w jeden dzień do Siem Reap, miasta położonego nieopodal antycznych ruin Angkor. To zabytkowy kompleks, w skład którego wchodzi miasto, zespoły świątynne, park archeologiczny, tereny leśne i zbiorniki wodne, obejmujący obszar ponad 400 km² (Warszawa ma około 500 km²), będący pozostałościami po państwie Khmerów,jednocześnie to największy kompleks świątyń jaki kiedykolwiek zbudowano a Angkor Wat jest jednym z 7 cudów świata.

Jak co dzień na tych wakacjach wstajemy wcześnie rano. Oczywiście tuż przed startem generatorów. Pakujemy plecaki po omacku. W pół do siódmej rano meldujemy się na śniadaniu. Na placu przed restauracją widzimy ten sam autobusik, którym przyjechaliśmy do Sen Monorom. Zaczynamy nabierać podejrzeń, że awarie na 20 km przed miastem są wyreżyserowane by ściągnąć tu pasażerów a w rzeczywistości nic się nie dzieje. Podczas śniadania ucinamy sobie ostatnią pogawędkę z managerem. Dostajemy dokładne wskazówki jak dotrzeć do Siem Reap. W skrócie mamy się nie przesiadać tam, gdzie wydaje się najdogodniej, ale tam gdzie nam wskaże obsługa autobusu. W pewnej chwili zadaję pytanie jak często psuje się ten autobus. Pewnie, ze dwa razy w tygodniu. Manager wybucha śmiechem. Prawie przez łzy mówi, „Nie skądże, nie”. Po krótkiej chwili dodaje „Znacznie częściej !!!”.

Opuszczamy gościnną prowincję Monolkiri z nieukrywanym żalem. Bez wątpienia skradła nasze serca. Ten sam niewielki autobus wiezie nas w drodze powrotnej. Mijamy te same osady, zatrzymujemy się w tym samym miasteczku po drodze. Tym razem jednak prawie całą drogę do Snoulu widzimy suszące się przy drodze taro. Praktycznie przed każdą chałupą rozłożona jest wielka mata z pokrojonymi na kawałki taro. Czasami widzimy wypelnione worki czekające na odbiór. Niekiedy mijamy ciężarówki niemiłosiernie wyładowane takimi workami.

Jeśli rano miałem podejrzenia o swingowanych awariach autobusu by ściągnąć turystów do GuestHausu to rozwiały one się dość szybko. Sprzęgło zaczęło szwankować również w drodze powrotnej. W efekcie na ponad godzinę stajemy w szczerym polu. Dookoła tylko krzaki i jedno jedyne niewielkie drzewko dające cień. Chowając się przed palącym słońcem zastanawiam się czy zdążymy na przesiadkę do Siem Reap. W końcu jednak udaje się naprawić usterkę i ruszamy dalej.

Droga mija nam dość szybko. Nawet postój w Snoulu nie dłuży się tak jak poprzednio. Co chwilę jednak zerkamy na zegarek starając się kontrolować czas. Tak jakby cokolwiek zależało od nas. Docieramy do Kompong Cham, miasta, gdzie droga którą jedziemy krzyżuje się z drogą do Siem Reap. Do autobusu wsiada lokalny przedstawiciel firmy przewozowej. Pyta się kto z nas jedzie do Siem Reap. Zgłaszamy się. Koleś mówi, że musimy tu wysiąść i złapać jutrzejszy autobus. W autobusie wybucha ożywiona dyskusja, do której się włącza kierowca wraz z pomocnikiem. My oczywiście nigdzie nie wysiadamy. A jeśli już to na pewno nie w tym miejscu. Dostaliśmy jasne wskazówki od managera GuestHousu. W tym całym zamieszaniu okazuje się, że przed chwilą właśnie wysiadł Holender, który również jedzie do Siem Reap. Wysiadł, bo według wszystkich dostępnych źródeł tu należy się przesiąść i to zresztą potwierdziła obsługa w jego GH. Teraz widząc co się dzieje chce wsiąść z powrotem. Lokalny przedstawiciel firmy nie jest zadowolony z utraty potencjalnego klienta. Awantura wybucha na nowo. W końcu staje na tym, że wszyscy jedziemy dalej razem.

Nieoczekiwana godzinna przerwa na naprawę autobusu wcale nie pociągnęła za sobą krótszych postoi w mijanych miasteczkach a co za tym idzie czas na przesiadkę dramatycznie nam się skurczył. Około 3 po południu zaczynamy coraz bardziej nerwowo patrzeć na zegarek. Na domiar złego kierowca ma znów coraz większe problemy z wrzuceniem biegu. Jesteśmy może 10 km przed Skunem, miastem gdzie mamy się przesiąść kiedy sprzęgło znów nawala. Powiało grozą. Do przesiadki zostało może pół godziny. Obsługa autobusu jednak nawet nie wyłącza silnika. Szybko zdejmują pokrywę skrzyni biegów. Chwilę później obok ląduje skrzynka z narzędziami. Ich tempo jest wręcz niesamowite. Patrzymy osłupiali. Pracują jak team wymiany opon i tankowania podczas wyścigów Formuły 1. Cała naprawa z zegarkiem w ręku zajmuje dokładnie 2 minuty (dwie minuty) !!!!!!. Niewiarygodnie !!!!. Ruszamy. Wstępuje w nas nowa nadzieja, że jeszcze dziś dotrzemy do Siem Reap. Dojeżdżamy do Skunu. Zatrzymujemy się przy rondzie na skrzyżowaniu dróg. Kierowca z pomocnikiem zamieniają kilka słów z tambylcami. Nasz transport jeszcze nie odjechał. Ruszamy dalej. Kilka kilometrów dalej z naprzeciwka mijamy autobus. Kierowca desperacko wali w klakson. Autobus z naprzeciwka mija nas nawet nie zwalniając. Ktoś odwraca się w naszą stronę mówiąc, że to właśnie był autobus, do którego powinniśmy się przesiąść. Trochę zrobiło nam się żal, że tak mało zabrakło, trochę złość, że nie czekaliśmy na rondzie w Skunie, bo tam byśmy go złapali. Ktoś inny jednak stwierdza, że to wcale nie nasz autobus. Konsternacja. Teraz to dopiero jesteśmy skołowani. Dojeżdżamy do miejsca gdzie przy szosie na parkingach zajazdów większość autobusów zatrzymuje się na postój. Ledwo wytoczyliśmy się z autobusu a obok nas podjeżdża następny. Rozentuzjazmowana obsługa naszego busa krzyczy „To wasz autobus, zdążyliście, zdążyliście, jeszcze dziś będziecie w Siem Reap”. Nie wiemy co powiedzieć. Taka huśtawka emocji jest chyba ponad nasze siły. Dziękujemy obsłudze i przenosimy bagaże do drugiego pojazdu. Kilkanaście minut później siedzimy w wygodnych lotniczych fotelach klimatyzowanego, całkiem nowoczesnego autobusu wiozącego nas w stronę największej atrakcji turystycznej Kambodży.

Droga do Siem Reap to zupełnie inny świat. Po pierwsze krajobrazy. Jest płasko. Przed każdym z domostw widzimy coś na kształt kwadratowego stawu czy sadzawki. W większości z nich pluska się jakieś ptactwo domowe. Mijamy też pola ryżowe. Droga po której jedziemy to „pierwsza liga” w porównaniu z tymi, którymi podróżowaliśmy poprzednio. Po pierwsze jest asfalt. Po drugie jest on gładki i równy. Na dodatek wyrysowano linie boczne. Po raz pierwszy również widzimy pionowe znaki drogowe. Są ograniczenia prędkości (których oczywiście nikt nie respektuje), znaki informujące o przejściu dla pieszych albo ostrzegające przed niebezpiecznym zakrętem. Słowem cywilizacja.

Do Siem Reap docieramy późnym wieczorem. Jest już od kilku godzin ciemno. Z miejsca obskakuje nas tłum naciągaczy. Odchodzimy na bok nie dając się złapać na pierwszy lepszy trik zachłannego Khmera. Spokojnie ustalamy gdzie chcemy jechać z jednym podchmielonym naganiaczem. Chwilę później siedzimy w tuk-tuku podążając w kierunku centrum. Przedmieścia Siem Reap toną w mrokach nocy. W tym kraju nie wynaleziono oświetlenia ulicznego.

GuestHouse, który wybraliśmy okazuje się być pełny. Pokoje zwalniają się dopiero jutro. Nie chcąc szwendać się po nocy decydujemy się spać jedną noc na werandzie. Nawet się nie obejrzeliśmy a na wiklinowej werandzie obsługa rozłożyła materac z czyściutką, pachnącą świeżością pościelą. Nad nim rozpięta została moskitiera.

Zostawiamy nasze bagaże w biurze obok recepcji i idziemy rozejrzeć się trochę po mieście. Na niewielkim obszarze w centrum koncentruje się całe nocne życie miasta. Siem Reap jest stworzone dla turystów i pod turystów. Ta część wygląda jak wiele podobnych kurortów w różnych częściach świata. Szereg knajp, knajpek, kawiarni, restauracji i barów z powystawianymi na zewnątrz ogródkami. Jest czysto, schludnie bezpiecznie. Siadamy w jednym z lokali na tarasie i zamawiamy zestaw reklamowany w karcie jako tradycyjne khmerskie jedzenie. Dostajemy atrakcyjnie wyglądające danie podane w 4 miseczkach zrobionych ze spiętych liści banana. W każdej z nich coś innego na spróbowanie. Smakuje wyśmienicie. Tego wieczora krążymy jeszcze trochę po Siem Reap po czym wracamy do GuestHausu. Jesteśmy zmęczeni podróżą a jutro pobudka skoro świt.

Nazajutrz wstajemy z samego rana. Noc była bardzo ciepła i mimo, że spaliśmy na otwartym powietrzu w ogóle nie odczuliśmy zimna. Odczuliśmy natomiast zupełnie coś innego, mianowicie brak ciepłej wody. Wczoraj nie zwróciliśmy na to uwagi, bo wieczorem po całym dniu z kranów leciała letnia woda. Dziś rano zimny prysznic szybko pozbawił nas resztek snu. Bez ociągania zjedliśmy wczesne śniadanie i wyruszyliśmy na poszukiwanie tuk-tuka. Nie musimy długo szukać, bo na każdym rogu, na każdym kroku jesteśmy zaczepiani przez nachalnych Khmerów. Trochę to męczące. W końcu jednak decydujemy się na jednego i wyruszamy na zwiedzanie świątyń. No nie tak od razu, bo najpierw musimy kupić wejściówkę. Trzydniowa kosztuje 40 USD/os, co w przeliczeniu na tutejsze ceny jest kwotą wprost astronomiczną. Wejściówkę jednak musza kupować tylko obcokrajowcy. Angkor jest dziedzictwem narodowym Khmerów i tubylcy wchodzą tu bezpłatnie.

Kompleks jest ogromny. Odległości między poszczególnymi świątyniami sięgają kilku a czasem nawet kilkunastu kilometrów dlatego jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest wynajęcie tuk-tuka na cały dzień. My zaczynamy naszą podróż od świątyni Ta Phom. To właśnie tu dżungla wzięła w posiadanie ruiny. Chodzimy i podziwiamy ogromne korzenie niemalże zalewające świątynne mury. Spędzamy tu dobrze ponad godzinę. Niestety Angkor to również dziesiątki tysięcy turystów, czyli trudno o chwilę spokoju zadumy czy kontemplacji. Następna na naszej liście jest Angkor Wat. Największa i najwspanialsza ze świątyń Angkoru. Nie będę się rozpisywał dokładnie, bo każdy zainteresowany może sobie „wygooglać” tysiące stron informacji o niej. Spędzamy w niej 4 godziny zaglądając w każdy możliwy zakamarek i wdrapując się po potwornie stromych i wyślizganych schodach gdzie tylko było można wejść.

W ten oto sposób zrobiła się prawie pierwsza po południu. Pora wrócić do Siem Reap. Podjeżdżamy najpierw pod biuro linii lotniczych Lao Airlines. Okazuje się, że mają jakieś szkolenie na lotnisku i będzie czynne dopiero za dwie godziny. W takim razie wracamy do GuestHousu. Przenosimy nasze plecaki z biura przy recepcji do zwolnionego właśnie pokoju. Jemy w spokoju obiad popijając a jakże BeerLao i ponownie nasz tuk-tukowiec zawozi nas do przedstawicielstwa Lao Airines. Tym razem drzwi stoją przed nami otworem. Wchodzimy, siadamy, mówimy, że chcemy w sobotę lecieć do Vientiane, stolicy Laosu. Obsługujący nas pracownik wyraził głębokie rozczarowanie, kiedy usłyszał, że chcemy kupić tylko dwa bilety. Przykro nam się zrobiło, że go zawiedliśmy, ale nie mieliśmy zamiaru dla jego przyjemności kupić więcej miejsc niż potrzebowaliśmy. Mimo, że nie kupowaliśmy hurtowo dostaliśmy od linii lotniczej spory upust. Katalogowa cena wynosi 165USD/os., tyle też widnieje na bilecie. Kiedy przychodzi jednak do zapłaty okazuje się, że bilety kosztują nas jedynie 110 USD od głowy. To się nazywa rabat !!!

Opuszczamy biuro w wyśmienitych nastrojach i każemy się zawieźć z powrotem do Angkoru. Wspinamy się na Phnom Bakheng, świątyni położonej na wzgórzu, skąd ma być wspaniały widok na Angkor Wat. Po drodze widzimy słonie. Za kilkanaście dolarów można odbyć 15 minutową przejażdżkę na szczyt. Z zazdrością patrzymy na wygodne ławki umieszczone na grzbietach zwierząt przypominając sobie jednocześnie wszystkie siniaki od niewygodnego kosza wiklinowego z naszej eskapady. Na szczycie spotykamy pierwszego Polaka. Ucinamy sobie pogawędkę czekając na to zapierające dech w piersiach widowisko. Powoli tłum gęstnieje. W kulminacyjnym punkcie na szczycie jest bez wątpienia kilka tysięcy turystów. Widowisko jest raczej przeciętne za sprawą kiepskiej widoczności. Dziś od samego rana jest lekkie zamglenie. Dlatego nie ma ani spektakularnego zachodu słońca ani dobrego widoku na Angkor Wat. Troszeczkę rozczarowani wracamy do miasta.

Wieczór spędzamy na włóczędze po knajpkach. W jednej siadamy na tradycyjnej khmerskiej kawie ze skondensowanym mlekiem. W innej wypijamy po butelce BeerLao. W końcu trafiamy do lokalu z „Happy Pizza”. Khmerowie bardzo często dodają do posiłków marihuanę. Wielokrotnie widzieliśmy w karcie dań „happy” naleśniki, pizze, czy milkshake. Oczywiście ten specyficzny dodatek dostaje się tylko na specjalne życzenie. Żeby być precyzyjnym narkotyki w Kambodży są nielegalne. My właśnie zamówiliśmy tradycyjną pizze Super Supreme i poprosiliśmy kelnera „make it happy for us”. No cóż, zacytuję jednego z moich kolegów, który odwiedził Siem Reap kilka miesięcy przed nami. „Pizza smakuje całkiem normalnie a po 3 kwadransach czujesz się już nie całkiem normalnie”. Nic dodać nic ująć.

Ta noc nie należy do spokojnych. Happy Pizza miała również kilka efektów ubocznych. Jednym z nich były nocne koszmary. Rano wstajemy tuz po piątej. Kuchnia jest jeszcze nie czynna więc rezygnujemy ze śniadania. Plan dnia jest intensywny. Zaczynamy zwiedzanie od kompleksu Angkor Thom. Po kolei zwiedzamy świątynie Baygon, Baphuon, Taras Słoni i Trędowatego, Plac królewski. Następnie udajemy się dalej po tzw. „dużej pętli” i odwiedzamy świątynie Preah Khan, Naek Pean, Ta Som i East Mebon. Każda jest inna i na swój sposób piekna. Każda pochodzi z różnej epoki. Za East Mebon zbaczamy z pętli i każemy się zawieźć do Banteay Srei. To klejnot w koronie całego Angkoru. Najpiękniejsza, najbogatsza w rzeźby i relify ze wszystkich świątyń Angkoru. Wracając do Siem Reap zachaczmy jeszcze o jedną świątynie.

Wieczorem udajemy się na lokalny targ. Kupić można wszystko. Oczywiście królują tekstylia i pamiątki, choć bez przesady można powiedzieć, że znajdzie sie tu wszystko. Ceny wywoławcze oczywiście kilkukrotnie wyższe od tych transakcyjnych. Wprost z bazarku idziemy na „powtórkę z rozrywki”. Tym razem wybieramy jednak inny lokal i inną pizze ale tak samo jak wczoraj prosimy by ją przyrządzono dla nas w „szczęśliwy sposób”. Posileni kontynuujemy włóczęgę po mieście. Jednym z efektów ubocznych „trawy” jest to, że zawsze po niej potwornie chce mi sie jeść. W pewnym momencie trafiamy na miejscowy targ, gdzie pomiędzy różnymi dziwnymi lokalnymi potrawami dostrzegamy kurczaka z rusztu. Sęk w tym, że lokalne kurczaki są pieczone „na płasko”. Rozcina się je wzdłuż korpusu po czym rozciąga ściskając bambusowym pędem. Uszczęśliwiony happy pizzą skojarzyłem to z australijską latającą wiewiórką, która skacząc miedzy drzewami rozkłada szeroko wszystkie kończyny a „przerośnięta” skóra powoduje tworzy powierzchnie nośną. Za równowartość 1 USD kupuję więc pieczoną wiewiórkę. Tak przynajmniej wydaj mi się w momencie zakupu. Pałaszuję ją później ze smakiem na wiklinowej werandzie naszego GH popijając jakżeby czym innym jak BeerLao.

To koniec kambodżańskiej części naszej podróży. Jutro wyruszamy do Laosu. Nowy dzień, nowa przygoda.

darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazkówdarmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazkówdarmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków

Wstajemy wcześnie rano i nie możemy wręcz doczekać się kiedy wyruszymy. Chwilę po przebudzeniu dość dobitnie uświadamiamy gdzie jesteśmy. Jest 5.30 rano, na zewnątrz jeszcze zupełnie ciemno a my nie mamy prądu. W ciemnościach, niemal po omacku bierzemy poranny zimy prysznic. Pakujemy dwa małe plecaki i idziemy na śniadanie. Kwadrans po szóstej startuje generator, więc kuchnia może zacząć wydawać posiłki. W oczekiwaniu na nie patrzymy na krzątaninę. Większość osób pracujących w GuestHousie to prawie dzieci. Azjaci są filigranowi i drobni, więc sylwetka często niewiele mówi o wieku.

Zamawiamy naleśniki z owocami. Gdy je podano patrzę i staram sie przypomnieć kiedy ostatni raz jadłem coś równie świeżego i bez konserwantów, ulepszaczy itp. Tu nic nie opłaca się dowozić, wszystko jest lokalne, miód, banany, mandarynki, pitaja zwana w Australii smoczym owocem „dragon fruit”. Na dodatek nikt tego nie trzyma w dojrzewalniach czy magazynach. Te owoce jeszcze wczoraj pewnie rosły na drzewach. Do śniadania dostajemy najlepszą kawę jaką piłem w życiu. Mocna o niepowtarzalnym smaku kawa podawana jest wraz ze słodkim skondensowanym mlekiem. Jedynym składnikiem naszego śniadania, który nie został wytworzony lokalnie.

Po śniadaniu wsiadamy do Pick-upa. Tym razem do kabiny, nie na pakę. Razem z nami jedzie trójka Szwajcarów (tak nam powiedział manager), którzy okazują się być Australijczykami oraz Francuzka. Teraz mamy okazję przyjrzeć się za dnia mijanym okolicom. Przez kilka kilometrów pędzimy po wyboistej czerwonej drodze wzbijając oczywiście w powietrze tabuny czerwonego pyłu. Dookoła rozciągają się malownicze wzgórza. Po kilkunastu minutach docieramy do jednej z tradycyjnych wiosek górskich plemion zamieszkujących te okolice. Dookoła widzimy drewniane domki kryte słomą. Zaledwie kilka domostw ma dach pokryty blachą falistą. Przez wioskę nie prowadzi żadna droga. Ot po prostu kilkanaście chałup rozrzuconych na polanie. Wszędzie wałęsają się zwierzęta domowe, kury, kaczki, świnie psy. Oglądamy ten zakątek pierwotnego życia podczas gdy nasz manager dyskutuje z „sołtysem”.

Słonie w tej części Kambodży należą do wspólnoty składającej się z kilku wiosek. Każda wioska z kolei to grupa porozrzucanych osad takich jak ta. W której się obecnie znajdujemy. Osadę tworzy klan rodzinny. Każda osada to inna rodzina. Słonie pracują rotacyjnie przez pewien czas dla każdej wioski i to właśnie sołtys każdej wioski decyduje co dane zwierzę będzie robiło.

Zanim zdążyliśmy rozładować wszystkie bagaże na horyzoncie pojawił się pierwszy słoń. Majestatycznie kroczył w dół zbocza lekko stawiając stopy na wąskiej ścieżce, po której jeszcze przed chwilą biegała maciora z stadkiem prosiaków. Chwilę później w wiosce były już trzy słonie. Jeden dla nas, drugi dla Australijczyków a trzeci dla Francuzki. Zaczęło się przygotowywanie zwierząt do drogi. Na początku przewodnicy (poganiacze) obkładają grzbiet słonia grubymi parcianymi matami. Następnie na górę wędruje wiklinowy koszyk. Jego przekrój przypomina literę „W”. Do koszyka przywiązane zostają nasze bagaże i zapasy prowiantu. Trochę mięsa, cała torba warzyw, ryż, naczynia. Chwilę później siedzimy już na górze. Koszyk jest potwornie wąski i niewygodny. Podczas naszej późniejszej podróży wielokrotnie widzieliśmy słonie objuczone „pod turystę”. Ławka zamontowana na ich grzbiecie wyglądała jak przedział pierwszej klasy w porównaniu z koszykiem w którym przyszło nam podróżować. No ale nie uprzedzajmy faktów.

Z początku wędrujemy przez dość rozległe łąki. Wszędzie dookoła widać skutki niedawnych pożarów. Teren jest lekko pagórkowaty. Po pierwszej pół godzinie mam dość wiklinowego koszyka. Jest potwornie niewygodny, nogi trzeba trzymać niemalże pod brodą a poręcz a tyłu boleśnie wbija się w kręgosłup. Podkładam polarek, trochę pomaga. W miarę upływu czasu zmienia się krajobraz. Z początku pojawiają się drobne krzaki i zarośla a następnie regularny las. Wkroczyliśmy właśnie do dżungli. Słoń idzie powoli i majestatycznie. Czasami zbacza ze ścieżki by coś zjeść. Oczywiście nasz koszyk nie ma żyroskopów więc jak słoń podchodzi pod górę całym ciężarem lecimy do tyłu, schodząc trzeba się z całej siły zapierać rękami.

Około południa docieramy do rzeki, gdzie zatrzymujemy się na lunch. Tu spotykamy Australijczyków. Wyciągamy pudełka z gotowanym jedzeniem, które rankiem przygotowano nam w GuestHausie. Słonie w tym samym czasie spożywają lunch na polanie. Postój nie trwa długo i wkrótce ruszamy dalej. Australijczycy idą razem z nami. Przez resztę dnia przedzieramy się przez dżunglę razem. Czasami musimy przejść przez rzekę. Wprost nie mogę uwierzyć jak delikatnie i dokładnie słoń wybiera miejsce gdzie postawić nogę. Niekiedy zatrzymujemy się przy krzakach bambusa by „zatankować”. Całą drogę Szpulka karmi naszego przewodnika ciastami. Mimo, że nie mówi słowa po angielsku jakoś udaje nam się porozumieć.

Po kilku kolejnych godzinach spędzonych na grzbiecie słonia docieramy do obozowiska, gdzie spędzimy noc. Jest to niewielka polana nad rzeką w środku dżungli. Na środku miejsce na ognisko, trochę z boku stół z surowego drewna. Za krzesła robią zwykłe pieńki. Po boku trzy drewniane szałasy zbite z nieoheblowanych desek. Rozładowujemy słonie po czym przewodnicy zabierają nas do wodospadu. Idziemy kilkaset metrów ścieżką w dół rzeki a następnie stromym zboczem wprost do rzeki. Wodospad jest niewielki ale bardzo urokliwy. W mig rozbieramy się i wskakujemy do wody. O dziwo nie jest tak lodowata jak sobie wyobrażaliśmy. Czujemy się wprost bosko. Spoceni całodzienną podróżą oraz wymęczeni niewygodną pozycją nareszcie możemy się zrelaksować. Taplamy się w wodzie jak dzieci raz po raz podpływając pod wodospad. Czasami wchodzę pod strumień wody spadającej z łoskotem z góry. Niestety w basenie pod wodospadem dużo jest konarów powalonych drzew i trzeba bardzo ostrożnie pływać by się nie przebić czy wręcz nie rozpruć. Frajdę jednak mamy ogromną. Po powrocie do obozowiska przewodnicy (jeden od nas i 2 od Australijczyków) zabierają się za przygotowywanie posiłków. W rozpalonym na boku ognisku rozgrzewają kamienie, po czym stawiają na nich kociołek z ryżem. Zanim ryż się ugotuje przygotowują warzywa. Myją w rzece zielone pomidory, paprykę oraz kilka innych, których nie rozpoznaje. To, jak również kawałki mięsa jakie zabraliśmy ze sobą z Guest Hausu oraz całe mnóstwo ziół i przypraw, których nie znam lądują razem w woku na drugim ognisku. Chwilę później na naszych talerzach ląduje obiad, jakiego smak trudno sobie wyobrazić. Pyszny, wprost ambrozja. Na świeżym powietrzu w środku lasu, przygotowany na otwartym ogniu wprost rozpływa się w ustach.

Zmrok zapada szybko. Nie chcąc oddalać się po ciemku od obozowiska resztę dnia spędzamy przy ognisku. Gadamy z Australijczykami o wszystkim i o niczym, gramy w kości. Przyłącza się do nas nawet jedna Australijka. Na noc idziemy do szałasu, gdzie mamy rozpiętą moskitierę nad materacem. Trzeba przyznać, że mimo iż założyliśmy na grzbiet wszystkie ciuchy w nocy nieźle wymarzliśmy. Współczujemy naszym kompanom. Oni śpią w hamakach rozpiętych między drzewami.

Rankiem wstajemy skoro świt. Szpulka wychodzi na zewnątrz. Kiedy wraca na moskitierze naszego materaca zastaje pająka wielkości połowy dłoni. Znaczy się moskitiera była nie od parady. Zanim przewodnicy rozpalili ogniska by przyrządzić posiłki my spacerujemy dookoła. Jeszcze raz idziemy nad wodospad a później oglądamy nasze słonie w dżungli. Wkrótce na stole ląduje śniadanie równie pyszne jak wczorajszy lunch. Wciągamy je momentalnie. Po śniadaniu przyszedł czas na poranną toaletę słoni. Przewodnicy zaganiają je do rzeki, gdzie dokładnie je pucują. Widać, że zwierzakom to się podoba. Od czasu do czasu wyciągają tylko koniuszki trąb nad powierzchnię by zaczerpnąć powietrza. Chyba traktują to jak zabawę.

Wypucowane słonie czas „osiodłać”. Pomagam naszemu przewodnikowi podając maty a na końcu ciężki wiklinowy koszyk. Ładujemy również bagaże. Żegnamy się z Australijczykami, bo nasze drogi właśnie się rozchodzą i ruszamy w dżunglę. Droga wygląda podobnie jak wczoraj. Przedzieramy się wąskimi ścieżkami wśród drzew, przechodzimy przez kilka rzek. Czasami zatrzymujemy się by słoń poskubał bambusa. Około południa mamy dłuższą przerwę na lunch podczas której włażę ja kieś zielsko, które poparzyło mi nogę. Nie jest źle, ale piecze niemiłosiernie. Dodatkowo biorę do ręki przepięknego niebieskiego kwiatka wbijając sobie w dłoń setki drobnych igiełek, całkiem takich jak ma opuncja. Nieco obolały kontynuuję jazdę. Po południu las się przerzedza, mijamy pierwszych ludzi. Nieco później z pojawiają się pojedyncze zabudowania i wioski. Pod koniec dnia mamy już tak dość niewygodnego wiklinowego kosza, że nie możemy się doczekać końca. Nadzieja na koniec męczarni rodzi się z każdą pojawiającą się na horyzoncie osadą. Wreszcie po długim czasie docieramy do kresu naszej dwudniowej włóczęgi.

Żegnamy się z przewodnikiem, żałując, że nie potrafimy podziękować mu w jego własnym języku. Niewielkim problemem jest, że jak na razie nie widać naszego transportu do miasta. Postanawiamy poczekać. Po kilku minutach z jednej z chat wychodzi tambylec i zaprasza nas do środka. Wchodzimy do małego drewnianego domku pokrytego słomą i ze ścianami z wyplecionych mat. Po środku, wzdłuż osi domu znajduje się coś na kształt klepiska. Po bokach drewniane podesty unoszące się tak ze 30 cm nad ziemią. Przy końcu domu pali się ognisko. Na nim miska a w niej garnek. Siadamy, rozglądamy się dookoła. Po całej chałupie łażą kurczaki i ganiają się dwa psy. Na przeciwko nas siedzi młoda matka w czapce co rusz siarczyście plując na klepisko. Gospodarz podnosi pokrywkę garnka i wrzuca tam kawałki mięsa. Po chwili podchodzi jakiś starszy człowiek i kładzie na kamieniach przy ogniu surową rybę. Obserwujemy to ze szczękami rozwartymi do podłóg. W pewnym momencie dziewczyna wstaje, bierze najmniejsze dziecko na ręce, siada w wejściu i zaczyna wybierać mu wszy. Dym z paleniska wypełnia całe pomieszczenie. W chacie nie ma komina ani nawet dziury w dachu na dym. Szpulka wychodzi, bo dym szczypie ją w oczy. Ja zostaję patrząc na całą tą sytuację jak zahipnotyzowany.

Nasz transport dociera około godziny później. Dziękujemy tubylcom za gościnę i wracamy do miasta. Oczywiście cały czas wyboistymi drogami w tabunach kurzu.
Po krótkim odpoczynku postanawiamy poszwendać się po Sen Monorom, stolicy prowincji Monolkiri. Jutro mamy chcemy jechać do Siem Reap, do którego nie da się dotrzeć w jeden dzień. Przynajmniej tak mówią przewodniki i relacje internetowe podróżników. W Lonely Planet napisane jest również, że w Sen Monorom znajduje się lotnisko. Postanawiamy więc tam się udać w nadziei, że może załapiemy się na jakiś samolot do stolicy, co pozwoliłby jeszcze tego samego dnia wyruszyć do Siem Reap. Po dotarciu na miejsce szczerze się uśmiałem z naszych płonnych nadziei. Budynek portu lotniczego przypomina obrazek od dziesięcioleci nieremontowanych czworaków dworskich w PGRze. Pas startowy to kawał pustej czerwonej przestrzeni. Ogólnie obraz opuszczonego, porzuconego używanego tylko sporadycznie w razie „W” lotniska polowego. Przysłowiową kropkę nad „i” postawił obraz stada krów spacerujących całą szerokością pasa startowego. Stoimy tak i patrzymy na chmury czerwonego pyłu podrywane podmuchami wiatru kiedy podjeżdża do nas na motorowerze para Kambodżańczyków i dziewczyna bardzo płynnym angielskim pyta czy się czasem nie zgubiliśmy, czy nam pomóc i objaśnia w skrócie gdzie możemy znaleźć jakieś lokalne atrakcje. Sytuacja jest więcej niż Gombrowiczowska. Znajdujemy się na głębokiej prowincji Kambodży, gdzie ludzie w wioskach żyją bez prądu ze zwierzętami pod jednym dachem, spacerujemy po szutrowym pasie startowym opuszczonego lotniska, który to pas został wzięty w posiadanie przez stado bezpańskich krów i rozmawiamy z tubylcem, który po angielsku z pewnością mówi płynniej od nas. Szok !!!

Wieczorem po powrocie do GuestHause ucinamy sobie pogawędkę z managerem. O słoniach, o Kambodży o Sen Monorom o planowanej budowie tamy w okolicach. Kiedy mówimy o naszym problemie z dotarciem do Siem Reap w ciągu jednego dnia manager szeroko się uśmiecha i przyrzeka pomóc. O tym czy udało nam się dotrzeć do Siem Reap w jeden dzień i co było dalej dowiecie się drogie dzieci z kolejnego odcinka.

darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków

Ranek nadchodzi szybciej niż byśmy chcieli. Wstajemy z wielkim trudem, bierzemy prysznic, pakujemy plecaki. Trzeba zjeść śniadanie, bo przed nami cały dzień drogi. Idziemy do sąsiedniego budynku gdzie mieści się recepcja wraz z „jadłodajnią”. Zamawiamy śniadanie. Krótki okres francuskiego kolonializmu pozostawił w Kambodży przynajmniej jedną dobrą rzecz – bagietki. Na śniadanie są wręcz fantastyczne.

Poranny szczyt komunikacyjny w Phnom Penh oznacza dziesiątki tysięcy jednośladów. Jadąc tuk-tukiem na dworzec przy stadionie olimpijskim lawirujemy między rowerzystami, przeważnie uczniami czy uczennicami ubranymi w nienagannie białe koszule kontrastujące ze śniadą karnacją skóry. Starsi jeżdżą już komarkami. Jak zwykle ilość ich pasażerów waha się od 1 do 5. Bardzo często widzimy dziewczyny w długich sukienkach siedzące bokiem za kierującym czy kierującą motorowerem. Całość dopełnia niezliczona ilość tuk-tuków, nieco pick-upów i trochę ciężarówek.

Dworzec autobusowy przy stadionie olimpijskim nie jest duży. Tuż przed bramą wiodącą na brudny zakurzony plac mijamy dwa okienka kasowe. Z tylu placu niewielkie zabudowania otwarte w stronę kilku stanowisk odjazdowych. Obok spokojnie czeka nie więcej niż 10 autobusów. Siadamy na ławce robiącej jednocześnie za poczekalnie jak i część miejscowego „food courtu”. Zagadujemy do tęgawej dziewczyny o europejskich rysach. Okazuje się być Niemką, która jako wolontariusz uczy angielskiego biedne kambodżańskie dzieci. Właśnie ma wakacje i jedzie w tym samym kierunku co my. Dla zabicia czasu szwendam się po lokalnych jadłodajniach oraz próbuje poderwać dziewczynę, która strasznie wczuwa się w rolę dyspozytorki. Chodzi od stanowiska do stanowiska ze stertą papierzysk w ręku starając się przybrać groźną minę podkreślającą wagę jej stanowiska. Dla mnie jest to jednak bardzo zabawne, kiedy jej uśmiechnięta azjatycka powierzchowność próbuje przywdziać marsowy wyraz twarzy. Po mniej więcej pół godzinie podjeżdża nasz autobus. Właściwie powinienem powiedzieć „autobusik”, bo dla pasażerów jest tylko 19 miejsc. Wsiadamy do środka. Fotele, które w slangu zwykło się zwać lotniczymi oraz całe wnętrze ktoś posypał pyłem tak drobnym jak talk czy mąka ziemniaczana. To mówi wiele o szczelności tego pojazdu. No nic, rozlokowujemy się na miejscach. Oprócz nas i wspomnianej Niemki jest jeszcze kilku turystów oraz trójka bogatych małolatów z Kambodży. Wreszcie nadchodzi godzina odjazdu. Bardzo ważna Pani Dyspozytor wsiada do autobusu, osobiście sprawdza bilety, porównuje je z rozpiską, którą posiada w ręku oraz kopią dla kierowcy. Wszystko dokładnie odnotowuje na zupełnie innej liście. Wreszcie się podpisuje i oddaje papiery kierowcy. Hurra, ruszamy !!!!

Poranny szczy komunikacyjny w Phnom Penh sięga zenitu. Nasz autobus mimo, że niewielki z trudem lawiruje między tłumem jednośladów. Anarchia, chaos, wolna amerykanka, wszystkie z tych określeń pasują jak ulał do tego co się dzieje na ulicach. Po drodze mijamy Uniwersytet. Przez szeroko rozwartą bramę wlewa się tłum studentów na motorkach. Widok wprost niesamowity. Po pół godzinie docieramy na przedmieścia a po następnym kwadransie definitywnie już jesteśmy za miastem. Na poboczach królują rowerzyści, motorowerki i różnego rodzaju drewniane furmanki zaprzęgnięte w silnik. Ulicami przejeżdżają głównie autobusy i ciężarówki. Mijamy sporo Kamazów oraz czegoś, co na pierwszy rzut oka wygląda na Ziły. Po bliższym przyjrzeniu dostrzec można na szoferce napis Isuzu. Co pewien czas zbliżamy się do Mekongu. Jest olbrzymi. Nie ma się co dziwić, że ponoć statki pełnomorskie mogą dotrzeć w głąb Mekongu aż do Phnom Penh.

Około 120 kilometrów za Phnom Penh tuż przed miastem Skun zjeżdżamy na parking przy zajeździe. W tym miejscu po obu stronach drogi znajduje się kilka podobnych przybytków. Na każdym z nich mają postój autobusy kilku zaprzyjaźnionych firm. Każdy wygląda podobnie. Z przodu duży, zapylonym, szutrowy plac, za nim murowany otwarty z przodu budynek z „garkuchnią” i stolikami. Po bokach rzędy drewnianych straganów, na których tubylcy sprzedają owoce, ryż i czasami pamiątki. Z tylu toaleta. Krążymy po placu. Na początek kupuję ananasa. Jest mięciutki, młodziutki, fantastycznie gasi pragnienie. Bardzo ciekawy jest sposób w jaki Khmerowie obierają i kroją ananasy. (do zobaczenia na fotce) Bardziej niż sposób oporządzenia ananasa moją uwagę przykuwają jednak wiklinowe kosze wypełnione po brzegi smażonymi pająkami. Pająki są wielkości połowy ludzkiej dłoni z dużymi włochatymi nóżkami i sporymi odwłokami. Dla mnie laika powiedziałbym, że wyglądają jak tarantule. Krążę tak wokoło tych straganów aż wreszcie jedna z dziewczynek obsługujących stoisko urywa nogę pająka i daje mi do spróbowania. Biorę do ręki, oglądam, wkładam do ust. Jest chrupka, smakuje jak kawałek chipsa. W sumie mogę powiedzieć, że nawet smaczna. Decyduję się na zakup. Szpulka patrzy na mnie trochę dziwnym wzrokiem. Zaczynam konsumpcję od odnóży, później zajmuję się głową i odwłokiem. Najgorzej jest się przełamać psychicznie, bo pająk smakuje wyśmienicie. Porównałbym to do spieczonej skórki kurczaka czy kaczki. Nie dziwie się, że w Phnom Penh kupowano je jako przekąska do piwa.

Ruszamy w drogę. W miarę oddalania się od stolicy zmienia się też krajobraz za oknem. Miejsce murowanych komórek coraz częściej zajmują drewniane chatki. Mijamy mniejsze i większe miasteczka. Każde z nich to jeden wielki bazarek. Ludzie handlują czym się da i gdzie tylko się da. Na jednym z nich do autobusu podchodzi kobieta z rowerem, na którego bagażniku przymocowana jest wielka miska ze ślimakami. W naszym autobusie nikt się nie decyduje na ten przysmak, ale widzę, że pasażerowie z paki jednej z ciężarówek zakupili po kubku na głowę. Przy okazji uderza mnie stosunek Khmerów do zwierząt. Traktują je dość nie humanitarnie, praktycznie tak jak traktuje się już kawałek mięsa, a nie żywą jeszcze istotę. Nie ma mowy o oszczędzeniu im cierpień czy stresu. Na jednym przystanku dosiada się do naszego autobusu kobieta. Wiezie ze sobą dwa żywe kurczaki. Biedne zwierzęta ze skrępowanymi nogami i skrzydłami luzem trafiają do bagażnika. Innym razem widzimy motorowerek, do którego z każdej strony głowami w dół przywiązano bardzo dużą ilość kur. Małe czy większe prosiaki ściśnięte na motorkach do góry nogami czy zwisające z boku to też nie rzadki widok.

Im bardziej oddalamy się od stolicy w stronę północno-wschodnią tym bardziej krajobraz ulega zmianie. Najpierw zalewowe tereny mekongu pełne pól ryżowych ustąpiły miejsca palmom, by po 200 km oddać pierwszeństwo plantacjom kauczukowca i kawy. Plantacje te są głównym źródłem zaopatrzenia dla koncernu Michelin.

Około południa docieramy do Snoulu. Teoretycznie mamy za sobą już 2/3 drogi. Ale tylko teoretycznie, bo za Snoulem kończy się asfalt i dalej już pozostaje tylko szutrówka. Sam Snoul też wygląda mało ciekawie. Przelotowa asfaltowa szosa, obok niej duży plac stanowiący dworzec autobusowy. Za nim siatka kilku prostopadłych uliczek. Oczywiście już nie utwardzonych. Jak wszędzie każdy mijany budynek to stragan, knajpka czy punkt usługowy. Niepokojącym faktem jest, że już przed miastem zaczęło szwankować nam sprzęgło. Czasami kierowca nie mógł wrzucić biegu. Teraz widzę, że wraz z pomocnikiem coś grzebią przy samochodzie. Półgodzinny postój szybko dobiegł końca i wreszcie ruszyliśmy dalej. Z początku droga była nawet niezła. Co prawda nieutwardzona, ale szeroka i bez wybojów. Jedyną wadą są tabuny pyłu jakie wzbijają się za każdym mijanym pojazdem. Szczelność naszego autobusu pozostawia wiele do życzenia, więc pył bez problemu dostawje się do środka. Kiedy mijamy pick-upy czy ciężarówki z ludźmi na pace wcale nie dziwiliśmy się, że są poowijani chustami jak beduini a nierzadko mają też gogle. To proste, pył jest tak drobniutki, że dostaje się wszędzie a kilkugodzinna podróż na pace pozwala dorobić się pylicy płuc szybciej niż górnik w kopalni na przodku. Po kilkunastu kilometrach skończyła się wygodna droga i zaczęły się wyboje. Czasami s a to leje głębokie jak po bombie, innym razem głębokie wymyte przez deszczówkę szczeliny, jeszcze innym razem ogromne koleiny wyżłobione przez ciężkie ciężarówki. Momentami droga krajowa NH7 jest tak wąska, że mieści się tylko jeden samochód. Powoli zaczęliśmy wjeżdżać w teren lekko pagórkowaty. Sprzęgło coraz bardziej daje się we znaki. Droga wymaga częstej redukcji biegów by pokonać kolejny lej czy podjechać pod gorę. Czasami autobus staje zanim siłującemu się z dźwignią zmiany biegów kierowcy udaje się wrzucić dwójkę. Najgorzej jest pod górkę, bo czasami staczamy się do tyłu. Generalnie nie nudzimy się. Podziwiamy krajobrazy, kibicujemy kierowcy przy każdym wzniesieniu czy mostku. Około 3 po południu docieramy do jedynego miasteczka na trasie. Choć na warunki Kambodżańskie to miasto, to nazwa ta jednak jest eufemizmem w odniesieniu do tego, co zastajemy. Zwykłe skrzyżowanie dróg oblepione drewnianymi chatami, kwadratowym ryneczkiem i dziesiątkami małych straganów. Niemalże wszyscy mieszkańcy na jednośladach, po ulicach wałęsają się samopas kaczki, szare świnie i niemiłosiernie umorusane czerwonym pyłem stadko gęsi. Kierowca z pomocnikiem próbują znów coś grzebać przy sprzęgle. Ja po wielu podejściach do garkuchni kupuję jakieś jedzenie. Na pierwszy rzut oka wygląda to na mięso z fasolką szparagową. Kiedy jednak zabieram się za pałaszowanie okazuje się, że zamiast mięsa są drobne kości powleczone skórą i ścięgnami. Co jem ? Chyba znów nie chcę wiedzieć.

Zanim zdążyłem skończyć autobus trąbi na pasażerów. Zostawiam ponad połowę niezbyt smacznego posiłku i wracam do środka. Jedziemy dalej. Po kilkunastu kilometrach sytuacja ze sprzęgłem się powtarza. Brniemy dalej, ale z każdą redukcją biegów jest gorzej. Przestoje są coraz dłuższe. W pewnym momencie stajemy na dobre. Jest około tuż przed piątą po południu. Teoretycznie powinniśmy już dawno być na miejscu. Obsługa autobusu grzebie przy sprzęgle a my kręcimy się w kółko. Tuż obok stoi samotny domek przy drodze. Zaglądamy na podwórko. Naszym oczom ukazuje się mała małpka uwiązana na około 2-3 metrowym łańcuchu. Szkoda mi jej trochę, bo jest niesamowicie żywotna i ruchliwa a nie ma za wiele swobody. Z braku lepszych zajęć Szpulka słucha wraz z innymi backpakersami muzyki iPoda. Ja ucinam sobie pogawędkę z Angolem, kótry dosiadł się w Snoulu. Czas powoli ucieka. Po godzinie obsługa ogłasza, że nie da rady naprawić usterki i jadą do miasta po pomoc. Myślę sobie, że to fantastyczne miejsce by utknąć na noc.

Około 6.30 wieczorem zaczyna się ściemniać. Mija właśnie 11 godzina naszej podróży. Pół godziny później jest już zupełnie ciemno. Nieliczni tubylcy, poza wspomnianą przeze mnie trójką bogatych dzieciaków łapią przejeżdżające z rzadka pojazdy i ruszają dalej. Ku mojemu zdziwieniu skrępowane kurczaki głośno gdakają przy wyciąganiu spod sterty toreb w bagażniku. Znaczy się nadal żyją. Godzinę później dokładnie w 12 godzin od wyjazdu z Phnom Penh pod nasz autobus podjeżdżają dwa pick-upy. To pomoc z miasta, po którą pojechał jeden z kierowców autobusu. Na nasze szczęście kierowca jednego z pick-upów w miarę komunikatywnie mówi po angielsku. Dowiadujemy się, że autobus zostanie w nocy sholowany do miasta a wszyscy pasażerowie zostają zabrani pick-upami już teraz.

Wsiadamy na pakę, ruszamy z kopyta. Jesteśmy zupełnie nieprzygotowani na tą atrakcję. Duża terenowa Toyota zasuwa jak szalona po wybojach. My latamy po całym tyle jak worek kartofli. Tabuny czerwonego pyłu są wszędzie. Pęd powietrza fantastycznie wprasowuje pył we włosy i twarz. Nie mamy „bandamki” by zakryć usta. Nawet nie myślę jak domyję uszy !!! Przejażdżka nie trwa długo. Od miasta dzieliło nas nie więcej niż 20 kilometrów. Wrażeń natomiast co nie miara. Patrzę na Szpulkę. Twarz ma czerwoną jakby spędziła cały dzień na słońcu, włosy przypominają pozlepiane dredy. Jeśli w duchu żałowałem trochę, że jedziemy autobusikiem a nie pick-upem to teraz właściwie jestem szczęśliwy, że na pace spędziłem 20 kilometrów a nie cały dzień.

Wypakowujemy się na podwórku jakiegoś GuestHausu. Reszta pasażerów jest niemiłosiernie wściekła. Nie chce w ogóle słuchać co mówią kierowcy, zabiera plecaki i ostentacyjnie się wynoszą. Nasze emocje nie są tak silne. W sumie nie mamy dużych wymagań odnośnie pokoju, więc każdy GH będzie tak samo dobry. Rozmowa z bardzo sympatycznym człowiekiem, który nas tu przywiózł i okazał się managerem tego przybytku jest krótka. Pytanie numer jeden brzmi. Czy masz pokoje z łazienką i ciepłą wodą. Pytanie numer dwa czy jesteś w stanie załatwić nam tłumacza, który pomoże nam wynająć jutro słonia w wiosce. Otrzymujemy pozytywną odpowiedź na obie kwestie, oglądamy pokój, który okazuje się całkiem miłym wolno stojącym bungalow i decydujemy się zostać. Ponieważ manager musi ściągnąć do miasta ten nieszczęsny autokar umawiamy się na dogadanie konkretów za 2-3 godziny.

Pod prysznicem spędzam prawie pół godziny. Cały czas leci ze mnie czerwona woda. Myję włosy dwa razy, niewiele pomaga. Pył nie daje za wygraną. Szpulka ma niewiele lepiej. W końcu jednak jakoś doprowadzamy się do porządku i ruszamy na miasto. Sen Monorom, stolica prowincji Monolkiri to mała 7,5 tysięczna mieścina. Co prawda o elektryczności z sieci może tylko pomarzyć, ale przynajmniej jest asfalt na wszystkich 3 ulicach w mieście. Poza miastem już jest gorzej. Kiedy tak idziemy z naszego GH w stronę miasta mija nas jeden z chłopców kręcących się po GH. Proponuje nam podwiezienie. Wsiadamy we trójkę na komarka. Umawiamy się, że za godzinę wróci po nas do miasta. Tą godzinę wykorzystujemy na włóczenie się po głównej ulicy oraz kolację w przygodnej restauracji. Ja zamawiam jedną z tradycyjnych tutejszych potraw. Prowincja w której się znajdujemy w ponad 80% zamieszkana jest przez mniejszości narodowe. Khmerowie są tu nieliczni, dlatego to miejsce tak daleko różni się charakterem od pozostałych części Kambodży. Ludzie są o wiele przyjemniejsi, bardziej życzliwi dla turystów, handlarze prawie w ogóle nie nachalni. Ucinamy sobie pogawędkę z młodym chłopakiem robiącym za kelnera wypytując jednocześnie o możliwość wynajęcia słonia z przewodnikiem na dwa dni. Sprawdzamy warunki. Godzina mija szybko, nasz transport niebawem zjawia się w miasteczku, wracamy do GH.

Późnym wieczorem siadamy z managerem i ustalamy szczegóły. Chcemy dotrzeć do jednego z lokalnych wodospadów. Jedyną możliwością by tam się dostać jest jazda wierzchem przez dżunglę. Manager mówi, że zabierze nas jutro rano do wioski i zorganizuje słonia z przewodnikiem. Podróż powinna zająć dwa dni. Jednocześnie ustalamy, że cały prowiant zabierzemy z GH. Prosimy by przygotowali nam do pudełek lunch na pierwszy dzień oraz odpowiednią ilość ryżu, warzyw, mięsa i wody na następne dni. Oczywiście musimy zabrać ze sobą także jakiegoś woka by było na czym przyrządzić posiłek w lesie.

Niemiłosiernie umęczeni ponad dwunastogodzinną podróżą z przygodami, podekscytowani czekającą nas dwudniową przeprawą przez dżunglę na słoniu, lekko oszołomieni Sen Monorom kładziemy się spać. Jutro czeka nas początek kolejnej wspaniałej przygody ale o tym już w następnym odcinku. Tymczasem zapraszam do obejrzenia kolejnej partii fotografii ilustrujących tą notkę.

darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków

Wraz z przybyciem na przejście graniczne skończyło się nasze „rozpoznanie”. Do tej pory podążaliśmy dobrze rozpracowaną trasą. Mieliśmy plan lotniska, wiedzieliśmy, w jaki autobus mamy wsiąść, na którym przystanku wysiąść trafić na dworzec autobusowy. Znaliśmy rozkład jazdy i ceny autobusów do Tratu, wiedzieliśmy, o której przybędziemy do miasteczka, o której możemy złapać transport do granicy. Słowem wszystko pod kontrolą. Teraz przed nami czysta improwizacja. Wiemy gdzie chcemy jechać i co robić, nie mamy jednak bladego pojęcia jak to zrobić.

Granicę otworzyli o godzinie 8 zgodnie z planem. Zanim ruszyła odprawa osób wyjeżdżających z Tajlandii mamy okazję obserwować tubylców z Kambodżańskiej strony granicy pędzących na pobliski bazarek. Jesteśmy pierwsi w kolejce, więc odprawiamy się dość szybko. Kilka minut i już mamy stemple w paszportach. Idziemy kilkaset metrów po „ziemi niczyjej” do posterunków kambodżańskich. Od razu doskakują nas nachalni naganiacze. Na przemian przekrzykują się oferując transport do miasta czy też łódź do Sihanoukville, najpopularniejszej miejscowości wypoczynkowej w Kambodży odległej o 6 godzin łodzią od granicy. Ignorujemy ich, choć jest to trudne. Kiedy jednego spławiamy zaraz dopada nas kolejny. Jak hieny. Nie wiem dlaczego słysząc jak spuszczamy na drzewo pierwszego naganiacza ma nadzieje, że skusimy się na jego propozycje. Posterunek Kambodżański to nieduży parterowy murowany budynek ze spadzistym dachem. Wchodzimy do biura wizowego. Lekka ulga, chwilowo naciągacze dają nam spokój. Wypełniamy wnioski, doklejamy nasze zdjęcia. Wpłacamy po 1200 tajlandzkich batów. Obsługa nie chce nawet słyszeć o płaceniu w dolarach. Dla nich to czysty zysk. Oficjalna cena wizy ustalona jest na 20 USD lub 1200 batów. Kiedy ustalano tą opłatę tak się kształtował kurs bata do dolara amerykańskiego. Obecnie 20 USD to około 750 batów. Idę o zakład, że załoga posterunku każdego dnia zamienia baty na dolary i ze swoją centralą rozlicza się w tej walucie pozostawiając sobie nadwyżkę w postaci premii.

Egzotyczne wizy Królestwa Kambodży zostają w końcu wklejone do naszych paszportów. Czas teraz na odprawę graniczną. Kierujemy się do okienek w ścianie. Dookoła panuje potworny harmider. Ludzie się przepychają wchodzą bez kolejki. Ktoś podchodzi do nas i zabiera nam z rąk paszporty. Nie mam zielonego pojęcia, kto to. Jakiś tajniak czy przypadkowy Khmer. Chwilę później odpycha kilka kobiet sprzed okienka pograniczników i wrzuca nasze dokumenty mówiąc coś do żołnierzy. Nie zdążyliśmy dobrze podejść a już tłumek rzucił się z powrotem do okienek. Mimo dużego plecaka, który nie pozwala na szybkie i gwałtowne ruchy udaje mi się jakoś docisnąć do stanowisk odprawy. Ponad moim ramieniem i obok co rusz lądują jakieś paszporty. Wyglądają jak stare polskie książeczki walutowe albo archaiczne książeczki oszczędnościowe PKO. Niemal w środku każdego z paszportów znajduje się plik banknotów. Pogranicznicy bezceremonialnie wysypują pieniądze na biurko i chowają do kieszeni munduru lub do szuflady. Co raz widzę jak cofają datowniki by wbić stempel. Perfekcyjna biurokracja. Średnio 6 różnych pieczątek zostaje użytych przy stemplowaniu jednego paszportu. Wreszcie ktoś sięga po nasze dokumenty. Chłodny wzrok egzaminuje nasze paszporty, po czym następuje „100 pytań do”. Dlaczego, na jak długo, po co, gdzie, itp. Bardzo ciężko skupić się na odpowiadaniu pogranicznikom, gdy raz po raz podchodzi jakiś koleś od tylu i szarpie za ubranie z pytaniem czy szukamy łodzi albo transportu do miasta. W końcu jednak przechodzimy przez całą procedurę, która nie jest nawet w połowie aż tak straszna jak zamieszanie, jakie panuje na granicy.

Ledwo odchodzimy od okienek a dopada nas koleś, który wcześniej wrzucił nasze paszporty pogranicznikom. Jesteśmy zmęczeni, nasza czujność jest już mocno osłabiona w dodatku cała sytuacja zaczyna powoli wymykać się spod kontroli. Dajemy się namówić by jechać z nim do miasta taksówką. Cena jest nieco wygórowana, ale jest już nam obojętne. Chcemy dotrzeć na dworzec autobusowy. Wsiadamy do starego japońskiego sedana. Nasze plecaki lądują w bagażniku przywiązanym sznurkiem do zderzaka. Ruszamy. Wyjeżdżamy z przejścia. Po kilku kilometrach docieramy do mostu. Tu trzeba zapłacić myto. Most został wybudowany przez Japończyków w 2002 roku. Przeprawiamy się na drugą stronę i kilka minut później lądujemy w środku brzydkiego miasteczka. Tu podjeżdżamy do zaprzyjaźnionego kantoru. Wymieniam pieniądze, choć widzę, że nasi „gospodarze” nie są zadowoleni z tego faktu. Chwilę później docieramy na podwórko „guest hause”. Nasi kierowcy uparcie twierdzą, że to jest dworzec autobusowy. Oczywiście, że nie jest. W tym momencie popełniamy zasadniczy błąd, który będzie miał wpływ na dalszy przebieg dnia. Zamiast postawić sprawę jasno, że chcemy jechać na dworzec autobusowy i zagrozić, że nie zapłacimy ani grosza dopóki nas tam nie zawiozą zgadzamy się zostać. W większości przypadków GH mają układ z firmami przewozowymi i pasażerowie są zabierani spod GH. Myśleliśmy, że i tym razem tak będzie.

Rozlokowaliśmy się wygodnie przy stoliku w całkiem miłym ogródku. Kupiliśmy piwo i czekamy. Minęła godzina i niewiele się działo. Personel udawał, że nie rozumie angielskiego. Jedyne co powtarzali, że to bus stadion i autobus zaraz przyjedzie. Wiedzieliśmy z przewodnika, że w Kambodży w większości przypadków autobusy odjeżdżają rano, najczęściej miedzy 7.30 a 9.30. Później już trzeba wynajmować transport na własną rękę. Kiedy minęło półtorej godziny siedzenia i bezskutecznego dowiadywania się kiedy będzie autobus sprawa wreszcie się wyjaśniła. Naganiacz, który zebrał nas z granicy przyszedł i powiedział, że dziś już nie ma żadnego autobusu, że wszystkie odjechały i że musimy jechać taksówką. Myślałem, że skocze mu do gardła. Nie byłoby to najlepsze rozwiązanie. Zastanawiałem się czy po prostu nie iść na policję. To chyba też by nic nie dało. Zaczęliśmy się wykłócać. Niewiele wskóraliśmy. W taksówce była już para francuzów. Naganiacz stwierdził, że oni i tak pojadą bez względu czy wsiądziemy czy nie i mamy do wyboru, (choć raczej nie mamy wyboru) jechać z nimi za cenę taksówki (2x cena autobusu) albo robić, co nam się rzewnie podoba. Nie mamy wyjścia. Nie ma sensu zostawać w tej dziurze i tracić jeden dzień tylko po to by zaoszczędzić 10 USD. Wściekli do granic możliwości, że daliśmy się podejść w tak naiwny i dziecinny sposób wsiadamy do taksówki.

Po kilku minutach ruszamy. Robimy małe kółko po mieście i ruszamy na południe. Zaraz za miastem kończy się asfalt. Wjeżdżamy na czerwoną drogę przypominającą nieco australijski Outback. Oglądam się za siebie. Za nami tabuny kurzu. Ucinamy krótką pogawędkę z współpasażerami. Para francuzów jedzie do Phnom Penh gdyż tam pracuje brat jednego z nich. Trochę poprawia mi się humor, bo choć drożej niż oczekiwaliśmy, ale jednak posuwamy się do przodu zgodnie z planem. W sumie to cały czas wydłużony pierwszy dzień naszej podróży. Francuzom zajęło 3 dni dotarcie z Bangkoku do tego miejsca.

Droga, po której jedziemy raz po raz zmienia oblicze. Jest w trakcie budowy, więc mijamy jej różne fazy. Czasami jest to dół wielkiego wykopu pod podsypkę, czasami nawierzchnia utwardzona pod pierwszą warstwę asfaltu, innym razem wręcz kilkanaście kilometrów asfaltu. Większość trasy jednak nie została jeszcze rozgrzebana i podążamy zwykłą szutrówką przez las. Nasz kierowca ni w ząb nie mówi po angielsku. Prowadzi całkiem nieźle jak na te warunki.

Po około godzinie drogi docieramy do pierwszej przeprawy promowej. Kierowca ustawia samochód tyłem do rzeki. My wychodzimy na zewnątrz. Do nabrzeża przylepiona jest mała osada handlowa. Drewniane domki na palach z dachem krytym strzechą i ścianami w postaci wyplecionych mat uzupełnia trochę plastikowego wyposażenia. Dookoła biegają swobodnie zwierzęta gospodarskie. Widzimy świnie, kaczki kury. Cała ta mała wioska żyje z przeprawy promowej. Ludzie zatrzymujący się tu w oczekiwaniu na prom, jedzą posiłek albo kupują owoce czy paliwo. Wokół krążą kilkuletnie dzieci z bambusowymi koszykami pełnymi słodkiego ryżu z bananem owiniętego w liście i zapiekanego na ognisku. Można też kupić coś do picia, fantastycznie świeże owoce albo papierosy albo …… doładowanie do telefonu komórkowego. Jedyne, co mnie dręczy, to pytanie, jak oni ładują baterie, bo nigdzie nie widać nawet śladu elektryczności. Schodzę do rzeki. Wzdłuż brzegu ciągnie się kilka chałup. Z drewnianych pomostów, do których przywiązane są długie wąskie łodzie beztroskie dzieciaki skaczą do wody. Nieopodal nad rzeką góruje kikut budowanego mostu. Wszystkie podpory są na miejscu, może 1/3 przęseł już została zamontowana. Odwracam się i patrzę na tą kilkunastodomową osadę. Cały sens ich istnienia zniknie w momencie otwarcie mostu. Już nikt tu się nie będzie musiał zatrzymywać w oczekiwaniu na prom. Myślę, że to ostatnia chwila, by to zobaczyć. Kawałek autentycznego kambodżańskiego życia.

Prom, który zabiera nas na drugą stronę rzeki nie jest duży Mieści może 6 samochodów i poupychanych gdzie się tylko da pieszych. Nie wygląda imponująco. Myślę, że pływa tylko dlatego, że żaden złom go nie chce przyjąć gdyż przerób rdzy jest nieopłacalny. Samochody parkują na nim tyłem. Prom odbija od brzegu, po czym robi zwrot i samochody zjeżdżają z niego już przodem. Sama przeprawa trwa z górą 5 minut. Jeszcze na promie wsiadamy do taksówki i zjechawszy z niego bezzwłocznie ruszamy w dalszą drogę.

Takich przepraw mijamy w sumie cztery. Każda z nich wygląda podobnie. Małe drewniane wioski po obu stronach rzeki. W jednej z nich kupuje coś do jedzenia. Podchodzę do garkuchni, bezceremonialnie zaglądam do każdego z aluminiowych niesamowicie poobijanych garów, po czym wskazuje palcem na potrawę i na ryż. Nie wiem, co jem. Właściwie nie wiem również czy jestem ciekawy, czy chciałbym wiedzieć. Smakuje nieźle. Na innej przeprawie kupujemy owoce. Słodkie kawałki ananasa rozpływają się w ustach. Cały czas obserwujemy życie mijanych po drodze ludzi.

Po kilku godzinach jazdy po bezdrożach dojeżdżamy wreszcie do asfaltu. To droga łącząca Sihanoukville z Phnom Penh. Mimo, że robimy kółko, łatwiej dotrzeć tędy do stolicy. Od teraz już doga mija szybciej. Rozpędzony do ponad 100 km/h samochód szybko połyka następne kilometry. Jest tylko pewien mały szkopuł. W Kambodży obowiązuje ruch prawostronny a nasz pojazd najwyraźniej został sprowadzony z Tajlandii, co oznacza, że ma kierownice po prawej stronie. Kierowca chcąc coś wyprzedzić zmuszony jest dość znacznie wyjechać na przeciwległy pas by móc coś zobaczyć. Niekiedy mam wrażenie, że zderzenie czołowe jest tylko kwestią czasu. Zasadniczo ruch na drodze nie odbiega od tego, co się dzieje w Polsce na trasach wylotowych z Warszawy. Wyprzedzanie na 3-go, spychanie na pobocze, wymuszanie prawie na dokładnie takim samym poziomie. Uczestnicy ruchu jedynie nieco odmienni. Poza całą masą ciężarówek na drodze spotkać można nieliczne samochody osobowe, trochę autobusów i prawdziwe tabuny motorowerów i rowerów. Królują małe „komarki” oraz wszelkie możliwe przeróbki z wmontowanym z nich silnikiem. Czasami zdarza się pojazd z silnikiem z motocykla o większej pojemności. Nie rzadko też mijamy dwukołowe wozy zaprzężone w dwa szare woły. Przy szkołach i większych skupiskach na drodze niepodzielnie panują rowerzyści.

W miarę zbliżania się do Phnom Penh zmienia się tez krajobraz. Coraz mniej jest lasu i gór. Coraz więcej równin. Mijane zagrody wyglądają bardzo podobnie do siebie. Przeciętne gospodarstwo składa się z wysokiego drewnianego domu na palach otoczonego palisadą z suchych gałęzi. Ściany takiego domu przypominają plecione bambusowe maty. Dach kryty jest strzechą. Gdzie niegdzie można zobaczyć przerdzewiałą blachę falistą. Prawie nigdzie nie ma szyb. Jeśli już gdzieś są okna, to również zakryte matą. Cały inwentarz gospodarski szwęda się samopas pod chałupą albo w przydrożnym rowie. Raz po raz mijamy większe osady, gdzie widać kilka murowanych budynków. W każdej z nich kwitnie handel. Można odnieść wrażenie, że każda większa wioska, to jeden wielki bazarek. Szczególnie ciekawie wyglądają stacje benzynowe. Są to zwykłe drewniane stragany z powystawianymi butelkami z benzyna. Czasami obok stoją wielkie kilkunastolitrowe plastikowe pojemniki. Regułą jest również, że obok znajduje się 200 litrowa beczka z logo Caltex czy BP i ręczną pompką na górze.

Na przedmieścia Phnom Penh docieramy około godziny trzeciej po południu. Ruch gęstnieje, pojawia się coraz więcej tuk-tuków, czyli motorowerów z specjalnymi przyczepkami do wożenia ludzi. Tuz przed miastem jest punkt pobierania opłat. Za wjazd do stolicy trzeba zapłacić. Z początku chaotyczna, później coraz bardziej zwarta betonowa zabudowa całkowicie wyparła drewniane wiejskie chałupiny. Po poboczach zamiast zwierząt gospodarskich walają się plastikowe opakowania i resztki towarów przemysłowych. Na horyzoncie pojawiły się pierwsze linie energetyczne. W pewnym momencie docieramy do dużego ronda. Zaraz za mim zaczyna się miasto. Szerokie ulice opanowane są przez motorowery, rowery i tuk tuki. Ruch jest potwornie gorączkowy i przypadkowy. Jedyną zasadą wydaje się być byle do przodu, byle w nic nie walnąć a o resztę niech się martwią inni. Przedzieramy się przez ten chaos do centrum. Budynki, które nas otaczają nie wyglądają imponująco. Jedno, dwu piętrowe kamienice w stylu kolonialnym bez specjalnych upiększeń. Układ urbanistyczny idealny dla wprowadzenia tramwajów. Długie arterie przecinają się pod łagodnym kątem. Niestety w 1,2 milionowym mieście nie istnieje żadna komunikacja zbiorowa.

Wysiadamy w centrum miasta. Żegnamy się ze współtowarzyszami podróży i wchodzimy wprost w upalne kambodżańskie popołudnie. Z miejsca doskakują nas naciągacze. Najpopularniejszym kierunkiem dla zagranicznego turysty jest Siem Reap. My jednak jeszcze tam nie jedziemy. Szukamy transportu na daleki wschód Kambodży do prowincji Monolkiri. Przedzieramy się do przodu co chwile zaczepiani przez nachalnych tuk-tukowców czy kierowców taksówek. Doskakują z każdej strony, są upierdliwi jak muchy w Melbourne. Twardo jednak idziemy dalej. Po kilku minutach dochodzimy do miejsca, gdzie stoją pick-upy. Rozmawiamy z jednym z kierowców. Jedzie tam, gdzie chcemy. Wyjazd jutro rano. Cena 8 USD na pace i 15 USD w środku. Chyba byśmy na to przystali, postanawiamy jednak porównać inne ceny nie łapiąc pierwszej nadarzającej się okazji. Docieramy wkrótce na dworzec autobusowy. Wchodzimy do środka. Dwa okienka, młode dziewczyny w za kontuarem. Pytamy się o możliwość dojazdu do Sen Monorom, stolicy prowincji. W odpowiedzi słyszymy, że jedyna forma, która tam jeździ mieści się nieopodal Stadionu Olimpijskiego. Dostajemy na kartce nazwę i adres. Rozmowie przysłuchuje się tuk-tukowiec. Od razu oferuje nam transport. Chwilę się wahamy. Jesteśmy zmęczeni, jest piekielnie gorąco, dźwigam ciężki plecak. Ustalamy cenę na 1 USD. Jedziemy. Przejażdżka tuk-tukiem po centrum Phnom Penh w godzinach szczytu dostarcza niesamowitych wrażeń. Zewsząd atakują nas rowery i motorowery. Trzeba przyznać, że na ulicach panuje duże równouprawnienie płci. Młode dziewczyny w sukienkach i butach na obcasach radzą sobie ma drodze wcale nie gorzej od mężczyzn. Wymuszają pierwszeństwo z taka samą bezwzględnością. Trójka pasażerów na dwuosobowym motorowerze to raczej standard. Wielokrotnie mijamy komarki prowadzone przez ojca, za nim kilkuletnie dziecko a na tyle marka trzymająca niemowlę. Czasami na motorku widać czwórkę dzieciaków, z których chyba żadne, wliczając kierującego, nie jest starsze niż 10 lat. Po kilku minutach docieramy na mały dworzec nieopodal stadionu. Podchodzimy do okienka. Po chwili na naszych ustach pojawia się uśmiech. Tak, jest autobus do Sen Monorom, odjeżdża jutro o 7.00 rano, kosztuje 10 USD. Chwilę później dzierżymy w ręku dwa bilety. Kolejne kroki kierujemy do GuestHousu. Pora wreszcie spędzić choć jedną noc w łóżku po tylu godzinach szaleńczej podróży.

OK. GuestHouse nie odbiega wyglądem od większości „backpackerskich” miejsc noclegowych. Można tu kupić bilety do najpopularniejszych miejsc w Kambodży, jak również do Wietnamu czy Tajlandii. Można załatwić wizy ww. krajów lub przedłużyć kambodżańską. Można zarezerwować jedną z wielu wycieczek. Jest oczywiście również całkiem schludna knajpka. Na recepcji pytamy o pokój. Niestety nie mają już dwójek. Jedyne, co im zostało to pokój 5-cioosobowy. Pytamy się tylko czy jest ciepła woda. Po mniej więcej 34 godzinach od wyjścia z domu, podroży samolotem, autobusem, pick-upem, rozpadającą się taksówką i tuk-tukiem chcemy wreszcie wziąć prysznic i odświeżyć się. Bierzemy ten pokój. Jedno miejsce kosztuje 3 USD, ale my za całość płacimy 12 USD. Chwilę później stoimy pod gorącym prysznicem. Przyjemności, jaką sprawiło nam uczucie świeżości wprost nie da się opisać.

Zwiedzanie kambodżańskiej stolicy nie jest w planie tej wyprawy. Aby to zrobić musielibyśmy zostać tu cały jutrzejszy dzień. Postanawiamy jednak wykorzystać późne popołudnie i wieczór, jakie nam zostały by choć pospacerować ulicami miasta. Wychodzimy więc zaraz po odświeżeniu. Postanawiamy obejść i obejrzeć kilka głównych atrakcji miasta, po czym pospacerować nad Mekongiem. Na początku Srebrna Pagoda i Pałac Królewski. Niestety wszystko czynne jest tylko do 16.00 Oglądamy więc z zewnątrz dość ciekawą i atrakcyjną dla nas architekturę i kierujemy się w stronę przybrzeżnego bulwaru. Tu na niewielkim skwerku nieopodal rzeki po raz pierwszy widzimy na straganie tutejsze „przekąski”. Na stertach leżą porozkładane smażone karaluchy, pająki, czerwie, różne inne larwy oraz małe wróbelki. Robi to na nas dość piorunujące wrażenie. Rozglądamy się wokół. Wszędzie na trawnikach kwitnie życie towarzyskie. Na porozkładanych matach i dywanach siedzą grupki młodych ludzi płci mieszanej. Taki kambodżański odpowiednik australijskiego BBQ czy polskiej imprezy „grillowej”. Wszyscy uśmiechnięci, pociągają leniwie piwko z butelek zagryzając smażonymi w głębokim tłuszczu przysmakami w postaci pająków, karaluchów czy tych nieszczęsnych małych ptaszków. Takich dywanowych imprez jest dosłownie setki. My mijamy ich grzecznie i podążamy dalej. Resztę wieczoru spędzamy włócząc się wzdłuż Mekongu. Zmrok nadchodzi szybko. Praktycznie pół godziny po zachodzie słońca już jest całkowicie ciemno. Oglądamy starą pokolonialną francuską architekturę. W wieczornych światłach wygląda o niebo lepiej niż za dnia. Włóczymy się bez celu w te i we w te. Robimy trochę zdjęć i notorycznie odganiamy się od tuk-tukowców. Trzeba przyznać, że są wyjątkowo nachalni. Przez chwilę zastanawiam się, czy nie zrobić sobie tabloczni z napisem „ No thank you”. Tego wieczora zaliczamy jeszcze kilka knajpek, gdzie raczymy się BeerLao, najlepszym piwem, jakie od dłuższego czasu dane nam było skosztować.

Około 21 wracamy wreszcie do GH. Rzucamy się na łóżko i zasypiamy jak kamienie. Jutro jedziemy do Monolkiri.

darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków

Wraz z kazdym nastepnym odcinkiem postaram sie wrzucac obrazujace go fotki, by mozna bylo lepiej wczuc sie w nastroj. Dzis pierwsza czesc.

darmowy hosting obrazkówdarmowy hosting obrazkówdarmowy hosting obrazkówdarmowy hosting obrazkówdarmowy hosting obrazkówdarmowy hosting obrazkówdarmowy hosting obrazkówdarmowy hosting obrazków

Pomysł wakacyjnego wyjazdu zrodził się niespodziewanie. Równie szybko przebiegła przed wylotowa faza przygotowań. W przeciągu kilku dni skompletowaliśmy brakujący ekwipunek. Niewiele dłużej trwało załatwienie Tajskich wiz. O pozostałe będziemy starać się na granicy. Obywatele Polski mogą co prawda otrzymać na lotnisku 15 dniową wizę „on arrival”, jednak w naszym przypadku rozwiązanie to byłoby mało korzystne. Po pierwsze wiza jest jednorazowa, po drugie wizy turystyczne sa droższe niż tranzytowe a my będziemy przekraczać granicę więcej niż jeden raz.

W dniu wyjazdu czujemy już pewne podniecenie. Wstajemy rano, „wciągamy” szybkie śniadanie. Rozłączamy wszystko w mieszkaniu, odcinamy prąd. Schodzimy na recepcję. Wiecznie wystraszonemu koreańczykowi mówimy, że wyjeżdżamy na wakacje i przekazujemy kartkę z adresem właściecielki. „żółty” zapowietrzył się i po kilkunastu sekundach intensywnego myślenia wypalił, że oni nie zarządzają naszym apartamentem, bo to jest wydzielona własność prywatna i nie będą nic tam robić. „Myśl człowieku” – mówimy – „jak pęknie rura w naszym mieszkaniu i będzie Ci zalewała apartamenty poniżej, którymi zarządzasz to będziesz czekał do naszego powrotu czy chwycisz za telefon i sam zadzwonisz do właścicielki ?”. Argumentacja dotarła.

Dwoma pociągami dostajemy się na stację kolejki miejskiej skąd odjeżdżają specjalne autobusy na lotnisko. Są czyste, schludne i zaprojektowane „z głową”. Całą przednią część zajmuje specjalna półka na bagaże. W ciągu dnia kursują co 15 minut. Jedyne co można im zarzucić to cena. 15 dolarów w jedną stronę jest rozbojem w biały dzień. Dodatkowo brak jest alternatywy w postaci autobusu miejskiego na lotnisko. Trzeba jednak przyznać, że jedzie się bardzo miło. Do oddalonego o około 30 km od centrum lotniska Tullamarine docieramy w mniej niż pół godziny. Wysiadamy przed samą halą odlotów.

Odprawa bagażu mija nawet szybciutko. Z powodu braku klientów zostajemy odprawieni w stanowisku VIPów. Kolejne kroki kierujemy do odprawy paszportowej. Ogromna masa ludzi kłębi się w niesamowicie długim i zakreconym ogonku sięgającym do połowy hali odpraw. Kolejka posuwa się w miarę szybko. Po minięciu przepierzenia docieramy do szerszej hali gdzie sprawdzane sa dokumenty. Tu trochę się zacinamy, bo choć nasz bagaż został już nadany lotu jeszcze „nie otworzono”. Kilka minut i przechodzimy dalej. Kolejnym etapem jest bramka wykrywacza metalu. Przeciskamy się bez problemów. Nic nie piszczy. Tradycyjnie po tym jakby w rytuale podchodzi do mnie z boku miła Pani i oświadcza, że zostałem wytypowany do przeprowadzenia testu na obecność śladów materiałów wybuchowych. Musi mi strasznie źle patrzyć z gęby bo do tego losowego testu trafiam za każdym razem ilekroć gdzieś lecę. Stoję spokojnie „obmacywany” końcówką czujnika, kiedy podchodzi do nas Szpulka. Nie pytana staje w takiej samej pozycji jak ja i czeka. Nie wiedząc co jest grane, nieopatrznie zgłosiła się do testu na ochotnika.

Kiedy całą biurokrację mamy już za sobą nie pozostaje nic innego jak czekać na wejście na pokład. Czas dłuży się niemiłosiernie. Chodzę w kółko nie mogąc usiedzieć na miejscu. Za oknem widać szarego Airbusa z pomarańczowym logo linii JetStar.

W końcu zaczynają wpuszczać na pokład. Ponieważ siedzimy na samym końcu samolotu, w przed ostatnim rzędzie, wchodzimy jako pierwsi. Przy sprawdzaniu kart pokładowych od jednego z członków ekipy łamaną polszczyzną słyszymy „Dzień dobry i do widzenia”. Tak, nasi są wszędzie, pomyślałem. Airbus ma o wiele wygodniejsze siedzenia niż Boening, bardziej ergonomiczne, lepiej dopasowane do pasażera, jest więcej miejsca na nogi. Ta maszyna pachnie nowością. JetStar uruchomił połączenie do Bangkoku zaledwie tydzień wcześniej. Siadamy. Po krótkim czasie samolot się zapełnia prawie w całości. Wygląda na to, że mamy komplet. Jeszcze kilka standardowych procedur, zapiąć pasy i startujemy.

Dziewięć godzin lotu z Melbourne do Bankoku wlecze się niemiłosiernie. To o połowe dalej niż z Warszawy do Toronto. Tania linia lotnicza ma to do siebie, że w cenie biletu nic nie jest wliczone. Chcesz żeby Cię żywili na pokładzie dopłać 30 AUD, chcesz koc by się przykryć płacisz 7 AUD, chcesz przenośny odtwarzacz DVD z filmami albo choć słuchawki żeby słyszeć fonie z wypuszczanego z sufitu monitora czy też cokolwiek innego musisz dopłacić. Siedzimy więc spokojnie nudząc się niemiłosiernie. Myślimy o słuchawkach, ale załodze nie udaje się odpalić systemu i całą drogę nie jest dostępna żadna rozrywka. Ja raz po raz wyjmuję książkę by poczytać. Od czasu do czasu wstaję by pochodzić po korytarzu i rozprostować kości. I tak przez bite 9 godzin.

Do Bangkoku docieramy o czasie. Podchodząc do lądowania widzimy dość spektakularną panoramę miasta nocą. Morze świateł, wijące się niczym spaghetti nitki dróg, proste na przestrzał autostrady. Przyziemienie odbywa się łagodnie i po krótkim kolowaniu dołączają nas do rękawa. Jesteśmy na nowym, pachnącym świerzością lotnisku, które zostało oddane do użytku pod koniec września. Jest ogromne, na chwile obecną to największe lotnisko na świecie pod względem powierzchni i kubatury. Długimi szerokimi korytarzami wyłożonymi wykładziną dywanową pokonujemy chyba z pół kilometra zanim docieramy do stanowisk odprawy celnej. Mijamy punkt wydawania wiz, idziemy od razu do kontroli. Celnik z kamienną twarzą sprawdza nasze dokumenty, skanuje paszporty ogląda deklaracje celne. Pyta o adres docelowy. Zgodnie z prawdą odpowiadamy, że w Królestwie Tajlandii jesteśmy tylko tranzytem i jeszcze dziś wylatujemy dalej. Dostajemy odpowiednie stemple, kopia deklaracji, którą trzeba wypełnić przy opuszczaniu kraju zostaje bezceremonialnie przyszyta spinaczem do paszportów. Dziękujemy i idziemy dalej. Teraz trzeba odebrać bagaż. Cały czas żartuję, że najbliższe tygodnie spędzimy w tym co mamy na sobie, bo z pewnością nasz bagaż gdzieś się zawieruszył. Szpulce nie podoba się ten typ żartów. Na szczęście po pół godzinie nasz bagaż się odnajduje. Rozpinamy ochraniacze, wyjmujemy wszystkie paski i ramiączka, objuczamy haroma jak wielbłąda i wkraczamy do hali przylotów.

Budynek lotniska jest gigantyczny. Patrzymy na zegarek. Cała odprawa, znalezienie bagażu i wydostanie się na zewnątrz zajęło nam 1,5 godziny. W Bangkoku dochodzi 21.00, czyli w Melbourne już jest 1 w nocy. Minęło właśnie pierwsze 13 godzin naszej podróży. Trzymając w reku wydruk z internetowej strony nowego portu lotniczego usiłujemy znaleźć autobus, który zawiezie nas na Dworzec Wschodni Ekkamai. Po kilkunastu minutach szwendania zdajemy sobie sprawę, że wydruk ze strony to tylko plan, który najwyraźniej uległ zmianie. Podążamy więc za znakami. W końcu udaje nam się znaleźć stanowisko autobusu, którego szukaliśmy. Odjazd za pół godziny. W oczekiwaniu na autobus oglądamy ogromną choinkę. Jest caluśka biała oświetlona dziesiątkami tysięcy światełek drobniutkich jak łepek szpilki. Mieni się jak brokat w południowym słońcu. To miło, pomyślałem, że buddyści jakimi w 94% są mieszkańcy Tajlandii zdecydowali się wyeksponować rekwizyt świąt chrześcijańskich. Tym bardziej miło, że oni tych świąt przecież nie obchodzą.

Mały, dwudziestoosobowy autobusik podjeżdża o czasie. Pierwszą nowość już dawno ma za sobą. Wsiadamy, rzucam plecak na specjalną półkę. Ruszamy. Pierwsze kilkanaście minut kręcimy się po lotnisku. Teraz jego ogrom widać jeszcze lepiej. Terminal, wielopoziomowe parkingi, hotele, wieża kontrolna, przeróżne hangary i punkty cargo. Przy jednym z budynków dostrzegamy nawet żółtego garbusa. Uśmiech momentalnie rozpromienia nasze twarze. Jak on żyje to my też będziemy !!! Droga do miasta prowadzi wzdłuż lotniska. Po przeciwnej stronie widzimy dziesiątki zaparkowanych samochodów i ludzi porozkładanych na trawie. Jakie romantyczne miejsce na randkę. W oddali wielki terminal oświetlony jak jakaś monstrualna instalacja w rafinerii, po środku pas startowy. Raj dla industrialnych romantyków. Parę chwil później docieramy do pierwszego skrzyżowania. Z ciekawością odnotowujemy fakt, że obok sygnalizatora jest tablica świetlna odliczająca ile sekund będzie świeciło się dane światło. 80, 79, 78, 77,….. trwa odliczanie w dół. Kiedy ruszamy zerkam na tablicę ponownie. Tym razem na zielono świecą się cyfry 130, 129, 128, itd. Jedziemy dalej. Wjeżdżamy na szeroką wielopasmową autostradę. To co widzimy przez następne kilkanaście minut powoduje, że szczęka nie chce podnieść się z podłogi. Kilometry autostrad, wielopoziomowe skrzyżowania bezkolizyjne, kolejka, która w całości poprowadzona jest na wiadukcie wzniesionym ponad autostradą. Jedziemy tak ze 30 kilometrów i nie możemy w to wszystko uwierzyć. To musiało kosztować majątek. Infrastruktura robi ogromne wrażenie. W końcu zjeżdżamy z autostrady do miasta. Jest około 22.00 a ruch jak w ulu. Ulice żyją. Jesteśmy na przedmieściach, nie w centrum, ale cały czas mijamy otwarte sklepy, sklepiki, kramy, stoiska z jedzeniem, uliczne bazarki. Kilka minut później wysiadamy przy dworcu autobusowym. Rozglądamy się wokoło. Ruch, mnóstwo ludzi na ulicach, nad nami wiadukt kolejki, przed nami sklep z sieci 7Eleven. To amerykańska franchyza na kształt polskiej „żabki”. Małe, czynne do późnych godzin sklepiki z przysłowiowym „mydłem i powidłem”. Udajemy się w kierunku dworca.

Hala biletowa nie powala z nóg ani swoim nadmiernym brudem, ani elegancją. Jest przeciętna. Bez trudu znajdujemy odpowiednie okienko. Mimo, że w języku Tajskim do zapisywania słów używa się „falujących znaków” to w wielu miejscach zamieszczono angielską transkrypcję, tak więc nie jest źle. Mamy jeszcze 3 autobusy tego dnia do Tratu. Kupujemy bilet na przedostatni autobus. Chcemy jeszcze coś zjeść. Wychodzimy z dworca, kręcimy się w najbliższym sąsiedztwie. W końcu decydujemy się wziąć ryż ze smażonymi warzywami i jakieś „ochłapy” na kształt curry w przybytku na otwartym powietrzu kolo dworca za nic robiąc sobie przestrogi lekarza „tylko nie jedzcie na ulicy”.

Autobus podstawiony został na długo przed planowanym odjazdem. Na pierwszy rzut oka nic nadzwyczajnego. Ani zbyt nowoczesny ani za stary. Ubikacja na pokładzie stanowiła mile urozmaicenie. Dużym plusem są też rozkładane prawie do pozycji poziomej fotele. Rozkładamy się wygodnie. Po kilku minutach przychodzi stewardesa przynosząc nam koc. Minę ma jakąś kwaśną, wyraz twarzy konduktorki z rosyjskiego wagonu sypialnego przemierzającego Syberię. Jej mundurek z charakterystycznym toczkiem na głowie przywodzi na myśl ubiór druhny chińskiego harcerstwa. No nic, rozkładamy się wygodnie, przykrywamy kocem i próbujemy złapać kilka godzin snu. Raz po raz w czasie drogi budzę się by spojrzeć za okno. Jedziemy dwupasmową drogą szybkiego ruchu. Mijamy mniejsze i większe wioski. Co pewien czas rzuca się w oczy „ołtarzyk” ku czci króla. Czasami mijamy wielkie przydrożne billboardy z życzeniami zdrowia i szczęścia dla królewskiej pary. Droga mija szybko.

Ze snu wyrywa nas bezceremonialnie nagłe włączenie muzyki i świateł. Jest około 4.00 rano. Stewardesa z kwaśną miną od niechcenia rozdaje kubeczki z wodą, chwilę później zabiera koce. Za oknami pojawia się oświetlenie uliczne. Nie mija kilka chwil jak zajeżdżamy przed dworzec. Ruszamy nasze rozespane i zmęczone ciała. Nakładam plecak i wchodzimy na dworzec. Za niedużą halą biletową połączoną z poczekalnią jest otwarte wejście na perony. Kilkanaście stanowisk, spośród których kilka zajętych jest przez pick-upy. Są one specjalnie zabudowane do przewozu ludzi. Na pace zamontowano swego rodzaju metalową klatkę ochronną wewnątrz której znajdują się ławki dla ludzi. Po jednej z każdej strony pojazdu, tak, że pasażerowie siedzą bokiem. Co chwilę podchodzą do nas naganiacza pytając się gdzie jedziemy. Nikt z nich jednak nie jedzie w naszym kierunku. Po kilkunastu minutach na dworzec docierają dwa kolejne autobusy. Wśród wysypujących się z nich pasażerów są też grupki turystów. Tym razem to my zaczepiamy wszystkich z pytaniem dokąd jadą. Udaje nam się znaleźć parę Amerykanów, którzy też podążają do granicy. Jest już nas czworo, będzie łatwiej coś znaleźć. Chwilę później okazuje się, że wcale nie musimy nic szukać. Kierowcy pick-upów widząc 4 potencjalnych pasażerów szybko organizują transport. Dogadujemy cenę i niezwłocznie ruszamy. Dochodzi piąta rano.

Podróź pick-upem jest całkiem wygodna. Niestety nie przewidziałem, że będzie potwornie wiało. O ile kiedy szwendaliśmy się po dworcu było całkiem ciepło, o tyle pęd powietrza na tyle samochodu zmroził nas nieźle. Ucinamy sobie pogawędkę z Amerykanami. Tak o wszystkim i niczym. O podróżowaniu o Bliskim Wschodzie o Tajlandii o bezpieczeństwie. Okazuje się, że oni studiują w Tajlandii a teraz jadą na wakacje do Kambodży. Droga jest równa, nie trzęsie nami. Czasami wspinamy się pod jakieś większe wzniesienie, czasami staczamy w dół. Jest dość ciemno i niewiele widać. Mijamy również dwa posterunki wojskowe. Na jednym z nich w ogóle się nie zatrzymujemy przejeżdżając tylko powoli, na drugim żołnierz zagląda na pakę, po czym widząc 4 turystów z plecakami macha ręką by jechać dalej.

Po niespełna półtorej godzinnej podróży docieramy do osady zwanej Had Lek, przed samo przejście graniczne. Otwierają je o dopiero o 8 rano. Mamy więc trochę czasu by się pokręcić. Kilkaset metrów drogi przed samym przejściem zajmuje lokalny bazarek. Idę i oglądam co można znaleźć. Przeważają warzywa, owoce, świeze ryby. Widzę jak rozkłada się mała jatka mięsna. Wraz z parą Amerykanów podchodzimy do garkuchni. Pod prowizoryczną strzechą widzimy starszą kobietę. Dziewczyna zamienia z nią kilka słów po Tajsku. Dobrze jest znać lokalny język, tubylcy są zawsze oczarowani. Szybko dowiadujemy się co jest w poszczególnych aluminiowych garnkach rozłożonych przed kucharką. Amerykanie zamawiają coś do jedzenia, ja wracam do Szpulki, która pilnuje plecaków. Po 15 minutach role się zamieniają. Tym razem my idziemy coś zjeść. Wybór pada na „noodle soup” czyli azjatycką zupę z makaronem, warzywami i kawałkami mięsa. Jest ciepła i smaczna a przede wszystkim pożywna. Posileni wracamy na przejście. Obserwujemy odprawę żołnierzy i mini pokaz musztry. Powoli zaczynają sie schodzić ludzie. Pojawia się coraz więcej turystów.

Na dziś to koniec opowieści, choć to wcale nie koniec pierwszego, wydłużonego dnia naszej podróży. Jest 8 rano czasu lokalnego, mija 26 godzina od chwili wyjścia z domu. Tak właściwie dopiero początek przygód. Wszystko do tej pory było jedynie czynnością do wykonania. Dopiero od tego momentu zaczynają się dziać rzeczy na prawdę ciekawe.

Po wielu przygodach i perypetiach jesteśmy znów w Melbourne ale wspomnienia przeżytej przygody będą żyć w nas jeszcze przez długi czas. W czasie naszych wakacji odwiedziliśmy trzy fantastyczne kraje, pokonaliśmy kilka tysięcy kilometrów lądem, na wodzie i w powietrzu (nie wliczając w to przelotu do i z Australii). Podróżowaliśmy lokalnymi autobusami, na pace pick-upa, dwa dni na grzbiecie słonia, motorikszami, wynajętą długą łodzią, śmigłowym samolotem linii Lao Airines oraz na koniec pociągiem. Przez kilka najbliższych odcinków będę Was raczył bardziej szczegółową relacją z podróży. Dziś pozwolę się podzielić kilkoma ogólnymi refleksjami dotyczącymi poszczególnych krajów.

Kambodża – Kraj kompletnego braku infrastruktury, gdzie nawet asfaltowa droga jest luksusem a o linii energetycznej czasami tylko można pomarzyć. Czasami pokonanie 180 km między stolicami sąsiadujących prowincji wymaga dwóch dni drogi. Wschodnie prowincje Kambodży nazywane są Afryką Azji i nie ma w tym żadnej przesady. Są niedostępne, porośnięte lasem tropikalnym a gęstość zaludnienia wynosi zaledwie 2 osoby na km2. Elektryczność zapewniają spalinowe generatory, które włączane są na kilka godzin dziennie, brak jest bieżącej wody i kanalizacji. Największą i dla wielu turystów jedyną atrakcją Kambodży jest kompleks Angkor Wat. Miejsce to jest wyspą cywilizacji na tle reszty kraju. Dlatego też będąc w Angkor z uśmiechem przyjmowaliśmy opowiadania o bardzo złych warunkach jakie tam panują, kontrastującymi z tymi jakie zastać można w Tajlandii.

Kraj wciąż naznaczony jest piętnem drugiej połowy lat 70-tych, kiedy to reżim Czerwonych Khmerów Pol Pota wymordował znaczną część ludności. Był to jeden z najkrwawszych i najbardziej zbrodniczych reżimów współczesności. Ludzi mordowano z nawet najbardziej błahych powodów. Jak ktoś nosił okulary, znaczy był inteligentny, wydłubywano mu oczy, kiedy znał języki obce wyrywano język. Akcja wysiedlania ludności miejskiej doprowadziła, że w liczba mieszkańców stolicy Phnom Pehn spadła z 2 milionów do 23 tysięcy osób !!! Kres ludobójstwu położyła inwazja Wietnamska w 1979 roku. Nie mniej jednak dzięki poparciu USA i ich sojuszników na arenie międzynarodowej Czerwonych Khmerów uważano jako prawowitych przedstawicieli Kambodży aż do 1993 roku !!! Wielu z nich zmieniło szyld i nadal pozostaje na różnych szczeblach władzy.

Laos – bez wątpienia jest również krajem 3-go świata. Nie mniej jednak o wiele bardziej rozwinięty i cywilizowany niż sąsiadująca Kambodża. Braki w infrastrukturze nie są tak olbrzymie. Laos przypominał mi Polskę prowincjonalna z końca lat 80-tych. Na każdym urzędzie powiewają dwie flagi, państwowa i czerwona z sierpem i młotem, legalna jest tylko jedna partia polityczna a krajem rządzi Politbiuro. Jednocześnie widać już napływ towarów z zachodu a mieszkańcy namiętnie ślęczą przed telewizorami podłączonymi pod szpecące krajobraz setki prywatnych anten satelitarnych.

Kraj ten doświadczył również bolesnych wydarzeń w latach 70-tych. Targany wewnętrzną walką o władzę między różnymi frakcjami i nieustającymi zamachami stanu oraz wojną domową nie był w stanie przeciwstawić się samowoli sąsiadów. To właśnie przez Laos przebiegał słynny szlak Ho Chi Mina, droga zaopatrzenia dla walczących wojsk Północnego Wietnamu. W ramach akcji pokojowej w Indochinach USA zrzuciły na Laos ponad 2 miliony ton bomb, przez co kraj stał się najciężej bombardowanym terenem w historii ludzkości. Średnio, nalot bombowy na Laos miał miejsce co 8 minut, 24 godziny na dobę, przez 7 dni w tygodniu, 52 tygodnie w roku przez całe 9 lat. Nie muszę dodawać, że rozrzuconych bomb i pozakładanych min nikt nie pozbierał, więc do dziś tragedie są na porządku dziennym, a tablice ostrzegające przed minami można spotkać bardzo często.

Laos, zwany w średniowieczu krainą miliona słoni to również kraj o wiele spokojniejszy od swoich azjatyckich sąsiadów. Ruch na drogach nie jest aż tak chaotyczny jak w sąsiadujących krajach, nie ma aż tak natrętnych handlarzy, życie toczy się tu na o wiele wolniejszych obrotach. Ta atmosfera bardzo nam się spodobała.

Tajlandia – była dla nas tylko krajem tranzytowym, więc trudno o szersze podsumowanie. Jeden dzień spędzony w Chang Mai mieście ponad 300 bogato zdobionych buddyjskich świątyń oraz dwa dni w Bangkoku to za mało by poznać coś głębiej. Bez wątpienia Tajlandia będzie jawić się nam jako kraj dość nowoczesny nie szczędzący wydatków na drogi, lotniska i koleje. Mam nadzieję, że może następnym razem uda nam się liznąć nieco więcej tego fantastycznego kraju.


  • RSS