harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2006

WestgateBridge-VIC_06-09-2005_234.JPG

Alan przystanął nieopodal krawędzi i spojrzał z góry na miasto. Z budowanego właśnie przęsła West Gate Bridge rozciągał się przepiękny panoramiczny widok. Ten pejzaż oraz podmuchy wiatru, który tu na ponad 50 metrach nad poziomem rzeki Yary dość mocno smagał czuprynę młodego pomocnika spawacza wynagradzały w zupełności wszelkie trudy i niedogodności, na jakie był narażony.

Alan w zasadzie był dumny z tego, że pracuje przy budowie Westgate. To miało być arcydzieło wśród mostów, odpowiedź dumnego Melbourne na Harbour Bridge w Sydney. Most wyższy i dłuższy niż u odwiecznego rywala. Budowa ruszyła z kopyta ponad dwa lata temu, ale wkrótce zaczęło się coś psuć. Po półtorej roku od rozpoczęcia opóźnienie sięgało już 7 miesięcy w stosunku do planu. Wydarzenia ostatnich kilku miesięcy również nie napawały optymizmem. Szczególnie, że ostatnio zmuszony był wykorzystać urlop, który zaplanował w zupełnie innym terminie. A wszystko przez wybrzuszenie, jakie pojawiło się na przęśle pomiędzy 10 a 11 podporą, tu gdzie właśnie teraz pracował.

To przęsło w ogóle jest jakieś pechowe. Od początku są z nim same kłopoty. Wielka konstrukcja składająca się z trapezoidalnych kratownic została zbudowana na ziemi poczym wciągnięta na górę w 2 kawałkach. Pierwszy kawałek zaczęto wciągać już 15 maja, ale strajki i zła pogoda spowodowały, że odpowiedni poziom osiągnęło dopiero 9 czerwca a operację przetaczania na właściwe miejsce zakończono dopiero 22 czerwca. Drugą część zaczęto podnosić 17 sierpnia, 29-go osiągnęło wymagany poziom a dotaczanie do osadzonej wcześniej połówki skończono 1 września. Wtedy właśnie okazało się, że różnica w poziomach jezdni miedzy połówkami wynosi około 11cm. Działający pod presją czasu i kosztów inżynierowie zamiast zdjąć całe przęsło w dół i tam dokonać napraw zdecydowali, że znajdującą się wyżej jezdnię obciążą dziesięcioma ośmiotonowymi blokami by w ten sposób wyrównać poziomy. Kiedy zainstalowano obciążenie i skręcono ze sobą obie części przęsła niespodziewanie na powierzchni pojawiło się spore wybrzuszenie. Prace przerwano a część robotników wysłano na nieplanowane urlopy. Po ponad miesiącu narady inżynierowie doszli do wniosku, że wybrzuszenie spowodowała obciążona połówka przęsła i postanowili ponownie rozkręcić obie części. Wczoraj właśnie, 14 października, inżynier wydał formalne pisemne instrukcje jak „wyprostować garba” bez dodatkowych opóźnień.

Rozkręcanie rozpoczęto o 8.30 rano, ale Alan pracował przy zupełnie innej sekcji tego przęsła. mimo to zdawał sobie sprawę, że chyba nie wszytko idzie zgodnie z założeniami. Było około kwadransa do południa, kiedy wyrwał się z zamyślenia i podążył w stronę szopy ze śrubami. Szopa znajdowała się mniej więcej w połowie długości przęsła na jego południowej części. Alan wszedł do środka i spojrzał przez okno w kierunku pracującego przy odśrubowaniu spawacza. W tej części, pomiędzy czwartą a piątą sekcją przęsła wybrzuszenie było największe. Ku zaskoczeniu młodego pomocnika wybrzuszenie zaczęło rosnąć w oczach. Uwagę też przykuwał rdzawy kurz wydobywający się ze stalowego pokładu w miejscu gwałtownie rosnącego wybrzuszenia. Chwilę później do uszu chłopaka dobiegł trzask pękających śrub. „O mój Boże” – pomyślał Alan – „spadamy w dół”. Sparaliżowany strachem, siadł na skrzynce ze śrubami. Poczuł jak cała konstrukcja osuwa się w dół. Chwilę później stracił przytomność.

15 października 1970 roku około godziny 11.50 ważące ponad dwa tysiące ton dwuczłonowe przęsło runęło 50 metrów w dół zabierając ze sobą 68 robotników wraz z całym ekwipunkiem i wyposażeniem. W ciągu kilku sekund stalowo-betonowa konstrukcja spadła na muliste brzegi oraz do mętnych wód rzeki Yarry. Nienaturalnie poskręcane i wygięte części kratownic przypominały jakieś gigantyczne spaghetti Guliwera, miedzy nitkami którego błyskały płomienie pożaru. Okoliczne domy zostały pokryte wyrzuconym w powietrze mułem a wstrząs odczuwalny był w promieniu kilku kilometrów.

Akcję ratunkową rozpoczęto niemal natychmiast. Do późnych godzin nocnych udzielano pomocy poszkodowanym i liczono zabitych. Pierwszego dnia znaleziono 32 ciała. Dwie osoby zmarły w szpitalu w wyniku odniesionych obrażeń. Ciało ostatniego robotnika, 49 letniego Bernarda Grave wypłynęło na powierzchnie dopiero po 8 dniach. W ten sposób liczba zabitych w wyniku katastrowy sięgnęła 35 osób. I po dziś dzień pozostaje to największa katastrofa przemysłowa w Australii. Ostatnią ofiarą był Desmond Gibson, który w chwili katastrofy miał 29 lat. Przeżył wypadek, ale w wyniku traumy, jakiej doznał stał się wrakiem człowieka. Posiwiał w ciągu kilku miesięcy, a niedające mu spokoju nocne koszmary kosztowały go 3 zawały serca. Zmarł wyniku 4 zawał 4 sierpnia 1973 roku.

Wkrótce po wypadku powołana została komisja do zbadania przyczyn i wskazania winnych katastrofy. Komisja przesłuchała 52 świadków, zebrała ponad dwa miliony słów dowodów i opracowała 300 stronicowy raport, który został przedstawiony parlamentowi niespełna rok po tragedii. Komisja obarczyła odpowiedzialnością za katastrofę prawie wszystkich. Począwszy architektów, poprzez inżynierów aż po wykonawców.

Alan (imię zmienione), od którego zacząłem tą opowieść przeżył upadek. W trzy lata po tragedii był jednym ze świadków, który złożył zeznania procesie. Most ostatecznie ukończono i oddano do użytku w 1978 roku, 10 lat od chwili rozpoczęcia budowy.

24P3-120-10-60-25.jpg

Tak postulował Stanisław Jerzy Lec. Ale dlaczego tylko ministrem spraw wewnętrznych ? Czemu nie zostać premierem, gubernatorem lub np. księciem ? Niektórzy potraktowali sprawę bardzo dosłownie i starają się zrealizować ją w rzeczywistości.

Mikropaństwa to neologizm, który opisuje samozwańcze kraje, nieuznawane poprzez społeczność międzynarodową a proklamowane ze względów propagandowych a czasem nawet humorystycznych. Choć nie jest to „wynalazek naszych czasów”, to łatwość i szybkość wymiany informacji jaką daje internet spowodował rozkwit zarówno wirtualnych jak i bardziej realnych księstw, księstewek i królestw. Australia nie pozostaje w tyle za resztą świata w tej dziedzinie.

Niewątpliwie najbardziej znanym krajem, który ogłosił niepodległość od Australii jest Księstwo Hutt River. Zajmuje powierzchnię około 75 km2 i zewsząd otoczone jest terytorium Australii Zachodniej. Od Perth, stolicy stanu, dzieli je ok 600 km. Proklamowane zostało 21 kwietnia 1970r przez farmera Leonarda George Casleya, który obwołał się Księciem Leonardem i w przeciwieństwie do innych tego typu projektów nie tylko nadal działa, ale ma się całkiem dobrze. Bezpośrednią przyczyną secesji były drakońskie ograniczenia w kontyngentach zboża jakie nałożył na farmerów rząd Australii. Casley interpretując we własny sposób brytyjską ustawę o zdradzie stanu (z 1495 roku) ogłosił secesję od Australii uznając nadal zwierzchnictwo Elżbiety II jako królowej. Na początku lat 80-tych przez krótki okres jego „niepodległe” państwo zostało proklamowane nawet królestwem, by niebawem powrócić do swojej pierwotnej formy księstwa. Księstwo Hutt River jest monarchią absolutną z komitetem ustawodawczym powołanym w celu tworzenia prawa. W 1997 roku komitet opracował konstytucję, która została przedstawiona Jego Wysokości Księciu Leonardowi oraz jego Rządowi. Na dzień dzisiejszy konstytucja nie została jeszcze przyjęta. Dzięki wykorzystaniu internetu liczba poddanych Jego Książęcej Wysokości obecnie sięga 13 000. Casley stworzył całkiem sprawnie funkcjonującą organizacje. Wydaje paszporty i prawa jazdy, drukuje znaczki, emituje własną walutę. Od dwóch lat dopuścił możliwość rejestrowania spółek na terytorium kraju. Utworzył też własny niezależny Uniwersytet. Nie uznając zwierzchności Australii na swoim terenie stawia zabudowania bez niezbędnych pozwoleń, albo dokładniej rzecz biorąc sam jako monarcha je wydaje. A co na to wszystko władze Australii ? Oficjalnie nie zajmują stanowiska uważając, że Księstwo Hutt River to jednie prywatna farma prowadząca działalność turystyczną pod specyficzną nazwą biznesową. W rzeczywistości jednak nie traktują go tak do końca niepoważnie. Mimo braku oficjalnych porozumień z Australian Post kartki ostemplowane znaczkami Księstwa docierają do adresatów. W parlamencie co pewien czas przywołuje się Casleya jako przykład oportunizmu a National Museum of Australia z Canberry poświęca mu stałą ekspozycję. Wszystko, co chcecie wiedzieć o Księstwie Hutt River i Jego Książęcej Wysokości Księciu Leonardzie, jego małżonce Księżnej Serenie oraz następcy tronu Księciu Ianowi możecie znaleźć na oficjalnej stronie kraju pod adresem
http://www.hutt-river-province.com/
.

Księstwo Hutt River to nie jedyny kraj, który proklamował niepodległość i ogłosił secesję od Australii, ale z pewnością najpoważniejszy ze wszystkich, jeśli w ogóle można rozpatrywać to w takich kategoriach, oraz najdłużej działający. Pozostałe samozwańcze państewka to m. in. Królestwo Wysp Morza Koralowego Gayów i Lesbijek, Niepodległe Państwo Tęczowego Strumienia (od nazwy rzeki Rainbow Creek w Wiktorii, bez związku z gayami i lesbijkami), Kraj Bumbunga, Niepodległe Państwo Aeterna Lucina, Księstwo Avram, Księstwo Marlborough oraz Księstwo Zjednoczonej Oceanii. Na emigracji w Australii mieszkają również obywatele Zjednoczonej Federacji Koronis, która swoim zasięgiem obejmuje 4 asteroidy.

show.php?size=original&album_name=%2FCod

Spokojnie, dla każdego wystarczy. Proszę się nie pchać, proszę grzecznie się ustawić w kolejce. Nie bedzie żadnej dyskryminacji gatunkowej ani przywilejów dla kaczek.

Rocznica

2 komentarzy

W zeszłym tygodniu niepostrzeżenie minął rok od kiedy osiedliśmy w Melbourne. Niby nie ma czego świętować, ale warto to odnotować. Pierwszego dnia usłyszałem, że Melbourne ładnieje z czasem. Jest to jakaś przewrotna prawda. Kiedy wracam w pamięci do pierwszych dni w mieście na ustach rodzi się uśmiech. Porównując do wszystkiego co wydarzyło się później pierwsze tygodnie były ekstremalne i wystawiły mnie na dużą próbę.

Przyjeżdżając z tropikalnego, słonecznego Cairns, gdzie właśnie zaczynałem sobie przypominać jak człowiek potrafi się pocić, trafiłem w Melbourne na typowe polskie przedwiośnie. Nespełna 10 stopni ciepła, zacinający deszcz i wiatr potęgujący uczucie chłodu. Z ręką na sercu muszę przyznać, że w ciągu następnego roku podobnych dni jak ten mój pierwszy było zaledwie kilka. Owszem bywało zimniej, nawet w okolicach -1 stopnia, ale nie często tak strasznie wiało i zacinało jak wtedy kiedy przyjechałem.

Piorunujące wrażenie zrobili na mnie również mieszkańcy. W pierwszym tygodniu widziałem kierowcę, który dopołowy wyhylony przez okno samochodu wyzywał w dośc niewyszukany sposób kobietę na ulicy. Kilka dni później w tramwaju dobrze ubrana 30-latka zwróciła uwagę głośno i ordynarnie zachowującej się kobiecie. Ta wstała, podeszła do niej wyzwała ją, po czym bezceremonialnie pluneła jej prosto w twarz. Przez cały czas motorniczy starał się nie zauważyć zaistniałej sytuacji. Wszytko to miało miejsce w przeciągu krótkiego okresu i było dużym szokiem dla nas. Szokiem, bo choć w Polsce takie zachowania są nagminne, to byliśmy skłonni oceniać Melbourne przez pryzmat australijski a nie polski. Od tamtego czasu spędziłem wiele godzin w środkach komunikacji miejskiej i nigdy więcej już nie widziałem żadnej podobnej do tej sytuacji.

Mieszkamy w Melbourne i staramy się wykorzystać jak najlepiej sytuację w jakiej się znaleźliśmy. Oczywiście można wymieniać godzinami czym Melbourne różni się od innych wielkich metropolii. A to to, że pod niektórymi względami jest zapóźnione w stosunku to metropolii z innych części świata, a to to, że nigdzie indziej chyba nie kładzie się takiego nacisku na sport i rekreację a to wreszcie to, że jest wielokulturowe i kosmopolityczne. Dla nas jednak jest to miasto jak każda inna duża metropolia gdziekolwiek indziej na świecie. Przynajmniej w jego cywilizowanej części. Żyje się tu dobrze ale brak nam tego codziennego, spontanicznego kontaktu z przyrodą. Tych jaszczurek biegających po ulicach, dzikich indyków buszujących po krzakach, geko na ścianach pokoju, ibisów niemiłosiernie się drących ryja za oknem o świcie. Jedyne zwierzątka z Cairns, za którymi nie tęsknię w Melbourne to karaluchy wielkości małego telefonu komórkowego.

Ostatnio przez dłuższy czas nie działo się u nas nic ciekawego. Szarość dnia codziennego na pograniczu wegetacji powoli przyprawiała mnie o mdłości. Jeśli to stabilizacja, to taka, jaką ma pieprzony tankowiec na mieliźnie. Ruszyć się nigdzie nie może a byle większa fala może go wywrócić na burtę. I nagle okazało się, że to wszystko to cisza przed burzą. Nagle wokół nas zaczęły się dziać rzeczy. Nie zawsze kontrolowane przez nas i najbardziej pożądane, ale cos się ruszyło. Ostatnie kilka weekendów poświeciliśmy na nadrabianie zaległości w poznawaniu okolic, co najdobitniej widać po naszej galerii. Od początku września trzy razy byliśmy na południowo-wschodnim krańcu Zatoki, przejechaliśmy Great Ocean Road i zrobiliśmy sobie wycieczkę do jednego z miast powstałego na fali gorączki złota.

Ciekawe rzeczy dzieją się też w „Bałaganie”. Niedawno nastąpiły dość interesujące przetasowania. Po pierwsze odeszła jedna z dziewczyn z księgowości. To nie jest jakaś specjalnie ekscytująca zmiana sama w sobie, ale jeden za kawałeczków nieco większych puzzli. Kolejną szaradą było stworzenie i obsadzenie nowego stanowiska. To już ma zasadniczy wpływ na moją pozycję i rolę w „Bałaganie”. Nowoprzyjęty człowiek przejmie tą część obowiązków, na której mi najbardziej zależało. Z racji niewydolności wielu funkcji w „Bałaganie” i podziału firmy między dwie lokalizacje ostatnio robiłem za „człowieka orkiestrę”. Pracowałem jako analityk finansowy, spec od administracji, informatyk, projektant systemów i spec od rachunkowości zarządczej. Najbardziej nie cierpię tej funkcji administracyjnej, ciągłego użerania się z różnymi ludźmi. Najbardziej chciałem się skupić na analizie finansowej i rachunkowości zarządczej i te obowiązki przejmie właśnie nowoprzyjęty człowiek. Moim zadaniem będzie skupienie się na projektowaniu i wdrażaniu nowych procedur, administracja, integracja i rozwój naszych systemów oraz tworzenie nowych narzędzi do analiz i raportów. Słowem będę siedział ¾ w IT i ¼ w rachunkowości a moje osobiste preferencje były w dokładnie odwrotnych proporcjach. Zaistniała sytuacja pchnęła mnie nieco do działania. Wymyśliłem sobie całkiem nowy projekt do zrealizowania. Szacuję, że dokumentacja, projektowanie, programowanie i wdrożenie tego we wszystkich kontrolowanych przez nas podmiotach zajmie około 2-3 miesięcy, czyli wszystko powinno być zamknięte tuż przed Bożym Narodzeniem. Kiedy doprowadzę to do końca będzie dobry moment, by rozglądnąć się za czymś innym w miejsce „Bałaganu”. Ostatnim „newsem dnia” jest rezygnacja Teda (tego, co wyszedł za mąż niedawno) z funkcji dyrektora zarządzającego. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu Ted pracował w „Bałaganie” tylko półtorej roku. To rzuca nowe światło na rotację w firmie. Obecnie poza moim bezpośrednim szefem Lu, i Janet, dyrektorem administracyjnym (to ta o aparycji starej kurwy) nie ma nikogo, kto by pracował dłużej niż dwa lata. Z moim 10 miesięcznym stażem jestem 4-ty pod względem długości zatrudnienia w naszym 11 osobowym zespole finansów. Drugie i trzecie miejsce dzierżą dziewczyny pracujące po 5 miesięcy dłużej ode mnie.

Jakby tego wszystkiego było mało, to na najbliższe dni zostałem „słomianym wdowcem”. Ula pojechała właśnie na całe dwa tygodnie powygrzewać się w tropikach zostawiając mnie samopas na „gospodarstwie”. Hmmm, mieszkania raczej nie spalę ale za brak pajęczyn nie ręczę.

…… autor bloga zaprasza na obejrzenie kilku fotek z wydarzeń, które miały miejsce ostatnio a nie zostały jeszcze przelane na papier. Choć moze w tym przypadku określenie „na bajty” byłoby bardziej trafne. Ale do rzeczy. Kolejność alfabetyczna.

Wyprawa do Bendigo - miasto powstale na fali gorączki złota.

Great Ocean Road

Sorrento i Point Nepean – jedno z najpiękniejszych miejsc jakie widzieliśmy w Australii.

Jednocześnie cały czas dorzucam coś do codziennych migawek dnia jak również pozostałych albumów w galerii.

Pamiętacie tą sceną z Sexmisji, gdzie Maxio mówi o doktorce, która ma mu zmienić płeć „Ja ją gdzieś już widziałem”? Przeczytałem dziś artykuł w Dużym Formacie o pewnym pośle Ziemi Świętokrzyskiej i miałem to samo uczucie deja vu. Ja już go gdzieś widziałem.

093.jpg
Przemysław Gosiewski 2005

al-capone.jpg
Al Capone 1931

Ostatni tydzień był naprawdę piękny. Do „najlepszego miasta na świecie” zawitała wiosna. Od poniedziałku stopniowo się ocieplało, by w sobotę osiągnąć apogeum 24 stopni. Do tego mieliśmy niespotykane tu dość ciepłe noce. Panujący tu pustynny klimat powoduje, że w bezchmurne dni niczym nie ograniczone słoneczko bardzo szybko nagrzewa powietrze do dość wysokich temperatur. Jednak zaraz po jego zachodzie, niezatrzymywane przez chmury ciepło momentalnie ucieka w kosmos i noce są potwornie zimne. Tym razem było inaczej. Podczas wtorkowego wieczornego spaceru nad zatoką nie tylko nie było chłodu, ale również wiatr nas oszczędził. Ogólnie pogoda nastrajała pozytywnie i zachęcała do wieczornych wyjść, z czego skwapliwie skorzystaliśmy odwiedzając m.in. naszą ulubioną „czekoladownie” w centrum. Tam jednak przesadziliśmy i przeceniliśmy temperaturę otoczenia zamawiając mrożone koktajle czekoladowe. Oczywiście wracaliśmy do domu szczękając zębami.

W sobotę postanowiliśmy wypucować Juniora. W odległości około 5 km od domu znaleźliśmy samoobsługową myjnie ręczną. Frajda była niesamowita. W efekcie chyba mieliśmy lepszą zabawę niż Junior toaletę. Efekt końcowy, jakoś nam się nie podobał. Z pewną dozą nieśmiałości, jak swego czasu na reklamach podpasek mawiała Kasia Niekrasz, wsadziliśmy go do poprawki do automatycznej myjki. Myjki automatyczne nie służą garbusom. Ze względu na ich obłe kształty wiele miejsc bywa niedoczyszczonych. Po prostu nie sięgają tam szczotki. No i zawsze istnieje obawa o lakier. Jakież było nasze zdziwienie, gdy automatyczna myjka, do której pojechaliśmy nie była wyposażona w szczotki. Cały proces odbywał się za pomocą wysokociśnieniowych dysz. Jedynie koła były pucowane w konwencjonalny sposób. Efekt jednak również nie zwalił nas z nóg. Później przyszedł czas na wnętrze. Tu poszło nam wiele sprawniej, tylko kosmetyki do kokpitu musimy dobrać inne. Tak czy inaczej Junior wygląda znacznie lepiej niż przed myciem.

Żeby nie było całkiem słodko, niedziela przywitała ciężkimi ołowianymi chmurami na niebie i ulewą tak potężną, że zastanawiam się, kiedy zacznie żabami z nieba walić.

Z życia „najlepszego miasta na świecie” ostatnio przykuła moją uwagę medialna ofensywa Connexu (operatora tutejszej kolejki miejskiej). Otóż w myśl zasady, że najlepszą obroną jest atak, mój „ulubiony wróg publiczny nr 1” nękany karami za spóźnione i odwołane pociągi (26 mln. AUD za ostatni rok) postanowił wytoczyć ciężkie działa przeciwko pasażerom, którzy przytrzymują drzwi współpodróżnym, by ci zdążyli dobiec do pociągu. W telewizji pojawiły się czarno białe spoty, na których śpiące osoby wiszą niczym balast na plecach pasażerów, uczepione są jak rzepy do plecaków szkolnych dzieci spieszących się na zajęcia lub w inny sugestywny sposób opóźniają ich drogę na stację. I tak ten nieszczęśnik dociera z balastem na stację by już tylko zobaczyć tył odjeżdżającego pociągu. Kadry z tych filmów reklamowych posłużyły do wydrukowania plakatów, jakie zawisły na mieście. Kampania medialna to mistrzowskie posunięcie. To nie tylko szukanie tematu zastępczego odwracającego uwagę od innych poważniejszych przyczyn opóźnień, ale również próba przerzucenia ewidentnej winy spowodowanej niedociągnięciami organizacyjnymi Connexu na pasażerów. Owszem, wiele opóźnień spowodowanych jest w ten sposób. Wyeliminowanie ich jednak nie poprawi drastycznie punktualności pociągów. Najpoważniejszą przyczyną opóźnień jest długa wymiana pasażerów na stacjach. Dopóki w ten, a nie inny sposób będzie wyglądało wnętrze wagoników kolejki pociągi nadal będą się spóźniały. I nie chodzi mi już o to, że w większości metropolii wagony mają jeden rząd siedzeń usytuowany plecami do okien a całe wnętrze jest przeznaczone dla stojących pasażerów, podczas gdy w Melbourne siedzenia są rozmieszczone jak w autobusie dalekobieżnym po kilka w rzędzie z wąziutkim korytarzem pośrodku. Chodzi o to, że w wagonach Connexu konstruktorzy nie przewidzieli możliwości, że pasażer stoi. Limitowana liczba uchwytów w zamyśle miała służyć tylko tym, którzy właśnie wstali z krzeseł i wysiadają. Rzeczywistość jest taka, że w godzinach porannego i popołudniowego szczytu pociągi jeżdżą zatłoczone. Pasażerowie, którzy stoją muszą się czegoś trzymać a jedyne miejsce gdzie zamontowano uchwyty to właśnie okolice drzwi. W efekcie na każdej stacji trwa przepychanka tych z głębi wagonu przez tłum okupujący drzwi. To samo dotyczy wsiadających, którzy przedrzeć muszą się ta samą drogą do środka. O ileż szybciej następowałaby wymiana pasażerów, gdyby ci ludzie męczący się w wejściu, których na każdej stacji ktoś przepycha, popycha, przydeptuje mogli na spokojnie stanąć w głębi wagonu, chwycić się rączki i nie blokować innym drogi. Myślę, że za pieniądze wyrzucone na agencje reklamowe, miejsca na billboardach i czas antenowy w TV kilka pociągów mogłoby zostać doposażonych w rozwiązania ułatwiające wszystkim życie.


  • RSS