harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2006

AKT 1 – Sobota późny wieczór.

Sobotni wieczór toczył się, a właściwie dobiegał końca leniwie nie zapowiadając już nic ciekawego. Wypity przed chwilą bez okazji szampan powoli uderzał do głowy. Jego dwa ostatnie łyki spokojnie wygazowywały się w szklance stojącej na stole. Siedząc fotelu z nogami wywalonymi przed siebie na krzesło trzymam na kolanach laptopa i jak co wieczór buszuje po internecie jednocześnie zapewniając Ulę, że” już idę do łóżka, tylko jeszcze coś sprawdzę”.

Przeglądam te same strony od miesięcy. Szukam „VW Garbusa”. Nie jest to łatwa sprawa, bo w Australii Garbus to tanie auto do zajeżdżenia a nie żaden samochód kultowy, więc albo mamy do czynienia z totalnym złomem, albo z „wiejskim tuningiem” albo z odrestaurowanymi perełkami wartymi dziesiątki tysięcy AUD, na które oczywiście nas nie stać. Inna sprawa, że model, którego poszukuję również należy do rzadkości w Australii.

Już praktycznie się zbieram by wyłączyć komputer i iśc spać kiedy tknięty jakimś dziwnym przeczuciem klikam na link jednej z internetowych tablic ogłoszeń. Klikam, patrzę i oniemiałem. Przepiękny Garbus w kolorze głębokiej zieleni z zadbaną tapicerką w kolorze „cielistym” a u góry szyberdach. Do tego aluminiowe felgi od Porshe i silnik z dwoma gaźnikami. Słowem cudo !!!! Zmuszam Ulę, żeby podeszła do komputera i obejrzała garbuska razem ze mną. Oglądamy zdjęcia i z każdym następnym oczy robimy coraz większe. W pewnym momencie Ula stwierdza: „ Dziób, Ja się zakochałam w tym zamochodzie, kupmy go kupmy. Oj tak kupmy go !!” Nie mam nic przeciwko, bo cena jest w garnicach naszego budżetu a samochód bije na głowe wszystkie „ohydki” jakie widzieliśmy do tej pory. Jedyny szkopół w tym, że znajduje się on w Camberze. Trzeba jakoś tam się dostać. Do końca wieczoru nie mówimy już o niczym, innym tylko o tym samochodzie. Oglądamy fotki po kilka razy.

AKT 2 – Noc z soboty na niedzielę.

Zmęczeni, podekscytowani, wytrąceni z równowagi leżymy w łóżku rozpamiętując to co widzieliśmy na fotkach i przeczytaliśmy w opisie. Snujemy różne scenariusze. Kiedy przysypiam na chwilę Ula mnie budzi. Kiedy ona przysypia kręcę się ja. Nie wiem ile godzin mija. Nagle coś mnie tknęło. Budzę Ulę pytając:

– Na którą jutro masz do pracy?
– Na siódmą – słyszę w odpowiedzi.
– A zamówiłaś taksówkę na rano ?
– O cholera, z tego wszystkiego zapomniałam !!!!

Ula po omacku wykręca numer. Ja nie wytrzymuję w łóżku, wstaję i włączam komputer by jeszcze trochę pooglądać garbusa.

AKT 3 – Niedziela i poniedziałek.

Od rana nie mogę się skupić na niczym poza garbusem. Pisze list do wlasciciela warsztatu w nadziei, ze odbierze go w domu i odpisze. Co kilkanascie minut sprawdzam, czy dostałem odpowiedz. Na próżno. W tak zwanym międzyczasie zapada decyzja. Jedziemy do Camberry obejrzeć garbusa. Musimy zorganizować samochód z wypożyczalni i dzien wolny w pracy.

W poniedziałek wreszcie przychodzi zdawkowa odpowiedź. Dowiaduję się niewiele wiecej niż było w ogłoszeniu. Nie wytrzymuję dzwonię do warsztatu. Umawiam się, że przyjedziemy w środę. Chwilę później wchodzę na internetową stronę wypożyczalni samochodów i rezerwuję auto. Dopisuje mi szczęscie i trafiam na promocję. Samochód udaje mi się wynająć za 33 AUD za dobę. Rozanielony idę do szefa oznajmiając, że potrzebuję jednego wolnego dnia.

AKT 4 – Wtorek.

Sytuację ratuje tylko nawał obowiązków jaki mam w związku z dniem wolnym. Mamy koniec roku finansowego i jak zwykle w mojej profesji jest to okres wzmożonej pracy. Z trudem się powstrzymuję od wpatrywania się w fotki garbutka. Siedzę jak na szpilkach do końca dnia. Wreszcie nadchodzi 16.00. Z pracy wyskakuję jak z procy godzinę wcześniej niż zwykle. Do wypożyczlni nie idę ale dosłownie pędzę niesiony jak na skrzydłach. Formalności nie zajmują wiele czasu. Pokazuję prawo jazdy i kartę kredytową i już za kilka minut odbieram niespełna rocznego Hundai Getz 1.6 z automatyczną skrzynią biegów jak na Australię przystało. Tego dnia podróż do domu trwała nieco krócej niż codzień.

O samej podróży do Cambery i o tym czy nabyliśmy drogą kupna nasze „garbate szczęście”, kochane dzieci, dowiecie się już w następnym odcinku.

Kiedy miało miejsce losowanie grup Piłkarskich Mistrzostw Świata w Niemczech każdy uparcie powtarzał, że Polsce dopisało szczęście i trafiła do bardzo słabej grupy. Poza Niemcami, jednymi z faworytów imprezy, z którymi co najmniej można było powalczyć pozostałe dwie drużyny to raczej piłkarscy słabeusze rzuceni na pożarcie. Nic więc dziwnego, ze wyjście z grupy dla naszej reprezentacji postrzegano jako formalność i zastanawiano się na kogo trafi polska drużyna po zakończeniu fazy rozgrywek grupowych.

Australia nie miała tyle szczęścia w losowaniu co Polska. Trafiła do grupy z drugim faworytem imprezy – Brazylią, zawsze nieobliczalną Japonią i postrzeganą jako silną reprezentacją Chorwacji. Australijczycy są na Mundialu po raz pierwszy od 32 lat. Na swoim koncie nie mieli strzelonego nawet jednego gola, ani jednego zdobytego punktu. Wszyscy, poza zawsze optymistycznymi Australijczykami, skazywali ich na ostatnie miejsce w grupie.

Skończyła się faza rozgrywek grupowych i nastąpiła nieoczekiwana zamiana miejsc. Polska reprezentacja po zakończeniu zmagań w grupie zamiast na Anglię lub Szwecję trafiła na garstkę kibiców czekającą na nich na warszawskim Okęciu. Soceroos, australijscy piłkarze będący krzyżówką genetyczną skarpetki (sock) i kangura (roo), nie tylko strzelili upragnionego gola i to aż pięciokrotnie, ale również zdobyli wystarczającą ilość punktów by dostać się do 1/8 finału. Kolejna nieoczekiwana zmiana miejsc miała podczas dramatycznego, ostatniego meczu grupowego Soceroos z Chorwacją. Mecz ten udowodnił, że kiepskim arbitrem może być nie tylko sędzia z Ghany, Mozambiku czy Vanuatu, który we własnym kraju ma szanse prowadzić co najwyżej mecze przypominające poziomem amatorską ligę „szóstek” ze Skarżyska, ale również w Anglii, ojczyźnie futbolu, może się uchować niezły patałach. Ale nie o tym miało być. Na czym polegała ta zamiana miejsc podczas meczu Australia – Chorwacja? Otóż w drużynie kangurów w skarpetkach w podstawowym składzie wyszło aż 7 (sic !!!) zawodników, którzy urodzili się w Chorwacji lub przynajmniej jedno z rodziców jest Chorwatem. Dla równowagi w podstawowym składzie Chorwatów grało trzech zawodników, którzy wychowali się w Australii i mają australijskie obywatelstwo. To dodawało specyficznego smaczku do meczu, który i tak budził wielkie emocje, jako że mniejszość chorwacka w Australii jest dość liczna. W swoim kolejnym meczu Ozzi trafili na Wochów. Również będzie ciekawie, bo przecież tu po drugiej stronie globusa mieszka także mieszka sporo makaroniarzy.

I jeszcze słowo na temat kibiców. Australijczycy uwielbiają kibicować. Szczególnie, gdy w imprezie bierze udział ich reprezentacja narodowa. I chyba nie ma większego znaczenia w jakim sporcie rozgrywają się zawody. Czy jest to kopanie jajowatej piłki (tu akurat poza Australią ciężko znaleźć naśladowców), pływanie (jedna z nielicznych dyscyplin, gdzie Australia na prawdę liczy się na arenie międzynarodowej) czy też właśnie egzotyczny jak na tutejsze warunki soccer. Podczas meczu z Brazylią na Federation Square w Melbourne zjawiło się 12 000 widzów by wspólnie śledzić zmagania dzielnych Socceroos. Nie przeszkadzało im ani to, że mecz się odbywał o 2 w nocy w dzień roboczy ani, że mój ulubiony wróg Connex nie uruchomił dodatkowych pociągów by kibice mogli bezpiecznie dostać się do centrum i wrócić. Jakoś trudno mi sobie wyobrazić Plac Zamkowy w Warszawie, Rynek w Krakowie, Wrocławiu czy Poznaniu wypełniony kibicami, którzy na trzeźwo w środku nocy kibicują polskiej reprezentacji rugby, hokeja na trawie czy krykieta, o ile taka w ogóle istnieje, a nawet piłki ręcznej czy siatkówki, które w Polsce są przecież o wiele bardziej popularne niż piłka nożna w Australii.

Tu cos podpilujemy, tam cos podkleimy, pozniej tylko przykrecimy uchwyt i szuflada jak malowana.

show.php?size=original&album_name=%2FCod

………za oknem świt i Warszawa kaszle miarowo. Wczoraj przyszedł od Ciebie list, miłe słowo. Ups to nie to.

Zaczynamy jeszcze raz.

Jest sobotni wieczór i Melbourne szykuje się do wieczornych harców. Dzierżąc w ręku zakupione trzy miesiące wcześniej bilety, szczękając zębami z zimna wśród szpaleru ogołoconych z liści platanów przemierzamy trasę w kierunku stacji kolejki miejskiej. Mijamy po drodze Astor Theatre, kino wpisane na listę zabytków ze względu na unikalną architekturę. To kino o ambitniejszym repertuarze. Na afiszach cały przekrój pereł światowego filmu począwszy od lat 20-tych po współczesne. Dosłownie jak telewizyjna seria „Perły z Lamusa” tyle, ze nie raz na miesiąc a codziennie i to po dwa seanse. My dziś podążamy na inną kultową pozycję kulturalną, sławny na całym świecie musical „Skrzypek na dachu” z najsłynniejszym odtwórcą roli głównej Topolem we własnej osobie. Jesteśmy pełni nadziei i podekscytowani. W głowie kłębi się tysiące myśli. Jak będzie wyglądał musical w odniesieniu do powszechnie znanej wersji filmowej? Jak wypadnie Topol w 35 lat po ekranizacji? Czy 75 letni dziś artysta będzie w stanie wykrzesać z siebie tą samą iskrę co trzy i pół dekady wcześniej ? Jak wygląda Teatr Jej Królewskiej mości od środka? Jak ubrana będzie publiczność? Nie liczymy na panie w sukniach wieczorowych i mężczyzn we frakach, ale liczymy się, z tym, że większość będzie ubrana stosownie do okazji.

Dotarcie do centrum to 10 minut podróży. Wysiadamy na stacji „Parlament”, jednej z 3 podziemnych stacji w Melbourne. Od teatru dzieli nas nie więcej niż 15 minut spaceru wolnym krokiem. Pokonujemy to niespiesznie. Mimo temperatury niespełna 10 stopni mija nas mnóstwo dziewczyn w krótkich letnich sukienkach z dekoltami prawie do pępka. Przechodzimy obok jednego z barów, gdzie atrakcją tego wieczoru jest relacja z Mundialu na wielkim telebimie. Przed wejściem dziesiątki „plażowiczek”. Robi nam się jeszcze zimniej. Miasto żyje. Docieramy wreszcie. Do celu. Wejście do teatru, zazwyczaj wykonane w reprezentacyjnej formie prowadzi przez hall do foyer. Zazwyczaj, ale nie w Melbourne, bo ani to wejście nie jest reprezentacyjne ani za hallem na parterze nie ma foyer. W środku zgromadził się całkiem pokaźny tłumek. Pierwsze wrażenia -strasznie mało miejsca i strasznie mizerny wystrój. Rozglądamy się nieco niepewnie dookoła szukając szatni. Bezskutecznie. Szatni nie przewidziano. Myślimy, że to pewnie dlatego, iż w Australii nigdy nie było potrzeby handlowania Marllboro spod lady i pokątnej wymiany walut, więc i instytucja szatniarza w teatrze jest niepotrzebna. Patrzymy po otoczeniu. Większość ubrana raczej codziennie. Niewielka część, może 30% założyła stroje wyjściowe. Osoby w strojach naprawdę wieczorowych można policzyć na palcach. Czekamy.

Około kwadransa przed spektaklem rozlega się z głośników komunikat zapowiadający otwarcie wejść. Z mikroskopijnego, ciasnego wręcz ascetycznego w wystroju hallu bardziej pasującego bardziej do prowincjonalnych teatrów w Łomży czy Radomiu niż do szacownej instytucji w 3,5 milionowym mieście wchodzimy na salę. Miłym zaskoczeniem jest obsługa, która z uśmiechem na ustach w przemiły sposób pomaga znaleźć swoje miejsca. Ula łapie dwie poduszki, by siedzieć troszkę wyżej. Rozsiadamy się na średnio wygodnych fotelach i tak jak każdy upychamy na kolanach wierzchnie okrycie, co jeszcze bardziej obniża nasz komfort. Obserwujemy salę. Jest duża. Jeśli ktoś liczył jednak na bogate sztukaterie, przepiękne zdobienia, rzeźby, kryształowe żyrandole, bogato inkrustowaną kurtynę to na pewno się zawiedzie. Wystrój raczej mizerny. Kto choć raz był w Teatrze Wielkim w Warszawie, Łodzi czy Poznaniu, Teatrze Słowackiego w Krakowie, Teatrze Starym tamże czy choćby w Teatrze Roma wie o czym mówię. Porównywanie gmachu Teatru Jej Królewskiej mości z Operą Wiedeńską czy tą w Paryżu to byłby już sadyzm w czystej postaci. Scena sprawia wrażenie kieszonkowej. Zastanawiam się, czy to złudzenie w zderzeniu z ogromem widowni, czy rzeczywiście jest taka mała. Po powrocie do domu sprawdzam w Internecie. Szerokość sceny Teatru jej Królewskiej Mości w Melbourne– 26 metrów, szerokość sceny Teatru Wielkiego w Warszawie – 38 metrów. Pod tym względem to jest przybytek również na wskroś prowincjonalny.

Rozglądając się dookoła po audytorium rzuca się w oczy zasadnicza różnica w stosunku do Polski. W Polsce teatr jest domeną młodych ludzi. Widownię wypełniają w większym procencie studenci, uczniowie oraz ludzie około 40-tki. Na spektaklu, który za chwilę się zacznie średnia wieku to grubo po 60-tce. Co rusz to widzimy obsługę, która odnosi chodziki za pomocą których starsi ludzie docierają na swoje miejsca. Trochę to przypomina zlot Rodziny Radia Maryja. W zasadzie brakuje tylko moherowych beretów, bo zapach formaliny jest dokładnie taki sam. Szpulka jest bardzo zdegustowana. Ja troszeczkę. W sumie do teatru idzie się nie tylko dla samej sztuki, ale również dla całej tej celebry. Aby poczuć się trochę lepszym wśród mężczyzn w eleganckich garniturach i kobiet w wytwornych toaletach, by pobyć we wnętrzach, które na co dzień są dla nas niedostępne, by otaczały nas rzeczy piękne, szykowne. No coż, za duże wymagania. Otaczająca nas estetyka sali (poza wiekiem widzów) jak żywo przypomina obrazki z teatru w Radomiu. Choć nie, bo właśnie jeden z gości siedzących w naszym rzędzie wyciąga loda, bezceremonialnie odwija go z papierka i zaczyna jeść siorbiąc przy tym niemiłosiernie. Kurwa, brakuje tylko jeszcze popcornu i Coca Coli na Sali !!!.

W głośnikach rozlega się zapowiedź spikera. Za chwilę zacznie się przedstawienie. Gasną światła, odsuwa się kurtyna, na scenie pojawia się Topol w pierwszej scenie. Ostatnia refleksja, że nie istnieje tu instytucja „trzeciego dzwonka” i odpływam. Pogrążam się w zupełnie innej rzeczywistości. Nie istnieje dla mnie już cała tandeta gmachu i publiczności. Przez kilka minut istnieję tylko ja i Topol i skrzypek w scenie otwarcia. Pierwsza scena zbiorowa i widać, że scena jednak jest mała. Zespół składa się z 36 aktorów, nie wiem ilu w tej scenie bierze udział, ale jest ciasno. Próbuję sobie wyobrazić scenę w Paryżu, gdzie podobno może jednocześnie przebywać do 450 aktorów na !!! Ale to nieważne w tej chwili. Pochłaniam wszystko jak gąbka. Jestem zafascynowany. Topol jest Wielki. Reszta zespołu lekko odstaje. Ale Topol gra Tewie Mleczarza już od 35 lat, więc miał trochę czasu by dopracować rolę. Pozostali pewnie nieco krócej ćwiczyli swoje kwestie. Ostatni raz oglądałem Skrzypka na dachu w Teatrze Wielkim w Poznaniu. Tam wszyscy byli mniej więcej na tym samym poziomie, tu mamy gwiazdę pierwszej wielkości i resztę zespołu. Publiczność reaguje żywiołowo. Za nami siedzi „mieszanka wybuchowa”. Troje młodych ludzi, azjatka, mulatka o karaibskiej urodzie i ich „biały” towarzysz. Wszyscy są dosłownie w „siódmym niebie”. Tak, przedstawienie może się podobać. Topol, mimo ósmego krzyżyka na karku jest tak samo wyśmienity jak 35 lat wcześniej. Nie widać po nim wieku ani przez moment. Łapczywie, jak umierający z pragnienia Beduin napotkawszy oazę pochłaniam scenę za sceną. Podziwiam zespół, który w scenach zbiorowych świetnie radzi sobie na tej niewielkiej przestrzeni.

Po dwóch godzinach mamy przerwę. Jedyną w tym przedstawieniu. Mógłbym przysiąc, że w Poznaniu oglądałem to w 3 aktach, ale mogło mi się pomylić. Jest kilka minut, na przetrawienie tego, co widziałem. Muzyka oraz orkiestra stanowią mocny punkt całości. Należy się im za to duży plus. Zastanawia mnie scenografia. Tu akurat nie potrzebna jest jakaś specjalna, ale mogli się bardziej postarać. Ciekawi mnie również, dlaczego nie korzystają z zapadni. Nie ma takiej potrzeby, czy ich po prostu nie ma w tym teatrze? Tak, technicznie to można by poprawić, nie jest to dopracowane do ostatniego szczegółu. Z zamyślenia wyrywają mnie przekleństwa Szpulki. Rozglądam się dookoła i co widzę? Oprócz uroczego siedmiolatka w rzędzie przed nami, który na swoim fotelu śpi tak samo słodko jak przed rozpoczęciem przedstawienia, dostrzegam przemiłą obsługę, tą która przed seansem usadzała geriatyków a teraz co robi, no co? Ano sprzedaje lody na sali !!! Rozgladam się w nadziei, że zaraz zobaczę hotdogi albo, chociaż popcorn i colę. Nie widzę, może na balkonach sprzedają. My siedzimy na parterze.

I znów bez trzeciego dzwonka rozlega się głos spikera, po czym gasną światła i rozpoczyna się druga odsłona. I znów w ciemnościach istnieję tylko ja i to, co się dzieje na scenie. Druga część jest bardzo smutna. To już nie to sielankowe życie żydowskiej diaspory w ukraińskiej wiosce wyznaczane przez pory roku i odwieczną tradycję. I wreszcie następuje scena końcowa. Później wielkie brawa i owacja na stojąco. Aktorzy się kłaniają, kłania się Topol. Jestem pod wielkim wrażeniem. Szczęśliwy.

Wychodzimy z teatru na zimne wieczorne Melbourne. Szpulka zgrzyta zębami trzęsąc się jak galareta. Ja myślami błądzę gdzieś miedzy Topolem, aktorami, muzyką, scenografią a zarzyganym chodnikiem przed jedną z knajp w centrum. Tak, Skrzypek na dachu wywarł jednak na mnie jakieś wrażenie skoro nie gapię się na cycki małolat, które mijamy przed dyskotekami i nocnymi klubami. Zastanawiam się, czy ja jestem tak wymagający, czy może za bardzo nastawiliśmy się na to wyjście i poprzez to nasze oczekiwania tak bardzo rozminęły się z rzeczywistością. Wyjście do teatru powinno się rozpatrywać jako całość a ja jednak muszę podzielić to na dwie części i samo przedstawienie ocenić na 5-. Ten minus to za scenografię i niedopracowanie techniczne, bo reszta to bezapelacyjnie zasługuje na najwyższą notę. Mam tu na myśli kostiumy, zespół aktorski, orkiestrę jak również zadbanie o obecność w obsadzie Topola, gwiazdy światowego formatu. Gmach teatru i publiczność to wielkie rozczarowanie, a bardziej dobitnie mówiąc wprost żenada. Moja ocena to słaba trójczyna. Myślę, że status drugiej co do wielkości metropolii w Australii do czegoś jednak zobowiązuje. Do czegoś więcej niż zapewnienie areny do kopania jajowatej piłki czy miejsc na BBQ. I jak wspominałem, nie można wymagać tu przybytku na miarę mediolańskiej La Scali czy Opery Wiedeńskiej, ale dlaczego nie czegoś na kształt Teatru Wielkiego w Warszawie? Czy to zbyt wygórowane oczekiwania w stosunku do „najlepszego miasta w Australii”?

755px-Kiritimati-EO.JPG

Ta przepiękna wyspa powyżej to Wyspa Bożego Narodzenia na Oceanie Spokojnym. Nazwę nadął jej kapitan James Cook, brytyjski odkrywca, który podczas swoich 3 wypraw dookoła świata odkrył i opisał większość wysp i archipelagów Pacyfiku. Stało się to dokładnie 24 grudnia 1777 roku. Wyspa bardzo często jest mylona z inną, większą wyspą o tej samej nazwie należącą do Australii a położoną na Oceanie Indyjskim. Dlatego też coraz częściej używa się nazwy KIRITIMATI zaczerpniętej z języka jej mieszkańców. Co w tej wyspie jest takiego niezwykłego, że zwróciłem na nią uwagę ? Otóż sporo.

Kiritimati to największy na świecie atol koralowy. Zajmuje powierzchnię 388 km2. To tu Brytyjczycy przeprowadzili swoje pierwsze testy nuklearne. Między 15 a 19 maja 1957 roku na zrzucono 3 bomby atomowe, które eksplodowały w atmosferze około 8 000 m n.p.m. Testy powtórzono w listopadzie tego samego roku oraz pomiędzy kwietniem a wrześniem 1958. Dziś już ponoć nie odczuwa się żadnych negatywnych skutków tamtych wydarzeń.

Wyspa Bożego Narodzenia obecnie należy do kraju zwanego Kiribati. To również niezwykłe Państwo.

mapbig.gif

Na tym obszarze obejmującym ponad 2 mln km2 (mniej więcej tyle co powierzchnia Meksyku) rozrzucone są wyspy trzech archipelagów: Wyspy Gilberta (16 wysp), Wyspy Feniks (8) i Wyspy Line (8) oraz wyspa Banaba (zw. także Ocean). 21 z 33 wysp są zamieszkane. Całość to jedynie nieco ponad 800 km2. Rozciągłość między wyspami z zachodu na wschód wynosi około 4000 km, z północy na południe — ponad 2000 km. Aby dolecieć ze stołecznej Tarawy na Kiritimati trzeba wybrać okrężną drogę przez Hawaje lub Fidżi, gdyż nie ma bezpośrednich połączeń.

Kiribati jest jedynym krajem na świecie, podzielonym na dwie zamieszkane części przez 180 południk, wzdłuż którego przebiega Międzynarodowa Linia Zmiany Daty. Jednak 1 stycznia 1995 r. prezydent tego kraju przesunął swym dekretem Linię o 3000 km na wschód, tak by obiegała całe terytorium „od zewnątrz”. Od tej pory kraj podzielony jest na trzy strefy czasowe: GMT+12, +13 i +14, co oznacza, że w ostatniej południe wypada aż o 14 godzin wcześniej niż w Greenwich w Wielkiej Brytanii (paradoksalnie, dzięki tej zmianie, każdy dzień (np. 1 stycznia) w Kiribati zaczyna się jeszcze zanim na sąsiednich Hawajach rozpocznie się dzień poprzedni – (np. 31 grudnia)).

W ten oto sposób nawiązaliśmy do tytułu notki. A jak ? Otóż na wyspie obecnie są cztery zamieszkałe osady. Noszą nazwę London, Paris, Banana i ………. POLAND !!!! Tak, tak to nazwa nadana na cześć naszego kraju a dokładniej niejakiego Pana Stanisława. Kiedy przed laty zakładano na atolu palmowe plantacje poważnym problemem stało się zasilanie młodych drzew słodką wodą w okresach suszy. Dopiero Polak, Pan Stanisław – mechanik z amerykańskiego statku przypływającego po koprę pokazał krajowcom, jak poradzić sobie z nawadnianiem. Od tego czasu minęło wiele lat i nikt już niestety nie pamięta nazwiska tego Polaka – tym bardziej, ze podobno było trudne do wymówienia. Mieszkańcy Kiritimati z wdzięczności dla swego dobroczyńcy nazwali osadę, która powstała przy plantacji Poland, a głęboką zatokę w lagunie – Zatoką Świętego Stanisława. Polska na Pacyfiku rozrosła się z czasem do tego stopnia, że kilka lat temu wybudowano w niej kościółek – również pod wezwaniem polskiego świętego. A z powodu wyżej wspomnianego dekretu Prezydenta Kiribati z 1995 roku Polska obok Londynu, Paryża i Banany jest pierwszym skupiskiem ludzkim na kuli ziemskiej, które wita nowy dzień. Szczególną wymowę ma to podczas Nowego Roku.

Nie tak dawno potrzebowałem „Australian Corporation & Securities Legislation” czyli na polskie coś na kształt Kodeksu Handlowego. W trakcie poszukiwań przeżyłem dwa traumatyczne doznania.

Szok negatywny - Obowiązujące prawo nie jest wcale tak łatwo dostępne jak w Polsce. Nie ma (albo dwa tygodnie szukałem bezskutecznie) serwisu internetowego pozwalającego ściągnąć tekst jednolity ustawy. Udałem się do biblioteki. Co jak co, ale obowiązujące prawo powinno być w każdej. I tu zaskoczenie. Poszukiwane przeze mnie ustawodawstwo znajduje się jedynie w 11 bibliotekach w całej Australii !!! W Melbourne jedyna biblioteka publiczna gdzie można dostać tą ustawę to biblioteka stanowa. I to tylko w czytelni !!! Oprócz tego jest zaledwie w dwóch bibliotekach Uniwersyteckich, gdzie dostęp mają jedynie studenci.. Ksero odpada, bo przy kserowaniu więcej niż kilkunastu stron można mieć kłopoty z powodu łamania praw autorskich. No i jeszcze taka drobnostka, że poszukiwana przeze mnie legislacja to ….. 3586 stron (słownie: trzy tysiące pięćset osiemdziesiąt sześć). Reasumując, trzeba się nieźle nagimnastykować, żeby zdobyć coś, co powinno być na przysłowiowe „wyciągnięcie ręki”.

Szok pozytywny - W poszukiwaniach wysłałem Szpulke do najbliższej nam biblioteki miejskiej. Tam przesympatyczna obsługa szybko zlokalizowała, gdzie można jeszcze wypożyczyć rzeczoną ustawę i obiecała, że postara się ją ściągnąć. Mineło około 1,5 tygodnia i Ulcia odebrała telefon, iż książka już na nią czeka. Wieczorem miałem już ją w domu !!!. Właściwie miałem je obie, Szpulcię i książkę. To był dla mnie duży szok. Uważam, że wymiana książek między bibliotekami to fantastyczny pomysł. Dzięki temu mieszkając nawet w niedużej mieścinie można mieć dostęp do zasobów ogólnokrajowych. Jestem pełen uznania. Czasami sobie myślę, że jednak fajnie mieszkać w tej Australii.

Tak można powiedzieć parafrazując tytuł popularnej onegdaj dobranocki. Dopadł mnie nastrój kontemplacyjny. Obiecywałem sobie wiele razy, że nie będę porównywał, bo to nie ma sensu. Doszedłem do tego wniosku przebywając w 2003 roku w Cairns. Z początku naturalnie wszystko przyrównywałem do znanych mi wzorców. Znanych z rzeczywistości czy teorii. Kiedy jednak okazało się, że od tego tylko boli głowa a ni w ząb nie pozwala wyjaśnić co dzieje się dookoła mnie zaprzestałem. Zacząłem brać Australię taką jaka jest, bez przylepiania żadnych łatek. To przynosiło efekt.

Obecnie walczę z sobą, żeby nie wpaść ponownie w taki rytm porównywawczy. Walcze, ale czasami przegrywam. Ale do rzeczy.

Kiedy w 1994 roku uchwalono Ustawę o Rachunkowości oraz o Biegłych Rewidentach i ich Samorządzie (tu powinienem podać odpowiedni numer Dziennika Ustaw z dnia, pozycję i takie tam pierdoły), byłem studentem Akademii Ekonomicznej w Krakowie. Wykłady z Badania Sprawozdań Finansowych (Audytu) miałem z biegłą, która wpajała nam, że równie ważne jak przygotowanie merytoryczne audytora jest jego etyka. Mówiła o mozliwości konfliktu interesów, który mógłby wpłynąć na bezstronnośc biegłego. Uczulała na każdym kroku na zwykłą uczciwość. Nie tylko zawodową ale jako człowiek. Trochę mnie to wtedy irytowało, że tak duży nacisk kładzie na tą sprawę.

W roku 1996 odbywałem praktyki zawodowe w Exbudzie Kielce. Wowczas firmie giełdowej, która zadebiutowała w pierwszej piątce notowanych firm. Firmy giełdowe miały być przejrzyste, nieskazitelne. Ich sprawozdania finansowe powinny oddawać rzeczywisty, niezafałszowany obraz finansów firmy. Audytorzy mieli to bacznie badać i stać na straży czy dochowano wszelkiej staranności, zastosowano się do obowiązujących regół i zasad. A wszystko po to, by dziesiątkom tysięcy akcjonariuszy pokazać prawdziwą niezafałszowaną kondycję firmy. Już wtedy zauważyłem, że etyka zawodowa, o której tak głośno i natrędnie nam napominano na studiach nie jest cechą wszystkich biegłych.

Kilka lat później pracowałem w firmie, której prezes sądził się z poprzednim pracodawcą o 4 mln PLN odszkodowania. Odpowiednia informacja dotarła do audytorów. Na próżno było jednak szukać o tym wzmianki w sprawozdaniu firmy jak również raporcie biegłego z badania, nie mówiąc już o utworzeniu odpowiedniej rezerwy na roszczenia sporne.

Kolejne moje doświadczenia zawodowe utwierdziły mnie w przekonaniu, że Polska jest krajem na prawdę kreatywnej księgowości. Niestety sam w tym brałem udział „podrasowując” wynik firmy w której pracowałem o prawie 30%. Zabieg jak najbardziej zgodny z prawem tyle, że zupełnie nie oddający poprawnego wizerunku firmy.

Przyjeżdzając do Australii miałem nadzieje, na wyrwanie się z tego zaklętego kręgu. Wszak standardy moralne są tu o wiele wyższe niż w Polsce. Częściej się mówi, że jesteś głupim fiutem boś ukradł a nie dlatego, że dałeś się złapać. Korupcja i oszustwa są marginesem działalności a nie chlebem powszednim, sposobem na życie jak w Polsce. Tu raczej nie byłoby miejsca na sytuacje podobną do tej z polskiego rządu. Nominacje takich ludzi jak Wiechecki, Giertych czy Lepper poraziłyby opinię publiczną nie mówiąc już o nieszczęsnej przygodzie z żoną Wiecheckiego. Różnica jest taka, że w Au z opinią publiczną rząd się liczy a w Polsce nikt się nie liczy.

W swoim naiwnym przekonaniu wszedłem w australijski rynek pracy. I co ? I okazuje się, że kreatywna księgowośc jest podobna jak w Polsce. Różnica polega na tym, że nikt z tego nie robi przymiotu i nie traktuje tego jako powodu do dumy. No może z małymi wyjątkami, bo mój kontroler finansowy bardzo często powtarza „powiedz mi jaki chcesz wynik a ja Ci go dam”. Etyka zaowdowa i bezstronność i rzetelność audytorów w najlepszym razie można potraktować jako „niedopełnienie obowiązków”. A jednak wszystko się jakoś kręci. I mimo, że obiecywałem sobie nie porównywać, wciąż nie mogę się uwolnić od zadawania sobie pytania dlaczego australijczycy stworzyli tak dobrze funkcjonujące i poukładane Państwo, w którym żyje się całkiem dostatnio, jeśli porównując poszczególne sfery życia można się doszukać tak wielu podobieństw do Polski a w niektórych sferach (np. edukacja czy służba zdrowia, transport publiczny) Polska bije ich na głowę. Więc dlaczego, no dlaczego ?

Szpulka 14:12:08

ja bylabym w stanie sie spakowac w ciagu 1h i byc na odprawie jako pierwsza w kolejce

Ja 14:12:15

buhahahha

Szpulka 14:12:16

gdybys mi powiedzial tylko ze sie przenosimy

Nie, nie to nie będzie o wojnie domowej w USA. :) Całe szczęście !!!

Co prawda chwilowo zmuszeni jesteśmy do pobytu na południu Australii, ale to wcale nie znaczy, że nie śledzę na bieżąco co dzieje się na Dalekiej Północy Queenslandu. Problemy, z jakimi zmagają się na co dzień mieszkańcy Cairns i okolic są bardzo dalekie od tych z którymi ma się do czynienia w Melbourne. To zupełnie inna rzeczywistość, do której bardzo tęsknię i mam nadzieję niedługo wrócić.

Jednym z ostatnich kłopotów, z jakim mają do czynienia mieszkańcy Północnego Queensland są …… kazuary.

668px-Casuarius_casuarius_-_double-wattl
Kazuarek

To trzeci co do wielkości ptak na świecie. Rozmiarami ustępuje jedynie strusiom i emu. Emu bardzo często błędnie nazywany jest strusiem australijskim, choć biologicznie bliżej mu właśnie do kazuara niż do strusia. Kazuary osiągają 2 metry wzrostu i dochodzą do 90 kg wagi. Ptaki te charakteryzują się ciemnym (czarnym) ubarwieniem, krępą budową, uwstecznieniem skrzydeł i kostną naroślą na czaszce w kształcie hełmu. Odżywiają się pokarmem roślinnym i małymi zwierzętami. Samice są większe i jaśniej ubarwione. Zwierzęta te prowadzą samotniczy tryb życia, aktywnie bronią swego terytorium. Szpony trójpalczaste jak u mędrca Jody z Gwiezdnych Wojen. Środkowy pazur jest ostry jak brzytwa. Może nim zabić człowieka. TUTAJ znajdziecie jedyną fotkę jaką udało mi się zrobić kazuarowi na żywo.

No tak, duży ptak, duży kłopot. Sprawa stała się poważna po przejściu cyklony Larry, który zdewastował częściowo okolice Cairns. Ptaki w poszukiwaniu pożywienia zaczęły podchodzić pod siedliska ludzkie. Wałęsają się po ulicach stwarzając zagrożenie i dla siebie i dla otoczenia. Dla siebie, bo od marca z ulic zdjęto już ponad 10 rozjechanych ptaków. To nie są kangury wałęsające się po bezdrożach. Te ptaki występują jedynie głęboko w lesie deszczowym i dotychczas nie wchodziły w drogę ludziom. Dla ludzi jest to również zagrożenie. Wzięcie 60 kg ptaszydła obleczonego piórami na maskę małego samochodu osobowego może skończyć się źle nie tylko dla ptaka. I to nawet przy niedużej prędkości. Wałęsające się po ulicach kazuary są śmiertelnie niebezpieczne dla przypadkowych przechodniów. Wystraszony, spanikowany ptak broni się wszelkimi dostępnymi mu sposobami. A ma czym, bo natura co prawda zabrała mu skrzydła, ale w zamian wyposażyła w coś innego !!! Trzy główne narzędzia zbrodni, jakimi może się posłużyć to: twardy jak skała imponujący dziób, którym bez problemu może rozwalić komuś czaszkę, potężne umięśnione nogi, oraz ostry jak brzytwa pazur na środkowym palcu, którym bez problemu może dokonać tego, co patolog dokonuje skalpelem albo sprzedawca w sklepie rybnym za pomocą ostrego noża, czyli rozpruć człowieka na całej długości korpusu. Co prawda nie zanotowano jeszcze przypadku śmierci człowieka po kontakcie z kazuarem, ale od przejścia cyklonu z ulic miasta zebrano i przewieziono do lasu 8 wałęsających się ptaków.

A teraz dla równowagi coś z parku narodowego Port Campbell, przy Great Ocean Road w stanie Wiktoria w Australii. To słynne na cały świat formacje skalne zwane 12 Apostołami. Co prawda po upadku jednej z kolumn w lipcu ubiegłego roku zostało już ich tylko 8. Niewiele osób jednak wie, że pierwsza nazwa Dwunastu Apostołów brzmiała „Maciora i prosiaki” (ang. the sow and piglets), ale w latach 50-tych uznano, że nie jest ona wystarczająco majestatyczna. Myślę, że maczali w tym palce protoplaści Pis i LPRu. Heheheh

800px-The_Twelve_Apostles_Victoria_Austr
Wieczór przed upadkiem

CrashedApostle2005.jpg
Dzień pózniej

800px-The_Twelve_Apostles_Victoria_Austr
Z innego punktu widokowego

TwelveApostles-Gaz.jpg
I z jeszcze innego punktu widokowego


  • RSS