harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2006

Ostatnio odkryliśmy w naszej okolicy basen. No, może to słowo to lekka przesada, bo odkrycie to jest mniej więcej na miarę Ruskiego, który odkrył rower u Niemca na dachu. Basen stał sobie cały czas w tym samym miejscu, około 150m od naszego domu, całkiem dobrze widoczny, otoczony kortami tenisowymi, boiskami do siatkówki i badmintona wraz z towarzyszącym Fitness Klubem. Nam jednak zawsze na ten basen było nie po drodze. Zawsze mijając go, powtarzaliśmy „trzeba tu przyjść zobaczyć jak jest” i na tym się kończyło. I tak prawie przez cały rok. Kilka tygodni temu jednak przełamaliśmy się i w końcu nasze ścieżki powiodły do owej krytej pływalni. I tak się zaczęło. Basen mały, 25 metrowy z zaledwie 6 torami, ale na nam w zupełności wystarczy. Od czasu naszego „odkrycia” chodzimy tam regularnie 2-3 razy w tygodniu. Przyjeżdżam z pracy, „wciągam” lekki posiłek, by nie przeszkadzał w wodzie i siup popływać. Spędzamy tam każdorazowo mniej więcej 3-4 kwadranse. Po pierwszym razie, mój super wytrenowany organizm zasapał się po przepłynięciu 2 długości, ale z każdym następnym razem było już tylko lepiej. Taki trening wprost fantastycznie wpływa nie tylko na moje boskie ciało, ale również jakoś na psychice mi lepiej.

Żeby nie było zbyt dużego przegięcia w jedną stronę i byśmy w przyszłości nie zostali najzdrowszymi nieboszczykami na cmentarzu staramy się jak możemy zniwelować wpływ basenu na nasze życie. Najczęściej ma to postać kopcenia nie tak dawno zakupionej fajki wodnej. Wieczorami, kiedy nie pływamy rozkładamy się na kanapie, nabijamy fajkę i w oparach aromatycznych owocowych tytoni gramy w kości popijając winko. Jedno nabicie fajki, to około 2-3 godzin pykania. Schodzi cały wieczór. A rano wstajemy z lekkim kacem od wina i przepalenia.

Z ostatniej chwili: Albo się już nieźle zmelbournizowaliśmy, biorąc przykład z kolesi biegających cały rok w podkoszulkach i klapkach, albo faja zaczęła wyżerać nam resztki mózgu, albo naprawdę spodobało nam się to pływanie. Dziś właśnie, przy 12 stopniach Celsjusza i typowo melbourniańskiej huśtawce pogodowej pływaliśmy na świerzym powietrzu w odkrytym basenie.

„Skarb”.

3 komentarzy

„Skarb” to bodajże pierwsza polska powojenna produkcja filmowa. Gra w niej cała plejada znakomitych aktorów. Danuta Szaflarska, Jerzy Duszyński, Jadwiga Chojnacka, Adolf Dymsza, Ludwik Sempoliński i inni. Jak w wielu komediach nie byłoby „akcji” gdyby nie niedomówienia, które nie wyjaśnione w odpowiednim czasie powodują całą lawinę nieporozumień i w efekcie doprowadzają do całkiem poważnego zagrożenia.

Witek Konar jest kierowcą autobusu, jego żona Krysia Różycka – ekspedientką. Jak wiele innych młodych małżeństw w powojennej Warszawie, nie mają gdzie mieszkać i borykają się z nie lada kłopotami by znaleźć jakieś lokum. W końcu udaje się im się wynająć pokój u niejakiej pani Malikowej. Mieszka tu już aktor radiowy (prestidigitator) Alfred Ziółko, kelnerka Basia i radca Sass-Gromowicz. Jest ciasno, wszyscy sobie przeszkadzają. Na swoje nieszczęście Witek rysuje plan wymarzonego mieszkania i wpisuje słowo „skarb” w miejscu gdzie będzie stało łóżko jego ukochanej. Dodatkowo na odwrocie widnieją spisane z ogłoszeń prasowych adresy pokoi do wynajęcia. Traf chce, że jest to ulica Złota 25, Twarda, itp. Plan wpada w ręce Pana Ziółko, który sądzi, że w mieszkaniu Malikowej ukryte są skarby i to na dodatek jakie !!! Samego złota jest 25 kg a do tego jeszcze „twarda waluta”. Wkrótce dołączają do niego inni. Na nic zdają się zapewnienia Witka i Krysi, że w mieszkaniu nie ma żadnego skarbu a wszystko to jest efektem niedomówień i wybujałej wyobraźni. Owładnięci żądzą lokatorzy nie dają im wiary (przecież sami wiedzą lepiej) i wszyscy zgodnie kują i tak już osłabione mury. Zamiast złota znajdują niewypał bomby, a gruz ze zrujnowanych murów uniemożliwia im ucieczkę.

Często, tak jak w filmie „Skarb” rozumiemy intencje innych na opak. Nasza wyobraźnia czasem płata figle. W świecie filmu prowadzi to do komedii omyłek w życiu codziennym ma znacznie mniej przyjemne skutki.

Cip, cip, cip, ….

5 komentarzy

… czy jak tam się woła na papugi.

W Wielkim Mieście bardzo mało jest miejsca na dziką przyrodę. Wystarczy wyjechać jednak około 50 km za miasto by spotkać jej namiastkę. W dzielnicy Kallista np. znaleźć można miejsce, gdzie jest mnóstwo papug. Ptaszydła są strasznie rozpieszczone i wybredne. Gardzą prawie wszystkim poza ziarnami słonecznika. A rozpuszczone są tak, że bez obawy jedzą z ręki. Wystarczy nasypać trochę ziaren na otwartą dłoń i stanąć w miejscu. Z resztą zobaczcie sami. Po kliknięciu na miniaturę otworzy się powiększenie.


show.php?size=thumbnail&album_name=%2FZw show.php?size=thumbnail&album_name=%2FZw show.php?size=thumbnail&album_name=%2FZw show.php?size=thumbnail&album_name=%2FZw

show.php?size=thumbnail&album_name=%2FZw show.php?size=thumbnail&album_name=%2FZw show.php?size=thumbnail&album_name=%2FZw show.php?size=thumbnail&album_name=%2FZw

show.php?size=thumbnail&album_name=%2FZw show.php?size=thumbnail&album_name=%2FZw show.php?size=thumbnail&album_name=%2FZw show.php?size=thumbnail&album_name=%2FZw

Karta bankomatowa.

5 komentarzy

W niedzielę wraz ze znajomymi pojechaliśmy na obrzeża Melbourne podziwiać kwitnące rododendrony. Miejsce dość urokliwe, zadbane, pełne przepięknych, różnokolorowych kwiatów, oczek wodnych, drewnianych mostków, urozmaicone krajobrazowo (temat na osobną notkę). Spędziliśmy tam kilka wspaniałych godzin. Znajomi zostali na BBQ, my wyjechaliśmy wcześniej. W drodze do domu zahaczyliśmy o duże centrum handlowe. Właśnie zdążaliśmy szerokim pasażem w stronę supermarketu, kiedy zadzwoniła Uli komórka. Miłym głosem kobieta spytała, czy Ula płaciła kartą za wejście do ogrodu. Z początku myśleliśmy, że coś jest nie w porządku z transakcją. Nie poszła ? Jak nie poszła, mamy potwierdzenie. Sekundę później okazało się, że nie chodzi o transakcję, ale o karte płatniczą. Po prostu „nie poszła z nami” tylko została w okienku kasowym parku. Uli skacze ciśnienie. Do zamknięcia Parku około pół godziny. Możemy nie zdążyć tam wrócić. Szybki telefon do znajomych. Jesteście jeszcze tam na miejscu ? Szczęście nam dopisało. Złapaliśmy ich w ostatniej chwili. Spakowali już wszystko do samochodu, siedzieli w środku, mieli ruszać. Spróbujcie proszę odebrać naszą kartę, bo inaczej czeka nas jutro zwalnianie się z pracy i wycieczka po nią. Mija niespełna 5 minut. Telefon, mamy ją !!! (Jeszcze raz wielkie dzięki !!!) Ufff, kamień spadł z serca.

Ogólnie to mieliśmy tego dnia ogromnie dużo szczęścia. Jeśli zauważylibyśmy sami brak karty z pewnością byłaby panika. Gdzie jest, zgubiliśmy czy nas okradziono, jak to się stało? Czekałby nas telefon by ją zablokować, później aplikacja i oczekiwanie na wydanie duplikatu. Jeśli zadzwonilibyśmy 3 minuty później, znajomi byliby już w drodze i nie odebraliby jej z kasy, co kosztowałoby mnie konieczność wzięcia pół dnia wolnego. Wszysko uratował telefon z biura obsługi klienta banku, który miał miejsce na prawdę w ostatnim możliwym momencie. Kiedy kasjerka zorientowała się, że obok terminalu leży czyjaś karta zadzwoniła do banku, a tam wyszukano Uli numer telefonu (jak dobrze mieć niezmiennie ten sam numer), po czym pracownica teleserwisu powiadomiła nas o zaistniałej sytuacji. W tym dniu Westpac, do którego miałem niejednokrotnie wiele krytycznych uwag zasłużył na słowa pochwały i z pewnością zarobił dużego plusa na swoje konto.

…… kiedy właśnie kupiliśmy:

faja.jpg

Nasza ulubiona, przywleczona z Damaszaku fajka wodna została spakowana i czeka w Polsce na wysłanie. A tym czasem trzeba sobie jakoś radzić. Od dziś pufffamy wieczorami.

Wiwisekcja (1)

4 komentarzy

Buszując po internecie natknąłem się na jedną z wielu charakterystyk opisowych mojego znaku zodiaku. Ponieważ nie do końca się zgadzam z tym, co w horoskopach wypisują o Skorpionach nadszedł czasy by się rozprawić z tymi stereotypami.

Skorpion to osoba bardzo silna psychicznie. Planeta tego Znaku Zodiaku jest Pluton, odpowiadający za głębokie przemiany i doświadczenia na granicy śmierci i odrodzenia.
Silny psychicznie ? Dlaczego każdy horoskop to powtarza a ja ciągle w to nie wierzę? W głębokie przemiany wierzę, ale wciąż czekam na to odrodzenie.

Skorpiona łatwo poznać po przenikliwym spojrzeniu i seksownym wyzywającym stroju. Mimo tego w środku Skorpion jest bardzo uczuciowy, choć próbuje ukryć swoje emocje.
Tak, to spojrzenie najczęściej spotyka się z komentarzem „Nie patrz na mnie z taką nienawiścią w oczach jakbyś miał mnie za chwile zabić”. Mojego łachmaniarskiego stylu ubierania się też nie nazwałbym sexownym. Z ukrywaniem emocji też się nie sprawdza. Na mojej naiwnej gębie od razu widać wszystko. Można z niej czytać emocje jak z otwartej księgi.

Strach przed zranieniem powoduje, że niechętnie otwarcie mówi o uczuciach i robi zmyłki, żeby nikt go nie rozszyfrował.
Wow !!! Pierwsza rzecz z jaka jestem w stanie się zgodzić w tym horoskopie.

Skorpiona pociągają zagadki, tajemnice i niewyjaśnione zjawiska. Nic, co powszechnie dostępne, nie jest dla niego atrakcyjne. Lubi wszystko wiedzieć i potrafi zabawić się w detektywa, żeby zdobyć potrzebne mu informacje
Może i pociągają, ale czy pasjonują? Są również rzeczy powszechnie dostępne, które są dla mnie atrakcyjne, np. dolary australijskie. Nie wiem czy lubię wszystko wiedzieć, ale na pewno nie lubię czegoś niewiedzieć !!!!

Jest zapalonym eksperymentatorem i często przeprowadza doświadczenia na sobie i swoich bliskich – pragnie poznać granicę cierpliwości, wytrzymałości i bólu. Może się nieraz wydawać, że Skorpiony są smutne i mało się uśmiechają. To wewnętrzne przeżycia i chowane emocje tak na nie działają.
Doświadczenia już dawno zarzucone. Kiedyś to się źle skończyło i nauczyło mnie trochę trzeźwiejszego myślenia. Jakie chowane emocje? Jak coś mnie gryzie to jestem smutny i mało się uśmiecham. To raczej uzewnętrzniane a nie chowane emocje powodują brak uśmiechu.

Skorpion jest dobrym obserwatorem i psychologiem. Ma doskonałą intuicję emocjonalną i niełatwo go oszukać – wyczuje każdy fałsz. Od znajomych i partnerów życiowych wymaga całkowitego zaangażowania i poświęcenia – inaczej rezygnuje.
Serio ? Nigdy bym tego o sobie nie powiedział. Gdybym wierzył, że wyczuwam każdy fałsz nie miałbym takiej mani prześladowczej, która powoduje, że nikomu nie ufam podejrzewając, że kłamie tylko ja tego nie dostrzegam. Nie powiedziałbym też, że wymagam całkowitego poświęcenia. Użyłbym raczej sformułowania, że ponieważ wiele daje od siebie, równie wiele oczekuję od znajomych. Poza tym chyba wrodzona duma i ambicja nie pozwoliłaby mi z czegoś zrezygnować ot tak. Dręczyłoby mnie poczucie porażki.

Często bywa agresywny. Szczególnie wtedy, kiedy stres i emocje sięgają szczytu. Skorpion ma charyzmę i wewnętrzną siłę, która nie pozwala mu na bycie osobą przeciętną. Jest dobrym organizatorem i kierownikiem.
Jaka agresja ? Agresja 0, jak mawiał Albercik na „Sexmisji”. Kiedy stres i emocje sięgają szczytu rodzi się we mnie syndrom ucieczki. Nie radzę sobie ze stresem, więc uciekam od sytuacji stresogennych. Tak, ta charyzma itd., szkoda, że to tylko na papierze. Ludzie charyzmatyczni pociągają za sobą innych. To typy dyplomatów, którzy potrafią powiedzieć „spierdalaj” w taki sposób, że słuchacz odczuje podniecenie przed nadchodzącą podróżą. Nie jestem również dobrym organizatorem ani kierownikiem, gdyż właśnie brak charyzmy powoduje, że nie potrafię wyegzekwować od innych tego, czego chcę.

Dla przyjaciół jest gotów zrobić wszystko. Zraniony Skorpion mści się okrutnie, a zniewag i krzywd nie zapomina i nie wybacza nigdy. Skorpion jest wytrwały i umie poczekać, żeby zdobyć upragnioną rzecz, stanowisko czy osobę.
Pierwsze zdanie się zgadza. Czasami nawet nie tylko dla przyjaciół, za co dostaję od Uli burę, że np. ktoś mi robi koło pióra a ja lecę z pompką jak tylko zadzwoni, że mu zeszło powietrze w garbusie. Czasami udaje mi się też wybaczyć jakieś krzywdy i zniewagi. Ostatni raz było to nawet całkiem nie dawno bo 1979 r., kiedy wybaczylem zniszczona babke z piasku. Jeśli o czymś zapomniałem, to skąd bym wiedział, że zapomniałem? Czasami jestem wytrwały, ale tylko czasami.

Skorpion odpoczywa najchętniej w gronie najbliższych przyjaciół, z którymi spędza wieczory w kinie lub w pubach. Lubi także wyjazdy nad jezioro lub morze.
Ha, ale tylko skorpion, który nie jest samotnikiem !!! A ja jestem typem raczej ciężko nawiązującym kontakty, stroniącym od ludzi. Nie widze też przyjemności w siedzeniu w zatłoczonym pubie. Morze jak najbardziej !!! A najchętniej otwarty ocean.

W następnych odcinkach rozprawię się ze stereotypami dotyczącymi sexu, pracy oraz innych aspektów życia codziennego Skorpionów.

To prawda, że w Melbourne przez pół roku panuje piździawka. To prawda, że czsami potrafią być 4 pory roku jednego dnia. To prawda, że latem jest klimat niemalże pustynny, który w dzień w mgnieniu oka nagrzewa powietrze do 40 stopni, a w nocy równie szybko się wychładza do kilkunastu stopni, tak że gorące letnie noce są niesłychaną żadkością. Prawdą jest również, że potrafi przez cały dzień siąpić a deszczu spadnie tyle, co gdzieś indziej w czasie godzinnej burzy, po której za chwile nie ma śladu. Tak, to wszystko prawda. Ale prawdą jest również, że nie ma tu mrozów, nie ma błota pośniegowego, rozjeżdżonej brei na ulicach i pluchy po roztopach. I to jest właśnie piękne. Dziś w nocy pomyślałem sobie, że mimo tych wszystkich „wad”, które wymieniłem na początku potwornie się cieszę, że zimę będę oglądał już tylko w TV. I cieszę się nieuchronnie nadciągającą wiosną.

Podczas mojego pobytu w Darwin obiecałam Romkowi, że napiszę po powrocie jakąś chociażby krótką notatkę.
Dotrzymując słowa o to jak tam było…

Potrzebując porządnego restartu za namową kilku osób znalazłam się na pokładzie samolotu lecącego do Darwin. W gruncie rzeczy nie byłam przekonana czy dobrze robię, ale w końcu żyje się raz.. Po przylocie przywitało mnie tak dawno upragnione ciepełko i mimo iż była druga w nocy wszyscy na ulicach poubierani byli w krótki rękaw. Na lotnisku czekała na mnie Marta, robiąc mi tym niesamowitą niespodziankę, ponieważ umówione byłyśmy, że dojadę do niej do domu taksówką. Po przywitaniu zapakowałyśmy się do samochodu, w drodze do domu Marta tłumaczyła mi co i jak, na drugi dzień bowiem ona szła do pracy a ja miałam sama rozpocząć moje buszowanie po Darwin. Dostałam bilet na autobus, kartę na basen i klucz do mieszkania. Co do autobusów to mają tam ciekawe rozwiązanie, mianowicie można kupić sobie bilet na 10 przejazdów bez żadnej daty ważności ani nic, a wchodząc do autobusu pokazuje się ją tylko kierowcy. Cały „myk” polega na tym, że w żadnym autobusie nie ma kasowników i kierowca nie ma pojęcia, który raz jedziemy, zatem podróżować można na tym samym bilecie aż do jego ostatecznego zniszczenia .

Pierwszego dnia po przylocie obudziłam się wcześnie rano, pożegnałam Martę wychodzącą do pracy i sama zaczęłam się szykować na moje podboje. Wedle wskazówek udałam się na przystanek autobusowy żeby podjechać do centrum. Po drodze mijałam co chwilkę grupki Aborygenów. Byłam naprawdę w szoku, że jest ich tam aż tyle!!!! Dojechałam do centrum i poszłam prosto przed siebie, w napotkanym punkcie informacyjnym zakupiłam porządną mapę Darwin i okolic. Zorientowałam się gdzie jestem i zdecydowałam, w którym kierunku wartało by się przejść na pierwszy spacer. Wybrałam Esplanadę, przy której mieścił się Damoe-Ra Park, Bicentennial oraz Lameroo Beach. Spacerują przypomniałam sobie jak bardzo człowiek jest się wstanie spocić po przejściu zaledwie 5 metrów.

Następną rzeczą, którą miałam zobaczyć tego dnia był Ogród Botaniczny, jednakże palące słońce i zero cienia dało mi do wiwatu i zamiast do ogrodu umówiłam się z Martą, że wpadnę do niej do pracy i pójdziemy razem na lunch. Po lunchu rozleniwiłam się zupełnie i zamiast dalszego spaceru gdzieś dalej pokręciłam się trochę po centrum, po czym wróciłam autobusem do domu, mając za bojowe zadanie przypilnować hydraulika, który miał przyjść naprawić cieknący bojler. Kiedy Marta wróciła z pracy powędrowałyśmy niedaleko jej domu do knajpki, która mieści się tuż nad wodą przy klubie jachtowym. Widok był naprawdę ujmujący. Zachodzące w oddali słońce i mała biała łódka kołysząca się na spokojnej wodzie. Na stoliku natomiast pyszne białe wino oraz grilowana ryba. Tak oto minął mój pierwszy dzień wakacji w Darwin.

Kolejne kilka dni wyglądały podobnie, rano wstawałam wcześnie po to by udać się na jakąś pieszą wycieczkę a potem zjeść lunch z Martą. Wieczorami wychodziłyśmy na piwko i jakąś kolację. Jednym z miejsc, do którego trafiłyśmy nazywało się „Fox‘n’ Fiddle” gdzie codziennie o godzinie szóstej wieczorem odbywały się wyścigi krabów. Przy zakupie piwka tuż przed godzina szóstą dostawało się bilet na owy wyścig, oczywiście, jeżeli w ogóle chciałeś w nim brać udział. Potem następowało losowanie szczęśliwych osób, które mogły wybrać swojego własnego kraba. Oswoić go nadając imię i być dobrej myśli, że to on właśnie wygra.

Pierwszym razem nas nie wylosowano i mogłyśmy się tylko przyglądać, za drugim razem zarówno ja jak i Marta siedziałyśmy szczęśliwie trzymając swojego kraba w pudełku. Po gorącym dopingu mój krab wygrał, a ja otrzymałam kupon na $30 dolarów do spędzenia na jedzenie lub napoje w knajpie, a Marta zajęła trzecie miejsce i wygrała kupon na dzbanek piwa , zabawa była świetna !! W wyścigu brałyśmy udział również kilka dni później, tym razem wychodząc z kuponami na $15 dolców i darmowe piwo.

W pierwszym tygodniu mojego pobytu odwiedziłyśmy również Deck Chair Ciemna, czyli kino na świeżym powietrzu. Super sprawa!!! Siedzi się na typowo plażowych leżakach i gapi w ogromny ekran a nad tobą gwiazdy  i przelatujące samoloty. Ze względu na ciepły klimat siedzenie w takim kinie nawet do późnych godzin wieczornych to sama przyjemność W dodatku w kinowym bufecie można nabyć tanie i zimne piwo albo wino.

W następnych dniach odwiedziłyśmy Mindil Sunset Market, gdzie oprócz pysznych naleśników z czym tylko dusza zapragnie, całego mnóstwa chińszczyzny i curry można zjeść coś naprawdę oryginalnego z budki o nazwie ‘Roadkills’, której hasłem przewodnim jest ‘You kill it, we grill it’. Można tam spróbować wszystkiego, co kierowcy rozjechali na drogach, od pałanek poprzez kangury i krokodyle do wielbłądów i wielu, wielu innych. Osobiście skusiłam się na kiełbasę z pałanki  i przyznam szczerze, iż była nawet zjadliwa he he.

Ostatnie kilka dni pobytu zaczynałam swój dzień od wizyty na pobliskim basenie, gdzie oprócz mnie i grupki emerytów nie było żywego ducha. Podobno temperatura, jaka panuje obecnie w Darwin, jakieś 35 stopni, to za zimno dla tambylców żeby się kąpać.

W ostatnią niedzielę mojego pobytu pojechaliśmy z Martą i Krzyśkiem do Litchfield National Park, który znajduje się w odległości ok. 100 km na południowy-zachód, od Darwin i zajmuje teren około 1500 kilometrów kwadratowych. Można zobaczyć tam całe mnóstwo ogromnych kopców zbudowanych przez termity, które tworzą swoje budowle podobno tylko w porze mokrej, kiedy wszystko jest lepkie i łatwo tym modelować. Jest tam także mnóstwo wspaniałych wodospadów z cudownie chłodna wodą, w której w ramach ochłody popluskałyśmy się z Martą. Odwiedziliśmy także ‘The Lost City’, miasto zbudowane z ogromnych głazów, zamieszkałe kiedyś przez Aborygenów, śmialiśmy się, że chyba nie chcemy wiedzieć skąd wzięła się nazwa, ale oprócz nas nie było w pobliżu żywego ducha. Zważywszy, że miasto mieściło się 10,5 km w głąb lasu nawet nikt by nie usłyszał naszego wołania o pomoc ;-)

Z poniedziałku na wtorek wsiadłam w samolot lecący do Melbourne i tak skończyła się moja przygoda w Darwin.Na pewno udało mi się psychicznie wypocząć, choć bardzo brakowało mi obecności Romka, jednak wakacje bez niego to nie to samo. Poza tym przemyślałam i wyciągnęłam wnioski z wielu rzeczy. Udało mi się też zdobyć ładną opaleniznę,zrobić nieco ciuchowych zakupów i choć Darwin to ciekawe na pewno na swój sposób miejsce to zdecydowanie jak dla mnie za dużo tam Aborygenów. Choć co się dziwić, w gruncie rzeczy to ich kraj… i tam to chyba widać wyraźnie.

PS Jeszcze raz dziękuję za gościnę!!

Wreszcie nadszedł długo oczekiwany 1 października. Przeczytana jakiś czas temu ulotka długo nie dawała mi spokoju. Wreszcie, po prawie 2 latach od ostatniej garbusowej imprezy, będę mógł znów zaspokoić swojego „świra”. Nie mam jakiś specjalnych wyobrażeń jak będzie wyglądał największy australijski „pchli targ” z częściami do wiatrem chłodzonych VW. Może to być różnie. Z jednej strony Australia to zaledwie 20 milionów ludzi rozrzuconych na przestrzeni wielkości niemal całej Europy. Dodatkowo garbus jest autem kultowym w takim stopniu jak w Polsce Maluch. Wciąż entuzjaści to niewielka liczebnie rzesza posiadaczy. Większość garbusków mijanych na ulicach to po prostu tanie, stare samochody. Z drugiej strony jednak, Australii nie można oceniać pod kontem europejskim i wyciągać wniosków bazując na poprzednich doświadczeniach. Nie zawsze to się sprawdza. Czasami bardzo niszowe hobby potrafi być tu niesamowicie rozwinięte z dostępem do najdziwniejszych trendów. Nie ma, więc co się zastanawiać, trzeba jechać.

W niedzielny poranek głęboki błękit nieba zapowiadał przepiękną pogodę na resztę dnia. Na horyzoncie nie widać było żadnej najmniejszej chmurki. Doszedłem do wniosku, że najlepiej będzie wyruszyć tak, by na miejscu być około 10. Ani za wcześnie, ani za późno. Imprezę zorganizowano około 60 km od centrum Melbourne, więc powinienem dotrzeć tam w mniej więcej godzinę. Trasę mam już opracowaną i mimo błędnie podanych w ulotce informacji nie powinno być większych problemów. Schodzę, więc na dół, sprawdzam poziom oleju i kilka innych „pierdół” w Juniorze i ruszamy. Ja i Junior, bo Ula jest na wakacjach na tropikalnej północy, o czym pewnie będzie notka zaraz po jej powrocie.

Niedziela jest dniem, gdzie życie na mieście zaczyna się dość późno. Komunikacja publiczna zaczyna pracę dopiero około 8 rano, kierowcy pojawiają się na drogach jeszcze później, dlatego też nie mam żadnych kłopotów z przeciśnięciem się przez miasto w stronę autostrady prowadzącej na zachód. Po kilkunastu minutach mknę już po czteropasmowej drodze prowadzącej do mostu West Gate tego, który był bohaterem poprzedniej notki. Na tym odcinku autostrady obowiązuje ograniczenie do 100 km/h. Jadąc 90 km/h wpisuje się doskonale w ruch. Prawie każdy tak jedzie. W sumie mogę powiedzieć, że znacznie więcej samochodów ja wyprzedzam, niż mnie wyprzedza. Na moście jest ograniczenie do 80 km/h i kamery na każdym pasie, więc wszyscy kierowcy grzecznie zwalniają. Podziwiam panoramę przemysłowej, zachodniej części miasta. Na pierwszym planie rafineria Shela, nieco dalej elektrownia. Dojeżdżając do końca mostu wracam na chwilę myślami do tragedii sprzed 26 lat. Kontynuuję jazdę jeszcze przez kilka kilometrów, po czym zmieniam autostradę na inną, tworzącą zachodnia obwodnicę miasta. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów zjeżdżam wreszcie w drogę prowadzącą w stronę miasteczka gdzie będzie market. Drogowskaz informuje, że dzieli mnie od niego około 30 km. Droga mija spokojnie. Kilka kilometrów od zjazdu znów pędzę autostradą. Drogi w Wiktorii są bardzo dobre. Choć to inny standard niż w Europie, to od Polski dzielą ja lata świetlne. Każdy kraj ma jakieś tam swoje autostradowe niuanse. Na Litwie widzieliśmy na autostradzie wymalowane na asfalcie przejścia dla pieszych (sic !!!) a na tej trasie, po której jadę zrezygnowano z poprowadzenia wiaduktu przez dolinę w wyniku czego mamy rzadko spotykane na drogach szybkiego ruchu dwa ciasne, niemalże 90 stopniowe zakręty, stromy zjazd i takiż podjazd. Przynajmniej jest jakaś przerwa w monotonii jazdy. Po niedługim czasie pojawia się znak wskazujący zjazd na miasteczko będące celem naszej dzisiejszej wyprawy.

Po zjechaniu z autostrady podążamy wąską jednopasmową szosą, wzdłuż której nasadzono szpalery europejskich drzew. Jako, że mamy wiosnę drzewa pokrywa świeża zieleń rozwijających się liści. Widok za szybą jest strasznie „nieaustralijski”. Bardziej pasuje to do wizerunku sadów w środkowej Francji niż kraju kangura. Po obu stronach mnóstwo sadów owocowych i plantacji truskawek. Miedzy nimi zadrzewiona, niezbyt szeroka prosta droga. Co pewien czas mijamy niewielkie minimarkety z owocami i warzywami. Za każdym razem poprzedzane są wielkimi czarnymi tablicami, na których z daleka możemy zobaczyć, iż np. jabłka „Grany Smith” są po 2 AUD za 10 sztuk a avocado po 12 AUD za skrzynkę. W taki oto sposób docieramy do miasteczka Bachus Marsh, gdzie dziś ma miejsce „pchli targ” z częściami do garbusa. Miasteczko typowo Wiktoriańskie. Wąskie uliczki, wzdłuż których ciągnie się szereg większych czy mniejszych biznesów. Na środku niewielkie rondo, wszystko jak zwykle bardzo ładne, czyste i estetyczne. Jeszcze dwa zakręty i jedna prosta i już jesteśmy na miejscu.

Cała impreza odbywa się na boisku lokalnego liceum. Wjeżdżam, parkuję przed bramą. Wysiadam z samochodu. Ubrany w pomarańczowy bezrękawnik koleś krzyczy do mnie, że mogę śmiało wjechać do środka, wiec kupuję za 5 AUD wejściówkę i wjeżdżam. Parkuję wśród innych VW na placu. Jest ich może 40. Poza jednym Karmanem Ghia nie ma nic specjalnie ciekawego. Nie ma również żadnych „wiejskich tuningów”. Kręcę się wokoło robiąc kilka fotek, po czym udaję się na „market”. Na całość składa się góra 20 stoisk. Tylko na jednym można kupić nowe części. To sklep z Sydney. Mają ze sobą głównie chromowane dodatki i różnego typu „upiększacze”, ale prowadzą sprzedaż wysyłkową znacznie większego asortymentu. Innym stoiskiem, które mnie zaciekawiło było to z częściami do odrestaurowywania samochodów. Tu królowali „aktorzy drugiego planu”. Mało atrakcyjne wizualnie aczkolwiek niezbędne uszczelki, przełączniki, lampy daszki itp. Spotkałem też bardzo ubogie stoisko warsztatu, gdzie był wcześniej serwisowany Junior. Siadłem, porozmawiałem. Znają samochód, znali poprzednią właścicielkę. Pomyślałem, że jeśli kojarzą takie fakty, to dobrze o nich świadczy i chyba nadal będziemy się tam z Juniorem stołować. Reszta marketu to składnica złomu. Większość stoisk oferowała zwykły szrot. Przerdzewiałe blachy, powycinane kawałki karoserii, stare błotniki, lampy, liczniki. W większości części te były do remontu. Przez dłuższą chwilę zastanawiałem się nad automatyczną skrzynią biegów, taka jak miałem w „Szczeniaczku”. Mniej więcej 1/3 tego, co potrzeba do zainstalowania oferowano za 30 AUD. Nie skusiłem się jednak, bo sprzedający nie miał żadnego pojęcia, w jakim to jest stanie i czy jest sprawne. Za to u innego złomiarza kupiłem niesprawny licznik kilometrów. To był jedyny, jaki udało mi się znaleźć do Juniora. Większość była do wcześniejszych modeli. Licznik jest niesprawny, ale ja potrzebuje z niego tylko jeden tryb, który w Juniorze jest uszkodzony i lada moment może zakończyć żywot. Widziałem też jeden sprawny licznik do mojego modelu, ale niestety wyskalowany był w milach. Kupiłem też za 5 AUD lampę stroboskopową. Wątpię żeby była sprawna, ale sprzedający też nie wiedział (w ogóle nie wiedział co to jest). To jest jak los na loterii, 5 AUD to niewielka strata a wygrana (sprawna lampa) to spore pieniądze, wiec się skusiłem. Ostatnią rzeczą, jaka kupiłem był zestaw do tymczasowego załatania przebitych opon. Było też kilka „okołogarbusowych” stoisk. Jedno z narzędziami, jedno z olejem, który z wielkich beczek rozlewano „detalicznie” do baniek oraz kilka z koszulkami i bokserkami z VWnadrukami, figurkami, modelami do sklejania i wszelkiego typu garbusowymi „bibelotami” do postawienia w domu na półkę.

W międzyczasie słoneczko wzeszło wysoko i zaczęło mocno przygrzewać. Wróciłem, więc z „fantami” do samochodu zahaczając po drodze o punkt Wiktoriańskiego Stowarzyszenia Miłośników VW, skąd wziąłem jakąś ulotkę. Jak oceniam ten market? Czytelnicy, którzy jeździli na zloty w Polsce wyrobią sobie swoje zdanie. W ostatecznym rozrachunku warto było pojechać i zobaczyć. Jestem zadowolony. Coś kupiłem, zobaczyłem przyjemne miasteczko, pogadałem z ludźmi z warsztatu, do którego się przymierzałem. Już nie mogę się doczekać 26 listopada, kiedy w Melbourne będzie zlot. Mój pierwszy zlot w Australii. Oczekiwania? Żadnych, może poza tym, że atmosfera i organizacja będzie bliżej tej, jaka panuje na zlotach w Niemczech czy Holandii niż tej, którą można spotkać w Polsce, Czechach czy na Litwie.


  • RSS