harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2006

Od początku mojej „dorosłej” kariery zawodowej liczę cudze pieniądze. Analizy finansowe, kalkulacje, notowania, wyceny i kursy to od wielu lat mój chleb powszedni. Przeżyłem również dwie dewaluacje. Jedną w Polsce w 1995 roku, kiedy od naszych starych złotych odcieliśmy cztery zera. Drugą, taką „małą”, prywatną dewaluację przeszedłem w Australii, gdy musiałem zweryfikować wartość AUD. Nauczyć się, że za 2 AUD w Australii kupię mniej niż za 5 PLN w Polsce i traktować tą kwotę jako 2 AUD a nie 5 PLN.

Wczoraj, mimo tych wszystkich faktów, uświadomiłem sobie, że w 11 lat po dewaluacji złotego w głowie nadal liczę w starych nominałach. O ile nie mam problemów z małymi kwotami rzędu kilku czy kilkunastu złotych, tyle przy większych wartościach w mojej głowie wciąż liczę miliony czy miliardy złotych. Nie przeliczam jej, nie zastanawiam się nad wartością. Kiedy w głowie liczę sto dwadzieścia milionów automatycznie, bezwiednie, bez zastanawiania na papierze zapisuje dwanaście tysięcy. I na odwrót. Kiedy czytam 56 000 w mojej głowie od razu świta, że to ponad pół miliarda. Czy to uleczalne ?

Dla miłośników kolei w wydaniu retro okolice Melbourne mogą być prawdziwym rajem. Pociągi prowadzone parowozami można spotkać na kilku bardzo atrakcyjnych trasach. Należą do nich ”Victorian Goldfield Railways” prowadzące pociągi turystyczne pomiędzy Castelmine (ok. 130 km od centrum Melbourne) a Maldon, „Mornington Railway” znajdująca się praktycznie na obrzeżach Wielkiej Metropolii, „Bellarine Peninsula Railway” – już po zachodniej stronie zatoki, „Walhalla Goldfields Railway” (180 km od centrum) i „Puffing Billy Railway” do której dojedzie się kolejka miejską, a na stację dojdzie ścieżką bezpośrednio z peronu. Te dwie ostatnie kolejki mają dodatkowy urok, gdyż nie tylko są prowadzone parowozami, ale na dodatek to wąskotorówki.

Turystyczne koleje w Australii to przedsięwzięcie komercyjne. Służą nie tylko popularyzacji i zachowaniu dla przyszłych pokoleń zabytków techniki, ale również jako niezła maszynka do robienia pieniędzy. Choć trzeba przyznać, że niektóre atrakcje mogą być ciekawe nie tylko dla miłośników kolei. Najbardziej skomercjalizowane przedsięwzięcie to „Puffing Billy”. W ofercie można znaleźć nie tylko same przejażdżki dla entuzjastów. Firma oferuje np. lunch w odrestaurowanym, zabytkowym wagonie restauracyjnym. Można wybrać się również na wieczorną kolację. W trakcie takiej imprezy gościom w wagonie restauracyjnym podawane są przystawki a następnie dowożeni są do restauracji, gdzie mają serwowany trzydaniowy posiłek. Powrót po kilku godzinach jak najbardziej parowozowo i wąskotorowo. Tam też za kilkaset dolarów można wykupić całodzienny kurs prowadzenia parowozu. Wszystkie z wyżej wymienionych kolei można oczywiście wynająć na jak to tu się nazywa „private function”, czyli wesele, przyjęcie urodzinowe czy spotkanie biznesowe. Nam najatrakcyjniejsza wydała się oferta „„Bellarine Peninsula Railway”, która zaprasza na specjalny program zatytułowany „The Blues Train” (http://www.thebluestrain.com.au/). Slogan reklamowy mówi wiele. Jeden parowóz, 4 wagony, 200 osób, najlepsi wiktoriańscy bluesmani, kolacja i show. Podczas trwającej od 18.30 do 23.30 przejażdżki pociąg zatrzymuje się na 4 stacjach, na których uczestnicy zmieniają wagony by w ten sposób mieć szansę wysłuchać każdej z kapel. Myślę, że to będzie naprawdę przednia zabawa.

W oczekiwaniu na październik, kiedy to startuje „The Blues Train” z pewnością udamy się w pierwszy weekend września na gościnne występy w Melbourne parowozu z ”Victorian Goldfield Railways”, który zabierze pasażerów na przejażdżkę z Flinders Street Stadion – głównej stacji kolejki miejskiej. A na razie zostaje nam się cieszyć kilkoma wspomnieniami z „Puffing Billego”.

show.php?size=original&album_name=%2FMel
show.php?size=original&album_name=%2FMel
show.php?size=original&album_name=%2FMel
show.php?size=original&album_name=%2FMel
show.php?size=original&album_name=%2FMel
show.php?size=original&album_name=%2FMel

W Australii rok finansowy kończy się 30 czerwca. Po tej dacie nastepuje szał rozliczeń podatkowych. Nie musimy jednak tak jak w Polsce wypełniać papierowego formularza i zanosić go do urzędu osobiście lub wysyłać pocztą. ATO, tutejszy Urząd Skarbowy, umożliwia podatnikom rozliczenie się poprzez internet za pomocą specjalnie skonstruowanego programu, który pobiera się ze stron internetowych ATO.

Kilka dni temu pobrałem ten program, wczoraj go zainstalowałem. Jakież było moje zdziwienie, kiedy mój program antywitusowy wyświetlił mi taki alert.

ato_wirus2.jpg

I co ja mam o tym mysleć ? Program antywirusowy zwariował, czy ATO nie obdarza zaufaniem ludzi, którzy próbują odinstalować ich produkt ?

Absolwentka jednej z drogich, prywatnych szkół dla panienek z „dobrych domów” o nauce w takich przybytkach:

„They don’t want you to ask real questions. They just want you lern enough to make polite conversation at dances with cadets from boys academy.”

Wszystko zaczęło się w pierwszej połowie czerwca. Wtedy podjęliśmy decyzję, że zostajemy jednak w Australii na dłużej i należałoby zmienić Uli status ze studenta na rezydenta. Ponieważ w kraju kangurów, misia koali tudzież innych wombatów chętni do żeniaczki są zazwyczaj jedynie geje i lesbijki, którzy pragnęliby zalegalizować swoje związki a pary mieszane wolą żyć bez „kwitka”, lokalny rząd rozpoznaje związki zwane tu „de-facto” lub z polskiego konkubinatem. Związki takie w niektórych sprawach traktowane są na równi z oficjalnymi małżeństwami. To też posłużyło jako podstawa wystąpienia do władz emigracyjnych o przyznanie Uli wizy rezydenckiej w kategorii „żona de-facto”. Ale do rzeczy.

Około 10.06 zaczęliśmy gromadzić wszystkie papiery. Kserowaliśmy dokumenty wyciągnięte z segregatorów, potwierdzaliśmy kopie za zgodę z oryginałem, tłumaczyliśmy na język angielski polskie zaświadczenia, poprosiliśmy znajomych o złożenie oświadczeń, że nasz związek nie jest „lewy”, zdobyliśmy polskie i australijskie zaświadczenia o niekaralności. Ula dodatkowo poddała się badaniom lekarskim, prześwietleniu, badaniom na obecność wirusa HIV. I choć by złożyć ważną aplikację nie istnieje konieczność złożenia wszystkich dokumentów jednocześnie, to postanowiliśmy, że nie będziemy się bujać z uzupełnieniami i wszystko co możemy załatwimy za wczasu. A oprócz wymienionych powyżej rzeczy było tego sporo. Nasza aplikacja miała rozmiar opasłego segregatora.

Dokładnie 5 lipca Ula z sercem na ramieniu wparowała do lokalnego biura Departamentu Imigracji i złożyła wniosek na ręce skośnookiego Australijczyka. Kiedy to już mieliśmy za sobą nie pozostało nic innego jak czekać. Pierwszym etapem powinien być list potwierdzający, że nasza aplikacja została zarejestrowana i informujący nas o numerze referencyjnym naszego wniosku. Kolejnym, informacja o przydzieleniu „case oficera” i wreszcie zaproszenie na rozmowę. Z informacji dostępnych na internetowych stronach Departamentu wynika, że przeciętny czas oczekiwania na rozpatrzenie wniosku złożonego na terytorium Australii wynosi 6 miesięcy.

Niespełna dwa tygodnie później, dostaliśmy list wyslany 12 lipca. Naszemu zaskoczeniu nie było granic, kiedy okazało się, iż jest on jak Nescafe 3 w 1. Było w nim potwierdzenie, że nasza aplikacja została zarejestrowana z datą 6 lipca, przedstawienie naszego „case oficera” i zaproszenie na rozmowę w dniu 10 sierpnia.

Przez ten okres staraliśmy się przygotować do tej rozmowy jak najlepiej. Pytaliśmy znajomych, czytaliśmy na internecie. I choć w naszym wniosku nie było żadnych upiększeń i koloryzowania zawsze mogliśmy trafić na trudne pytania. Najbardziej obawialiśmy się pytań o szczegóły życia codziennego, na które zwraca się uwagę na początku związku a później powszednieją. Nasłuchaliśmy i naczytaliśmy się relacji różniących się od siebie o 180 stopni. Od upierdliwych w trakcie których pytano o kolor szczoteczki do zębów partnera i kiedy partnerka miała po raz ostatni okres aż po takie przeprowadzane od niechcenia byle odbębnić. Wniosek, nie ma co gdybać bo wszystko zależy na jakiego rozmówce się trafi.

10 sierpnia z dumnie podniesionym czołem wkroczyliśmy do budynku Departamentu Emigracji po czym udaliśmy się na 23 piętro, gdzie z niecierpliwością oczekiwaliśmy „godziny W”. Nasza pani „case oficer” okazała się młodą, bardzo przyjemną osobą. Cała rozmowa przypominała mi tylko formalność przewidzianą procedurą. Weszliśmy do pokoju rozmów razem. Nie konfrontowano czy nasze „zeznania” się zgadzają egzaminując każde z nas z osobna. Zadano proste pytania, na które udzieliliśmy już odpowiedzi pisząc „historię naszego związku”, wymaganą jako integralna część aplikacji. Nie było żadnych trudnych, podchwytliwych i upierdliwych pytań. Wszystko toczyło się w trójkącie Ula, ja i urzędniczka. Ot taka przyjemna przyjacielska pogaducha o tym jak się poznaliśmy, jak rozwijała się nasza znajomość i co planujemy w przyszłości. Po tej rozmowie byliśmy pokrzepieni. Szczególnie, że okazało się iż odpowiedź dostaniemy w ciągu kilku tygodni, czyli nie będziemy czekali aż tyle ile pisało na internetowych stronach Departamentu.

17 sierpnia Ula dostaje korespondencję z Departamentu. W liście datowanym na 15 sierpnia nasza pani „case oficer” informuje, że nasze podanie zostało rozpatrzone pozytywnie i przyznano Uli wizę. Informuje jednocześnie o wszystkich prawach i obowiązkach jakie niesie ze sobą posiadanie statusu rezydenta w Australii. Do końca tego dnia Ula chodziła po całym mieszkaniu podskakując do góry i śpiewając „a ja mam wizę”. Nawet około drugiej w nocy, kiedy przewracałem się z boku na bok usłyszałem jak to deklamuje.

18 sierpnia godziny wczesno popołudniowe. Wlepka potwierdzająca przyznanie wizy znalazła się właśnie w Uli paszporcie. A wszystko w niecałe półtorej miesiąca od dnia złożenia aplikacji. !!!

„Liban”

1. Bejrut, Trypoli, Sydon, Tyr sie pala
Kule napalm masakra bomby wybuchają
Gwiazda Dawida i krzyże na sztandarach
Al fatach i półksiężyc a Liban na kolanach

Ref:
Kolejny rok a Liban płonie
Obłędny taniec nad własnym grobem
W imie Chrystusa i Mahometa
Żywe torpedy giną w płomieniach

2. Zabito piec tysięcy sprawcę trudno znaleźć
Zabito prezydenta morderca jest nieznany
Czołgi rożnej produkcji złote plaże zorały
Liban płonie w ogniu lecz krwi ciągle mało
Ref…

3. Gdzie stały dumne banki dziś w bólu i zamęcie
Przebiega linia frontu, Bejrut jest miastem śmierci
Wyrok śmierci na Liban zaocznie gdzieś wydano
Libański cedr usycha lecz krwi ciągle za mało
Ref…

Tak przed prawie 20 laty śpiewał kultowy już dziś zespół KSU. Wtedy ten protest song skierowany był przeciw wojnie domowej jaką toczyli libańscy chrześcijanie z muzułmanami. Choć tak na prawdę pod tą przykrywką walkę na terytorium Libanu toczyła Syria z Izraelem. Wojna owa wyniszczyła kraj zwany „Szwajcarią Bliskiego Wschodu” i zepchnęła go cywilizacyjnie do poziomu sąsiadujących krajów arabskich. Wtedy to również zaczął się masowy eksodus Libańczyków z których wielu znalazło nową ojczyznę właśnie w Australii.

Dziś, 30 lat bo wybuchu tamtej wojny, znów polała się krew w Libanie. Tym razem jest to otwarty konflikt żydowsko-arabski.

Ostatnio dość nieregularnie oglądam telewizyjne informacje, więc z pewnością moje informacje są dość płytkie. Odnoszę jednak wrażenie, że tutejsze media „trzymają stronę libańską” częściej w swoich relacjach ukazując Izrael jako agresora, który rozpętał tą wojnę. Trudno się z resztą temu dziwić, zważywszy na ogromną rzeszę emigrantów z Libanu czyli obywateli australijskich libańskiego pochodzenia. Liczba ewakuowanych Australijczyków z terenów objętych wojną sięgała tysięcy. Jak to wygląda z naszej perspektywy ?

Mieszkamy w żydowskiej dzielnicy. Po ulicach chodzą ludzie ubierający tradycyjne żydowskie nakrycia głowy. Przez płot sąsiadujemy z Synagogą i żydowskim ośrodkiem kulturalno oświatowym. Do czasu wybuchu konfliktu Izraelsko – Libańskiego ochroniarze pojawiali się tam sporadycznie. Przeważnie przy wizycie ważniejszej osobistości lub podczas wydarzenia gromadzącego sporą liczę osób. Od miesiąca ochrona jest obecna dzień i noc. W znajdującym się nieopodal Muzeum Judaizmu zainstalowano nową, mocniejszą kratę tworzącą pewien rodzaj metalowej klatki strzegącej wejścia. Tam również pojawili się ochroniarze. Przy okazji zmienił się mój stereotyp ochroniarza, jaki znałem z obserwacji izraelskich wycieczek przyjeżdżających do Krakowa. W miejsce smutnych panów w czerni z marynarką skrojoną tak, by dobrze widoczna była kabura pistoletu, synagogi za płotem strzegą ludzie wyglądem nie wyróżniający się z tłumu. Czasami nawet pojawia się całkiem sympatyczna blondyneczka. Nie wygląda ani na żydówkę, ani na specjalnie niebezpieczną. Ale nie mam złudzeń. Jeśli próbowałbym dziwnych sztuczek połamałaby mi kark gołymi rękami zanim zdąrzyłbym powiedzieć słowo.

Codziennie na stacji kolejki widuję sporo żydów. W pierwszych dniach konfliktu dało się wyczuć wśród nich pewien niepokój. Później sytuacja uległa rozluźnieniu. Od jakiegoś czasu codziennie spotykam na peronie młodego prawnika, emigranta z Izraela, jak usłyszałem podczas jednej z jego konwersacji. Niewysoki, krótko obcięty przypominający nieco doktorka z serialu „Przystanek Alaska”. Wczoraj moja ciekawość wzięła górę nad wrodzoną nieśmiałością, przełamałem się i zagaiłem rozmowę. Słuchaj, mówię, co Ty o tym wszystkim myślisz jako Żyd. W końcu to Twoi rodacy tam na Bliskim Wschodzie tłuką się z Arabami, którzy przecież chyba w swojej doktrynie religijnej mają by zniszczyć Izrael. Jego odpowiedź mnie zaskoczyła. Powiedział, że obecny konflikt izraelsko-libański nie ma nic wspólnego z religią ani z Islamem. To nie jest krucjata o wiarę. To sąsiedzka nienawiść między sąsiadującymi narodami umiejętnie podsycana przez arabskich i żydowskich przywódców religijnych, którzy od najmłodszych lat wciskają dzieciom do głów, że ten sąsiad po drugiej stronie granicy, to śmiertelny wróg i należy go zniszczyć za wszelką cenę. Nikt nie wie z jakich powodów i nikt nie pyta dlaczego. I najgorsze jest to, kontynuował mój rozmówca, że takie konflikty będą wybuchały dopóki nie zmieni się mentalność ludzka. A na to potrzeba pokoleń i dobrej woli by to zmienić. A im więcej walk, tym tej dobrej woli jest mniej, zakończył.

Czas odkurzyć bloga i napisać co nieco, by całkowicie nie zarósł pajęczyna. Na dziś kawałek o tak zwanej „sranej rurze”, czyli jak pracują australijscy robotnicy, o których krąży wiele, nie zawsze pochlebnych opinii.

Wszystko zaczęło się w chwili naszej przeprowadzki do nowej lokalizacji. Od tego czasu mieliśmy notoryczne problemy z damską ubikacją. Na początku zapychała się średnio raz na dwa tygodnie. Później nie było już tygodnia, by się kibelek nie zatkał. Na koniec częstotliwość wzrosła do 2 razy na tydzień. Za każdym razem agent zarządzający nieruchomością przysyłał hydraulika. W pewnym momencie jednak musiał policzyć koszty, bo zapadła decyzja, że sprawę trzeba rozwiązać gruntownie. Po wielkiej „naradzie wojennej” mądrych głów uznano, że najprawdopodobniej pęknięta jest kamionkowa rura gdzieś, na długości pomiędzy wyjściem z naszego budynku a kolektorem zbiorczym na ulicy. Sęk w tym, że aby ją wymienić trzeba rozryć cały betonowy parking i podjazd, pod którym ta rura biegnie. Plan akcji wyglądał tak. Środa: rozwalenie młotem pneumatycznym kilkunastu m2 betonowej powierzchni. Czwartek: zebranie gruzu, wykopanie rury. Piątek: wymiana rury, zasypanie dołu, położenie zbrojenia pod nową nawierzchnię. Sobota (????): wylanie betonu. Poniedziałek: kibelek i parking działają jakby bigdy nic się nie stało.

W środę zgodnie z planem zaczęło się kucie. Po raz pierwszy odkąd pracuję w „Bałaganie” zamknąłem się we własnym pokoju. A i tak mimo to nadal trudno mi było usłyszeć własne mysli. Dwie dziewczyny z „open space” siedzące najbliżej okna przenieśliśmy tymczasowo do sali konferencyjnej. My nie mogliśmy znieść tego huku a koleś od młota pneumatycznego nawet słuchawek nie miał na uszach. Masakra. Facet wyglądał starszy i większy brat Mariusza Pudzianowskiego. Pewnie bez problemu rzucał 20 metrów w dal sprężarką jak go tylko od tego młota oderwali. Obrazu dopełniała jego ciężarówka. Kształt kabiny i ilość rdzy przebijającej przez resztki białej farby świadczyły, że samochód pamiętał pewnie jeszcze prezydenta Roosvelta. Najczęściej takie auta widzi się w programach satyrycznych szydzących z chłopaków z „country” w Queenslandzie.

Minęła środa pełna huku. Wychodząc z pracy widziałem, że zryte jest może 1/3 powierzchni. W tej chwili byłem już pewny, że plan by w poniedziałek wszystko wróciło do normy z pewnością wziął w łeb. Sytuacja ze środy powtórzyła się w czwartek i w piątek. Ale przyznać muszę, że sądząc po odgłosach pracującego młota koleś raczej się nie obijał. W poniedziałek zaczęli wywozić gruz. Wywieźli go, po czym na dwa dni zniknęli. Wrócili w czwartek. Następne dwa dni zajęło wykopanie dołu i ….. znów zniknęli na dwa dni. Wrócili ponownie w środę, równo dwa tygodnie od rozpoczęcia prac. Jednego dnia wykopali dół, wymienili rurę, zasypali ten dół i utwardzili wibratorem podłoże pod nową nawierzchnię. W czwartek cały dzień kładziono i wiązano zbrojenia. Wreszcie w piątek przyjechała betoniarka i zrobiła, co do niej należało. Nowa nawierzchnię otrzymaliśmy z 2 tygodniowym poślizgiem w stosunku do planu.

Tempo pracy i podejście do sprawy jakoś specjalnie mnie nie zaskoczyło. To, co warte odnotowania, to zabezpieczenie miejsca pracy. Nie ma mowy o jakiejś zapomnianej dziurze pozostawionej samej sobie. Całość była dokładnie odgrodzona. Nie było możliwości przypadkowego, nieszczęśliwego wtargnięcia i zrobienia sobie krzywdy. Żeby dostać się do środka trzeba by było umyślnie sforsować ogrodzenie. Wszystko w jaskrawych pomarańczowych barwach z daleka widoczne dla przechodniów. Pod względem bezpieczeństwa osób trzecich nic nie pozostawiono przypadkowi.

Chwilowa przerwa w transmisji spowodowana jest uszkodzeniem naszej lini telefonicznej a co za tym idzie odcieciem od internetu. Lokalny zlodziej telekomunikacyjny obiecal juz we wtorek przyslac technikow by sprobowali przywrocic nam lacznosc.


  • RSS