harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2006

W ostatni weekend w Wiktorii miały miejsce wybory do władz stanowych. Nie będę tu pisał o polityce w Australii, bo po pierwsze jest ona mdła jak flaki z olejem a po drugie staram się nie dyskutować o polityce i religii. Warto jednak wspomnieć o samej kampanii i wyborach, gdyż zbiegły się one niemal w czasie z tymi w Polsce, więc łatwo wypunktować różnice.

Kampania wyborcza przebiegała zupełnie odmiennie niż te kampanie, które pamiętam z Polski. Kompletnie brak bylo pooblepianych plakatami plotow, ścian, rur ciepłowniczych, podobizn kandydatów na kawałku pyty pilśniowej przyczepionej drutem do słupów, słowem tego wszystkiego co poobdzierane poniszczone i pozaklejane szpeci okolicę jeszcze długi czas po wyborach. Gigantyczne reklamy nie straszyły też z ulicznych billboardów, nie było tony ulotek wrzucanych do skrzynek pocztowych. Powiedziałbym, kampania outdoorowa bardzo ograniczona i mało widoczna.

To co mnie zaskoczyło to bezpośrednia kampania negatywna w TV. Bez ogródek, bez ogólników, prosto z mostu po nazwiskach. Przybierało to formę spotu powtarzanego kilkanaście razy dziennie, który mówił: „Pan X piastując funkcję publiczną zlikwidował ponad 300 szkół a jego agencja nieruchomości uzyskała kontrakt na sprzedaż ich budynków” lub też pokazywano ubiegającego się o reelekcję premiera mówiącego podczas swojej pierwszej kampanii wyborczej, że jeśli zostanie wybrany to w Wiktorii nie będzie płatnych dróg, po czym w kolejnej scenie pokazane jest jak kilka lat później otwiera odcinek płatnej drogi. Wiem, że w Polsce też często występuje kampania negatywna, ale różnica polega na tym, że nikt nie produkuje spotów mówiących „Roman G. jako członek Rady Nadzorczej banku dopuścił się malwersacji finansowych, właśnie toczy się proces przeciwko ówczesnemu zarządowi banku. Zanim zagłosujesz, zastanów się czy jesteś w stanie zaufać temu człowiekowi.” Nie rzuciły mi się również w oczy tak popularne w Polsce debaty telewizyjne między kandydatami.

Następną dostrzegalną różnicą jest brak ciszy przedwyborczej. Nie tylko na dzień przed wyborami, ale również w samym dniu wyborów. W tym dniu również najbardziej widoczna była kampania zewnętrzna. Przed każdym lokalem wyborczym porozstawiana były stoiska partii politycznych, porozwieszane plakaty transparenty z hasłami typu „Wybierz Zielonych” czy „Głosuj na Liberałów” a na przychodzących do głosowania czekały całe hordy naganiaczy wciskających tuż przed drzwiami setki ulotek. To co mnie osobiście ruszyło i co w Polsce chyba wzbudziłoby szerokie protesty, to umieszczenie niektórych lokali wyborczych w kościołach i budynkach sakralnych. I nie były to budynki „pokościelne”, dawno opuszczone, nieużywane jako miejsca kultu i przerobione by pełnić inne funkcje.

Na koniec słowo o samym przebiegu głosowania. Technicznie głosowanie również wyglądało odmiennie. Podczas gdy w Polsce stawiamy „X” tylko przy nazwisku jednego kandydata tu wymagane jest wyrażenie swoich preferencji poprzez poukładanie kandydatów w odpowiedniej kolejności. Na jednej z list trzeba było ponumerować kandydatów od 1 do 5. Na drugiej były słupki odpowiadające każdej partii czy komitetowi wyborczemu. Można było zagłosować na partię stawiając „X” nad wybranym słupkiem lub też wybrać ć ludzi z różnych partii wpisując kolejność od 1-5 przy nazwiskach poszczególnych kandydatów. Ciekawy ten system. Niestety na razie nie wiem jak owa mieszanka głosowania na „słupki” lub kandydatów wraz z numerkami przekłada się na ostateczną ilość głosów i wynik wyborów.

Co za weekend !!!

1 komentarz

Jeśli weekend jest podobno od tego, by odpocząć, zwolnić nie biegać to chyba nie dla nas. Ten był nad wyraz intensywny. Australia to taki kraj, gdzie wszystko jest czynne przeważnie od poniedziałku do piątku, z niewielkimi wyjątkami w sobotę i naprawdę wielkimi wyjątkami w niedzielę. Na dodatek zawsze, bez wyjątku góra do 16-17. Z tego też powodu sobota to jedyny dzień, kiedy możemy zrobić zakupy.

Wszystko zaczęło się od samego rana od poszukiwania przebrania na party, które mamy w pracy za tydzień. Wymyśliłem sobie, że zostanę marynarzem. No cóż, każdy może mieć marzenia. Ja do marynarki się nie nadaję bo nie umiem pływać a do łodzi podwodnych też nie, bo śpię przy otwartym oknie, więc choć przyjęcie „bożonarodzeniowe” będzie okazją do poparadowania. Bez większych problemów w sklepie z wyposażeniem pseudo wojskowym i do campingów udaje dostać mi się oryginalną bluzę z australijskiej marynarki wojennej. Tam też kupujemy okrągłą marynarską czapkę. Niestety spodni nie ma. Będziemy musieli coś skompletować gdzieś indziej.

Kolejne kroki prowadzą do fryzjera, gdzie dopada mnie w swoje łapki hinduska praktykantka. Mimo potężnej wady wzroku widze co wyprawia z narzędziami zbrodni w swoich łapkach i potwornie boje się już nie tylko o swoje włosy ale wręcz i zdrowie. Na szczęście całość kończy się happy endem i już po 40 minutach ruszamy w dalszą drogę.

Po niespełna pół godzinie docieramy do „Arabowa”. Tam bowiem jest jeden z ciekawszych „szmateksów”. Szukamy dołu do mojego marynarskiego kompletu. Białe spodnie, choć nie tak nieskazitelnie śnieżno białe jak góra, kosztują nas kilka dolarów. W ten sposób niewielkim kosztem kompletuję Całe przebranie. Szwendamy się jeszcze kilka kwadransów po okolicy, wydajemy majątek w „śródziemnomorskim” sklepie po czym wsiadamy w Juniora i zmieniamy otocznie. Na obiad jak co weekend jedziemy do Wietnamskiej dzielnicy.

Po malutkim, smaczniutkim, „żółciutkim” obiedzie przyszedł czas by odpucować „Juniora”. W niedzielę jego debiut na pierwszym australijskim zlocie garbusków. Musi być śliczny. Jedziemy więc do ręcznej myjni samoobsługowej. Za każdym razem mycie garbusa, walczenie z pianą na szczotce i wysokociśnieniowym „pistoletem” jest dużą frajdą. Zdecydowanie nabraliśmy już w tym wprawy i całość idzie szybko, sprawnie i bezproblemowo. Nie wiem dlaczego podkusiło mnie tylko, żeby umyć „małemu” silnik z resztek smaru i oleju. Wysokociśnieniowa myjka skutecznie zalała przewody elektryczne i w ten sposób po prostu utopiliśmy samochód. Wysuszenie wszystkiego zajęło sporo czasu, ale ostatecznie ruszyliśmy z myjni o własnych siłach bez udziału osób trzecich czy pomocy drogowej. Trochę później niż się spodziewaliśmy, ale jednak. Nie zdawaliśmy sobie jednak sprawy, że „Junior” wkrótce odgryzie nam się za podtopienie maszcząc się okrutnie.

Kolejnym przystankiem sobotniego maratonu był „Bałagan”. Musiałem zajechać do pracy by wziąć na niedzielę parę rzeczy do zrobienia w domu. Nie zabawiliśmy tam jednak długo i chwilę później pojechaliśmy na co weekendowe zakupy spożywcze do supermarketu. Po tej dość prozaicznej czynności skierowaliśmy się w stronę domu zahaczając jeszcze o monopolowy. Zakupiliśmy po dwa żywce i broki jako fanty na niedzielną wymianę.

Ruszyliśmy spod sklepu, dojechaliśmy na pierwsze skrzyżowanie i ……. „Junior” powiedział „dość, ja Wam teraz pokaże chamy” po czym bezceremonialnie zgasł. Kręcę, kręcę, kręcę rozrusznikiem, nic. Z naprzeciwka sznur pędzących samochodów, 4 pasy ruchu. Nie ma wyjścia, trzeba zepchnąć na pobocze, zajrzeć do silnika a jak nie, to dzwonić po pomoc drogową. Popchnięty pierwotnie w stronę pobocza „Junior” zaskoczył, ale silnik chodził nierówno i „wypadały zapłony”. Na szczęście na skrzyżowaniach nie trafiło nam się czerwone światło i dojechaliśmy jakoś do domu, choć łatwo nie było. Tu zajrzałem do silnika, zdjąłem kopułkę aparatu zapłonowego włozyłem z powrotem. Zadziałał. To powinno mnie zastanowić, nie zastanowiło. Wypakowaliśmy z samochodu „fanty” i zanieśliśmy do mieszkania. Ruszyliśmy na basen. Na pierwszym skrzyżowaniu mały zgasł 3 razy. Za każdym razem kiedy próbowałem ruszyć z zielonego światła. Znów odpadliśmy na popych i „dokulalśmy” się do domu. Dlaczego dziś, dzień przed zlotem. Kurde, zlot, jedyny w roku, na który czekaliśmy tyle czasu, pucowaliśmy Juniora chyba odbędzie się bez nas.

Rozgoryczeni, zmartwieni spakowaliśmy ręczniki stroje, okulary i poszliśmy na basen „z buta”. Basen znajduje się na przeciwległym od nas skraju Albert Parku. Choć do parku mamy z domu 10 minut to na jego koniec ponad pół godzimy marszu. Lawirując dookoła owali do krykieta, boisk do jajowatej i zwykłej piłki, pól golfowych i słynnego z wyścigów Formuły 1 toru po 3 kwadransach docieramy do basenu by….. pocałować klamkę. Dziś zamykają za pół godziny nie chce nam się wchodzić, wracamy. Kolejne 45 minut „z buta”. Sfrustrowani kapryśnym samochodem, perspektywą opuszczenia zlotu i półtoragodzinnym spacerem na darmo z dziką satysfakcją rozganiamy stado „hitchkocków” (mew), które przycupnęło przy brzegu jeziora. Białe ptaszyska odlatują z przeraźliwym krzykiem. Przez kolejne pięć minut głośno wyrażają swoją dezaprobatę. A echo znad jeziora zwielokrotnia ten odgłos niosąc go daleko po pustych o tej porze błoniach.

W niedzielę wstajemy o 7 rano. Po krótkim śniadaniu, na które oboje jakoś straciliśmy apetyt schodzę do samochodu. Przekręcam kluczyk, rozrusznik piłuje, silnik nie zaskakuje. Nie mam pomysłu co zrobić. Przeczyściłem styki kopułki aparatu zapłonowego, ustawiłem nową przerwę na przerywaczu, przeczyściłem palec rozdzielacza. Nic. Iskra dochodzi, więc cewka pracuje. Pompka paliwa też podaje benzynę. Może gaźnik ? Rozkręcam górę gaźnika. Zawór iglicowy w komorze pływakowej nie zblokował się, pompka przyspieszacza wewnątrz gaźnika w porządku. Wykręcam dyszę wolnych obrotów, przedmuchuję ją. Skręcam gaźnik, odpalam samochód…… działa !!!! Gaszę odpalam jeszcze raz. Działa !!! Super !!! Po raz drugi powinno mi to dać do myślenia. Nie dało.

Ruszamy na zlot. Nasz pierwszy australijski zlot garbusków. Przezornie jednak najpierw podjeżdżamy pod jeden z warsztatów. Tu kilkukrotnie gaszę samochód po czym odpalam ponownie. Zaskakuje za pierwszym razem, bez problemu. Chodzi idealnie. Dojeżdżamy więc do autostrady prowadzącej na południe i jedziemy na zlot.

Zlot ma miejsce w Cranbourne, odległej „zewnętrznej” dzielnicy „Wielkiego Melbourne” Przez całą drogę Junior zachowywał się bezbłędnie, szedł jak marzenie. Tuż przy samym zlocie zaczął przerywać. Wiedziałem, że to powtórka z wczoraj. Nie byłem zadowolony, ale przynajmniej na miejscu będzie sporo ludzi i części (jakże się myliłem) w razie potrzeby. Po opłaceniu 15 AUD opłaty wjazdowej znaleźliśmy się na wielkim placu lokalnego toru wyścigów konnych.

Kiedy w 2003 roku w Cairns Dorota mówiła mi, że w Australii nawet wojsko pracuje do 17.00 a później zamykają radar na klucz i idą do domu wydawało mi się to śmieszne. Teraz kiedy żyję w realiach, gdzie banki, centra handlowe a nawet Parki Narodowe zamykają bramy między 16 a 17 nic mnie już nie zdziwi. Tak też rzecz wyglądała na zlocie. To był najkrótszy zlot garbusków na jakim byłem. Trwał 6 godzin, od 10 do 4 po południu.

Dla tych, którzy nas czytają a bywali w Polsce na zlotach wystarczy powiedzieć, że cały zlot wyglądał jak przerwa w paradzie zlotowej, tyle że ……bez parady. Auta ładnie zaparkowane na placu postały 6 godzin po czym się rozjechały do domów. Coś na kształt internetowego „Flash mob” tyle, że w wykonaniu samochodów i przez 6 godzin. Wszyscy na zawołanie zjeżdżają się w jedno miejsce, stoją bez celu i rozchodzą się w ciszy. Główną różnicą w stosunku do zlotów w Polsce jest czas. To nie był weekendowy piknik z namiotami, ogniskiem, potuptajem i zabawą do białego rana. Nie było konkurencji zlotowych typu rzut wałem korbowym, bieg z założonym kołem kierownicy na nogi, przeciąganie garbusa czy „katowni”. Nie było wyścigów na ¼ mili czy kultowego „rajdu na orientację”. A nagrody oczywiście były. Komisja chodziła po placu i oceniała samochody. Samochody były piękne. Widać, że pogoda sprzyja a ludzie mają czas i pieniądze by o nie dbać. Dużo było starszych modeli z lat 50-tych i 60-tych. Ponieważ Melbourne to jednak drugie co do wielkości miasto w Australii można było się spodziewać perełek. Niestety takich nie było. Nie widzieliśmy żadnego „Brezla” ani 23 szybowego busa. W sumie nie widzieliśmy żadnego busa z szybkami u góry. Były karmany, były VW 1600, bagi, jedna baja. Samochodowo ten zlot bardzo mi się podobał ale pozostawił jednak pewien niedosyt. Apetyt na garbate auta był większy niż zaserwowane menu.

O ile samochody na zlocie wzbudziły niedosyt, bo były przepiękne i chciało się więcej i więcej, tak handlowa część to zupełna porażka. Stoisk było aż 7, z czego na jednym handlowano podkoszulkami, majtkami i śliniaczkami a na kolejnym plastikowymi modelami. Jedynym stoiskiem na poziomie byli gumiarze, którzy mieli chyba każdą możliwą uszczelkę do każdego możliwego typu VW. Szczęka opadała do podłóg. Było też stoisko z częściami do „show carów”. Części ładne, lśniące chromem lub mieniące się kolorami. Tyle, że do samochodów, które jeżdżą dwa razy w roku na zlot. I to nie zawsze o własnych siłach, bo czasami przywożone są na lawecie. . Jak podsumował to jeden z naszych „garbusowych znajomych” cały zlot, jak większość australijskich imprez, był po prostu drętwy, statyczny, nic się nie działo, zero „akcji”. Mimo, że całkiem podobało mi się tam trudno jednak się nie zgodzić z tą oceną.

Po zaparkowaniu „Juniora” w rzędzie obok całkiem ładnego kabrioletu (rzadkość, mimo upałów w Au kabrioletów prawie nie ma) spotkaliśmy się ze znajomymi garbusiarzami. Tu nastąpiła wymiana fantów. W nasze ręce poszedł licznik kilometrów od naszego modelu, w drugą stronę dwa żywce i broki. Kręciliśmy się po zlocie podziwiając samochody, pstrykaliśmy fotki. I tak przez 6 godzin. W międzyczasie słoneczko pięknie przygrzewało. Niestety wiał też dość mocny, zimny wiatr. Szwendając się tak wpadłem na pomysł, że wymienię kopułkę od aparatu zapłonowego. W tej co mam nie podobały mi się styki. Kupiłem przeźroczystą kopułkę „made in Taiwan”. Tak atrakcyjną wizualnie jak i bezużyteczną. W normalnych warunkach wytrzyma nie dłużej niż tydzień eksploatacji. Poszedłem do małego. Przekręcam kluczyk, rzęzi, rzęzi, rzęzi, nie chce zapalić. Wymieniam kopułkę. Młody odpala bez szemrania. Raz, drugi, trzeci. To powinno mnie po raz kolejny zastanowić !!! Ale ja jestem odporny na takie sygnały nie wprost. Resztę dnia spędzamy ze znajomymi snując się wśród samochodów obgadując modele i ogólnie dyskutując o wszystkim i niczym.

Kwadrans przed czwartą wszyscy zaczynają się rozjeżdżać. Żegnamy się więc i my i ruszamy w drogę. Garbaty odpala bez problemu. Wyjeżdżamy z tereny zlotowego i …. zaczyna mieć humory. Szybko zawracam, podjeżdżamy do znajomego. Chris, mówię, zobacz co z tym trupem jest, bo ja już nie mam siły. Po prostu nie wiem i już. Chris odpala i mówi….. chodzi jak marzenie. Rzeczywiście, zgodnie z prawami Murphiego „Junior” nie wykazuje najmniejszych symptomów nieprawidłowości. Namawiam Chrisa na przejażdżkę. Wyjeżdżamy za teren zlotu, przystajemy i…. silnik gaśnie i nie możemy odpalić. Po kolei sprawdzamy wszystkie elementy, które sprawdzałem wczoraj i dziś rano. Kopułka, przerywacz, palec, iskra na świecy. Kiedy niemalże po 40 minutach już prawie dajemy a wygraną Chris sprawdza jeszcze jeden kabel. I….. okazuje się, że nie tylko styk jest zaśniedziały i pokryty zielonym nalotem ale również był sporo wysunięty. W efekcie za każdym razem kiedy ruszałem kopułkę kabel wysokiego napięcia w cewce odzyskiwał porządny styk i „Junior” gnał jak trzeba. Wystarczyło jednak podskoczyć na nierówności, albo trochę wibracji silnika alby kabel nie stykał jak należy i przerywał. Wymieniliśmy kabel na taki jaki miałem w zapasie i młody odzyskał „szwung”. Podziękowaliśmy Chrisowi, pożegnaliśmy się jeszcze raz i ruszyliśmy w stronę domu. Juz bez przygód. Chris eskortował nas jeszcze kilkanaście kilometrów ale kiedy ostatecznie wszystko już okazało się w porządku dalej pojechaliśmy sami. To był bardzo intensywny a zarazem udany weekend. A jak go skończyć ? Najlepiej na basenie. Wieczorową porą, zaraz po rozpakowaniu zlotowych gadżetów szybciutko pojechaliśmy popływać. Tu na jaw wyszło jakim podstępem więzło nas australijskie słońce. Cały czas na otwartym terenie toru wyścigowego dość mocno wiał zimny wiatr. Jednocześnie z góry przypiekało słoneczko. Kiedy znajomi mówili, chodźmy do cienia, my się burzyliśmy, że nie, bo będzie zimno. A trzeba słuchać bardziej doświadczonych, co znają australijskie słoneczko nie od dziś. Na basenie, bowiem, odkryliśmy, że nasze mordki mają kolor smakosza mocnych trunków. Tak samo kark i ramiona. Kiedy popływawszy na basenie „olimpijskim” wchodziliśmy do brodzika, gdzie woda ma 34 stopnie, opalenizna piekła jak szalona. I tak zostało przez całą noc i ranek.

A dla zainteresowanych jak wygladaja garbate autka w kraju kangura, misia koali, tudziez innych wombatow przygotowalismy niewielka galerie, ktora mozecie znalezc TU

Plan na dzis.

Brak komentarzy

Jesli ktos by nas szukal, to… TU mozna nas znalezc.

Poszliśmy wczoraj do kina na świeżym powietrzu. Nie tam do żadnego samochodowego jak na filmach z Hollywood ale klasycznego, dla ludzi. Nie obyło się bez przygód. A wszystko to efekt ogromnego „spontanu” jaki nas ogarnął.

Jest niedzielny wieczór, czas, kiedy rzekłbym cały weekend już dawno przeminął. Odpoczywamy po kolejnym wypadzie nad Ocean do Sorrento. Ula leży na kanapie oglądając TV, ja klepie bezmyślnie w klawiaturę komputera. Popijamy tutejszego sikacza rozcieńczonego lemoniadą. Szukam „natchnienia”, co by tu jeszcze sobie „wygooglowac”. W pewnym momencie z TV pada zdanie, że to właśnie w Melbourne onegdaj uruchomiono pierwsze w Australii kino samochodowe. O…. to jest idea. Wklepuje szybko odpowiednią frazę do wyszukiwarki, klikam enter i po chwili bezduszna maszyna wyrzuca mi kilkadziesiąt trafień. Przebiegam wzrokiem po krótkich opisach i moją uwagę przykuwa jeden z nich. Wchodzę na stronę ich www. „Kino pod chmurką” mieści się niedaleko na północ od centrum w dzielnicy pełnej studentów, młodych ludzi i różnych kolorowych typków. Seanse odbywają się raz w tygodniu w niedzielę tuż po zachodzie słońca. Dziś grają RING. Jeden z moich ulubionych horrorów. Szybka wymiana zdań z Ulą i decyzja – idziemy !!!

W ciągu pięciu minut składamy nasze zabawki, narzucamy coś na grzbiet, bierzemy w łapkę cieplejszą koszulę na wieczór i wychodzimy z domu. Do centrum jedziemy pociągiem. Wysiadamy na stacji „Parlament” idziemy na tramwaj. Tu się dowiadujemy, że ze względu na gościnne występy antyglobalistów tramwaje przekierowano na inną ulicę. Idziemy. Na kolejnym przystanku elektroniczna tablica wyświetla, że następny tramwaj będzie za 18 minut. Co!!? Aż tyle? Nie, nie czekamy idziemy dalej. Na kolejnym przystanku tej samej linii dopada nas tramwaj kończący trasę przystanek dalej. Co robimy ? Wsiadamy, wszak lepiej jechać niż stać. Wysiadamy na następnym przystanku. Czekmy, czekamy, czekamy. W naszym kierunku jadą dwa tramwaje. Pierwszy zjeżdżający do zajezdni, drugi ten właściwy. Upieram się jak osiołek by jechać pierwszym. Ula stanowczo mówi NIE !!! Strzelam „focha”. Ktoś z drugiej strony ulicy biegnie do tramwaju. Otwierają się drzwi. Ula pasuje, wsiadamy. Za nami podjeżdża ten właściwy tramwaj, ten którym mieliśmy pierwotnie jechać. Nasz tramwaj rusza i…… skręca. My powinniśmy jechać prosto. Nie muszę chyba mówić o Uli wyrazie twarzy. Wysiadamy na następnym przystanku. Dalej do samego kina idziemy już „z buta”. Po drodze wściekłość nieco wyparowuje z Uli.

Na miejsce docieramy około 20.00. Wchodzimy do środka poprzez wąską furtkę. Kupujemy bilety po 10 AUD od osoby. Naszym oczom ukazuje się na prawdę świetne miejsce. Niewielkie podwórko o rozmiarach mniej więcej 15×30 metrów jest w pełni przygotowane na seans. Skoro kino wyświetla tylko największe klasyki lat 80-tych tak też wygląda scenografia. Duża ściana stanowiąca dłuższy bok pokryta jest graffiti z szablonu. Na niej umocowano ekran. Na podłodze rozłożono czerwony dywan. Po obu stronach ekranu stoją po dwa stoliki z nocnymi lampkami, gdzieś w rogu dwie wielkie 200 litrowe metalowe beczki. Z boku bardzo ładnie odrestaurowany skuter, coś na kształt starej polskiej „Osy”. Na „widowni” ostatni rząd stanowiły plastikowe krzesła oczywiście w stylu lat 80-tych. Tuż przed nimi kilka drewnianych stołków i „łezkowatych” krzeseł. Te ostatnie wyglądały jak krople wody położone poziomo z przymocowaną pionową deską stanowiącą oparcie. Najbliżej ekranu po prostu poukładano jaśki na podłodze. A całość bardzo kameralna, może na 50 widzów maximum.

Zakupiliśmy po piwku w barku na tyle, rozsiedliśmy się wygodnie i czekamy na seans. W miarę jak na zewnątrz robiło się coraz ciemniej coraz lepiej widoczne były bajki puszczane w międzyczasie na ekranie. Około 20.30 było już na tyle ciemno, iż spokojnie można było rozpocząć projekcję. Film pod gołym niebem ogląda się zupełnie inaczej niż w kinie. Atmosfera jest trudna do opisania. Dodatkowo nastrój wzbogacany jest refleksami świateł migającymi na elementach scenografii. Tego się nie da opisać, to trzeba zobaczyć.

Kiedy późnym wieczorem po seansie wracaliśmy do domu cała dzielnica jeszcze żyła. Dziesiątki knajpek i restauracji pękało w szwach. I to nie nocne były nocne kluby czy inne „potuptaje”, ale zwykłe bary, restauracje czy studenckie knajpki. Atmosfera tu jest zupełnie inna niż w części miasta w której mieszkamy. Bardziej młodzieżowa, dekadencka, niezależna, typowo studencka. To był na prawdę bardzo udany „spontan”.

Mordobicie.

Brak komentarzy

Właśnie w Melbourne trwa szczyt G-20. To zjazd ministrów finansów lub ich odpowiedników z najbardziej uprzemysłowionych krajów świata wraz z delegatem Unii Europejskiej. Jak dziś usłyszałem w TV jest o najważniejsze forum ekonomiczne jakie kiedykolwiek miało miejsce w Australii. Taki szczyt jak wszędzie, no może prawie wszędzie na świecie jest wspaniałą okazja do mordobicia. Nie inaczej jest w Melbourne. Różnej maści antyglobaliści urządzili sobie regularną wojną z lokalna policją. Obrazki cokolwiek zatrważające są jednak niczym w porównaniu z jatką, którą urządzili kibice Legii na Starym Mieście w Warszawie po zdobyciu przez klub Mistrzostwa Polski. Tu jednak na uwagę zasługują „narzędzia zbrodni”. Żadnych tam śrub czy łańcuchów. Tu poszły w ruch balony z moczem i sztuczną krwią, końskie odchody oraz duże przemysłowe kosze na śmieci. Zniszczenia na mieście można opisać jako takie, które w Polsce występują po tzw. meczu podwyższonego ryzyka. Lokalne władze, które właśnie toczą zaciętą kampanię wyborczą przed wyborami najwyraźniej nie doceniają mieszkańców „najlepszego miasta na świecie”, gdyż ogłosiły, że rozruchy zostały spowodowane poprzez osoby, które przyjechały do Melbourne z innych stanów i z Europy. Hmmm, dlaczego nie z Ameryki ?

Obserwując te protesty znów przychodzi mi na myśl jak różnym krajem jest Australia. W Polsce rozróby są przeważnie po meczach piłki nożnej albo w Krakowie przy byle okazji. Tam napierdzielanie się po mordzie przy okazji 1-go maja, 3-go maja, 22 lipca czy 11 listopada jest już częścią tradycji. Niedługo pewnie zaczną o tym pisać w przewodnikach Lonely Planet. Tu w Australii po meczach i imprezach masowych ogromy, niewyobrażalnych rozmiarów, kolorowy tłum obwieszony klubowymi gadżetami pysznie bawi się na ulicach miasta. Największymi przejawami agresji są szydercze przyśpiewki pod adresem kibiców przeciwnej drużyny. Tak samo różni się zachowanie protestujących. W czasie szczytu ekonomicznego w Warszawie sklepikarze pozabijali wszystkie witryny deskami. Wyglądało to niesamowicie. McDonald, duże banki poobstawiane rusztowaniami, wokół których rozwinięto siatki. Drobne sklepiki zabite deskami i obłożone sklejką. Warszawa widząc co dzieje się w innych stolicach przygotowała się na wojnę. W zamian dostała radosny happening. Barwny korowód demonstrantów poprzebierany w najbardziej wymyślne kostiumy przemaszerował ulicami miasta w całkowitym pokoju. Kiedy następnego dnia jechaliśmy trasa demonstracji w oczy rzuciło nam się, że mimo iż przezornie z ulic usunięto kosze na śmieci nigdzie wokół nie było nawet papierka na drodze, aż ciężko było w to uwierzyć. Dokładnie tak samo jak w największe od 6 lat zamieszki, które miały dziś miejsce na ulicach Melbourne.

Kiedy rozmawiamy z innymi emigrantami o sposobach emigracji skupiamy się głównie na tym, w jaki sposób uzyskali status rezydenta w Australii. Jedni z nas zostali ściągnięci przez rodzinę, inni znaleźli przez Internet męża, jeszcze inni przyjechali tu jako studenci, zdobyli wykształcenie i na tej podstawie dostali prawo pobytu, pozostali przeszli przez sito kwalifikacji wykazując się odpowiednim przygotowaniem i doświadczeniem zawodowym. Ale przyjaz do Australii nie zawsze jest największym wyzwaniem. Czasem większym problemem jest wyjechać z własnego kraju.

Tą historię usłyszałem w kawałkach. Po raz pierwszy kilka tygodni temu, dziś jej kolejną część. Opowiedziała mi ją Hana, 30 letnia Wietnamka pracująca od niedawna w „Bałaganie”. Całe jej dzieciństwo przebiegało w rytmie nieustannych prób ucieczki z Wietnamu.

Ojciec Hany był oficerem w wojsku Wietnamu Południowego. Był inżynierem, wykształconym przez Amerykanów specjalistą, budownictwa. Kiedy w 1975 roku północnowietnamskie wojska odniosły ostateczny tryumf nad wspieranym przez Amerykę południem stało się jasne, że wojskowych z południa czeka niechybna śmierć. Choćby z zemsty za okrucieństwa i bestialstwo, jakich dopuszczali się żołnierze w stosunku do ludności cywilnej. Żeby być sprawiedliwym w wypadku zwycięstwa południa rzeź czekałaby zwolenników Ho Chi Minha. Po upadku południa Hany rodzina znalazła się w ciężkiej sytuacji. Ciężkiej, ale nie beznadziejnej. Jej ojciec jako oficer miał niemałe uposażenie i dość duże wpływy z łapówek, jak również rozległe znajomości. Także wśród tych, którzy znaleźli się w obozie zwycięskim. Dzięki temu ocalił życie sobie i rodzinie. Nie miał jednak przyszłości w nowych realiach Wietnamu. Dlatego jedyną szansą była ucieczka z kraju, a jedyną możliwością ucieczki droga morska.

Po raz pierwszy Hana, jej dwie siostry, trzech braci i rodzice znaleźli się na łodzi, gdy Hana skończyła 5 lat. Nie wiele z tego pamięta osobiście, ale nie dopłynęli za daleko. Ich łódź była stosunkowo duża i wcześnie namierzył ich wojskowy kuter. Na szczęście żadnemu z dowódców nie chciało się odpalać pocisku czy torpedy i szczęśliwie wrócili na ląd.
Kolejna próba ucieczki nie przeszła już tak bezboleśnie. Wypełnioną uchodźcami łódź wojskowa jednostka przechwyciła tuz przed opuszczeniem wód terytorialnych. Zmuszono ich do powrotu na ląd, gdzie oddzielono kobiety i dzieci od mężczyzn. Kobiety puszczono wolno, mężczyźni trafili do więzienia. Tu nastąpił szeroki wywód Hany o systemie łapówkowym w Wietnamie. Lokalni wojskowi znakomicie zdawali sobie sprawę, kto jest kto i wiedzieli, że od Hany rodziny wyciągną haracz za ojca. Szczęśliwie po kilku miesiącach ojciec został wykupiony. Trochę poobijany, ale cały wrócił do domu i….. natychmiast zaczęli planować kolejną rejteradę. Uciekając po raz trzeci po raz kolejny znaleźli się na przeludnionej łodzi. Wietnamskim zwyczajem, mężczyźni leżeli na górze a kobiety pod pokładem. Pech chciał, że łódź w pewnym momencie zaczęła nabierać wody. Wszyscy małymi czerpakami starali się ją usuwać, ale wody przybywało szybciej niż byli ją w stanie wylewać. Kiedy stało się jasne, że nawet jeśli będą w stanie dotrzeć na wody międzynarodowe to i tak przeciążona i przeciekająca łódź pójdzie na dno nie było innego wyjścia jak zawrócić z powrotem do Wietnamu. Hana twierdzi, że tylko 20-25% uciekinierów przeżywało ucieczkę przez morze.

Opuszczenie wód terytorialnych Wietnamu nie dawało jeszcze gwarancji powodzenia całej akcji. Na uchodźców czekały jeszcze pełne bandytów akweny Tajlandii. Tajscy gangsterzy pałali nienawiścią do Wietnamczyków, a z tymi, którzy wpadli w ich ręce obchodzili się brutalnie i bez pardonu. Jeśli skończyło się tylko na grabieży złota, biżuterii i kosztowności można było mówić o szczęściu. Wyjątkowi zwyrodnialcy potrafili na oczach kobiet poderżnąć mężczyznom gardła wyrzucając ich za burtę, po czym zgwałcić je wielokrotnie i puścić z tym brzemieniem wolno. Samobójstwa wśród zgwałconych były na porządku dziennym. Hana z rodziną dwukrotnie wpadła w ręce Tajów. Za pierwszym razem okradli ich z kosztowności i łodzi, przesadzając na małą szalupę. Chyba po raz pierwszy cieszyli się, że znalazł ich później wietnamski kuter. Ojciec znów poszedł do więzienia, ale najważniejsze było, że wciąż żyli. Drugie spotkanie z tajskimi piratami skończyło się na obrabowaniu z kosztowności i zostawieniu w spokoju. Tym razem, zdecydowali sami, że muszą wrócić.

W sumie rodzina Hany próbowała uciec łódką 9 razy. Po raz pierwszy, gdy Hana miała 5 lat a po raz ostatni jak skończyła 11. Ostatecznie powoli kończyły się pieniądze na łapówki, wykupywanie z więzienia i opłacenie przemytników podjęli decyzje, że łatwiej będzie przedostać się ojcu z dwoma najstarszymi synami niż całej rodzinie z 6 dzieci. Decyzja okazała się strzałem w przysłowiową dziesiątkę, gdyż właśnie ta 10 podróż zakończyła się sukcesem. Małą łodzią przystosowaną bardziej do pływania po spokojnych wodach Mekongu niż po wzburzonym morzu pełnym fal, które w każdej chwili mogły przewrócić długą wąską szalupę tej trójce udało się dopłynąć do Malezji. Tam zyskali pomoc lokalnych mieszkańców. Płynęli dalej na południe i trafili wreszcie na miejsce, gdzie urzędowała międzynarodowa misja prowadzona głównie przez Amerykanów i Australijczyków. Z tej misji trafili do czegoś na kształt obozu uchodźców. Spędzili tam ponad 3 lata.

Następnym etapem była już Australia. Nikt jednak nie zdawał sobie sprawy, że rodzina połączy się tu dopiero w 9 lat od daty ucieczki z Wietnamu. Złożył się na to nie tylko okres spędzony w obozie przejściowym, ale również załatwienie wszelkich formalności imigracyjnych w Australii i wyrwanie z Socjalistycznej Republiki Wietnamu przebywającej tam rodziny. I choć Hana rozpoczynała wielokrotnie swoją drogę do Australii na łódce ostatecznie przyleciała tu samolotem.

W zeszłym tygodniu Szpulki tata (pseudonim artystyczny Żubr) obchodził okrągłe 50 urodziny. Od dłuższego czasu zachodziliśmy w głowę, jaką niespodziankę sprawić mu z tej okazji. On pewnie najbardziej by się ucieszył z telefonu oznajmiającego „Mamo, tato, jestem w ciąży”, ale na to będzie musiał niestety jeszcze jakiś czas poczekać. W miarę zbliżania się do dnia „0” jak kaczki (uf co za niebezpieczne słowo w obecnej Polsce) padały kolejne pomysły. Paczka z „duperelami” wydała nam się niezbyt wyszukana, bukiet kwiatów trochę nie dla faceta a zwykła kartka to jednak za mało na 50 urodziny. Co, zrobić, co zrobić !!! Po pewnym namyśle Ula postanowiła sprezentować ojcu tort urodzinowy.

Rozpoczęły się gorączkowe poszukiwania sposobu realizacji tego ambitnego przedsięwzięcia. Cukiernie niestety nie są w sieciach na kształt kwiaciarni, co pozwala zamówić w lokalnym sklepie bukiet, który dostarczony będzie na drugi koniec świata. W Legnicy nie ma również możliwości zakupu w cukierni przez Internet. No ale od czego jest stary poczciwy telefon !!! Wyszukanie numerów w internetowej bazie „Polskich Książek Telefonicznych” zajęło kilka minut. Obdzwonienie kilku cukierni nie więcej niż pół godziny. I….. jedna przyjęła zlecenie. No tak, tort można zamówić, ale jak go dostarczyć „Żubrowi” na czas? Bardzo miła osoba po drugiej stronie linii powiedziała, że dopnie wszystkie szczegóły jak tylko skonsultuje się z właścicielami. Kolejny telefon (nazajutrz) i już wszystko jest domówione. Tort czekoladowy z bita śmietaną, nasączany alkoholem zostanie dostarczony dokładnie o 17.00 pod wskazany adres. Tu duży ukłon w stronę cukierni, która mimo, że pracuje do 15.00 i nie dostarcza wyrobów do domu, to stanęła na wysokości zadania i specjalnie zorganizowała posłańca po godzinach.

Teraz czekał nas (a szczególnie mnie) najgorszy okres. Niecierpliwe czekanie aż do daty Żubrzych urodzin. Ula o mało nie zniosła jajka z emocji. I tak nadszedł wreszcie ten dzień. Potworna, 10 godzinna różnica czasu sprawia, że kiedy w Polsce jest 17.00 u nas mamy już 3 rano dnia następnego. Ula z wrażenia nie mogła spać całą noc, a ja razem z nią, choć z zupełnie bardziej prozaicznych przyczyn. Kwadrans po trzeciej rano telefon do Legnicy „Halo, tato ? Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin!!!”. Tort doszedł jak obiecano.

Z drugiej strony wyglądało to mniej więcej tak. Legnica, dzień „0”, godzina 17.00. W mieszkaniu na Żwirkach rozlega się domofon. „Halo, dzień dobry, mam przesyłkę dla Pana Żubra”. Uli tata wpuszcza posłańca i otwiera drzwi. „A co to za paczka” – pyta. „Jejku, Pan naprawdę nic nie wiedział !!!” – odpowiada zaskoczony kurier. – „Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, córka Panu tort z Australii przesłała”. Żubrowi „stanęły świeczki” w oczach.

show.php?size=original&album_name=%2FCod

Mało jest rzeczy jeżdżących po torach w Victorii, którymi jeszcze nie jechaliśmy.

Lubię robić zakupy. Wyszukiwanie czegoś do domu sprawia mi przyjemność, czasami poprawia humor. Tu w Australii nazywają to „retail teraphy”. Czasami jednak trzeba się sporo nagimnastykować by kupić coś, co ma godziwy stosunek jakości do ceny. Robienie zakupów w Australii wymusiło na mnie zmianę przyzwyczajeń.

W Polsce po prostu raz na dwa/trzy tygodnie jechaliśmy do supermarketu i ładowaliśmy cały wózek. Nie przebieraliśmy za bardzo, nie wybrzydzaliśmy. Wyszukiwaliśmy to, na co mieliśmy ochotę i pakowaliśmy do wózka to, co naszym zdaniem było dobrej jakości. Było to możliwe gdyż po pierwsze jedzenie było relatywnie tanie w stosunku do zarobków, po drugie różnice cen między sklepami nie były wysokie (może 20-30%) i po trzecie w jednym sklepie dostać można było wszystko.

W Australii zakupy to wyzwanie. Teraz nie kupujemy wszytkiego jak leci. Każdą rzecz trzeba obejrzeć, przekalkulować czy się nie przepłaca. Różnice w cenach są KOLOSALNE. Kiedy nie tak dawno szukaliśmy sokowirówki ceny upatrzonego przez nas modelu wahaly się od 50 do prawie 200 AUD. Podobnie jest z artykułami spożywczymi. Co prawda frajda jest niesamowita, jeśli uda się gdzieś kupić za 50 AUD coś, co gdzie indziej kosztuje 200 AUD, ale ile czasu zabiera wyszukanie takiej okazji !!! Zakupy spożywcze robimy „na raty”. U azjatów mięso i owoce morza, u Arabów przyprawy i daktyle u Rosjan owoce, warzywa i podroby, a w supermarketach produkty „standardowe” takie jak kawa, herbata, mąka czy cukier.

Z początku strasznie mi to doskwierało, że nie mogę pójść wjedno miejsce i po 2 godzinach wyjść z pełnym koszykiem wszystkiego lecz muszę ganiać z miejca w miejsce tracąc czas, który możnaby lepiej spożytkować. Teraz już się do tego przyzwyczaiłem. Przyzwyczaiłem się, że trzeba patrzeć na ceny i jednostki sprzedawanych produktów, że czasami 2 półtoralitrowe butelki napoju wychodzą taniej niż jedna 2,5 litowa a opakowanie tej samej kawy w sklepie obok może być tańsze o połowe. Jedyne z czym moja psychika na razie nie może się pogodzić to płacenie za jedną i tą samą rzecz 20 AUD w jedym sklepie i 50 AUD w innym. Ta świadomość, że 20 AUD zawiera z pewnością już godziwą marżę powoduje, że cenę 50 AUD odbieram jak rozbój w biały dzień, wyzysk na granicy oszustwa. No ale nic na to nie poradzę. Wlazłem między wrony, więc kraczę jak i one.

A w Melbourne trwa wiosenny karnawał. Jak co roku miasto opętał szał końskich gonitw. To w takim samym stopniu wydarzenie sportowe co towarzyskie. Tak jak w Polsce kobiety konkurują o najwymyślniejszą kreację Sylwestrową, tak w Melbourne trwa rywalizacja o najbardziej orginalne nakrycie głowy na wyścigi. Od kilkunastu dni na ulicach można obejrzeć istną rewię mody. Lekkie kiecki, buty na obcasach, kapelusze, pióra we włosach. Panowie obowiązkowo garnitury i koszule. Wygląda to niesamowicie. Wyobraźcie sobie ślub czy wesele, ale nie 100 par w kreacjach lecz kilkanaście tysięcy na raz. Jutro nastąpi kulminacja, najważniejsza gonitwa w roku. Z tej okazji co roku pierwszy wtorek listopada jest dniem wolnym od pracy. Wyścigi będą się odbywały cały dzień (co zresztą ma miejsce już od kilku dni) a na ten jeden, największy, najważniejszy całe miasto wstrzyma oddech. Jak co roku na tor „Flemington” przybędzie ponad sto tysięcy widzów. I jak co roku każdy będzie starał się w ten dzień pokazać. Część dziewczyn będzie ubranych gustownie i ze smakiem w wyszukane i atrakcyjne kreacje, część będzie wyglądała jak ladacznice a jeszcze inna część będzie gracją i sylwetką przypominała słoniki. Standardowo miniaturowe przekąski i nadmiar szampana szybko dadzą znać o sobie rozluźniając atmosferę i samokontrolę. I jak co roku po kilku godzinach dziewczyny będą trzymały buty w rękach. Wieczorem część z nich (niewielka część ale jakze widowiskowa) umęczona wrażeniami całego dnia, z rozmazanym makijażem i lekko „wymięta” nie będzie miało już siły trzymać fasonu i da się pokonać alkoholowi gdzieś pod murem w City. Wieczorem też wszystkie kluby będą pękały w szwach. I koleny Melbourne Cup przejdzie do historii.

34 lata.

12 komentarzy

Tyle czasu zajęło mi dojście do kilku życiowych prawd, którymi z braku lepszego pomysłu na notkę tutaj z Wami się podzielę.

Pieniądze – Sześciocyfrowy stan konta z pewnością należy do rzeczy bardzo przyjemnych, ale kilka rzeczy w życiu jest jeszcze przyjemniejszych. Na przykład uśmiech na ustach Szpulki, odręcznie pisany list (w dobie komunikacji e-mailowej rzecz prawie niewyobrażalna) od kolegi z liceum, albo zimowa podróż garbusem przez zasypane śniegiem leśne dukty i przecinki Puszczy świętokrzyskiej.

Ludzie – Nie ma się co przejmować tym, że ktoś nas nie lubi. Właściwie z jawną niechęcią czy nawet wrogością żyje się wręcz łatwiej. Łatwiej niż z nieszczerą i fałszywą przyjaźnią. Zdanie innych osób na swój temat trzeba a nawet należy mieć w dupie.

Praca – W pracy większe znaczenie zawsze będą miały zdolności interpersonalne niż przygotowanie merytoryczne. Kto posiada dobrze rozwinięte umiejętności „czarowania” bez względu na rzeczywiste wyniki zamydli przełożonemu oczy budując wokół siebie mit. Oczaruje też podwładnych tak, że pójdą za nim w ogień. Szczytem umiejętności jest poziom „dyplomata” czyli zdolność powiedzenia komuś „spierdalaj” w taki sposób, że ten odczuje podniecenie przed nadchodzącą podróżą.

Podróże – Podróże kształcą tylko tych, którzy mają otwarte umysły i zdolni są przyswajać nowe doświadczenia. Okopany w swoich jedynie słusznych poglądach baranek z każdym rokiem może podróżować coraz więcej i coraz dalej a i tak pozostanie takim samym kołkiem jakim był pierwotnie. Bez wątpienia jednak kto podróżuje, ten żyje dwa razy.

Stres – Chociaż raz w życiu należy wyjść trzaskając drzwiami lub zwyczajnie dać komuś po gębie, bez względu na konsekwencje.

Seks – Za Woodym Allenem: ” Różnica miedzy seksem i miłością jest taka, że seks rozładowuje napięcie, a miłość je wywołuje”.

Koniec świata – Za Lecem: „Optymizm i pesymizm różnią się jedynie w dacie końca świata”.


  • RSS