harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2006


swieta.JPG


Zyjemy, tyjemy, mamy sie wspaniale !!!

To już ostatni przedwakacyjny wpis do bloga. Wyruszamy na zasłużony, długo oczekiwany odpoczynek. Nie mialem wakacji od z górą 2 lat jestem już trochę zmęczony. Co prawda przez pół roku w Cairns nie pracowałem, ale nie można tego nazwać wakacjami. Szukanie pracy, oglądanie każdego dolara z kilku stron zanim się go wyda i odmawianie sobie każdej przyjemności by zaoszczędzonych pieniędzy nie pozbyć się zbyt szybko, to źródło dość potężnego stresu a nie wakacyjnego relaksu.

Wyruszamy szlakiem trampów poprzez Tajlandię, Kambodżę i Laos. Podczas kiedy inni wyruszają na mniej czy bardziej zorganizowane poprzez biuro podróży wakacje, my mamy wykupiony bilet lotniczy do Tajlandii, przewodniki Lonely Planet i …… czystą improwizację. Pragniemy przemierzyć zarówno dzikie, nieskażone turystyką rejony Indochin jak również tak znane w caym świecie miejsca jak Angkor Wat w Kambodży czy Luang Prabang w Laosie. Będziemy przedzierać się przez tropikalną dżunglę na dzikim wschodzie Kambodży oraz miejską dżunglę Bangkoku. Jak w każdej naszej podróży zdajemy się na lokalne środki transportu. Jakie by one nie były. Z pewnością nie będą to klimatyzowane autobusy czy pociągi Inter City.

W większości miejsc, które pragniemy odwiedzić prąd jest zaledwie przez kilka godzin dziennie, a o dostępie do sieci można tylko pomarzyć. Nie mniej jednak postaramy się przygotować jakąś świąteczną niespodziankę na bloga, więc zaglądajcie tu czasami by sprawdzić czy nie pojawiło się coś nowego. Do wirtualnych relacji „z pola walki” powinniśmy wrócić w połowie stycznia. Obiecujemy wtedy szczegółową relację z podróży i mnóstwo zdjęć.

Trzymajcie za nas kciuki i zaglądajcie tu podczas naszej nieobecności !!!

W malutkim, zółciutkim chińskim sklepiku na Springvale za równowartość dwóch piw (8 AUD) nabyliśmy drogą kupna.


chinska_wodka.jpg

Trzymajcie za nas kciuki. Cisza na blogu może oznaczać, że Chińczycy nie wydestylowali tego do końca. :) Jak przeżyjemy, to się odezwiemy.

P.S. Smakowalo jak tlustoczwartkowe paczki z nadzieniem rozanym tyle, ze kompletnie bez paczka. W ten sposob rozwialy sie nasze nadzieje, ze ten rysunek na pudelku przedstawia kapuste.

Pochłonęły mnie w całości. To największe zawody sportowe na świecie. W odbywającej się właśnie w stolicy Kataru Dosze imprezie startuje ponad 10 500 sportowców. Zawodnicy rywalizują o ponad 430 komplety medali rozdawanych aż w 39 dyscyplinach. Dla porównania: IO Pekin 2008 – 10 500 zawodników (szacunek), 302 komplety medali, 28 dyscyplin; Igrzyska Panamerykańskie Rio de Janeiro 2007 – 5 500 sportowców (szacunek), 339 konkurencji, 28 dyscyplin; Commonwealth Games Melbourne 2006 – 4 500 sportowców (w dużej części dzięki pokryciu kosztów podróży przez rząd Victorii), 247 konkurencji, 16 dyscyplin.

Azjaci oczywiście wszystko ulepszyli po swojemu. Rywalizują w dziedzinach dziwacznych, o których istnieniu europejczycy przeważnie nie mają zielonego pojęcia. Patrząc jednak na program Igrzysk Olimpijskich zastanawiam się czy niektóre z rozgrywanych tam konkurencji nie są bardziej dziwaczne.

Nie mniej jednak dla nas ciekawostką mogą być zawody np. w kabaddi. To pewien rodzaj drużynowej zabawy w berka. Biorą w nim udział dwa zespoły po 12 graczy, z których 5 jest w danym momencie w grze a 7 czeka w odwodzie. Gra trwa dwa razy po dwadzieścia minut. Polega na tym, że napastnik (zwany najeźdźcą) jednej z dwóch drużyn wpada na pole rywala i ma za zadanie dotknąć jednego z przeciwników i bezpiecznie powrócić na swoją część boiska. Z kolei obrońcy mają złapać najeźdźcę i zatrzymać go u siebie. Akcja ma trwać z reguły jeden oddech najeźdźcy. Zawodnik atakujący nie ma prawa zaczerpnąć powietrza po stronie rywala. Aby udowodnić, że nie oddycha cały czas skanduje słowo kabaddi. Gra ta wywodzi się z najbiedniejszych terenów Azji i popularna jest głównie w Indiach i Bangladeszu. Nie ma się co dziwić, to najtańszy sport świata.

Inną dyscypliną o dziwacznej nazwie, choć w Polsce równie popularnej, co ganianie się w berka jest Sepaktakraw. To nic innego jak znana z lekcji W-F siatkonoga. Gra się toczy na boisku do badmintona a zasady są dość podobne do siatkówki, choć z powodów oczywistych nie można używać rąk.

Z trochę bardziej znanych sportów, które nie trafiły (jeszcze) do programu IO podczas Igrzysk Azjatyckich rywalizuje się miedzy innymi w kręgle, snookera i biliarda. W tego ostatniego z reszta w odmianie klasycznego „poola” i w odmianie bez łuz. Są też zawody w szachach, kulturystyce i w golfa.

Niektóre dyscypliny azjaci przerobili na swoją modłę. Jedną z nich jest Miękki Tenis. Gra się toczy na klasycznym korcie tenisowym, ale przy użyciu miękkiej gumowej piłki i lżejszych rakiet. W efekcie sport ten jest o wiele mniej „siłowy” od klasycznego tenisa, co idealnie dostosowuje go do warunków fizycznych azjatów. Szczególnie Japończyków, skąd ten sport się wywodzi. Arabowie, zaprawiani w najtrudniejszych warunkach jeźdźcy dodali również cos od siebie. Są to zawody w jeździectwie na wytrzymałość. Konkurencja polega na pokonaniu 100 milowej trasy w czasie mniejszym niż 11 godzin.

Skoro na olimpiadzie można bez sensu biegać po macie ze wstążką, maczugami czy obręczą robiąc różne wygibasy i fikołki i jest to sport uznany i szanowany, choć niekoniecznie do końca rozumiany, to równie dobrze można rozdawać medale w Wushu. Na Igrzyskach Azjatyckich rywalizuje się również w tej konkurencji.

W tym tygodniu mija rok czasu od kiedy moja stopa stanęła w „Bałaganie”. Ten rok szybko zleciał a zarazem wydarzyło się całkiem sporo. Chyba czas na jakąś refleksję z rocznej perspektywy.

Do pracy zostałem przyjęty na okres półroczny w celu realizacji konkretnego pomysłu. Było to przygotowanie procedur i wdrożenia nowego, wybranego już systemu finansowo – księgowego. Miałem poznać firmę, jej potrzeby informacyjne w zakresie rachunkowości zarządczej, zaprojektować nowe rozwiązania, przedstawić je szefostwu a następnie przypilnować by znalazły się w nowo wdrażanym systemie. Konkretna praca w konkretnych ramach czasowych. To było w grudniu 2005.

Nowy 2006 rok przyniósł zasadniczą zmianę w tym, co miało nas czekać. Cały styczeń poznawałem niuanse i pracę w „Bałaganie”, jeździłem na spotkania z dostawcami naszych rozwiązań IT. W lutym nastąpiła zmiana frontu. Na horyzoncie pojawił się nowy system. Jest o wiele gorszy od obecnego i o lata świetlne za uprzednio wybranym. Zaniepokojeni rozwojem sytuacji dostawcy eksploatowanego systemu przypuścili szturm na „Bałagan” obiecując gruszki na wierzbie. Starego misia Alana, właściciela interesu, udało się wziąć na sztuczny miód i implementacja nowego systemu została całkowicie zarzucona na rzecz unowocześnienia istniejących rozwiązań. Moim zdaniem krótkowzroczność i największa porażka.

Marzec i kwiecień upłynął w rytmie reorganizacji. Czekała nas przeprowadzka do nowej lokalizacji. Zostałem pożal się Panie Boże odpowiedzialny za cały proces. W międzyczasie starałem się powoli ulepszać istniejące w firmie procedury. Niestety, to co miało być pierwotnie moim głównym obszarem działalności stało się marginesem. Zajmowałem się wszystkim. Podłączeniem prądu, zakupem mebli, telefonami, słowem totalnie sprawami administracyjnymi. W końcu przeprowadziliśmy się do nowego miejsca. Pierwsze tygodnie walczyliśmy z nieustannymi kłopotami w sieci.

W maju ruszył z kopyta proces unowocześnienia naszych systemów. Po raz pierwszy spędziłem w pracy cały weekend. Wraz z Lu, moim bezpośrednim przełożonym oraz konsultantami z firmy IT mieliśmy cały weekend na kompletną reinstalację wszystkiego na serwerach firmy. Wszystko przebiegło pomyślnie, przetestowane i działające było gotowe do użycia już w poniedziałek. Niestety okazało się, że połowa stacji roboczych ma kłopoty wynikające z tego, że Windows „gryzie” się z zainstalowanym właśnie oprogramowaniem. Prawie przez tydzień pracowaliśmy „na pół gwizdka”. Przywracanie całkowitej funkcjonalności systemu trwało jeszcze przynajmniej dwa miesiące.

Czerwiec to w Australii koniec roku finansowego. Te dwa miesiące (czerwiec i lipiec) były dla mnie najbardziej pracowite. Zamykaliśmy stary rok, zmienialiśmy zasady prowadzenia księgowości w całej grupie, przygotowywałem zasady raportowania na przyszły rok, planowaliśmy nowy budżet. Dodatkowo walczyliśmy z kolejnym etapem wdrożenia ulepszonego systemu. W międzyczasie pojawił sie pomysł by cześć firm byla obsługiwana przez ten najgorszy ze wspomnianych przeze mnie systemów. Migracja danych pochlonela mnóstwo czasu. W czerwcu również dostałem umowę na stałe. Moja rola uległa zmianie wraz z rozwojem sytuacji.

W sierpniu odkopałem się wreszcie z pracą. Spojrzałem wstecz i byłem bardzo zadowolony z tego co zrobiłem. W nowy rok wkroczyliśmy z zupełnie nową jakością. Najbardziej czasochłonne i pracochłonne zadania zostały zautomatyzowane. Praca „klepaczy” zminimalizowana. Niestety upgrade systemu, który zaczęliśmy w maju stanął w martwym punkcie. Firma dostarczająca nam to rozwiązanie unikała nas jak ognia. Skuteczniej niż Lepper sądu. W tak zwanym międzyczasie odszedł od nas Ted, dyrektor zarządzający. Miesiąc później dołączył nowy koleś od rachunkowości zarządczej. Stało się jasne, że moja rola będzie ewoluowała w innym kierunku.

Prawdę mówiąc nie wiem nawet jak upłynął październik i listopad. Przeleciał jak z bicza strzelił. W listopadzie na tydzień pojawiła się firma wdrożeniowa. Przez tydzień mieliśmy nadzieję na koniec naszej gehenny i przeprawy z nimi. Płonne nadzieje. Zainstalowali program i porzucili nas samych sobie. Bez wsparcia, instruktarzu szkoleń. W wkrótce okazało się, że program oferuje zupełnie inne funkcjonalności niż te, które przewijały się w propozycjach. W skrócie jak w jednej z polskich komedii „bunkrów nie ma ale też jest zajebiście”. Niestety to tak, jakby dostać zaj… koparkę z klimatyzowaną kabiną, podgrzewanym fotelem i innymi wodotryskami zamiast turystycznego autobusu.

Praca w „Bałaganie” ma kilka plusów. Dzięki niej głęboko wszedłem w australijską księgowość. Aby być skutecznym i efektywnym muszę poznać detale by z nich tworzyć agregaty i informacje. Kiedy projektowałem system wspomagający wypełnienie deklaracji podatkowej musiałem rozgryźć jej przygotowanie. Kiedy przebudowywałem system raportów płacowych zmuszony byłem wgryźć się w zasady naliczania wynagrodzeń by wiedzieć co poszczególne wielkości sobą reprezentują. Uważam, że taki poligon to dobre przygotowanie i zupełnie nie zmarnowany czas. Mimo kiepskich zarobków to dość dobra praca jak na pierwsze emigracyjne doświadczenie zawodowe.

Sam „Bałagan” ma jednak wiele minusów. To firma, która rozrosła się od zera. Właściciel jest w momencie, gdzie nie może kontrolować każdej transakcji, podpisywać każdego czeku. Firma wciąż w wielu miejscach działa na zasadzie małego sklepiku. Na dodatek małego, żydowskiego sklepiku. Właściciel i większość partnerów to żydzi. Trzymają się razem we własnym kręgu i dobór kooperantów wciąż opiera się na kluczu narodowościowym. Mają zaufanie tylko do „swoich” i góruje podejście, że jeśli na tym nie zarobię, to na pewno nie stracę. Z tego też powodu brak jest pola nacisku i manewru. Jeśli ktoś nawala nie możemy się z nim rozstać na normalnych zasadach rynkowych, bo jest to zaufany człowiek właściciela i trzeba z nim pracować choćby nie wiem co. Dlatego wdrożenie ślimaczy się 8 miesięcy, firma nas unika a my zdani jesteśmy na ich łaskę i niełaskę. Alan, właściciel ma również kilka fobii, które przekładają się na pracę tutaj. Najistotniejsza z nich to brak zaufania i podejrzliwość. W dobie komunikacji masowej internet w firmie pojawił się dopiero dwa lata temu. Podobno dość długo trwało przekonanie właściciela o tym, że nikt nie będzie czytał jego prywatnych e-maili.

Co dalej ? Myślę, że niedługo będzie pora odejść z „Bałaganu”. Moja rola ewoluuje w stronę IT, co akurat mało mnie pociąga. Wewnętrznie raczej wiele więcej nie osiągnę ani wiele się nie nauczę. Mam parę projektów, które traktuje dość ambicjonalnie i chciałbym zrealizować przed odejściem. Coś na zasadzie „ja wam chamy jeszcze pokażę”. To kiedy opuszczę gościnne progi „Bałaganu” będzie zależało również od decyzji kiedy wyprowadzamy się z „najlepszego miasta na świecie” a to raczej nie nastąpi w przeciągu najbliższego pół roku.

Wczoraj dostalismy przesylke na 102. Czemu na 102 ? Bo dokladnie tyle dni szla z Polski. :)


  • RSS