harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2006

Jesień…

6 komentarzy

Wielkimi krokami nadeszła do nas jesień. Temperatury coraz rzadziej wspinają się powyżej 20 stopni. Przed nami kilka miesięcy zimy. Ciężko mi, kiedy myślę, że już niedługo temperatury spadną jeszcze bardziej i 5-6 stopni to będzie codzienność przez parę następnych miesięcy. Z zazdrością patrzę na mapę pogody i temperatury w Queenslandzie. Na pocieszenie zostaje, że jesień to pora na wszelakie owoce. Nie będę się powtarzał w kółko pisząc o kilku gatunkach na krzyż jakie są tu dostępne. Ja czerpię przyjemność z tego, że cytrusy i owoce tropikalne są tu relatywnie tańsze i bardziej świeże niż w Polsce. W jakimś tam stopniu łagodzi to tęsknotę za agrestem, porzeczkami, dziesiątkami gatunków innych Polskich jesiennych specjałów. Mimo, że do Polski docierają już coraz bardziej egzotyczne owoce, to jednak pewnie wiele z lokalnych odmian nadal trudno dostać gdzieś indziej poza tropikami.

tropical_fruit.jpg
Jesienne owoce

To kilka przypadkowo wybranych specjałów z lokalnego straganu. Ten dziwny zielony „pęczek” z lewej strony zdjęcia nazywa się „Dłoń Buddy”. Jest to rodzaj cytrusa pochodzącego z północnych Indii. Charakteryzuje się bardzo silnym aromatem. Nie spożywa się go samodzielnie ale raczej jako dodatku zapewniającego cytrynowy smak wielu potrawom. Tuż obok widzimy granat. Po środku obok bananów kilka rodzajów cytrusów. Są limonki, trzy gatunki cytryn oraz kilka cytrusowych krzyżówek. Na dole, takie w kształcie przerośniętego plemnika, widzimy tomarillos, zwane tu „drzewnymi pomidorami”. Polska nazwa – zgrabka burakowata, brzmi chyba najbardziej egzotycznie. Te owoce zostały przywleczone z Ameryki Południowej i cieszą się ogromna popularnością w Nowej Zelandii. U góry ekranu, tuż po lewej stronie ananasa znajduje się „Dragon Firut”.

dragon_fruit_cut.jpg
Dragon Fruit po przecieciu

„Dragon Fruit” to potoczna nazwa dla owoców znanych jako Pitaya. Jest to wspólna nazwa na owoce wielu gatunków kaktusów. W Australii dostępne są owoce, które oryginalnie uprawiane były w Wietnamie. Poza tym czerwonym na fotce wyżej popularna jest jeszcze jego żółta odmiana. Do Polski natomiast docierają pokrewne gatunki pochodzące z Meksyku.

custard_apple.jpg
Custard Apple

Custard Apple, czyli jabłko budyniowe lub jak ktoś woli oficjalną polską nazwę Flaszowiec Peruwiański, to owoc przywleczony do Australii z Peru. Owoc ten jest nieco większy od jabłka, a jego miąższ ma konsystencje budyniu. Smak tego owocu jest słodki z cierpkim odcieniem kwaskowatości a mimo to bardzo mdły. Nam wyraźnie nie przypadł do gustu. Być może sprawdzi się jako dodatek do potraw. Duży problem stanowi jego przechowywanie. Owoc nie wytrzymuje więcej niż 7 dni po zerwaniu z drzewa. O ile w Cairns znalazł się na straganie w kilka godzin po zerwaniu, tak w Melbourne pewnie mija kilka dni, dlatego nadaje się do spożycia praktycznie tylko w dniu zakupu.

papaya.jpg
Papaja

Papaja pochodzi z Ameryki Środkowej ale szybko stała się popularna w całej strefie subtropikalnej. Papaja jest faktycznie najtańszym owocem tropikalnych krajów, chociaż jednocześnie jest bardzo smaczny. Jego taniość wynika z faktu, że w przeciwieństwie do innych owoców, faktycznie jest on owocem z rodzaju jakby gigantycznego warzywa a nie z drzewa. Je się w nim ów czerwony miąższ pod jego twardą skórą. Smak owoców papaja nieco przypomina mi smak naszej słodkiej marchewki upieczonej na otwartym ogniu. W Australii Papaja bardzo często zwana jest Paw-Paw. Tak się składa, że „paw” po angielsku oznacza również szponiastą łapkę kota. Dlatego istnieje nawet anglojęzyczny dowcip dla dzieci. Dowcip ten zapytuje: „what is a paw-paw” Odpowiedz powinna byc: „the end of a leg-leg in a cat-cat”. („Czym jest paw-paw.” „koniec nogi-nogi u kota-kota”). Ciekawostką owoców papaja są czarne nasiona znajdujące się w środku, które wyglądają jak nasiona czeremchy. Normalnie nasion tych się nie zjada, a starannie je się usuwa z owocu tuż przed jedzeniem. Jeśli jednak jakaś wyspiarka przypadkowo zaszła w niechcianą ciążę, wówczas opychała się właśnie owymi czarnymi nasionami papai. Nasiona te zawierają bowiem w sobie jakieś składniki, które mają silne działanie poronne. W dawnych czasach owoce papaja zastępowały więc dzisiejsze „skrobanki” i medyczne przerywanie ciąży

durian.jpg
Durian

Durian w stanie dzikim rośnie w dżunglach Jawy i Sumatry. Do Australii trafia z plantacji Malezji, Tajlandii, Indonezji i Filipin. Owoce duriana w krajach swego występowania są wielkim przysmakiem. Durian jest owocem wielkości głowy ludzkiej. Jego wygląd zewnętrzny przypomina z grubsza widok zielonej, kolczastej łuski naszego niedojrzałego kasztana. Podobnie też jak łuska kasztana daje się rozszczepić na dwa czy trzy segmenty, również skorupa duriana rozszczepia się na trzy do sześciu segmentów. W każdym takim segmencie zawarty jest jakby nasz kasztan, otoczony papkowatą żółtawą substancją, o konsystencji podobnej do naszych lodów jadalnych. Je się właśnie ową papkowatą substancję. Ma ona wspaniały, słodkawy, niebiański smak. Jednak smaku tego nie daje się opisać, z prostej przyczyny że nie istnieje już nic innego co miałoby podobny smak, a stąd do czego smak duriana dałoby się porównać. Miąższ spożywa się na surowo lub poddaje suszeniu, fermentacji, soli się, zamraża, przetwarza na mamoladę. Najlepiej smakuje w lodach i ciastkach. Jadalne są również nasiona duriana, które smaży się na oleju, a następnie przysypuje cukrem i ugotowanym ryżem. Owoc duriana jest przez azjatycką ludność uważany za afrodyzjak. Oprócz atrakcyjnego smaku, durian ma to do siebie, że skórka dojrzałego owocu wydziela nieprzyjemny i bardzo przenikliwy zapach związany z obecnością siarczków. Zapach ten jest porównywany czasami do zapachu zgniłej cebuli, a przez niektórych nawet do zapachu ścieków. Jego smród jest tak silny, że większość hoteli i linii lotniczych z krajów tropikalnych zabrania wnoszenia tego owocu na swój teren. Dla nienawykłych do niego ludzi, smród duriana jest tak okropny, że zwykle nie mogą się zmusić aby włożyć go do ust. Myślę jednak, ze warto się przełamać i duriana trzeba po prostu samemu spróbować

To taka mała dawka informacji o owocach tropikalnych dostępnych w Australii. Za pewne większość z Was zauważyła, że opisywane przeze mnie owoce są albo wprost importowane do Australii albo są to obce gatunki wprowadzone do upraw. Tak już jest. Australia jest bardzo odległym kontynentem i jej fauna i flora kształtowała się w oderwaniu od innych. Właśnie dlatego tu rozwinęły się torbacze, pozostały takie relikty jak stekowce czy rozwinęło się jedynie 7 gatunków rodzimych ssaków łożyskowych. Pamiętać należy również, że na pozostałych kontynentach wiele gatunków roślin zostało „udomowionych” już kilka tysięcy lat temu i od tego czasu wyhodowano ich dziesiątki odmian. Aborygeni nie znali rolnictwa. To był lud koczowników i zbieraczy, więc żaden z australijskich endemitów nie doczekał się „udomowienia” i swoich wysokowydajnych hodowlanych odmian.

Ostatni tydzień, mimo że krótki obfitował w wydarzenia. W pracy coraz bliższy finał katastrofy Pt. „projekt przeprowadzka”. Nie ma dwóch zdań, zawaliłem w kilku miejscach. Nie lubię się użerać z ludźmi, a w tym przypadku musze. Muszę użerać się z Libańczykiem agentem nieruchomości by posprzątał biuro tak jak obiecał, musze użerać się z telefonami i energią, łączem internetowym, elektrykiem sprawdzającym instalację oraz ochroniarzem odpowiedzialnym za objęcie ochroną tego budynku. W zeszłym tygodniu umówiłem się z 4 firmami oferującymi profesjonalne przeprowadzki. Na dzień przed przyjściem przedstawiciela, który oszacuje koszty jedna firma zadzwoniła i przeprosiła ale w wymaganym przez nas terminie nie będzie mogła zrealizować usługi. Inna firma okazała się krzakiem i nie tylko nie przysłała człowieka, ale również nie odzywała się. Zostało 2 oferentów. A miedzy nimi przepaść. Jeden przyszedł pod krawatem, z precyzyjnie przygotowanym formularzem, zajrzał wszędzie, spisał dokładnie wszystko. Przysłał e-mailem profesjonalną ofertę i dokładną wycenę. Drugi przełożył spotkanie na sobotę. Przyszedł w dresie w 4 paski, niedopity na kartce obazgrał jakieś 3 notatki na krzyż. Na wizytówce, wydrukowanej na kiepskiej jakości drukarce atramentowej, widniało „Jimmy – 2 men 7 tonne truck”. Wizytówkę z arkusza wycinał chyba łyżką, bo nawet najbardziej tępe ostrze nie zostawia tak poszarpanych brzegów. Porażka. Na dodatek zorientowałem się, że nie mamy ani faxu, ani aparatów telefonicznych. Wcześniej to po prostu wyleciało mi z głowy. Zostało kilka dni a ja jestem z tym wszystkim w lesie.

Nie ukrywam, ze właśnie to sprawia, że znów wstaje do pracy z myślą „O Boże znów musze tam iść”. Za miesiąc kończy mi się kontrakt Nie wiem, czy firma będzie miała ochotę go przedłużyć. Ja chciałbym tam zostać tylko ze względu na małą stabilizację. W chwili obecnej ważniejszy jest dla mnie wróbel w garści niż gołąb na dachu, dlatego na razie nie na rękę mi szukanie czegoś innego. Pyzatym cos jednak tam cały czas się uczę i to również jest istotne. Na kolejne 6 miesięcy nie byłoby to złe rozwiązanie. Z rozrzewnieniem wspominam okres w Polsce, gdzie nie mogłem się doczekać jutra, by znów pójść do pracy. Wspólne piwo i pizze z ludzikami z Cormaya, fantastyczną atmosferę TVN’u czy rozstawianie telewizora w Karenie i całym biurem kibicowanie reprezentacji Polski podczas meczów w Korei. Wtedy na dwie godziny praktycznie Karen przestawał działać. Nikt nie odbierał telefonów, nie przyjmował gości. Kibicowali wszyscy. Chłopaki z działu zakupów, dziewczyny z księgowości i recepcji. Atmosfera była niesamowita.

Jak pisałem wcześniej niedawno odkryliśmy nową dzielnicę typu „china town”. To odkrycie wpłynęło dość pozytywnie na urozmaicenie kulinarne w naszym domu, bowiem lokalne supermarkety maja bardzo uboga ofertę. Oczywiście można dostać w nich wszystkie najpotrzebniejsze towary, ale każdy tutejszy Coles przypomina zarówno wielkością jak i asortymentem B klasowy market „Champion” w Skarżysku niż sztandarowy Carrefour. W azjatyckiej dzielnicy do której dotarliśmy poza setkami drobnych sklepików są dwie spore hale a tam same cuda i dziwy. Wybór jest o wiele większy niż w cieszących się dużą popularnością marketach Queen Victoria Market i Prahran Market. Nas szczególnie ucieszyło to, że azjaci oferują różnego rodzaju podroby, których na próżno szukać w tradycyjnych australijskich sklepach. Australijczycy brzydzą się takim czymś jak flaki, kurze żołądki, nerki, płucka, serca czy inne. Wszystko to do wyboru, do koloru można znaleźć u azjatów. A nawet dużo, dużo więcej. Oni po prostu jedzą wszystko, podczas gdzy Australijczycy chyba tylko i wyłącznie mięso. Z nutka nostalgii zobaczyłem kurze stopki. Pamiętam z dzieciństwa jak babcia je kupowała. Później gdzieś zanikły. Jedyne co mnie odrzucało to bladoróżowe zwoje przypominające jelita. Ula natomiast dostawała „cofki” jak sprzedawano świńską krew w postaci przypominającej galaretę. Prawdziwego szoku można dostać na stoiskach rybnych. Dziesiątki gatunków ryb leży w lodzie. Większość morskich, ale dość spory jest również wybór słodkowodnych. Do tego kilkanaście rodzajów krewetek, małże, homary, ośmiorniczki, kałamarnice. No i wreszcie market warzywny. Nie spotkałem nigdy wcześniej w Melbourne tak obficie zaopatrzonych warzywniaków. To co można było kupić np. w arabskiej dzielnicy na Sydney Rd. niedostępne było np. w rosyjskiej dzielnicy. Tu owoce wszystkich narodowości świata leżą obok siebie.

Dzięki azjatyckim straganom, między innymi takim jak opisywane powyżej, w naszej kuchni zagościło kilka dawno nie jedzonych rzeczy i cała gama zupełnie nowych. Z odkrytych na nowo smakołyków już dwukrotnie robiliśmy „pepisy” czyli małe małże morskie, raz kasztany. Na nowo również odkryliśmy kaczkę. Dziś na obiad będzie gulasz z kaczych żołądków made by Romek. Od jakiegoś czasu mamy również „fazę” na kokosy. Ja z uporem maniaka pijam kokosowe drinki, do kawy na samą górę dodajemy specjalnie spreparowana śmietankę kokosową, w użyciu jest również olej kokosowy. Ten ostatni to zwykła ekstrawagancja. Pali się w dość niskiej temperaturze i ciężko uzyskać odpowiednią temperaturę do smażenia. Ciekawą ma konsystencję. Kiedy trochę spadnie temperatura w mieszkaniu olej ten zamienia się w półpłynną masę przypominającą skrystalizowany miód. Wystarczy jednak, ze jest troszkę cieplej a już na powrót jest płynny. To nie koniec kokosowych szaleństw. Od zeszłego tygodnia słodzimy kawę cukrem kokosowym. Jest czarny i gesty, bardzo podobny do surowego nierafinowanego cukru trzcinowego, w smaku fantastyczny. Wprost stworzony do kawy !!! W takim przypadku zwykłe wiórki kokosowe nie są już żadną z atrakcji.
Z rzeczy całkiem nowych w naszym jadłospisie zagościł kaukau. To słodki ziemniak, zupełnie fioletowy w środku. Słodki, ale nie tak jak zwykłe ziemniaki kiedy przemarzną. Jest bardzo smaczny. W piątek Ula przygotowała z niego przystawkę do obiadu. Ugotowany i ubity kaukau owinięty został w specjalny rodzaj chińskiego ciasta po czym całość trafiła do smażenia w głębokim oleju. Efekt – palce lizać !!! Następne bulwy kaukau czekają na swoja kolej. Oprócz tego czekają owoce granatu i persimmonu. Persimmon ma miękką, pomarańczową skórkę, miąższ o watowatej konsystencji i słodkawy smak, który określić można jako „coś” pomiędzy śliwką a dynią. A granatu, to chyba nie trzeba opisywać . Z owoców, które nie przypadły nam do gustu i jeśli nie wyczarujemy przepisów z ich zastosowaniem to nie zagoszczą u nas prędko wymienić należy chlebowca, longon, papaje, custard apple i kilka innych.

To zdjęcia zrobione dziś rano sprzed drzwi wejściowych do mojejego biura. Jakość kiepska, bo robione z telefonu komórkowego. Jak donoszą lokalne media był to najwiekszy od 10 lat pożar w Melbourne. Dosłownie na kilka minut przed jego wybuchem jak codzień przechodziłem tamtedy w drodze do pracy. Spłonęło 6 budynków fabrycznych a 7 jest poważnie uszkodzony. Strażacy mówią, że dogaszanie zgliszcz bedzie trwało jeszcze około 2 dni. A wszystko to niespełna 300 metrów od mojego biurka.

Pozar2.jpg

Pozar1.jpg

Zuzanna lubi je szczególnie jesienią. Kto z nas nie pamięta tego kultowego dialogu z nie mniej kultowego serialu. Tak się złożyło, ze w miniona sobotę mieliśmy niewielka przygodę z kasztanami. Wszystko zaczęło się w Wielki Piątek, kiedy to australijskie biznesy pozamykane są na cztery spusty. Postanowiliśmy więc spędzić dzień w chińskiej dzielnicy. Wiadomo, Wielkanoc nie jest dla „innowierców” żadnym świętem, więc dla azjatów w ich dzielnicy był to dzień jak co dzień. Piątkowy wypad skończył się porządnym bólem nóg, głębokim drenażem portfela oraz dwoma plecakami pełnymi najprzeróżniejszych dóbr. Nie zabrakło tam również miejsca na tytułowe kasztany.

Kasztany chodziły za mną już od dłuższego czasu. Jadłem je kilkukrotnie, ale nigdy sam nie przyrządzałem. Przeważnie były to kupne wprost z gorącego rusztu lub zrobione przez mamę w domu. Pomyślałem sobie, że skoro można je zrobić z rusztu, to czemu nie na patelni. Postawiłem teflonową patelnię na palniku, rozgrzałem i wrzuciłem kasztany. Z nieukrywana ciekawością patrzyłem co się będzie działo dalej.

Stoję tak tępo patrząc się w patelnię, kiedy z zamyślenia wyrywa mnie Ula.
- A ty wiesz jak te kasztany w ogóle zrobić ? – spytała.
- Nie mam zielonego pojęcia – przyznałem szczerze. Ale od czego jest Internet – dodaję po chwili dumny ze swojej pomysłowości. (tylko dlaczego durna pała nie wpadłem na ten pomysł wcześniej?)
Siadam do komputera. Wklepuję frazę „jadalne kasztany” do wyszukiwarki. Czytam pierwszy przepis. Dowiaduje się, że kasztany należy piec około 30 minut w temperaturze 200 stopni. Hmmm, na patelni nie osiągnę takiej równomiernej temperatury. Po konsultacji z Ulą nakrywam patelnię wokiem, by otrzymać choć namiastkę piekarnika. Wracam do komputera i czytam dalej. Na forum Gazety Wyborczej znajduję post następującej treści.
„Wiedziona ciekawością kupiłam…włożyłam do piekarnika…a tu jak nie łupnie! Oczywiście nie od razu,ale po jakichś 5 minutach. Po czym oczywiście my z mamą – mądre głowy – otwieramy drzwiczki…i łuuuup prosto w nas! Rezulat – cała kuchnia do sprzątania, włosy do wyczesania resztek, pierwszy raz w życiu odkurzałam piekarnik :)”
Chwilę później dowiaduję się, że kasztany trzeba naciąć lub pozakłuwać zanim zacznie się je prażyć. Niestety jest już za późno. Kasztany na naszej patelni są już za gorące.

Nie mija dwie minuty jak słyszę potężny huk. Wok przykrywający patelnię uniósł się ze 2 cm w górę po czym łomotem opadł z powrotem na swoje miejsce. Spojrzałem na Ulę. Jej wzrok mówił wszystko. Powoli, ostrożnie podnoszę woka do góry. Na patelni wśród kasztanów leżą łupinki jednego, rozerwanego na strzępy niczym dezodorant w ognisku. Cała patelnia pokryta jest drobnym jasnym pyłem przypominającym trociny powstałe podczas piłowania sosnowej deski. Ten sam pył rozrzucony jest również w promieniu około 20 cm. od palnika. Patrzę na to, i w duchu dziękuję opatrzności, że przykryłem patelnię wokiem. Jeśli nie zabiłaby mnie łupina eksplodującego kasztana z pewnością zrobiłaby to Ula. Nie, nie od razu. Najpierw musiałbym wyzbierać pęsetą kasztanowy pył z całego mieszkania. To pewnie odwlekłoby egzekucję o jakieś dwa dni.

Kasztany na patelni trzymaliśmy około pół godziny dłużej i na szczęście eksplodował jeszcze tylko jeden. Pozostałe po zdjęciu z palnika zjedliśmy ze smakiem parząc sobie palce przy obieraniu. Były pyszne i świeże. Te, które docierają do Polski w zasadzie nadają się na grzechotkę a nie do jedzenia. Obiecaliśmy sobie, że na dniach znów będziemy prażyć kasztany, ale tym razem nakłujemy jednak łupiny przed faktem :).

P.S. W kolejce na swój dzień czeka fioletowe kaukau. (gatunek słodkiego ziemniaka, bardzo pyszny).

Rolling_Stones.jpg

W czwartek w Rod Laver Arena, czyli miejscu gdzie rozgrywany jest wielkoszlemowy turniej tenisowy Australian Open, zagrali Rolling Stones. Mimo, że od pierwszego koncertu w AU minęło juz 40 lat Stonesi cieszą się niesłabnacą popularnością. Na koncert w Melbourne przyszło 13 000 widzów, czyli w skali liczby fanów jaką potrafią zgromadzić Stonesi koncert mozna nazwać kameralnym.

Pierwsze wzmianki o grupie pochodzą jeszcze z czasów prehistorycznych, dlatego jej członków nazywa się często żywymi dinozaurami. Muzycy przez wiele tysiący lat zajmowali się tworzeniem piosenek, nagrywaniem płyt oraz dawaniem koncertów. Zostali również oskarżeni o kontakty z Szatanem; jednak zbytnio się tym nie przejęli, czego dowodzi wszędobylski wyciągnięty jęzor.

Boulders.jpg
Zespół w pełnym składzie

Krążące kiedyś dowcipy mówiły, że Edward Gierek chciał z Polski zbudować druga Japonię a stworzył Trzeci Świat. Jest wiele powodów dla których Polska nie bedzie druga Japonią a jednym z nich są politycy.

Rzecz zdarzyła się w Japonii. Całe kierownictwo największej partii opozycyjnej podało się do dymisji, po tym jak oskarżenia o korupcję pod adresem rządzących okazały się lipą

- Ponoszę całkowitą odpowiedzialność za całe zamieszanie – oznajmił przywódca demokratów Seiji Maehara. Wraz z nim dymisję ogłosił sekretarz generalny partii oraz 90 działaczy tworzących partyjne władze.

Polityczne harakiri japońskiej opozycji wywołał sprokurowany przez nią samą skandal. Na początku marca poseł tej partii Hisayasu Nagata obwieścił w parlamencie, że syn sekretarza generalnego rządzącej Partii Liberalno-Demokratycznej wziął ćwierć miliona dolarów łapówki od bogatego przedsiębiorcy aresztowanego w styczniu pod zarzutem przekrętów podatkowych.

Na dowód Nagata przedstawił korespondencję obu panów, przekazywaną pocztą elektroniczną. E-mail okazał się lipą, a zakłopotany poseł Nagata przyznał, że nawet nie pomyślał, by sprawdzić jego autentyczność.

W Polsce w Sejmie poprzedniej kadencji Andrzej Lepper wykrzykiwał pod adresem Donalda Tuska i Jerzego Szmajdzińskiego oskarżenia o korupcję i łapówkarstwo. Oskarżenia okazały się wyssane z palca i nie warte funta kłaków. W przeciwieństwie do Japonii Lepper nie tylko nie popadł w polityczny niebyt ale nawet dostał się do rządu.

Rocznica.

9 komentarzy

Właśnie dziś mija rocznica mojego powrotu do Australii. Dokładnie rok temu nad ranem postawiliśmy stopę na lotnisku w Brisbane (międzylądowanie) a kilka godzin później w Cairns. Nie mam ochoty ani czasu na jakieś retrospekcje czy podsumowania, więc w skrócie.

Ula

Największy sukces: To, że w najtrudniejszym okresie studiując była w stanie pracować i zarobić tyle by utrzymać nas oboje. W dużej mierze to zadecydowało, że nadal tu jesteśmy.

Największa porażka: To, że podczas pisemnej części egzaminu IELTS czuła się tak pewnie, iż nie policzyła słów w krótszym wypracowaniu. W efekcie ta część egzaminu pisemnego była zbyt krótka, co ją zdyskwalifikowało i obniżyło ocenę egzaminu pisemnego do 5 pkt.

Romek

Największy sukces: Pracuję w swoim wyuczonym zawodzie.

Największa porażka: Nie mieszkamy tam gdzie byśmy chcieli, nie udało nam się sprostać wymaganiom i musieliśmy wyjechać z Cairns.

4.07 Skrzekliwy, metaliczny głos elektronicznego radiobudzika wyrywa nas ze snu. Budzik przywlekliśmy z Polski. Kupiłem go jeszcze na 2 roku studiów na dworcu we Wrocławiu. Po kilku minutach Ula podnosi się z łóżka. Ja naciągam kołdrę na głowę i śpię dalej. Jak przez mgłę słyszę tylko turkot wentylatora w łazience. Ostatnio coś głośno zaczął chodzić, będę musiał do niego zajrzeć w sobotę. Może tylko poluzowały się śruby i wpada w rezonans.

4.52 Słyszę trzaśnięcie drzwiami. Ula wychodzi do pracy. Pociąg ma dopiero 5.21. Choć odcinek dzielący nasze mieszkanie od dworca można pokonać w 10 minut Ula nie chce rano gnać jak szalona. Woli niespieszny spacer i kilka minut w zapasie.

6.04 Włącza się alarm w mojej komórce. Zwlekam się z łóżka powoli. Idę pod prysznic.

6.18 Rozbudzony, umyty, rozgrzany wychodzę spod prysznica, ścielam łóżko, przygotowuję śniadanie. Dziś puszka tuńczyka z suszonymi pomidorami i oliwkami, dwa tosty i kawa z mlekiem.

6.25 Jedząc śniadanie siadam do komputera. Pobieżnie przeglądam co przez noc wydarzyło się na „starym kontynencie”, sprawdzam pocztę, patrzę, czy przelali mi na konto wypłatę, patrzę jak skończył się wczorajszy dzień na Warszawskiej Giełdzie.

6.43 Wyłączam komputer, myję talerz po śniadaniu, myję zęby ubieram się do pracy.

6.52 Wychodzę z mieszkania. Dojście na dworzec zajmuje mi 8 minut. Po drodze myślę, co muszę zrobić dziś w pracy i w jakiej kolejności. Przy automacie z gazetami tuż przed wejściem na peron mijam dwie zakochane lesbijki. Kilka metrów dalej z szerokim uśmiechem na ustach gromkim „good morning” wita mnie hindus, zawiadowca stacji. Jego twarz tryska niesamowitym optymizmem. Zawsze gdy go spotykam poprawia mi humor tak z rana.

7.02 Przyjeżdża pociąg. Dziś skład z początku lat 80-tych. Takich jeździ najwięcej. Dla pojazdów szynowych 26 lat to nie jest starość, tym bardziej, że większość z nich została odświeżona zaledwie kilka lat temu.

7.06 Wysiadam na stacji South Yarra. Przechodzę z peronu pierwszego na szósty. Numeracja tu jest odmienna niż w Polsce. W Polsce jedna platforma, to jeden peron z dwoma różnymi numerami torów. Tu jeśli platforma ma tory po obu stronach, to są dwa oddzielne perony.

7.14 Przyjeżdża kolejny pociąg. Tym razem poszczęściło mi się. To jeden z najnowszych składów. Jest cichy, wygodny, estetyczny. Przez następne 20 minut gram na komórce w głupawą grę. Dziś mam dobry humor, nie mam ochoty by popsuło mi go wszechobecne, szkaradne graffiti pokrywające każdy cm2 powierzchni płotów i budynków od strony torów.

7.34 Wysiadam na stacji Oakleigh. Na peronie nalot kontrolerów. Niezależnie czy to w tramwaju czy w pociągu przeważnie jest to 5-6-cio osobowa grupa. Pokazuję datę na moim bilecie tygodniowym. Szybko przechodzę do przejścia podziemnego, które zalewane jest przy każdej większej ulewie. W takim przypadku na Oakleigh, która ma status tej „lepszej” stacji, nie zatrzymują się pociągi jadące w stronę centrum. Wtedy trzeba jechać jedną stację w przeciwnym kierunku i dopiero tam łapać pociąg do miasta. Przez 4 miesiące zdarzyło mi się to już dwa razy.

7.37 Wsiadam do niskopodłogowego autobusu linii 700. Pasażerowie wchodzą przednimi drzwiami, kasują bilet na oczach kierowcy lub też u niego kupują. Wraz ze mną wsiada codziennie grono tych samych osób. Dziś nie ma wiecznie uśmiechniętej Chinki. Codziennie zamieniam z nią parę słów. W ogóle lubię azjatów za ich pogodne usposobienie. Bardzo często kierowcą porannego autobusu jest azjata.

7.40 Ruszamy zgodnie z rozkładem. Po drodze dosiadają się „klony”. Codziennie te same. Pierwsi są zawsze dwaj bracia. Jeden ma około 15 drugi 13 lat. Gdyby nie ta różnica wieku wyglądaliby jak jednojajowe bliźnięta. Typy małych krępych „cegiełek” z kręconymi włosami niczym mistrz Bartolini Bartłomiej z kreskówki o przygodach „Baltazara Gąbki”. „Klony” z ich szkoły będą stanowić z 40% pasażerów. Ich mundurki składają się z szarych spodni, ciemnogranatowej flauszowej marynarki z brzegami obszytymi biało niebieską taśmą, białej koszuli, krawatu w tej samej tonacji co marynarka z poprzecznymi białymi pasami. Po lewej stronie, na kieszeni marynarki dość skomplikowany haft, herb z wpisaną łacińską sekwencją. Kolejne 40% ubranych będzie w czarne spodnie, niebieskie marynarki, niebieski krawat. Będziemy mieli również kilka pasażerek ubranych w czerwone spódniczki w szkocką kratę, białe koszule, granatowe sweterki i bardzo gustowne czerwone żakiety. Pojawi się także jedna lub dwie uczennice, których mundurki utrzymane są w zielonych barwach.

8.02 Wysiadam z autobusu przepychając się przez „klony”, potykając o porzucone na podłodze plecaki. Do pracy idę spacerkiem, nie spiesząc się. Mam jeszcze mnóstwo czasu. Połączenie, z którego korzystam jest najlepiej zgrane w czasie. Gdybym wyjechał z domu pociągiem 19 minut wcześniej, dotarłbym na Oakleigh minutę po odjeździe autobusu i musiałbym czekać na ten sam, którym właśnie przyjechałem. Jeśli zdecydowałbym się pojechać z domu pociągiem 15 minut później, podróż zajęłaby mi pół godziny dłużej, czyli w pracy byłbym 45 minut później.

8.15 Odpalam komputer, robię sobie kawę, czytam służbową pocztę, szperam w internecie.

9.00 Zabieram się za cotygodniowe zestawienia sprzedażowo-płacowe. W międzyczasie dzwonię do agenta od nieruchomości, by otworzył nam nowo wynajęte biuro. Musimy dziś spisać liczniki zanim podłączą nam prąd. Wczoraj załatwiłem 9 linii telefonicznych. Dziś muszę jeszcze zaaplikować o połączenie internetowe.

10.12 Idę do szefa. Dostaję zlecenie na analizę kosztów funkcjonowania nowego systemu po pełnym wdrożeniu. Kompletną analizę obejmującą koszty licencji, backupów, utrzymania łączy, amortyzację serwerów i oprogramowania. Wracam i zaczynam szperać w różnych zestawieniach. Niekoniecznie związanych z tym o czym właśnie przed chwilą rozmawialiśmy. W tak zwanym międzyczasie co chwilę zaczepia mnie Jurij, Rosjanin około 50-tki, z którym dzielę pokój. Gadatliwa z niego bestia. Strasznie pomści na organizację pracy w firmie i w ogóle w Australii.

12.30 Wraz z Lu, kontrolerem finansowym, jedziemy do nowego biura spisać liczniki. Po pewnym czasie dołącza do nas grono dziewczyn z księgowości. Ich reakcja jest daleka od entuzjazmu. Kręcą nosem wyraźnie zdegustowane i tylko jedna z nich opowiada, co można zrobić żeby było ładniej. Zaczynają się przepychanki, gdzie która będzie siedzieć, dlaczego w tym miejscu itp. Uspokajamy sytuację mówiąc, że dopiero planujemy, naszkicowaliśmy już 3 czy 4 różne wersje i żadna z nich do tej pory nie nadawała się do realizacji. Lu dorzuca, że będzie nam bardzo miło jeśli zechciałyby się włączyć i pomóc nam. To bardzo dobre posunięcie. W sumie nie mają nic do powiedzenia, będą siedziały tam, gdzie je usadzimy, ale przez takie kłamstewko przynajmniej nie poczują się jak przedmioty.

13.00 Idę na lunch do przybytku za rogiem. Przy stolikach wre dyskusja o nowej lokalizacji. Dziewczyny nie wyglądają na szczęśliwe. Biorę kawałek lazani i colę, siadam koło Juriego. Cały lunch siedzimy w milczeniu.

13.18 Jestem już w pracy po lunchu. O 14.00 mamy spotkanie w sprawie nowego systemu. Przygotowuję się do niego czytając jeszcze raz wszystkie materiały, które na ten temat zgromadziliśmy.

14.30 W natłoku wrażeń zapomniałem, że żyję w nigdy nie spieszącym się Ozilandzie a nasz rozmówca jest Hindusem, dla którego pojęcie czasu jest również względne. Spotkanie rozpoczyna się o 14.30.

15.17 Wychodzę ze spotkania. Zaczynam się niepokoić. Oprócz tego, że jestem szefem projektu „przeprowadzka” zaczynam być kierownikiem projektu wdrożenia nowego systemu po naszej stronie. Na szczęście po serii ostatnich spotkań chłopaki poszli po rozum do głowy i wczoraj zapadła decyzja, że nie wdrażamy droższego odpowiednika tego co mamy, ale dokonujemy migracji na wyższą wersję istniejącego oprogramowania. Brawo, zaczynam odzyskiwać wiarę w zdrowy rozsądek „rozdających karty” w firmie. Dla mnie oznacza to co najmniej dwie rzeczy. Pierwsza – będę miał jeszcze więcej pracy. Druga – kontrakt kończy mi się w połowie czerwca. Jeśli będą myśleć logicznie nie pozbędą się koordynatora wdrożenia w jego trakcie.

16.07 Otrzymuję emailem dokumentację systemu. Zagłębiam się w nią. Jednym z ustaleń na spotkaniu było iż w przyszłym tygodniu odbędzie się techniczne spotkanie mające na celu ustalenie grafiku wdrożenia. Muszę wiedzieć o czym rozmawiamy i w jakich ramach będziemy się poruszać.

16.28 Mam gdzieś to czytanie. Włączam gadu-gadu i IRCa i rozmawiam ze znajomymi. Na dziś mam dość pracy.

17.03 Wychodzę z pracy. Dość szybkim krokiem idę w stronę przystanku. Po drodze dzwonię do Ulci powiedzieć, że już wracam. Kiedy pokonuję ostatnią prostą widzę jak ucieka mi autobus. Jest przed czasem o dobre 5 minut. Oznacza to, że następny będzie opóźniony, bo oprócz „swoich” pasażerów będzie zbierał takich jak ja, którym uciekł wcześniejszy.

17.25 Przyjeżdża jakiś autobus. Sam już nie wiem, czy to opóźniony ten z 17.20 (który wydawało mi się, że przyjechał 5 minut przed czasem) czy ten z 17.33 dociera 8 minut wcześniej. Nie ma to większego znaczenia, bo z obu docieram na ten sam pociąg. Autobus z 17.20 jeśli przyjedzie punktualnie jest na stacji 2-3 minuty po odjeździe pociągu. Autobus jest prawie pusty, więc nie zatrzymuje się nigdzie. Droga do Oakleigh zajmuje więc o połowę krócej niż rankiem, kiedy na każdym przystanku trzeba się zatrzymać po 2-3 osoby.

17.35 Na stację docieramy prawie o wyznaczonym czasie. Wbiegam na peron. Pociąg odjechał minutę temu. Następny za 14 minut. Jedyna szansa, żeby zdążyć na ten wcześniejszy istnieje kiedy złapie on opóźnienie.

17.48 Na minutę przed odjazdem pociągu metaliczny głos bez wyrazu oznajmia, że pociąg będzie miał 6 minut opóźnienia. Przez ostatnie minuty słyszałem ten głos już wielokrotnie. Zapowiadał opóźnienie każdego pociągu jadącego od strony miasta.

17.54 Pociąg wreszcie przyjeżdża. Wsiadam do ostatniego wagonu. Na stacji South Yara wyjście z peronów jest tylko na końcu. Będę miał bliżej. Znajduję wolne krzesło i bezpłatną gazetę MX. Przekartkowanie jej i przeczytanie kilku krótkich wzmianek zapełni mi 20 minut podróży.

18.14 Docieram na South Yara. Pociąg do domu mam 18.17, ale biegnę, bo wcześniejszy 18.07 zawsze jest opóźniony. Jeśli pociąg z Oakleigh byłby o czasie, byłbym na South Yara 2 minuty po jego planowanym odjeździe, co w tych warunkach oznacza 50% szanse powodzenia. Po drodze jest promocja. Niebrzydkie hostessy rozdają margarynę. Dostaję jedno pudełko. Na tej stacji promocje są dość często. Załapałem się już dwa razy na colę, raz na jakiś kolorowy magazyn dla mężczyzn i teraz na margarynę. Na peronie widzę, że wyświetlany jest już planowany pociąg 18.17, ale jest podane za ile minut będzie odjazd. Znaczy się będzie opóźniony.

18.18 Podają, że opóźnienie wyniesie 6 minut.

18.24 Wsiadam do potwornie zatłoczonego składu. Inteligentni inaczej projektanci umieścili poręcze do trzymania się jedynie przy drzwiach. W efekcie środek wagonu świeci pustkami a przy drzwiach kłębią się dzięki tłumy. Na każdej stacji trzeba się przepychać. Ogranicza to szerokość drzwi, powoduje wydłużenie czasu wymiany pasażerów a tych, co jadą dalej przyprawia o frustrację.

18.28 Wysiadam na stacji Windsor i biegusiem pędzę do domu.

18.34 Prawie po 12 godzinach od wyjścia z domu i 1,5 godzinie od wyjścia z pracy ponownie wchodzę do mieszkania. Dziś Ula nie ma zajęć więc jest już w domu. Jest jednak zbyt zmęczona, by zrobić obiad. Jemy więc pizze, która zamówiła wcześniej w jednej z kilku pobliskich pizzerii. Rozmawiamy, dzielimy się wrażeniami z dnia, opowiadamy co nam się przytrafiło.

19.00 Ula ogląda „spaślaków” (The Biggest looser), reality show, w którym o główną nagrodę walczy grono stukilkudziesięciokilowych grubasów, a zadanie w wielkim skrócie polega by jak najwięcej schudnąć. Ja w międzyczasie zmywam naczynia i siadam do komputera. Oboje mamy dość po dzisiejszym dniu.

19.30 Kończą się „spaślaki”, trochę rozmawiamy. Zastanawiamy się ,czy nie iść do sklepu, bo pokończyło nam się mnóstwo rzeczy. Nie mamy jednak siły.

20.00 Zajęcia w podgrupach.

20.30 Rozkładamy łóżko Ula się kładzie. Ja spędzę jeszcze pół godziny przed laptopem. Nie mija 10 minut, kiedy słyszę równomierny oddech dobiegający od strony łóżka. Rozmawiam przez internet ze znajomymi z Polski, śledzę kursy walut i notowania na giełdzie.

21.12 Dołączam do Uli. Dla nas dzień już się skończył. Na „starym kontynencie” trwa nadal.

4.07 Skrzekliwy, metaliczny głos elektronicznego radiobudzika wyrywa nas ze snu.

Ktos powiedzial, ze w Melbourne zimno jest tylko przez 3 miesiace w roku. Ten ktos klamal. Mamy poczatek kwietnia i temperature 12C i przenikliwy wiart potegujacy uczucie chlodu. Pamietam moj pierwszy dzien w Melbourne, w polowie wrzesnia. Temperatury byly podobne. Nalezaloby wiec zrewidowac teze o 3 miesiacachi dodac kolejne 3 co w sumie daje nam pol roku zimna.

Właśnie dzięki uprzejmości Tompolka zdobyłem niezbity, namacalny dowód potwierdzjący szczególną teorię względności Alberta Einsteina.

tesco.JPG


  • RSS