harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2006

Chyba czas udać się do lekarza, póki jeszcze czas. Ostatnio złapałem się na tym, że zacząłem utożsamiać się z postaciami z filmów. Pół biedy gdyby to był Jackie Chan czy chociaż porucznik Borewicz. Nic z tych rzeczy. Ja zacząłem utożsamiać się z czeskim magazynierem. Szpulka mówi, że to i tak lepiej niż z czeskim heavymetalowcem.

Wszystko zaczęło się około dwóch tygodni temu. Pewnego wieczora obejrzeliśmy wspaniała komedię. To jest jeden z lepszych filmów, jaki widziałem w ostatnim czasie. Znakomita komedia, pełna nieoczekiwanych sytuacji i niespodziewanych zwrotów akcji jest jednocześnie gorzką alegorią „naszych czasów”. Nie jest to obraz z rodzaju tych, na których człowiek przez cały seans płacze ze śmiechu, a po wyjściu z kina nie pamięta już o czym właściwie był film. „Opowieści o zwyczajnym szaleństwie”, o których mówię poza gigantyczną dawką dobrego, mądrego humoru zmuszają widza do refleksji. Koniecznie przeczytajcie recenzję tego filmu.

Kiedy tak razem ze Szpulcią oglądaliśmy wieczorem rzeczony film jeden dialog szczególnie przykuł moją uwagę. Była to rozmowa głównego bohatera (czeskiego magazyniera) ze swoją byłą dziewczyną.

– Czasami mam wrażenie, że wokół mnie dzieją się dziwne rzeczy – mówi główny bohater.
– Ja też – odpowiada dziewczyna.
– Może jakbyśmy byli razem, to by już się więcej nie działy – sugeruje chłopak.
– To nie wokół nas. To jest w nas. – wyjaśnia – Przy tobie miałam wrażenie, że świat jest pełen wariatów i psychopatów,
– Mam pecha do dziwnych ludzi – usprawiedliwia się facet.
– To nie pech. Przyciągasz takich ludzi bo sam taki jesteś.

Ostatnie tygodnie sprawiły, że scena ta ciągle staje mi przed oczami i zaczynam uważać, że ten dialog w jakimś stopniu jest prawdziwy w odniesieniu do mojej osoby. (Dzwonicie już po psychiatrę ?). Ja też mam wrażenie, że wokół mnie dzieją się dziwne rzeczy a świat jest pełen wariatów i różnych „zakręconych” ludzi. Oto bowiem w mojej pracy, gdzie trwa wybór nowego systemu IT wpadłem w wir wydarzeń, których do końca nie rozumiem. Po pierwsze uczestniczę w wyborze tego systemu. Po drugie okazuje się, że będziemy wdrażać coś, co jest prawie dokładną kopią istniejącego systemu. Nie rozwiązuje to żadnych naszych kłopotów, nie usuwa żadnego wąskiego gardła, nie daje nowej jakości pracy. Kosztuje pieniądze, rewolucję w procedurach, zamieszanie i bałagan związany z wdrożeniem. W zamian otrzymujemy dokładnie to, co już mamy. Hmmm, możliwe jest to w firmie, gdzie czynnie uczestniczący w wyścigu szczurów młody, głodny sukcesu manager dokonuje pozornej innowacji, bo na prawdziwą jest zbyt niedouczony. Ale nasza firma taka nie jest. Możliwe jest to w jakiś molochach z rozproszoną odpowiedzialnością i kominach w strukturze firmy. Nasza firma ma jednak bardzo płaską strukturę. Dlaczego więc dzieją się takie dziwne rzeczy, nie rozumiem.

Kolejną niespodzianką jaka się przydarzyła jest zmiana lokalizacji. Postanowiono zamienić bardzo ładne, przytulne ze smakiem i gustownie urządzone biuro na jakąś norę iście z lat 60-tych. Nora jest ciemna. Na ścianach zamiast pastelowych kolorów króluje surowa czerwona cegła. Zrozumiałbym ten krok, gdyby firma była w kiepskiej kondycji i szukała oszczędności, ale ta nora będzie nas kosztowała o wiele więcej niż obecna lokalizacja. Najlepsze z tego wszystkiego jest jednak to, że menadżerem projektu przeprowadzka zostałem ja. Musze zadbać o wszystko. Od podłączenia prądu, zadbania o podłączenie sieci komputerowej, opracowanie jak mają być rozmieszczeni ludzie, zadecydowaniu jakie meble musimy dokupić, załatwienie ubezpieczenia i ochrony lokalu aż po ustalenie kto będzie kupował mleko do kuchni, opróżniał kosze itp. Słowem wszystko od podstaw. Tylko dlaczego takie rzeczy musza przydarzać się mnie ? Przecież nie jestem specem od administracji i logistyki i nawet w Polsce miałbym pewien problem ze zgraniem wszystkiego w czasie i sprawnym przeniesieniem biura a co dopiero w Australii, gdzie nie orientuje się w realiach nawet w Polowie tak dobrze jak w Polsce.

Kiedy już uwierzyłem, że wokół mnie dzieją się dziwne rzeczy przyszedł czas by ktoś postawił przysłowiową kropkę nad i. Zrobił to Ted, dyrektor zarządzający. Upewnił mnie, że przyciągam do siebie wariatów. Otóż Ted, stateczny pięćdziesięcioparolatek, wybiera się na 5 tygodniowy urlop do Belgii. Ma tam zamiar pobrać i spędzić miesiąc miodowy. Ponieważ w języku angielskim niewiele rzeczowników ma odmienne formy męskie od żeńskich (actor/actress, waiter/waitress) trzy razy się pytałem jakiej płci jest partner Teda. Odpowiedź za każdym razem była taka sama. Partner Teda jest chłopcem !!!

No i już dalej poszło jak z płatka. Zaczynam utożsamiać się z czeskim magazynierem. W pracy zawsze miałem szczęście do wyzwań. Nigdy nie mogłem spokojnie robić analiz, budżetów, porównywać, wyliczać wskaźniki, planować, wypełniać sprawozdania i deklaracje. Zawsze trafiła mi się ciekawa firma wymagająca dużo więcej niż wymaga się od ludzi zatrudnionych na takich samych stanowiskach u innych pracodawców. Zawsze również kochała mnie praca a mniej troszkę pieniądze. Bardzo często też trafiałem w swoim życiu na nietuzinkowych ludzi. Albo było pełno świrów w TVNie albo banda informatyków, którzy nigdy normalnymi ludźmi nie są. Później przypomniało mi się, że zaciąłem się kiedyś na trzy godziny w szybkobieżnej, nigdy nie zacinającej się windzie wieży telewizyjnej albo próbowałem wraz z kolegami skrócić sobie drogę na kwaterę przez jakieś pastwisko (ależ tam była równiutka trawka), które okazało się lotniskiem wojskowym i zamiast oszczędzić na czasie spędziliśmy pół wieczora na posterunku żandarmerii. Na dodatek, jeżeli w jakimś sklepie jest 100 odkurzaczy z czego tylko jeden jest popsuty, to z prawdopodobieństwem 99,9% ten popsuty przypadnie właśnie mnie.

Nic tylko wczuć się w czeskiego magazyniera. To szaleństwo nie jest wokół mnie. To jest we mnie. Przyciągam takich ludzi do siebie, bo sam taki jestem. Czy kaftan jest w drodze ? Zadzwoniliście po psychiatrę ?

Witam serdecznie,

Chciałem dziś wciągnąć Was do pewnej zabawy. Jeśli ktoś ma pomysł i ochotę proszę wpisać w komentarzu dlaczego poniższy obrazek wydał mi się zabawny. Nad nagrodą za prawidłowe rozwiązanie cały czas myślę. (jakieś podpowiedzi?) Rozwiązanie pojawi się za kilka dni pod zdjęciem.

midas.JPG

Obiecane wyjaśnienie mojego pokrętnego toku myślenia.

Dziękuję wszystkim serdecznie za wpisy i dobrą rozrywkę. Jest mi bardzo miło, że udało mi się Was wciągnąć do zabawy. A teraz czas na parę słów wyjaśnienia.

Większość z Was poprawnie skojarzyła nazwę zakładu z mitycznym Królem Midasem. Takie było również moje skojarzenie. Najpowszechniej kojarzonym faktem z życia króla jest „dotyk Midasa”. (hehhe, matelialiści). Pierwszym bohaterem tej całej historii jest pewien Sylen, czyli mityczna istota o końskim ogonie, a kształtach ludzkich, wychowawca Dionizosa – boga win, płodnych sił natury i plonów. O Sylenie, tym miłym staruszku, mówiono, że nigdy jeszcze nie był trzeźwy. Często usypiał gdzieś w grocie czy w polu, z dzbankiem pod głową, i tak też zdarzyło mu się zdrzemnąć pewnego razu we wspaniałym parku, należącym do króla Midasa właśnie. Ogrodnicy znaleźli śpiącego Sylena, a ponieważ nietrudno było go rozpoznać z powodu koźlej skóry i końskiego ogona, związali go girlandami kwiatów i – niby jeńca – zaprowadzili wśród śpiewów i żartów do króla.
„Midas ugościł serdecznie wesołego bożka – pisze mistrz Jan Parandowski – i kazał go odprowadzić do Dionizosa, którego orszak bawił w okolicy. Dionizos, ujęty uprzejmością króla, zjawił się w pałacu i obiecał spełnić wszystkie jego życzenia. Midas poprosił, by wszystko, czego się dotknie, zmieniało się natychmiast w złoto. Jakże się cieszył, widząc, że bóg go wysłuchał. W jednej chwili stał się najbogatszym człowiekiem na ziemi. Każdy najlichszy przedmiot pod dotknięciem jego ręki zmieniał się w szczere złoto. Uradowany zasiadł do obiadu. Wtem zbladł nagle. Kęs chleba, który niósł do ust, zaciążył mu w ręce bryłką świecącego… metalu, wino, które pił z kubka, tężało mu w ustach w złote płytki. Ogarnął go lęk śmiertelny. Poznał CAŁĄ GŁUPOTĘ swego życzenia. Nie zwlekając pobiegł za Dionizosem i na klęczkach błagał, by mu bóg odjął ten straszny dar przemieniania wszystkiego w złoto. Dionizos kazał mu wykąpać się w rzece. Midas tak uczynił, czar opuścił jego ciało, a na dnie rzeki Paktolos od tej pory znajdowano złoto”.

W innych mitach przypisywano mu również wyjątkową głupotę. Tak, jak wspomnieli niektórzy Król Midas był także obdarzony przez Apolla oślimi uszami. Midas był głupcem do samej śmierci. Zginął śmiercią samobójczą, pijąc byczą krew, w czasie najazdu Kimmerów.

Jadąc do pracy i widząc ten warsztat przyszedł mi do głowy pomysł na notkę pod tytułem „Zaiste zacny patron”. I choć jak pisze Przemo w jednym z komentarzy nazwa wzięła się najprawdopodobniej od nazwiska założyciela lub tez od skojarzenia z „dotykiem Midasa” czyli „Pan złota rączka zamienia nasze rozrupieciałe auta w „samo złoto””, to faktem jest, że za patrona mają mitologicznego idiotę. I dlatego mnie to właśnie rozbawiło. Król Midas był krótkowzroczny i pazerny więc nie przewidział „skutków ubocznych” i konsekwencji swojej umiejętności. Tak postąpił też pomysłodawca tej nazwy. Nie podejrzewał, że mozna mieć negatywne skojarzenia. Prawdą jest natomiast, że dla przeciętnego klienta tego zakładu nazwa ta nie mówi nic. Ale wśród wielu nie mówiących nic nazw wolałbym mieć za patrona kogoś inteligentnego, pozytywnego. A tak każdy może powiedzieć, że tylko głupiec wybiera sobie głupca za patrona.

Kiedy pomyślałem głębiej o tej sprawie na myśl przyszła mi kolejna ironia tej sytuacji. Właściciel zakładu oprócz głupoty może mieć jeszcze inne cechy wspólne z Midasem- pazerność i krótkowzroczność. Otóż sieć salonów obsługi Midas to franczyza.

Dla niewtajemniczonych: Istota franszyzy polega na tym, że „centrala” nadaje swoim poszczególnym „biorcom” prawo oraz nakłada na nich obowiązek prowadzenia działalności zgodnie z jego koncepcją. Każdy prowadzący franczyze jest samodzielnym przedsiębiorcą działającym na własny rachunek. Poprzez umowę franszyzy jest jednak zobowiązany świadczyć usługi dokładnie takie jak mu każą, w taki sposób jak mu każą, po zgóry ustalonych cenach, zaopatrywać się u wskazanych dostawców, itp. W zamian ma prawo do szkoleń, marketingu, centralnej reklamy, gwarancję, że na jego terenie nie powstanie kolejna placówka tej samej firmy. To prawo nie jest darmowe. Przedsiębiorca płaci centrali słone opłaty licencyjne. Przykładami firm działających w Polsce na zasadzie franczyzy są sieci fast food takie jak McDonald’s czy KFC, sieć cukierni Bliklego, sieć restauracji „Prohibicja”.

Na pierwszy rzut oka franczyza może być fantastycznym rozwiązaniem. Niektórzy przedsiębiorcy, nie mają czasu na stworzenie własnej firmy i dla nich gotowy koncept jest idealna drogą do niezależności. Ale ze względu na opłaty licencyjne i ograniczenia w działalności może też być przekleństwem.

I tu przyszło mi kolejne ironiczne skojarzenie. Król Midas liczył na „szybki zysk” więc poprosił Dionizosa o spełnienie życzenia, którego nie przemyślał do końca. Właściciel tego warsztatu być może też nie miał cierpliwości na tworzenie własnej marki od podstaw i uznał, że wejście we franczyze pozwoli mu się szybko wzbogacić. I ironicznie być może ten krok podobnie jak „dotyk Midasa” spowodował, że w oczy zajrzała mu śmierć głodowa zamiast bogactwa.

Franczyza to bardzo dobry model biznesu. Nie odczytajcie tej ironii jako opinii „tylko głupcy wchodzą we franczyze”. Franczyza wymaga chłodnej kalkulacji i inteligentnego właściciela by odnieść sukces. Czasami to ciężki kawałek chleba a nie kura znosząca złote jajka.


Fotki Cyklonu w Cairns

Fotki Cyklonu w Cairns 2
Fotki Cyklonu w Cairns 3

Video Cyklonu w Cairns

Larry, najpotężniejszy cyklon jaki nawiedził Far North Queensland od lat, uderzył wczoraj w późnych godzinach wieczornych. Cyklon miał maksymalną, piątą kategorię. Siła wiatru dochodziła do 290 km/h. Dla porównania, cyklon Tracey, który w 1974 roku zrównał z ziemią Darwin zabijając 60 osób miał kategorię „zaledwie” czwartą i wiatr prędkości około 220 km/h. Obie te wielkości są nie do wyobrażenia dla przeciętnego Polaka, dla którego powyżej 100 km/h to już niemalże huragan.

Australijczycy wyciągneli wnioski z lekcji jaką udzieliła im natura w Darwin. Tereny tropikalnego Queenslandu leżą w strefie monsunowej i mieszkańcy, jak i budownictwo jest tu dostosowane do warunków przyrodniczych. Większość tych kartonowych domków, które na pierwszy rzut oka mają solidoność kurnika, posiada najwyższy 5-ty stopień odporności na cyklony. Dzięki rozbudowanemu monitoringowi mieszkańcy za wczasu dostają informację o zbliżającym się niebezpieczeństwie. W okolicach innisfal (ok. 100 km na poludnie od Centrum Cairns) ewakułowano 20 000 osób z najbardziej zagrożonych terenów. Pozostali mieszkańcy przygotowali własne domy by stawić czoła nadchodzącemu niebezpieczeństwu. Obowiązkowe jest zaopatrzenie się w zapasy wody pitnej i jedzenia. Na kilkanaście godzin przed uderzeniem supermarkety przeżywają oblężenie. Obowiązkowe (pod groźbą kary) jest również posiadanie odbiornika radiowego na baterie z zakresem fal śednich. Wszystkie domy muszą zostać odpowiednio zabezpieczone. Z podwórka należy usunąć wszelkie przedmioty, które mogłyby zostać porwane przez wiatr. Okna i drzwi powinny zostać dodatkowo zaryglowane. Bardzo często okna się zalepia taśmą, by w razie uszkodzenia fragmenty szkła pozostały na miejscu. W Cairns odwołano wszystkie zajęcia w szkołach. Polecono również by nie pracowały żadne firmy, które absolutnie nie muszą.

Pierwsze doniesienia mówią, że nie ucierpiało wielu ludzi. W szpitalu w Cairns znalazło się zaledwie 20 osób. Uprzednio wypisano do domu kogo tylko się dało, by przygotować się na ewentualną zwiększonę pacjentów. Na nogi postawiono cały dostępny personel medyczny. Zniszczenia w mieniu są również o wiele mniejsze niż mogłyby być sądząc po sile wiatru. Niestety ucierpiały napowietrzne linie energetyczne odcinając od prądu ponad 50 000 domów w całym regionie. Kiedy nie ma prądu, nie ma również w domach wody, nie ma telefonów, nie działają przekaźniki sieci komórkowych. Warto również wspomnieć, że 90% domów w Cairns posiada jedynie kuchenki elektryczne. Największe szkody zanotowali plantatorzy. W obszarze uderzenia Larry’ego znlazło się około 90% wszystkich australijskich plantacji banana i większość plantacji mango, trzciny cukrowej i paw-paw.

Niestety przed mieszkańcami są jeszcze dwie kolejne katastrofy. Najgorsze dla Cairns będzie stawienie czoła wielkiej fali, która została spiętrzona na oceanie przez wiatr. Nie jest to azjatyckie tsunami, ale fala o 2m wyższa niż maksymalne fale przypływu wedrze się głęboko do miasta. Jej kulminacja spodziewana jest około 20.00 w poniedziałek. Drugim zagrożeniem, jak informują metereolodzy jest kolejny Cyklon, który uformował się już nad Vanuatu i podąża tą samą drogą co Larry. Cyklony mają to do siebie, że są bardzo nieprzewidywalne co do kierunku w którym skręcą. Miejmy więc nadzieje, że następca Larrego ominie Cairns i uderzy w ląd gdzieś na odludziu.

Będę się chwalił !!! A co !!! Dumny jestem, więc się pochwale !!! W piątek zakończyłem wielka konsolidację sprawozdań finansowych w „Bałaganie”. Siedziałem nad tym bite dwa i pół tygodnia, miewałem chwile załamania, rzucałem przekleństwa (przestałem jak przyszedł Rosjanin do pracy, może cos zrozumieć). Czasami myślałem, że już jestem na finiszu, po czym okazywało się, że istnieją nowe czynniki, o których nie miałem pojęcia i praca cofała się dwa kroki wstecz. Konsolidacja w „Bałaganie”, to jeden z najpoważniejszych i najbardziej skomplikowanych projektów z jakimi miałem do czynienia.

Dla niefinansistów parę słów wyjaśnienia. Konsolidacja ma na celu pokazanie grupy firm, ich przychodów, kosztów, wyników, należności, zobowiązań, słowem całego obrazu z wyłączeniem wzajemnych operacji, tak jakby to był jeden organizm. Oprócz czysto biurokratycznego obowiązku wynikającego z przepisów ma to również bardzo duże znaczenie praktyczne. Jeśli bowiem Pan Smith jest właścicielem firm A i B i firma A wynajmuje od firmy B pomieszczenia i jej za to płaci, to z punktu widzenia Pana Smitha jest to przekładanie pieniędzy z kieszeni do kieszeni. Nie są to dla niego ni koszty, ni przychody. Wszystko odbywa się „w rodzinie” i nic nie zostało wydane ani zarobione z zewnątrz.

W „Bałaganie” firm podlegających konsolidacji jest trochę więcej. Dokładnie 59 (6 kolejnych będzie już niebawem), więc stopień komplikacji jest większy. Dodatkowo „Bałagan” nie ma struktury drzewka, gdzie spółka „matka” jest właścicielem spółek „córek” a one ewentualnie dokonują transakcji z „matką” i miedzy sobą. Bałagan ma strukturę pajęczynki z powiązaniami w wielu kierunkach, kilku niezależnych partnerów, kilka płaszczyzn konsolidacji. Słowem, stopień pogmatwania potworny.

Najmniejszymi jednostkami w „Bałaganie” są apteki. Te zgrupowane są w 3 grupach. Żeby jednak nie było za łatwo część aptek związana jest z tzw. Trustami. To sztuczne twory, dzięki którym właściciele są w stanie obniżyć podatki. Taki Trust to dodatkowa spółka do konsolidacji. Czasami jeden Trust przypada na jedną aptekę, czasami właściciel ma kilka aptek i obsługujący je Trust. W Trustach generalnie zatrudnieni są sprzedawcy z „przodu sklepu” w aptekach farmaceuci. Żeby mieć pełen obraz działalności takiego zlepka trzeba wyłączyć wzajemne rozliczenia. Np. opłaty za „wynajem” pracowników, opłaty administracyjne itp. Wyzwanie pierwsze. Pokonsolidować te twory tak, by pokazać je jak jeden biznes. Kolejna zabawa to pokonsolidować wszystko w grupy. Apteki „solo” dodać z tymi uprzednio pokonsolidowanymi biznesami z Trustem z wyłączeniem np. zakupu i sprzedaży aptek miedzy grupami. Zupełnie obok jeszcze konsolidacja z punktu widzenia właściciela, który chce widzieć wszystkie swoje apteki razem, a ma je rozrzucone po kilku grupach. I na koniec kilka różnych konsolidacji dla wspólników. Np. Pan X i Y mają po 50% w spółce, która kontroluje przepływy finansowe w grupach. Z ich punktu widzenia np. odsetki za pożyczki, które apteki płacą za udzielone kredyty po zsumowaniu wzajemnie znoszą się z przychodami spółki finansującej.

Najtrudniejsze było takie wyselekcjonowanie informacji, by można było bez problemu zrobić wyłączenia. Kiedy np. poradziłem sobie ze wzajemnymi rozliczeniami za wypożyczanie pracowników między aptekami, to okazało się, że trzeba uwzględnić jeszcze, że jeśli pracownik idzie z apteki Pana X do apteki Pana Y z punktu widzenia grupy to przekładanie z jednej kieszeni do drugiej, a z punktu widzenia Pana X jest to wypływ na zewnątrz. Ale jak już Pan X i Pan Y mają spółkę finansującą te apteki to konsolidując wszystko z ta spółką znów nie jest to koszt/przychód zewnętrzny. Tak samo ma się rzecz np. z przesunięciami towaru między sklepami. Dla grupy jest to przesunięcie tylko między magazynami, ale dla Pana X to już jest sprzedaż Panu Y. Przykłady można mnożyć.

Walczyłem z tym, jak już powiedziałem ponad dwa i pół tygodnia. Kiedy już się okazało, że mam pokonsolidowane wszystko w jednej płaszczyźnie (np. wg właściciela), to trzeba było pokonsolidowac względem dwóch Panów razem, bo oni mają spólkę finansującą. Inni panowie są współwłaścicielami np. spółki wynajmującej aptekom pomieszczenia, a jeszcze inni „Bałaganu” czyli spółki świadczącej usługi biurowe. Dodatkowo Pan X np. zażyczył sobie np. konsolidację tylko wszystkich jego biznesów handlowych i odrębnie w połączeniu z jego spółkami finansowymi czy usługowymi. Przez pewien czas myślałem, że to będzie „niekończąca się opowieść”, że nie dobrnę do końca nigdy. Ale udało się !!! Jestem zadowolony i szczęśliwy !!! To chyba najpoważniejszy i najbardziej skomplikowany projekt jaki od początku do końca zrobiłem sam. Nawet jeśli moje poprzednie projekty miały podobny stopień komplikacji, zawsze była to praca mniejszego czy większego zespołu. Nie tym razem. Dodatkowo jestem z siebie dumny, bo to pierwsze tego typu zadanie w Australii, czyli w warunkach, których nie do końca dobrze znam. Ha !!! Teraz mi już nie straszne są arkana i niuanse australijskich finansów spółek !!!

Chyba zostane kibicem zenskiej czesci reprezentacji Lesotho :))

z3212837G.jpg

Właśnie wróciliśmy z ceremonii otwarcia Commonwealth Games. I jestem pod wrażeniem. To jedna z tych nielicznych chwil, kiedy mogę śmiało powiedzieć, że jestem dumny z Melbourne. I jestem pod takim wrażeniem, że mimo iż jutro rano muszę zwlec się do pracy napiszę coś „na gorąco”.

Ceremonia odbywała się na terenie stadionu MSG i wzdłuż przepływającej w pobliży rzeki Yary. Całość trwała od 8.30 do 11.00 wieczorem. Widowisko mogło się podobać. Wydarzenia na stadionie były dokładnie zsynchronizowane z tym, co działo się poza nim. Wzdłuż rzeki, na jej środku ustawiono metalowe płaskorzeźby symbolizujące ryby. Pomiędzy nimi rozciągnięto pływające pomosty pokryte barwami narodowymi wszystkich 71 państw i terytoriów biorących udział w tegorocznej edycji Igrzysk.

Na początku na stadionie powitano wszystkich oficjeli wraz z Królową Elżbietą. Jako ostatniego przedstawiono premiera Johna Howarda i była to jedyna osoba, którą wygwizdano. Może nie znam dobrze tutejszych obyczajów, ale nie odebrałem tego jako wyraz sympatii czy aprobaty . Następnie przyszła pora na część artystyczną. To akurat nie powaliło mnie na kolana. Do autora choreografii mógłbym śmiało skierować pytanie „Jaki drug i ile?” . W takt akompaniamentu muzyki stanowiącej tło do widowiska baletowego na stadionie, wzdłuż rzeki odbywał pokaz zsynchronizowanych efektów świetlnych i „wodnych”, czyli fontann tryskających z każdej z kilkudziesięciu rozmieszczonych po środku Yary rybek.

Po tej moim zdaniem najnudniejszej części widowiska przyszedł czas na paradę sportowców. Wchodzili po kolei kontynentami. Najpierw Europa, później Afryka, Azja, Ameryka i na końcu Oceania. Równocześnie wzdłuż rzeki ruszył sznur żaglówek z „lampkami choinkowymi” rozmieszczonymi na masztach i relingach. Każda z nich miała banderę innego uczestnika Commonwealth Games. Stadion wyraźnie ożywał kiedy chorążowie wprowadzali reprezentacje państw, z których pochodzi dużo emigrantów. Bardzo żywiołowe reakcje towarzyszyły więc takim reprezentacjom jak Indie, czy Nowa Zelandia. Nie dało się również nie zauważyć, że wciąż niesłabnąca popularnością cieszy się reprezentacja Jamajki. Ciekawe dlaczego :P. Oczywiście największy aplauz wzbudziła chyba najliczniejsza reprezentacja Australii. Równocześnie do wprowadzania reprezentacji do pierwszej rybki dobiła łódka z czymś, co jest odpowiednikiem znicza olimpijskiego. W trakcie wprowadzania reprezentacji narodowych po pływających na środku Yary pomostach, „znicz” ten był niesiony kolejno przez lokalne supergwiazdy sportu będącego skrzyżowaniem kopania jajowatej piłki z zapasami.

W tak zwanym międzyczasie jakiś dzieciak złożył Królowej życzenia z okazji zbliżających się jej 80-tych urodzin, odśpiewano jej „happy birthday” po czym „God save the Queen”.

Kiedy wszyscy sportowcy już zostali wprowadzeni, dokonano ślubowania „olimpijskiego”, wniesiono nadzwyczajnej symboliki flagę Commonwealth Games, przyszedł czas na „Queens Baton”. „Queens Baton” to odpowiednik znicza olimpijskiego. Równo rok i 1 dzień temu, Królowa nagrała przesłanie, które zostało zakodowane w mikro chipie i umieszczone w czymś, co kształtem przypomina uchwyt damskiej maszynki do golenia czy rączkę nowoczesnej szczoteczki do zębów. Ten znicz-nieznicz przemierzył wszystkie kraje i terytoria biorące udział w Commonwealth Games przebywając dziesiątki tysięcy km. Jeśli dobrze usłyszałem to chyba 96 000. Kiedy ostatni zawodnik „footy” dotarł do końca pomostu utworzonego po środku rzeki i „baton” przeszedł w ręce kolejnego członka sztafety trudno nie było skojarzyć dowcipu „Jezu, czemu ty chodzisz po jeziorze a ja tonę skoro tak w Ciebie wierzę. Jezus spojrzał karcąco w stronę apostoła i przez zęby syknął „po palikach idioto !!! po palikach !!!””. Ostatni zawodnik przebiegł po podeście pokrytym wodą, tak, że nawet stojący obok nas Ozi skojarzył to z Jezusem. Na ostatnich zmianach sztafety pojawiły się gwiazdy australijskiego sportu, multimedaliści z poprzednich igrzysk.

W chwili kiedy „Queen’s Baton” dotarł wreszcie przed oblicze Królowej wiele osób mogło poczuć niedosyt. Podsycana stale przez media gorączka, relacje gdzie jest znicz, kto go niesie, gdzie go niesie i jak go niesie, nie znalazła swojego spektakularnego finału. Nie było żadnego bum i płonącego ognia na ogromnym zniczu górującym nad stadionem. „Queens Baton” został najnormalniej w świecie wstawiony w najzwyklejszy stojak. Kilka metrów dalej na ciekłokrystalicznym, płaskim monitorze wyświetliło się przesłanie Królowej. I to wszystko !!! Dużo pary, szumu, zachodu i finał bez żadnych „wodotrysków”. Następnie Jej Królewska Wysokość wygłosiła krótkie przemówienie, po czym ogłosiła, że 18 Igrzyska Brytyjskiej Wspólnoty Narodów uważa za otwarte. Całość zakończył nieduży pokaz sztucznych ogni.

Czułbym pewien niedosyt, gdyby nie niemalże finałowe wydarzenie wieczoru. Otóż pewien młodzian nie zważając na kilkusetkrotnie przekroczone dopuszczalne normy zanieczyszczeń w „smródce” wskoczył ochoczo do wody, przepłynął wpław na środek, gdzie na porozkładanych pomostach zaczął wywijać hołubce. Ula twierdzi, że jego choreografia była nawet lepsza niż podczas części artystycznej na stadionie. Ubawiliśmy się przednio. Niestety wkrótce niewiadomo skąd pojawiły się skutery wodne i zabrano młodzieńca nim zdążył z powrotem dopłynąć do brzegu. 

Ceremonia naprawdę mi się podobała. Była bardzo wyważona. Była „z pompą” ale nie przekroczyła moim zdaniem granic przesady. Jej oprawa była adekwatna do rangi wydarzenia jakie otwierała. Atmosfera, którą stworzyli widzowie jest nie do osiągnięcia nigdzie indziej poza Australią. Ten naród po prostu fantastycznie umie organizować, przeprowadzać i brać udział w imprezach masowych. I nie mam tu w żadnym wypadku na myśli pewnej masowej imprezy na plaży w Sydney. Na koniec tylko dręczy mnie takie pytanie. Dlaczego takie imprezy organizowane są w środę, kiedy w czwartek rano trzeba wstać do pracy !!! Tego chyba nigdy nie pojmę :).

pies.jpg

Dziś, jak co dzień, otwieram portal by poczytać co się dzieje w Polsce. Klikam na jeden z linków, patrzę na tytuły dnia. Nagłówki zewsząd krzyczą : „Kraków: Kolejny martwy łabędź”, „Trzy martwe kuropatwy przed Urzędem Gminy Marciszów na Dolnym Śląsku”, „W okolicach Sieradza w województwie łódzkim znaleziono martwego łabędzia”, „Murawski: Kolejne martwe ptaki znalezione w Toruniu”, „W Parku Narodowym Ujście Warty prawdopodobnie jest przypadek ptasiej grypy”. I tak się zastanawiam jak by wyglądały wiadomości gdyby w Australii znaleziono ptaki zarażone ptasia grypą. Czy przyjęłoby to obraz podobnej paranoi ? Czy media równie łatwo podchwyciłyby temat wyciskając z niego ile się d ?. Niewątpliwie najbardziej zacierają ręce koncerny farmaceutyczne, bo mogą liczyć na kolejna pokaźną falę zysków napędzonych ludzkim strachem, niewiedzą, naiwnością a umiejętnie podsycanych kampanią reklamową. Ubawiłem się prawie do łez, kiedy kilka tygodni temu na internetowym portalu jednej z ogólnopolskich, opiniotwórczych gazet przeczytałem, że Polska jest kompletnie nieprzygotowana na epidemie ptasiej grypy i przy skumulowaniu kilku niekorzystnych czynników możliwe jest nawet milion ofiar !!! Czy to czasem nie pisał autor jakiś sztabowych gier wojennych zakładających miliony ofiar wśród ludności cywilnej po ataku wojsk Układu Warszawskiego na Danię ? Do tej pory zmarło około 90 osób, które praktycznie mieszkały z chorym ptactwem pod jednym dachem. A może to była prognoza, że w Polsce zapanuje taka bieda, iż ludzie będą wyłapywać gołębie by mieli co do garnka włożyć ? No bo przecież nie wystarczy, ze zakażony gołąb na kogoś nakaszle by się zarazic.

Swoją droga zastanawia mnie, jaki będzie następny akt medialnej paniki. Co chwyci i wzbudzi emocje następnym razem? Przecież wkrótce ptasia grypa podzieli medialny los „choroby szalonych krów”. Tu również media ekscytowały się kolejnymi wykrytymi przypadkami, zakazem importu wołowiny z zarażonych krajów. Czekano w napięciu kiedy będzie ten pierwszy przypadek w Polsce. I co zostało z tego dziś ? Nic. W zeszłym tygodniu w Świętokrzyskim wykryto kolejny, już 44 przypadek „szalonej krowy” w Polsce. Czy informacja trafiła na czołówki gazet? Może jedynie do powiatowego tygodnika. Za kilka tygodni nowe przypadki ptactwa padłego na ptasią grypę będą pojawiały się na 3 stronie gazety, by wkrótce ustąpić i z tego miejsca. Ludzie przekonają się, że zagrożenie ptasią grypą będzie porównywalne z BSE. I co wtedy ? Jaki będzie następny wyimaginowany powód hipotetycznej narodowej hekatomby ?

Właśnie dodałem kilkanascie fotek do naszej GALERII . Do strony głównej dołożyłem galerię ze zwierzakami jakie udało mi się tu sfotografować. W galerii „Melbourne” znalazł się natomiast podkatalog ze zdjęciami Chińskiego Nowego Roku oraz miejsce, gdzie będą prezentowane migawki z zycia codziennego. Przybyło również kilka fotek samego MElbourne. Zapraszam do ogladania. Jesli ktoś chce pozostawić tam swój komentarz, również jest taka możliwość. :)

W Australii wszystko jest na odwrót, choć tubylcy zwykli mówić, że to w Europie jest inaczej. W Australii jeździmy po lewej stronie drogi, w adresie najpierw piszemy numer mieszkania, później numer domu a na końcu nazwę ulicy. W zlewie wir obraca się w przeciwną stronę niż na półkuli północnej, na niebie słońce wędruje po północnej stronie nieboskłonu. Kiedy w Polsce szaleją mrozy my mamy 40 stopniowe upalne lato. Nowy rok finansowy zaczyna się 1 lipca, święto pracy przypada w każdym stanie innego dnia i w żadnym nie jest to 1 maja. A pomniki w Australii stawia się tak:


pomnik1.JPG


  • RSS