harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2006

Ostatni tydzień dał mi się we znaki jak żaden poprzedni. Wszystko w związku z rozpoczęciem procesu ulepszenia naszego systemu IT. Pierwszy etap to zmiana platformy na serwer SQL. Bardzo niewdzięczna praca. Niewdzięczna, bo dla użytkownika końcowego niewiele się zmienia, no może troszkę jest trudniej i więcej błędów. Cała harówka to mozolna zmiana platformy, kosztująca wiele pracy i mało efektowna, trudno dostrzegalna poprzez efekty. Ja jednak spędziłem cały poprzedni piątek w pracy aż do 21.00. W sobotę odbębniłem 8 godzin i byłem również w niedzielę w pracy. Kolejny tydzień to harówka dzień w dzień. Do domu wracałem tak wyczerpany, że nie miałem już siły na nic. Na szczęście obyło się bez większych zgrzytów. Poza kilkoma niewielkimi kłopotami, które usuwaliśmy niezwłocznie całość przebiegła bez większych zakłóceń. A o pomyłkę było bardzo łatwo. Na szczęście nie pomyliłem żadnej bazy danych i wszystkie 103 firmy zostały przekonwertowane pomyślnie. Dlaczego ja to robiłem? Ano, dlatego, że firma wdrożeniowa liczy sobie za jedną godzinę pracy konsultanta tyle, ile wynosi moja dniówka. Rachunek jest prosty. Ja jednak jestem bardzo zadowolony, bo miałem taki trening i nauczyłem się przy okazji tyle, że mógłbym zostać guru od tego programu księgowego.

Jakiś czas temu obiecałem sobie, że nie będę już pisał źle o pewnym mieście na M w Australii. Wszystko w myśl zasady, że jeśli nie możesz powiedzieć o czymś nic dobrego, to nie mów w ogóle. Niestety nie wytrzymałem i musze, musze to napisać. Otóż komunikacja publiczna w Melbourne pod względem taryfowym podzielona jest na 3 strefy. Im dalej od centrum tym drożej. Istnieje szereg biletów okresowych na poszczególne strefy. Dużym plusem jest dostępność biletów. Na każdej stacji kolejowej są automaty gdzie można kupić bilet za gotówkę lub płacąc kartą. Za gotówkę można kupić bilet również w każdym tramwaju czy u kierowcy każdego autobusu. To bardzo wygodne rozwiązanie i duży plus. Niestety twórcom tego systemu zabrakło wyobraźni i nie przewidzieli, że można jeździć z przesiadkami. Co za głąby !!! Ale od początku. Wyobraźmy sobie, że Pan X mieszka i pracuje w strefie nr 1. Piątkowego wieczoru postanowił jednak jechać w odwiedziny do znajomych w strefie nr 3. Nie chce jechać samochodem, bo pewnie u nich wypije a taksówka od znajomych do centrum kosztuje 99AUD. Wybrał, więc komunikację publiczną. Pełen animuszu Pan X posiadacz biletu miesięcznego na strefę 1 podchodzi do automatu na „swojej” stacji kolejowej. Wciska guzik po dwugodzinny bilet na strefę 2+3. Na ciekłokrystalicznym wyświetlaczu automatu biletowego pojawia się napis „zła strefa”. No tak, na linii, przy której mieszka Pan X nie ma 3 strefy. Z ciekawości Pan X wciska guzik z biletem na strefę drugą. Znów komunikat „zła strefa”. Okazuje się, że na stacji Pana X można kupić jedynie bilet na strefę 1 lub strefę 1+2. Twórcom systemu zabrakło wyobraźni, że ktoś już ma bilet na strefę 1 i potrzebuje tylko 2-ki. Nie ma przeproś, musi kupić 1+2. Lekko zdegustowany Pan X odchodzi od automatu pocieszając się, że przecież będzie się przesiadał na stacji, gdzie jest kasa i może przecież kupić bilet w okienku. Kilkanaście minut później Pan X wysiada na stacji przesiadkowej. Na szczęście ma na tyle czasu, że zdąży kupić bilet w okienku. Bez problemu dokupuje na brakujące strefy 2+3. Zadowolony Pan X idzie do bramki. Wkłada bilet w szczelinę i….. za chwilę bilet wraca do niego z impetem. Na wyświetlaczu bramki pojawia się napis „zła strefa”. Tak, stacja przesiadkowa mieści się w 1 strefie, więc bilet na strefy 2+3 jest tu nieważny. Pan X nie może tu skasować dopiero co nabytego biletu. Co mu pozostaje? Wejść na swój bilet miesięczny, podjechać pociągiem do 2 strefy, wysiąść, po czym wyjść ze stacji i wejść jeszcze raz kasując bilet na strefy „2+3”, odczekać 40 minut na kolejny pociąg i kontynuować jazdę do 3 strefy. Pan X jednak jest zbyt zniesmaczony całą sytuacją, nie chce sterczeć 40 minut jak kołek na jakiejś zapyziałej stacji, więc postanawia jechać do końca jednym pociągiem. Ponieważ jazda z nieskasowanym biletem jest traktowana tak samo jak jazda bez biletu Pan X pluje sobie w brodę, że w ogóle zadał sobie trud opłaty za przejazd. Oficjalna propaganda pewnie już dawno ogłosiła, że istniejący system sprzedaży biletów jest najlepszym z możliwych i zaspokaja potrzeby każdego nawet najbardziej wymagającego klienta.

P.S. Opowieść zainspirowana tłumaczeniem pasażera posiadającego bilet tygodniowy na strefę „3” oraz wykupiony nie skasowany bilet na strefy „1+2”. Z przebiegu rozmowy na stacji South Yarra nie wynikało, aby inspektorzy Connexu odstąpili od wypisania mandatu.

Wyspy Cooka to niewielkie wyspiarskie państewko na Południowym Pacyfiku. Na całość składa się zaledwie piętnaście mikroskopijnych atoli o łącznej powierzchni 240 km2. Największą, zarazem stołeczną wyspą jest jedyna wulkaniczna wyspa archipelagu Rarotonga. Stanowi prawie 1/3 powierzchni całego kraju a zamieszkuje ją ponad połowa całej ludności – około 10 000 mieszkańców.
Senne miasteczko Avarua rozłożyło się wokół jedynego portu na wyspie. Jest tu kino, poczta i kilka sklepów; wszystko ukryte wśród zieleni tropikalnych drzew. Żywe tradycje polinezyjskie i dobrze rozwinięta baza turystyczna powodują, że Rarotonga należy do najchętniej odwiedzanych miejsc Oceanii. Jednym z magnesów są również słynne czarne perły. Ale nie o tym będzie ta historia.

Jest początek lat dziewięćdziesiątych. Tim Arnold jest dobrze prosperującym prawnikiem. Jego klientelę stanowią wszyscy liczący się mieszkańcy Rarotongi. Wśród nich jest pewien jegomość, nazwijmy go „klient”, który właśnie zamierza na dłużej opuścić Wyspy Cooka i chce powierzyć prowadzenie swoich lokalnych interesów Timowi. Panowie znają się od dawna i już nie pierwszy raz Tim zostaje pełnomockikiem swojego klienta. Klient Tima prowadzi firmę zajmującą się frachtem towarów z Nowej Zelandii na Wyspy Cooka i inne ościenne archipelagi.

Istotnym aspektem całej sprawy jest również historia rodziny „klienta”. Jest on bowiem potomkiem Feldmarszałka Blüchera, dowodcy wojsk pruskich w bitwie o Lipsko a później Waterloo. Za te osiągnięcia nadano mu majątek ziemski w Prusach Wschodnich. Rodzina „klienta” zamieszkiwała tam przez kilka pokoleń aż do końca II Wojny światowej, kiedy to z majątku wypędzili ich Rosjanie. Po zakończeniu wojny granice uległy zmianom i rodowa siedziba „klienta” znalazła się na terytorium Polski.

Wróćmy jednak na drugą stronę globusa, na Rarotongę, gdzie w kancelarii Tima właśnie zakończyły się formalności związane z przekazaniem pełnomocnictw. „Kilent” rozsiadł się wygodnie w fotelu, spojrzał przez okno na lekko kołyszące się na wietrze palmy oraz bujną tropikalną zieleń wulkanicznego zbocza zajmującego cały środek wyspy, pociągnął przez słomkę nieco dobrze schłodzonego soku pomarańczowego i powiedział:
– Jadę na kilka miesięcy do Polski. Tam właśnie komunizm padł na pysk i istnieje szansa na odkupienie od władz zdewastowanego pałcu. Poza tym polska waluta słabo stoi i po bardzo atrakcyjnym kursie zamówiłem wykonanie dla mnie kontenerów. Oni teraz na gwałt potrzebują „twardej waluty”, więc liczę na udane sfinalizowanie obu interesów.
Prawnik wyraźnie zainteresował się poczynaniami klienta. Polska była kolejną rzeczą, prócz interesów, która łączy obu Panów, wszak Marta, żona Tima, jest rodowitą Polką.
– Kontenery można czymś wypełnić – kontynuował klient – nie potrzebujesz czegoś z Polski ? Może np. Samochód?.
Tima wyraźnie rozbawiła ta propozycja. Po co mu na tropikalnej Rarotonga samochód z dalekiej, roźniej Polski. Kto go tu naprawi, skąd wziąć części do czegoś co nie jest sprowadzone z Japonii, USA czy Nowej Zelandii ?
– Wiesz, nie wiem po co mi samochód z Polski ale jak Ci się trafi, to możesz przysłać mi parowóz – odpowiedział szczerze rozbawiony Tim.

Tim nigdy nie brał tej propozycji na poważnie. Minęło kilka miesięcy i Tim już dawno zapomniał o tamtej luźnej rozmowie. Właśnie urzędował w biurze swojego klienta kiedy odebrał od niego telefon.
– Mam ją !!!
– Co masz – prawnik starał się dociec co właściwie klient ma na myśli.
– Mam Twoją lokomotywę.
– Słucham !!!! – Timowi z niedowierzania wypadł długopis z ręki.
– Mam dla Ciebie lokomotywę, o którą prosiłeś. Szczegóły wkrótce.

Minęło kolejnych kilka tygodni i Tim odebrał kolejny telefon od rozentuzjazmowanego klienta.
– Słuchaj, sprzedałem tamtą lokomotywę, ale kupiłem Ci jeszcze większą. Właśnie jest w drodze od Auckland. Przylatuj ją obejrzeć.

Kiedy Tim zobaczył parowóz oniemiał. Wąskotorowa maszyna wraz z tendrem zajmowała przestrzeń 8 kontenerów. Lokomotywa została wysłana na Rarotonga na koszt klienta. Na swoim podwórku, dzień po dniu przez 8 lat Tim odbudowywał zniszczoną maszynę. W końcu jednak prace dobiegły końca i w 2001 roku polski parowozik PX48-1741 rozpoczął erę kolei parowej na Wyspach Cooka. Operując początkowo na torze o długości 100 metrów z planami rozbudowy do 1 km jest niewątpliwie wielką atrakcją turystyczną Ragotonga.

Parowozy z serii PX48 są bardzo urodziwe. Mają zgrabną opływową sylwetkę, cała konstrukcja jest dobrze scharmonizowana i sprawia wrażenie lekkiej i estetycznej. Konstrukcja parowozu jest oparta na przedwojennym typie Pw29, budowanym od 1929 roku w Warszawskiej Spółce Akcyjnej Budowy Parowozów. Dokumentację i rysunki techniczne parowozu Pw29 odnalazł w Krakowie (w roku 1943) wśród materiałów niemieckich pracownik Fabloku inż. K. Sielecki i uratował je dla archiwum zakładów. Według tej dokumentacji z nieznacznymi tylko zmianami opracowano konstrukcję parowozu serii, który produkowano w latach 1949 – 1955 dla potrzeb PKP. Ogółem wyprodukowano 101 sztuk tych parowozów. Przez wiele lat były podstawowym, nowoczesnym środkiem trakcyjnym na kolejach wąskotorowych w Polsce.

Parowóz, który trafił na Wyspy Cooka został wyprodukowany w 1951 roku z numerem farbycznym 2126. Na PKP dostał oznaczenie PX48-1741. Prawdopodobnie od początku służby pracował na żuławach i stacjonował w lokomotywowni w Lisewie aż do 1991 roku. Po jej likwidacji na krótko trafił do Krośniewic, skąd właśnie został sprzedany na Wyspy Cooka, gdzie jak widać na załączonych fotkach, ma się doskonale !!!

px48.jpg
Fot. Tim Arnolds
px48_2.jpeg
px48_3.jpeg
px48_4.jpeg

Jeśli ktoś pragnąłby wiedzieć więcej zawsze może napisać parę słów pod poniższy adres.

Rarotonga Steam Railway Ltd.
P O Box 486
Avarua, Rarotonga
Cook Islands

Ponieważ poprzednia fotka nie wszystkim przypadła do gustu postanowiłem wsadzić coś nowego. Fotka wygrzebana z domowego archiwum, zrobiona nieopodal wsi Polesie w Puszczy Kampinoskiej. W jakiej kategorii mogłaby zdobyć laury ?

polesie.jpg

Rozwiązanie

Na właściwym tropie był Marcin Nowak. Moim zdaniem tablica ta powinna zdobyć laury w kategorii „Przepowiadanie Przyszłości”. Zawsze zastanawiało mnie skąd Ci biedni ludzie stawiający figurę w 1927 roku mogli wiedzieć co się wydarzy w 1933 r. :)

Pytanie brzmi. Kim jest pierwszy z prawej mlodzieniec na ponizszej fotce.

wiechecki.jpg

Ostatni tydzień był trudny głównie z powodu finału projektu „przeprowadzka”. Dla mnie, jako pożal się Panie Boże menadżera projektu, był to bardzo ciężki okres. Po pierwsze byłem menadżerem z określonymi obowiązkami i zupełnie beż żadnych uprawnień. W środku projektu zdałem sobie sprawę, że nominowano mnie, bo jestem osoba, którą najłatwiej kopnąć w dupę. A przecież trzeba kogoś kopnąć w dupę w razie totalnej klapy. Poza tym nie jestem osobą „społeczną”. Odludkiem tez nie jestem, ale najbardziej odpowiada mi praca samodzielna, gdzie mam coś wyszukać, wyszperać, wybadać, przetworzyć. To bardzo niewdzięczna praca, bo czasami nie ma efektów a czasami odbiorca końcowy nie ma zielonego pojęcia o nakładzie pracy, jaki trzeba włożyć by te efekty osiągnąć. Ale ja to lubię. Nie lubię natomiast użerać się z ludźmi. Nie lubię i nie umiem a projekt przeprowadzka właśnie tego wymagał. Ale od początku.

Po wynajęciu biura Ted, nasz dyrektor zarządzający, wyjechał sobie na miodowy miesiąc do Europy zostawiając mnie z całym dobytkiem na głowie. Zrobił kilka ustaleń z agentem, po czym kazał mi tego przypilnować i egzekwować. Agent, mały kurduplowaty Libańczyk, około czterdziestki, migał się jak mógł. Najpierw poszło o klucze. Ted powiedział, że klucze dostaniemy 21.04. Przed tym terminem Libańczyk otwierał nam lokal na każde żądanie, byśmy mogli zainstalować wszystkie media. Kiedy na tydzień przed wyznaczonym terminem zapytałem o klucze agent szorstkim tonem oznajmił, że najem zaczynamy dopiero od 1 maja. Ostatecznie, po 2 e-mialach (lubię mieć namacalne dowody) i rozmowie telefonicznej zgodził się łaskawie przekazać nam klucze 24.04. Kiedy w wyznaczonym dniu nie odzywał się starałem się złapać go na komórkę. Udało mi się nagrać na pocztę, po czym każda następna rozmowa była odrzucana. Ostatecznie klucze z wielkim trudem wyrwaliśmy 26 kwietnia.

Kolejna sprawa sprzątanie lokalu. Ted kazał mi przypilnować, by lokal był wysprzątany zanim go obejmiemy. Okazał się, że Libańczyk zwleka z tym aż do ostatniej chwili. Lokal miał być wysprzątany przed piątkiem 21.04. W czwartek około końca pracy Libańczyk dzwoni i mówi, że nie ma prądu. Jak nie ma jak jest ? On uparcie twierdzi, że nie ma. Łapię za telefon, dzwonię do kompanii energetycznej. Prąd podłączyli. Telefon do elektryka, żeby przyszedł i zbadał co jest. Elektryk stwierdził na miejscu, że mamy prąd i wszystko jest tak jak powinno być. Mając serdecznie dość zadzwoniłem sam po sprzątaczy. Okazał się, że dobrze, bo od Libańczyka nikt się nie pojawił. Ostatecznie nie została wykonana żadna z rzeczy, którą wymagaliśmy na wniosku. I nie miałem za bardzo jak tego udowodnić, bo stanąłem w sytuacji gdzie miałem słowo Teda, który pojechał na wakacje przeciwko twierdzeniu agenta, który upadzie twierdził, że do niczego poza sprzątaniem się nie zobowiązywał.

Z prądem też była ciekawostka. Naszym managerem administracji jest Janet. Osoba, która ma bliskie koneksje z właścicielami, lubi się wtrącać we wszystko i jest wszytko wiedząca najlepiej. Ostatnio irytuje mnie coraz częściej i zadaje sobie pytanie dlaczego Lu, kontroler finansowy, pozwala sobie by Janet wtrącała mu się jak ma wyglądać np. trzeci segment w numerze konta w nowym planie kont opracowywanym pod kontem zmiany systemu. Przecież ona na ten temat nie tylko nie ma zielonego pojęcia, ale również to nie jest w żaden sposób jej „działka” i wchodzi wyraźnie w kompetencje innych. Janet z wyglądu przypomina emerytowaną gwiazdę filmów porno. Ostry makijaż, zniszczona wiekiem i nadmiernym opalaniem obwisła skóra oraz styl ubiory starej Niemry dopełniają obrazu. Wiekiem, też już przebiła Teresę Orlowski. Otóż najmądrzejsza osoba w firmie zadzwoniła po kompanię telekomunikacyjną i umówiła ich miedzy godziną 8-12, a podłączenie prądu tego samego dnia na 16. Około 13 przyjechali przedstawiciele firmy telekomunikacyjnej i zostawili karteczkę, że z powodu braku zasilania w budynku nie mogą nic zrobić. Brawo za niesamowitą wyobraźnię dla Janet. Kolejne potyczki telefoniczno-elektryczne spadły na mnie. Szkopuł i trudność tkwiła w tym, że ta stara kurwa nie dała mi żadnych numerów referencyjnych i gdzie nie zadzwoniłam na początku odchodziłem z kwitkiem. Później musiałem zamówić jeszcze firmę ochroniarską, specjalistów od naprawy klimatyzacji (wg słów Teda miał to zrobić właściciel, ale nie zrobił), kratę na okno serwerowi i parę innych rzeczy. Tak naprawdę powinna to wszystko robić Janet, bo w końcu to ona jest szefem administracji a moja rola powinna ograniczać się do koordynowania tych działań. Niestety Janet się wypięła. W końcu jest najmądrzejsza kiedy ma komuś wejść w kompetencje ale już nie bardzo kiedy przyjdzie jej samej coś pożytecznego zrobić. Może i lepiej, że się wypięła, bo jeśli sprawy załatwiłaby jak te z prądem i telefonami, to nie wprowadzilibyśmy się do nowego biura do dziś.

Na tydzień przed terminem przeprowadzki, który zresztą był cały czas niepewny poprzez batalię z agentem, miałem wynająć specjalną firmę doświadczoną w przenosinach biur. Zadzwoniłem do 4 przypadkowo wziętych z książki telefonicznej specjalistów. Umówiłem się, że przyjdą, obejrzą i na tej podstawie otrzymamy ich ofertę. Na dzień przed spotkaniem, jedna z firm zadzwoniła i powiedziała, że „obsunęły” im się terminy i termin naszej planowanej przeprowadzki nie wchodzi w grę. Mówi się trudno. Zostały jeszcze 3. Kiedy jedna z nich nie przysłała nikogo w umówionym terminie i nie odpowiadała na telefony zacząłem się powoli niepokoić. Z dwóch, które pozostały na placu boju jedna przysłała bardzo profesjonalnego agenta, który zajrzał wszędzie, jeszcze tego samego dnia przysłał ofertę i zadzwonił z pytaniem, czy oferta dotarła. Słowem, tak jak sobie to wyobrażałem, że będzie się działo. Drugi koleś wyglądał jak pijaczek spod budki z piwem. Nieogolony, potwornie rozciągnięty dres, sprawiał wrażenie jakby był na potwornym kacu. Wręczył mi wizytówkę wykonaną drukarkę atramentową na kiepskiej jakości papierze i tak obstrzępioną, że musiał być wycinana narzędziem bardziej tępym niż Janet. Oferta profesjonalisty opiewała na 1440 AUD (w tym tutejszy VAT), Jimmi, jego 2 ludzi i 7 tonowa ciężarówka wyceniona została na 4400 AUD + VAT. Wybór był prosty. W sumie, sama fizyczna przeprowadzka, to najbardziej profesjonalna część tej operacji. Zapakowanie całego dobytku 10 osób, przewiezienie na nowe miejsce i wyładowanie z ciężarówki nie zajęło więcej niż 3 godziny czasu.

Przeprowadziliśmy się na nowe miejsce, porozkładaliśmy i ……. całość szlag trafił. Wszystkie zapewnienia informatyków, że nie odczujemy różnicy miedzy pracą z plikami i programami, które pozostały na serwerze w starym biurze a plikami na serwerze, którzy przyszedł wraz z nami okazały się nic nie warte. W pierwszym tygodniu więcej nie pracowaliśmy niż pracowaliśmy. Poniedziałek był dniem kompletnego braku zasobów. We wtorek do południa przywieźliśmy na 6 płytach dane do nowego biura. Oczywiście praca mogła być w dość okrojonym zakresie. Przez następne dni nasze połączenie ze światem zewnętrznym to średnio po 2 godziny dziennie i to w kilkunastu kawałkach i prawie nigdy nie trwało dłużej niż kwadrans. Po raz pierwszy widziałem jak z twarzy głównego naszego specjalisty IT prysła pewność siebie. Sytuacja nie ciekawa, mimo buńczucznych zapewnień, że nie odczujemy żadnej różnicy i dla przeciętnego pracownika systemy będą pracować tak jakby w ogóle nie zmieniał lokalizacji, nasza firma miała praktycznie cały tydzień przestoju. Widać było, że sprawcy całego zamieszania nie mają pojęcia właściwie dlaczego tak się dzieje.

Szczęśliwie jesteśmy już na nowym miejscu. Kiedy wchodziłem tam pierwszy raz było szare, brudne, ciemne i ponure. Teraz kiedy jest wysprzątane wygląda zupełnie inaczej. Jasne meble złamały monotonię czerwonej cegły. Dobre oświetlenie rozjaśniło wnętrze. Ogromna przestrzeń odesłała w zapomnienie klaustrofobiczne uczucie ciasnoty. Mam swój własny pokój, co jest wygodne. Nikt mi nie stoi nad głową czy nie rozprasza przechodząc tuz obok. Mamy dobrze urządzoną niewielką kuchnie, gdzie z przyjemnością spotykamy się na kawie czy herbacie. Jestem bardzo zadowolony z tej przeprowadzki. Na nowym miejscu czuję się niewymiernie lepiej niż w poprzednim. I jedyne nurtujące mnie pytanie, na jak długo tam zostanę. Za miesiąc kończy mi się kontrakt. Czy nowe biuro będzie moim miejscem pracy jeszcze tylko przez miesiąc, czy może dłużej. To pewnie okaże się już niebawem, jak tylko Ted wróci do rzeczywistości i urlopowego nastroju. To pisałem ja, zdruzgotany trybem a zadowolony efektami przeprowadzki, harom.


  • RSS