harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2006

Junior.

7 komentarzy

Panie i Panowie, Szpulka i harom spółka z nieograniczoną nieodpowiedzialnością mają zaszczyt przedstawić Państwu J U N I O R A .

Junior nie jest rdzennym Australijczykiem a raczej naturalizowanym Niemcem. Pomimo, że w jednym z przedmieść Melbourne (Clayton) istniała fabryka VW nadal nie wszystkie sprzedawane po drugiej stronie globusa Garbusy były montowane na miejscu. Junior przyszedł na świat w Niemczech pomiędzy styczniem a lipcem 1975 roku, jest więc o całe dwa lata młodszy od „Szczeniaczka”. Nie jest to również tak „wypasiona” wersja jaką był jego poprzednik. Należy jednak przyznać, że to najlepszy stosunek ceny do jakości wśród samochodów, które oglądaliśmy. Ba, w porównaniu z ohydami, jakie oferowano w podobnych cenach to nasz Junior wygląda on jak perełka. Z pewnością w niedługim czasie krok po kroku będzie nabierał rumieńców. Jedno jest pewne, teraz jeśli będzie dylemat czy kupić coś do domu, czy do samochodu, to Junior zawsze będzie stał na pierwszym miejscu.

Zadania na najbliższy czas. Wstąpić w grono członków Volkswagen Club of Victoria, największego i najstarszego w Australii stowarzyszenia zrzeszającego miłośników wiecznie uśmiechniętego autka oraz znaleźć porządny warsztat, gdzie mechanik będzie miał serce do Garbusów a nie tylko łapska. Przez pierwszy okres przynajmniej zanim nie skompletuję własnych narzędzi większe naprawy niestety będziemy musieli zlecać „na zewnątrz”. A może ktoś z Was zna lokalnego odpowiednika legendarnego Tomka „klnącego” Atysa z Łomianek?

Hotel.

4 komentarzy

Wstyd mi. Tyle razy pisałem o “Bałaganie” i moich tam przygodach a ani razu jeszcze nie wspomniałem o pracy Szpulki. Czas naprawić tą niezręczność.

Ulcia pracuje w cztero i pół gwiazdkowym hotelu w centrum Melbourne jako Food & Beverage Attendant, czyli na nasze osoba odpowiedzialna za serwowanie jedzenia i picia. Te cztery i pół gwiazdki w randze hotelu są złudne, bo przecież inaczej wyglądają czterogwiazdkowe przybytki np. w rejonie śródziemnomorskim a inaczej Hotel Forum w Warszawie. Nie odbiegajmy jednak od tematu.

Jednym z zadań Szpulki jest opieka nad bufetem podczas śniadań. Kiedy ma tą zmianę odpowiedzialna jest za przygotowanie z samego rana bufetu, wyłożenie owoców, pieczywa, soków itp. rzeczy oraz zadbanie o to, by ciepłe jedzenie takie jak np. jajecznica czy ziemniaki zawsze były świeże, czyli zamówienie tego w kuchni w odpowiedniej ilości w odpowiednim czasie. W trakcie śniadania Szpulcia oprócz dokładania jedzenia do bufetu musi również sprawdzać czy przychodzący goście mają wliczony posiłek w koszt pobytu, a jak nie to ich „kasować” za śniadanie. Oczywiście po każdej osobie, która skończy należy posprzątać stół i ponownie nakryć go dla następnych gości. Podczas śniadań do obowiązków personelu należy również obsługa „room service”, czyli podawanie gościom śniadań do pokoju. Na koniec należy posprzątać salę, poprzesuwać stoły, nakryć je ponownie dla zmiany, która będzie obsługiwała lunch, zebrać z pięter tace z „room service” a na koniec rozliczyć kasę i odnieść ją na recepcję.

Innym zadaniem Food & Beverage Attendanta jest “minibar”. Praca ta jest bardzo żmudna i ciężka. Polega na objechaniu z wózkiem całego 17 piętrowego hotelu, wejściu do każdego pokoju, sprawdzeniu zawartości lodówki i uzupełnieniu jej o rzeczy, które ubyły. Na wózku znajduje się kilkanaście litrów wody mineralnej, piwa, soków, drinków w puszkach, batonów, chipsów itp. Kiedyś próbowaliśmy wyliczyć ile to wszystko waży, ale przy 60 kg zwątpiliśmy. Na tej zmianie nie tylko należy się nasiłować z wózkiem. Schylając się by otworzyć każdą lodówkę wykonuje się kilkaset skłonów dziennie a kucając by ją uzupełnić dodatkowo sporo przysiadów. To jest lepsze niż poranna gimnastyka przy na pierwszym programie Polskiego Radia. . Oprócz krzepy, w tej pracy należy się wykazać również posiadaniem kilku szarych komórek, gdyż na koniec dnia należy „rozliczyć wózek” i przekazać do recepcji ile trzeba obciążyć każdy z pokoi za zużyte towary. Tak zupełnie na koniec dnia czeka jeszcze uzupełnienie wózka o sprzedane artykuły, tak by osoba zaczynająca tą zmianę nazajutrz nie miała żadnych braków. Jest jednak jedna bardzo dobra strona tej zmiany. Kiedy ludzie się wyprowadzają bardzo często zostawiają w pokojach sporo alkoholu, który nie zdążyli wypić. Jeśli nie ubiegną Uli sprzątacze, to wieczorem nasza domowa lodówka przypomina małą gorzelnię.

Kolejnym z obowiązków Szpulci jest obsługa przeróżnych imprez odbywających się w hotelu. Hotel, prócz noclegów oferuje bowiem sale konferencyjne do wynajęcia. W takim przypadku Ula musi poznosić odpowiedniość stołów i krzeseł do Sali, ustawić to wszystko tak, jak zażyczył sobie organizator, nakryć stół w zależności od posiłków jakie będą serwowane. Czasami, kiedy impreza to nie szkolenie czy konferencja a np. jakieś imieniny czy inna okoliczność Szpulcia zamienia się w regularnego kelnera serwującego posiłki do stołów, zbierającego naczynia czy otwierającego piwo lub wino. Innym razem ogranicza się do zapewnienia kawy/herbaty i przekąsek. Czasami takie imprezy odbywają się na basenie, który znajduje się na dachu hotelu innym razem w restauracji.

Niezbyt często ze względu na szkołę, którą Szpulcia ma codziennie od 17-tej, ale jednak się zdarza, że pracuje również w hotelowej kawiarni. Tu przyjmuje zamówienia od klientów, podaje posiłki, przygotowuje kawę lub inne napoje.

Jakby tego wszystkiego było mało od jakiegoś czasu w piątkowe wieczory Ulcia zamienia się w kucharza. Pod okiem głównego kucharza hotelu przygotowuje posiłki i desery. Oprócz typowych zadań pomocnika polegających na sprawieniu kurczaka, pokrojeniu warzyw czy filetowaniu ryby Szpulcia również gotuje. Czasami, kiedy zamówienie opiewa na dwa takie same dania jedno z nich przygotowuje Szef Kuchni a drugie, równocześnie, Ula pod jego czujnym okiem i wedle wskazówek. Innym razem Ula dostaje patelnie z gotowym daniem i ma je rozłożyć na talerzu, przystroić i uformować tak, by klientowi oko zbielało, lub też na odwrót przygotować talerz tak, by główny kucharz mógł już tylko nałożyć gotowe jedzenie. To bardzo ważne, by podana potrawa odpowiednio wyglądała, bo w hotelach tej rangi bardziej „je się wzrokiem”. Nie ma się co dziwić, bo każdy zanim wbije widelec na pewno wypowie „ale to fajnie i pomysłowo wygląda”. Dodatkowo pracując na kuchni Ula samodzielnie przygotowuje desery a później to wszystko testuje na mnie w domu.

Pewnie sporo pominąłem, ale i tak daje to mniej więcej obraz pracy na pozycji Food & Beverage Attendanta. Tak czy inaczej jestem bardzo dumny z Ulci i uważam, że nie tylko wykonuje kawał dobrej pracy ale i wkłada serce w to co robi.

Nasza aktywność ostatnio trochę przygasła. Dwa tygodnie strzeliły jak z bicza i tylko zapisy wydatków w domowym budżecie przypominają ile czasu już upłynęło. Z początkiem lipca rozpoczął się nowy rok finansowy w Australii. Tak już tu sobie zorganizowano, że trwa on od 1 lipca do 30 czerwca roku następnego, więc pod względem ekonomicznym jesteśmy już w roku 2007. Na początku przysparzało mi to nieco kłopotów. Przyzwyczajony do rytmu styczeń-grudzień myliłem okresy finansowe z kalendarzowymi. I tak, kiedy widziałem zapis 08/2006 na myśl nasuwał mi się od razu sierpień 2006 roku. A tu dupa, ósmy okres roku finansowego 2006 to jest miesiąc luty 2006. Kilka razy się tak się pomyliłem zanim weszło mi w krew.

Początek roku obfitował w nawał pracy. Jak to bywa w zwyczaju „Bałaganu” jest problem z rozróżnieniem rzeczy pilnych od ważnych i o tym, że w związku z nowym rokiem finansowym potrzeba przygotować rachunkowość zawczasu nikt nie pomyślał. Robiłem to w pierwszym tygodniu lipca. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że nigdy w życiu nie pracowałem tak intensywnie przez tak długi okres. W Polsce kilka razy zdarzyło mi się mieć „spiętrzenia”, ale nigdy aż tak długie. Kiedyś z całym działem pracowaliśmy przez cały weekend 24/h. Szliśmy pojedynczo do domu tylko na jakieś 8 godzin by się umyć i przespać, po czym na 16 wracaliśmy z powrotem, by skończyć przed poniedziałkiem. Ale to było tylko 3 dni. Teraz co prawda nie było mowy o takim forsownym tempie, ale sumiennie siedziałem po 9,5 godziny dziennie, codziennie przez półtorej tygodnia. Dla odmiany ostatni tydzień spędziłem dość leniwie i gdyby ścisnąć to razem, to może udałoby się to zmieścić w 2 dniach pracy na „pół gwizdka”.

Mój australijski styl pracy nie różni się zasadniczo od polskiego. W przeciwieństwie do wielu znajomych emigrantów nie odczuwam znacznego skoku jakościowego w środowisku pracy. W „Bałaganie” panuje chyba trochę mniejszy luz niż u znanych mi z opowieści pracodawców australijskich, pracuje się intensywniej a dodatkowo mój szef jest typowym pracoholikiem spędzającym w pracy co najmniej 11 – 12 godzin i pracującym jeszcze zdalnie z domu. Ostatnio dowiedziałem się od koleżanki z pracy, że w ciągu 6 lat od kiedy ona tam jest koleś nie był na urlopie dłuższym niż 2 dni. Po drugiej tronie medalu nigdy nie miałem w Polsce złych warunków pracy. Moimi przełożonymi zawsze (poza jednym byłym posłem AWS/PIS) byli ludzie na poziomie, o bardzo wysokiej kulturze osobistej, elokwentni, wykształceni profesjonalni. Nigdy nie doświadczyłem tego, co znam z opowieści znajomych, że szef, klasyczny przykład chama, który dochrapał się stołka traktuje ludzi jak bydło, pomiata nimi i poniża lub stosuje styl „zarządzanie przez opierdalanie” wprowadzając w pracy terror. Nigdy też w mojej pracy nie dał mi się we znaki „wyścig szczurów”, młodych, bezwzględnych Yappies jak z piosenki Kazika „Malciki”. Dlatego uważam, że środowisko i warunki pracy w Australii mam bardzo zbliżone do tego, co mialem w Polsce.

Jedną z wielu wspaniałych rzeczy w Australii są biblioteki. Nie mam tu na myśli zasobów, ale sposób ich organizacji. W przeciwieństwie do Polski, gdzie biblioteki stanowią dla samorządów lokalnych „zło konieczne”, gdzie brakuje pieniędzy nie tylko na odnawianie księgozbiorów, ale również na podstawowe wydatki eksploatacyjne, tu dba się o biblioteki z niesamowitą pieczołowitością. Ostatnio oglądałem budżet jednego z miast wchodzących w skład metropolii „Wielkiego Melbourne”. Na biblioteki przeznaczone było ponad 7% budżetu. O tym jak ważny stanowi to wydatek, niech świadczy, że była to jedna z osobnych kategorii, a nie tylko subkategoria w działce kultura czy oświata. Bardzo podoba mi się system wymiany miedzy bibliotekami. Jeśli jakiejś książki nie ma w bibliotece, do której jesteś zapisany a jest w sąsiedniej dzielnicy, to nie ma problemu. Książka zostanie dla Ciebie sprowadzona i można ją odebrać na miejscu. To fantastyczne rozwiązanie powoduje, że ksiązki nie zalegają na półkach jednej biblioteki, podczas gdy w innej ustawia się po nie tasiemcowa kolejka. Innym genialnym rozwiązaniem jest system rezerwacji internetowej. Zamawiasz książkę siedząc w zaciszu domowym, kiedy już zostanie dla Ciebie przygotowana dostajesz e-maila, że możesz po nią się już zgłosić. Mieszkając w Melbourne można również liczyć na bogaty księgozbiór w języku polskim. Internetowy katalog naszej biblioteki pokazuje aż 1072 pozycje w języku polskim. Taka obfitość może nawet skołować człowieka. Ostatnio Szpulcia oszalała ma punkcie Chmielewskiej. Przeczytawszy jedną wypożyczoną książkę zamówiła kolejną tej samej autorki. Jakież było jej zdziwienie, kiedy przy odbiorze książki okazało się, że ………… jest ona po rosyjsku. No tak, nikt nie wziął pod uwagę, że polscy autorzy są tłumaczeni na języki obce a katalog przeszukuje się zazwyczaj po nazwisku autora nie zwracając uwagi na język.

Ja też wpadłem niedawno w nałóg czytelniczy. Obecnie „katuję” mojego ulubionego autora fantasy Tada Williamsa. Właśnie czytam „The War of the flowers”, którą to książkę uważam za bardzo przeciętną. Tad Williams jest moim ulubionym pisarzem fantasy a jego trylogia „Pamięć, Smutek i Cierń” to najlepsza książka fantasy, jaką kiedykolwiek czytałem, a po raz pierwszy nie czytałem jej na początku mojej przygody z fantasy tylko gdzieś na 2-3 roku studiów mając już dawno pochłoniętego Tolkiena, Żelaznego, Diunę i inne „kamienie milowe” literatury fantastycznej. Od tamtej pory trylogia Williamsa stanowi dla mnie punkt odniesienia w stosunku do innych. I muszę przyznać, że tylko „wczesny Sapkowski” (opowiadania plus pierwsze 3 tomy Sagi) wg mnie nieco się zbliżył do tego wzorca.

Poza tym nadal trwają poszukiwania garbusa. Po tych kilku miesiącach poszukiwań jasne już jest, że będziemy musieli iść na daleko posunięty kompromis. Niestety samochodu o kondycji „Szczeniaczka” tu nie znajdziemy. Trzeba będzie kupić coś, co będzie można powoli doprowadzać do ładu. Niestety w Australii nie ma „średniej klasy” garbielców. Mamy do czynienia albo z mniejszymi lub większymi ruinami albo odrestaurowanymi kompletnie i pieczołowicie perełkami w cenach powyżej 20 000 AUD. Na takie pieniądze nas na razie nie stać, dlatego postanowiliśmy kupić coś, co nas będzie cieszyło swoim garbatym charakterem przez kilka najbliższych lat i miejmy nadzieje, że nie będzie to mniejsza a nie większa ruina, a kiedy wrócimy do Cairns i uregulujemy swoje życie to zainwestujemy w garbusa naszych marzeń. Do tego czasu trzeba przecież mieć jednak jakiegoś garbusa. No nie ?

Dziesiejszy odcinek cyklu nosi tytuł „Siła przyzwyczajenia”. Rzecz ma miejsce w klimatyzowanym, niskopodłogowym autobusie, naszpikowanym elektronika po same zęby. Na jego pokładzie znajdują sie miedzy innymi dwie kamery a do sygnalizacji „przystanku na żądnie” służy….. Zobaczcie sami.

show.php?size=original&album_name=%2FCod

Tak, dobrze widzicie, zwykły sznurek. To chyba tylko siła przyzwyczajenia niektórych pasażerów, którzy w większości tramwajów właśnie w taki sposób informują prowadzącego pojazd, że chcą wysiąść skłoniła konstruktorów do pozostawienia tego archaicznego rozwiązania w nowoczesnych autobusach.

Jedna z ostatnich notek na zaprzyjaźnionym blogu Spocitów odnosząca się do spraw dzieci i stosunków damsko-męskich, damsko-damskich i innych przywołała mi na myśl audycję jaką kilka tygodni temu słyszałem w drodze do pracy. Rozmowa toczyła się wokół będących na porządku dziennym w Australii szkół tylko dla chłopców czy typowo dla dziewczynek. W pewnym momencie współprowadzący oświadczył:

„Dzieci powinny poznawać w szkole świat a świat zamieszkują dwie płci. Dlatego szkoła powinna uczyć dzieci żyć również wśród rówieśników płci przeciwnej. Ja jednak córkę wysłałem do typowo żeńskiej szkoły, bo nie chciałbym, żeby chłopcy w jej wieku uczyli się życia właśnie na mojej córce.”

Kiedy to usłyszałem zatkało mnie. Współprowadzącą program również. I do dziś nie wiem czym bardziej byłem zaskoczony. Hipokryzją tej wypowiedzi? Bezczelnością wypowiedzi polegającą na tym, że ktoś jawnie przyznaje, że deklaruje jakieś poglądy a postępuje zupełnie inaczej? Czy może tym, że tak wiele osób w moim otoczeniu czyni to samo a ja wciąż w takich sytuacjach jestem zaskoczony. Kiedy się nauczę, że ludzie postępujący w życiu w myśl głoszonych przez siebie poglądów niestety należą do mniejszości. I to mikroskopijnej mniejszości. A ja wciąż jestem naiwny darząc ludzi kredytem zaufania i wierząc im w to, co mówią.

AKT 5 – Wielka Podróż.

Noc z wtorku na środę jest wyjątkowo krótka. Kładziemy się do łóżka już około 19.30 by wstać nazajutrz o 3 nad ranem. Przykładam głowę do poduszki i…. już za chwilę słyszę natrętny dzwonek budzika w moim telefonie. Zwlekamy się z wyrka. Prysznic, poranna kawa, ostatni rzut oka na plan podróży. To będzie bardzo długi dzień. Canberra oddalona jest o 675 km, czyli w obie strony czeka nas pokonanie drogi równej odległości Warszawa – Amsterdam. Dodatkowo w całej Australii (za wyjątkiem NT) nie można jechać szybciej niż 110 km/h, nawet na autostradach. A że Australia to państwo policyjne, za przekroczenie prędkości powyżej 40 km/h bezdyskusyjnie traci się prawo jazdy na pół roku oraz mandaty zaczynają się już po przekroczeniu prędkości o 4 km/h, to raczej będziemy przestrzegali ograniczeń.

Schodzimy do samochodu. Jest mniej więcej kwadrans do 4 nad ranem. Chłód wczesnego poranka przegania z oczu resztki snu. Wyprowadzam samochód z podwórka i zamieniamy się rolami. Za kółkiem siada Ula, ja przejmuję rolę pilota. Ruszamy. Ulice świecą pustkami i tylko gdzie niegdzie przemknie jakiś zabłąkany „nocny marek”. Pierwsze kilometry mijają całkiem sprawnie. Przez Melbourne przedarliśmy się bez większych kłopotów gubiąc drogę zaledwie raz, co uważam za całkiem przyzwoity wynik. Dalsza droga wiedzie autostradą. Za oknami nie widzimy nic, poza szeroką betonową trasą, światłami samochodów z przeciwka i nielicznymi pojazdami jadącymi w tym samym kierunku. Droga wydaje się bardzo łatwa. Mało TIRów, żadnych „zawalidróg”. Podczas kiedy Ula prowadzi obserwuję autostradę. Szczerze mówiąc spodziewałem się większego ruchu na trasie łączącej dwie największe metropolie. Po mniej więcej 3 godzinach jazdy zmieniam Ulę za kierownicą. Już się rozjaśniło na tyle, że możemy zobaczyć nieco krajobrazu. Raz po raz mijamy łąki pełne krów albo owiec. Co jakiś czas przebijamy się przez odcinki sawanny. Krajobraz nie jest zbyt zróżnicowany. Po następnych 150 km wreszcie pojawia się na znakach stacja benzynowa. To dopiero druga mijana stacja od kiedy wyjechaliśmy z Melbourne. Zwalniam, bo w przeciwieństwie do europejskich autostrad tu pas do zjazdu jest zazwyczaj dość krótki. Wczołgujemy się powoli na stację. Podjeżdżam na parking, wyłączam silnik. Idę trochę się rozejrzeć. Kibelek na stacji jakiś nieaustralijski taki, zasrany po sam sufit niczym publiczne przybytki w Melbourne na Chapel Street. Sklepik przy stacji benzynowej poraża cenami. Zerkam na ceny paliwa. Porażają również. Około 15% wyższe niż w Melbourne. Nie ma rady, trzeba tankować, bo nie wiadomo kiedy będzie następna stacja. Kręcimy się jeszcze parę minut po powietrzu, by następnie spakować do samochodu i ruszyć w dalszą drogę. Do granicy Wiktorii i Nowej Południowej Walii nadal jedziemy tą sama wygodną autostradą. Mijamy granicę i już nie jest tak kolorowo. Szosa co rusz zwęża się do jedno jezdniowej. Krajobraz za oknem nie ulega zasadniczej zmianie. Może poza tym, że im bliżej Canberry tym więcej jest wzgórz i pagórków. Około godziny 11.30 po ponad 7,5 godzinach jazdy docieramy do granic Australijskiego Terytorium Stołecznego. Stopniowo za oknem pojawia się coraz więcej „cywilizacji”. Mijamy kilka winnic, jakieś sady i ogrody. Niedługo później zagęszczają się zabudowania i wjeżdżamy do Canberry.

Miasto robi na nas potężne wrażenie. Jest schludne, estetyczne, miłe dla oka. Mijane budynki może nie są perłami architektury, ale doskonale komponują się ze sobą. Koncepcja urbanistyczna całego miasta budzi moje uznanie. Przebijamy się do centrum mijając po drodze „megaronda”, od których promieniście odchodzą ulice. Docieramy wreszcie nad jezioro. Przed nami jak na dłoni widoczna iglica parlamentu z górującą nad nim flagą. Iglica nie wieńczy budowli, ale wyniesiona jest na 4 okalających ją dźwigarach. Sam budynek nie jest stary nawet jak na australijskie realia. Został oddany do użytku w 1988 roku. My zbliżamy się do niego od strony miasta pokonując most przerzucony nad brzegami nerkowatego jeziora. Tuż za mostem udaje nam się przegapić skręt w wyniku czego, mamy okazję jeszcze raz przyjrzeć się budynkowi parlamentu. Po krótkiej korekcie trasy powracamy na właściwy kurs i już po następnych 10 minutach docieramy do celu naszej podróży.

Zielony Garbus wraz z 3 innymi stał przed warsztatem. Zaparkowaliśmy Hundai’a nieco dalej i z łopoczącym z przejęcia serduchem poszliśmy w jego kierunku. Na nasze spotkanie wyszedł Peter, mechanik, z którym rozmawiałem przez telefon. Zabraliśmy się za oglądanie samochodu. Rzeczywistość okazała się dla nas bardzo gorzka. Garbaty tak ślicznie wyglądał tylko na fotografiach. Co prawda metaliczny lakier nadal pięknie lśni w promieniach zimowego australijskiego słońca, ale z bliska wygląda gorzej niż tragicznie. Cała maska z przodu pokryta jest małymi dziurkami/odpryskami. Wygląda to jakby do samochodu ktoś strzelał ze śrutu na kaczki. Reszta karoserii (lakieru) pokryta siateczką mikropęknięć. Wsiadamy do środka. Obrzeża drzwi od strony kierowcy praktycznie pozbawione lakieru. W fotelu na samym brzegu oparcia wygryziona dziura wielkości zaciśniętej pięści. Nasze rozczarowanie jest ogromne. Humoru nie poprawia nawet sprawnie działający szyberdach. Prosimy Petera o odpalenie samochodu. Okazuje się, że nagle ni stąd ni zowąd zginął prąd. Na początku było przypuszczenie, że to może być akumulator. Później, że coś innego. Czekamy cierpliwie, choć nasz zapał już wyraźnie ostygł. Po kilkunastu minutach okazuje się, że właściciel zainstalował taki sprytny „pstryczek elektryczek”, który odcina zapłon. Wreszcie udaje się odpalić silnik. Jestem pod wrażeniem. Silniczek chodzi równiutko, nie szarpie, nie wypadają zapłony. Czas na jazdę próbną. Wsiadamy do „faszystowskiej maszyny” z mieszanymi uczuciami. Wrzucam bieg. Dźwignia zmiany biegów chodzi strasznie ciężko, ale sam bieg wskakuje bez zastrzeżeń. Naciskam gaz i….. płyniemy. Pomijając chamski, przerdzewiały tłumik, samochodzik jedzie jak marzenie. Momentalnie zrywa się do jazdy. Nie mija kilka sekund jak mamy już 80 na liczniku. Tak, czuć wpływ dwóch gaźników zamiast jednego tradycyjnego. Prowadzi się całkiem nieźle. Dobrze reaguje na kierownice. Hamulce są na miarę garbatego. Mechanicznie to ten „chrabąszcz” jest na piątkę z minusem. Minus za przerdzewiały tłumik. Po powrocie Ulcia prosi mechanika by podniósł nam samochód na podnośniku. Wchodzimy pod spód. Biegam jak szalony stukając w podłogę, szarpiąc końcówki drążków, macając przekładnię kierowniczą. Wszystko wygląda tak, jakby dopiero co wczoraj wyszło z fabryki !!! Ani grama rdzy, ni kropli wycieków oleju. Odpowietrzniki przy kołach jak nówki. Jestem pod wrażeniem !!!! Widziałem w życiu już sporo „garbatych”, ale takiego podwozia jeszcze nigdy w życiu. Nic, dziękujemy naszemu mechanikowi za poświęcony czas i decydujemy się na powrót. Sprawę trzeba głęboko przemyśleć, choć koszty polakierowania, odrestaurowania przynajmniej częściowego tapicerki, badań technicznych i rejestracji w innym stani skutecznie nas odstraszają od zakupu. Na odchodne Peter zaprasza nas na podwórko. Wychodzimy za przysłowiowy „winkiel” i….. szczęka opada niemal do ziemi. Na podwórku stos garbusów i busów. Zalegają wszędzie. Ustawione są w trzy czy cztery rzędy po kilkanaście sztuk w każdym. W niektórych rzędach nawet piętrowo. Tyle złomu to ja nawet nie widziałem na garbusowym szrocie w Borkowie. Oniemiali żegnamy się z sympatycznym Peterem. Wyjeżdżamy od niego rozczarowani. Nie rozgoryczeni, ale jest nam trochę żal, że rzeczywistość okazała się tak daleka od naszych rozbudzonych nadziei i oczekiwań. No nic, mówi się trudno, nie kupimy tego garbusa. Będziemy szukać dalej.

Przed wyruszeniem w drogę powrotną kręcimy się trochę po Canberze. Jest pora lunchu, dzień roboczy a Canberra przypomina senne prowincjonalne miasteczko. Mi ten klimat bardzo się podoba. Nie ma dzikich tłumów pędzących jak oszalałe w sobie tylko znanym kierunku. Nie ma tego rytmu nieustającego wyścigu. Na chodnikach w centrum nikt mnie nie obija, nie szturcha, nie wchodzi mi pod nogi. Nie ma ogłuszającej kakofonii dźwięków, wszechogarniającego zgiełku i harmidru. Decybele nie uderzają po uszach wraz z dzwonkami tramwajów, nie męczy hałas. Na dodatek jest schludnie i czysto. Nie ma również uczucia betonowej pustyni z namiastką zieleni. Tu zieleń jest wszędzie w dużych ilościach. To miasto jest po prostu o wiele bardziej znośne do życia. Snujemy się po centrum zafascynowani tą atmosferą. Podoba nam się architektura. Budynki są ładne same w sobie i pasują do siebie nawzajem. Przestrzeń architektoniczna jest zadbana i uporządkowana. W porównaniu z Canberrą, Melbourne to koszmar każdego urbanisty. Jedynie dzielnica Dockland może się poszczycić jakąś całościową koncepcją. Choć osobiście nie lubię zimnej architektury ze szkła i metalu z ostrymi geometrycznymi kształtami, to jednak Dockland zasługuje na uwagę właśnie ze względu na kompozycję całości.

W drogę powrotną wyruszamy tuż przed godziną trzecią po południu. Bez większego trudu wydostajemy się z miasta dobrze znaną już drogą. Przez kolejne kilkadziesiąt kilometrów prowadzę ja. Ula zmienia mnie za kierownicą już w Nowej Południowej Walii. Dalsze 300 km do granicy stanów prowadzi właśnie ona. Ja siedzę cichutko w fotelu pasażera i rozmyślam o tym, co widzieliśmy w Canberze. Głównie o garbusie. Za oknem zachód słońca. Mamy pecha, bo rano jadąc na północny wschód mieliśmy non stop słońce świecące w oczy. Teraz jedziemy na południowy zachód i znów nam świeci prosto w oczy. Na szczęście jednak w końcu zapada zmierzch. Około 19.30 docieramy znów na granicę stanów. Zatrzymujemy się w jednym z nielicznych na trasie zajazdów, gdzie oprócz parkingu i stacji benzynowej jest cała infrastruktura, czyli kawiarnia, restauracja, motel, itp. Odpoczywamy pijąc gorącą czekoladę. Do Melbourne jeszcze zostało trochę ponad 300 km. Zmieniam Ulę za kierownicą, tankuję samochód i ruszamy dalej. Do domu docieramy około 23.30. Spędziliśmy ponad 16 godzin w jednej pozycji na średnio wygodnych fotelach małego samochodu. Nasze mięśnie zastały się w jednej pozycji. Jesteśmy wyczerpani, zmęczeni do granic możliwości. A wszystko to dla jednego garbusa.

SUPLEMENT

W weekend byliśmy oglądać garbusy w Melbourne. Niestety obraz ten sam. Sprawny technicznie garbus, z ładnie chodzącym silnikiem, zadbany mechanicznie wyglądał jak obite jabłuszko. Powgniatany zderzak, błotnik, na dachu lakier odchodzący płatami. Kolejnego dnia widzieliśmy całkiem ładną wizualnie maszynę. Piękny czerwony lakier, ładna czysta tapicerka. Nigdzie nie poobijany ani nie klepany. Niestety silnik sikał olejem jak zarzynane prosię a tylne zawieszenie wymagało dość szybkiej interwencji. Nic, szukamy dalej.


  • RSS