harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2006

Kiedyś przeczytałem na blogu Spocita , że mieszkając w Australii stajemy się lokalnymi patriotami swojego stanu, miasta czy dzielnicy. Ludzie identyfikują się z miejscem gdzie mieszkają i często uważają je za najlepsze dla nich miejsce do życia. Ja z Melbourne nijak się nie identyfikuje a jednak jest kilka rzeczy, które naprawdę podobają mi się w okolicy. Patrząc na miasto z perspektywy ponad pięciomiesięcznego pobytu uważam, że z lokalizacją trafiliśmy bardzo dobrze. Dlatego postanowiłem napisać co mi się podoba w okolicy, w której mieszkam.

Balaclava – rosyjsko – żydowska dzielnica oddalona 2 przystanki tramwajowe. Jej sklepy zapewniają nam stały dostęp do wszelakiego polskiego dobra, jakie importowane jest z Polski przez sklepy spożywcze. Na mój gust około 80% towarów na półkach tych sklepów to wytwory „made in Poland”.

Alma Park – oddalony około 500 metrów od domu park, pełen zieleni, placów zabaw, BBQ, bardzo ładnie utrzymany, oświetlony i zadbany. Oaza zieleni i spokoju, miejsce na refleksyjny spacer czy piątkowe BBQ. Można wywalić się pod palmą na kocu, popatrzeć na uprawiających ćwiczenia ludzików. Duża odskocznia od zabetonowanych okolic.

Basen – jak podaje interaktywna mapa miasta, 360 metrów od naszego domu w sąsiedztwie Alma Parku umiejscowiona jest kryta pływalnia.

Węzeł komunikacyjny – jak na ogólna bryndzę jaka panuje w publicznym transporcie nasza lokalizacja jest wyśmienita. Mieszkamy w odległości 10 minut od stacji kolejowej, pod nosem mamy również kilka przystanków tramwajowych. Wszystko na dodatek w odległości 9 minut jazdy pociągiem od centrum.

Chapel Street – długa, ciągnącą się na co najmniej 3 kilometry ulica handlowa. Przez wielu uważana za jedną z najbardziej charakterystycznych ulic miasta. Na jej temat można napisać całą rozprawę naukową. Chapel Street ma dwa oblicza. Zaczyna się od bardzo kosmopolitycznej mieszanki sklepików, pubów, restauracji, straganów. Od tej strony właśnie mieszkamy. Tu ton nadaje młodzież, studenci z pobliskiego TAFE, różnego typu trampy i wagabundy. Można śmiało powiedzieć o hippisowskim klimacie tutaj panującym. Dziesiątki kawiarenek i pubów codziennie rozstawia swoje ogródki. Ich bywalcy to bardzo ciekawa i kolorowa mieszanka młodości, świeżości, trochę szaleństwa. Jest tu miejsce na sklepy ‘second hand” i różnego typu graciarnie ze „skarbami”. W bocznych uliczkach można znaleźć dziesiątki nocnych klubów. Niektóre nie mają nawet szyldów a trafić można do nich za sprawą rozchodzącej się muzyki czy przez znajomego. Nie są to elitarne kluby snobów a raczej miejsca dla „pozytywnie zakręconych”. W miarę posuwania się w stronę rzeki Yarra zmienia się charakter ulicy. Małe sklepiki i graciarnie coraz częściej są wypierane przez butiki z drogimi ciuchami. Restauracyjki z czterech stron świata zmieniają się w drogie lokale dla efekciarzy. Z ulic znikają stare samochody z duszą a w ich miejsce pojawiają się bardzo drogie ferrari czy jaguary. Klientelę lokali w większości stanowi „pokolenie Paris Hilton”, puste i próżne panienki o IQ na poziomie rośliny doniczkowej oraz metroseksualni mężczyźni z farbowanymi włosami, wydepilowanymi klatkami piersiowymi ubierający koszule z żabotami niemal jak Juliusz Słowacki.
Chapel Street jest naprawdę wyjątkowa. Mimo, ze budynki wzdłuż niej momentami przypominają slumsy a nie zabudowę miejską, niektóre kamienice są gorzej obdrapane niż rynek w Lublinie to prawdziwą atmosferę tego miejsca tworzą ludzie i sposób w jaki zagospodarowali przestrzeń wokół siebie. I to właśnie jest potęga tego miejsca !!!

Żeby nie było za słodko napiszę też o jednej rzeczy, która w mojej okolicy mnie denerwuje. Od razu uprzedzając komentarze, zaznaczam, że nie mam nic przeciwko temu sąsiedztwu, ale wiąże się ono z pewną uciążliwością, którą są mianowicie :

”klony” – czyli jednakowo ubrane w mundurki szkolne dzieciaki z pobliskich szkół. Szkół w sąsiedztwie mamy co najmniej 3 w tym jedną zajmującą cały kwartał vis a vis naszego mieszkania. Sądząc po samochodach jakie podjeżdżają po dzieci, kroju ich mundurków oraz tym, że „kolorowi” wizualnie stanowią może 2-3% uczniów musi być to jedna z bardziej elitarnych szkół. Minusem takiego sąsiedztwa jest żywioł jakiemu trzeba stawić czoła w godzinach kiedy kończą się zajęcia. Klony rozpełzają się wszędzie niczym mrówki. Są w pociągach, tramwajach, sklepikach. Mają niespożytą energię, krzyczą robią wokół siebie mnóstwo zamieszania. Na szczęście jest nie jest to na tyle uciążliwe, by dawało się jakoś okrutnie we znaki.

A KLIKAJĄC TU można zobaczyć dokładniej naszą okolicę.

Tydzień temu rozpoczęły się Zimowe Igrzyska Olimpijskie Turyn 2006. W Australii wyłączność na ich transmisję ma stacja „7”. Transmitowano ceremonię otwarcia, codziennie również jest około 4 godzin retransmisji wydarzeń z dnia poprzedniego. Transmisje „na żywo” raczej nie wchodzą w grę z racji różnicy czasu. Kiedy np. skoczkowie rozpoczynają swoja rywalizacje o godz. 18.00 w Melbourne jest 4 nad ranem. W Europie, która żyje sportem w zupełnie odmienny sposób takie transmisje są na porządku dziennym. Tu jednak zainteresowanie olimpiadą jest marginalne. Nieznacznie wzrosło po zdobyciu przez reprezentanta Australii złotego medalu w jeździe po muldach w stylu dowolnym, ale nadal w serwisach informacyjnych jest to wydarzenie rangi 3-cio czy 4-to rzędnej. O wiele mniej poświęca się mu miejsca niż krykietowi czy kopaniu jajowatej piłki. Szczególnie w Melbourne, gdzie króluje temat zbliżających się Commonwealth Games. My jednak nadal żyjemy po swojemu, na przekór tutejszej modzie i snobizmowi i daliśmy się ponieść olimpijskiemu nastrojowi. A w jaki sposób ? Zaczęło się od telewizyjnych transmisji z Igrzysk i wyszukiwania w internecie wiadomości i newsów związanych z nimi. Tak się przy tym nakręciliśmy, że postanowiliśmy w środku australijskiego lata wybrać się na łyżwy.Pomysł szalony, ale nie niemożliwy do zrealizowania. W końcu skoro w tropikalnym Cairns jest kryte lodowisko, niewiele mniej tropikalne Brisbane jest stolicą sportów łyżwiarskich w Australii to powinniśmy coś znaleźć również w tym „najbardziej usportowionym” i „najlepszym” mieście Australii. Po dziesięciu minutach szukania w Internecie znaleźliśmy „Olympic Ice Skating Stadium”. No to nie ma co się zastanawiać jedziemy na łyżwy !!!

Sobota, lodowisko otwarte jest dla wszystkich chętnych od 10-12 i od 14-16. Ula pracuje od rana, więc wybieramy tą drugą porę. Sprawdzamy połączenie. Według mapy dostaniemy się tam z jedna przesiadką. Dojedziemy kolejką „naszej linii” kilka stacji po czym przesiadka na autobus. Sprawdzamy rozkład. O jakież to dobrze znane. Pociąg przyjeżdża na stację o 13.11, autobus odjeżdża 13.10. Następny jest 13.42. Niestety to tutejszy standard skomunikowania środków transport publicznego. W ten sposób na każdą przesiadkę w drodze do pracy czekam 16-18 minut. No nic jedziemy.

Po krótkiej podróży pociągiem zaczynają się poszukiwania przystanku autobusowego. W Melbourne nie ma jednej firmy zapewniającej transport w całym mieście. Tu połączenia obsługuje kilku (kilkunastu?) przewoźników. Każdy ma swoje przystanki i charakterystyczne tabliczki. System informacji to kolejna bolączka Melbourne, która doprowadza mnie do szewskiej pasji. Dzięki niemu ponad pół godzinne oczekiwanie na autobus upływa jak z bicza strzelił. W skrócie sprowadza się do tego, że po wyjściu ze środka komunikacji nigdy nie wiesz dokąd iść. Jeśli jesteś gdzieś po raz pierwszy, nie licz na tablicę z informacjami. Trzeba biegać od przystanku do przystanku, od peronu do peronu i patrzyć czy to ten właściwy. W końcu po kilkunastu minutach błąkania się miedzy zatokami autobusowymi różnych firm znajdujemy tą właściwą. Podjeżdża autobus, wsiadamy. Przez pierwsze pół drogi wieziemy powietrze. Poza nami i kierowcą nie ma nikogo. Później powoli zapełnia się pasażerami. W końcu oprócz nas jedzie może z 8 osób. Po drodze, na 3 przystanki przed celem, oczywiście mamy „synchronizację z rozkładem”, czyli stajemy i czekamy. W końcu, po wcale nie najdłuższej podróży, jesteśmy na miejscu.

Skoro kryte baseny w Australii maja takie hale jak lodowiska w Polsce, to lodowiska w Australii na zasadzie wzajemności muszą wyglądać podobnie. To w Melbourne z pewnością wygląda. Nieduża, niewysoka hala, kryta lekko spadzistym dachem. Gdyby nie duży napis „Olympic Ice Skating Stadium” na błękitnym tle wyglądałaby jak dziesiątki magazynów czy hurtowni znajdujących się w okolicy. Przedzieramy się przez parking. Hmmmm, całkiem sporo samochodów, nie spodziewaliśmy się, że ślizgawka może tu być popularna. Dochodzimy do wejścia, płacimy po 14 AUD od łebka i jesteśmy w srodku. Zaraz za wejściem znajduje się wypożyczalnia łyżew. Łyżwy wliczone są w ceną biletu. Dostajemy po parze figurowych. Patrzę na „ostrze”. Ma mniej więcej pół centymetra szerokości. Widocznie zepsuła się im maszyna do ostrzenia. Hehehhehe. Rozglądamy się dookoła. Lodowisko ma rozmiary 52×21 metrów. (dla niewtajemniczonych olimpijskie ma 60×30). Z jednego boku kilka rzędów z krzesłami. Wtaczamy się tam, zakładamy łyżwy. Są potwornie niewygodne, sztywne. Plastikowe buty wypchane i zniekształcone przez wielu użytkowników. Upijają w jednym miejscu w innym są luźne, ale zawsze tak będzie w publicznych wypożyczalniach. Ten but nie ułoży się do żadnej nogi. Wstajemy i idziemy na taflę. Tu jeździ kółko kilkadziesiąt osób. Niektórzy lepiej inni gorzej. Część spaceruje na łyżwach wzdłuż band starając się nie wywrócić. W większości widać, że to weekendowi łyżwiarze jako i my . Nieliczni, którzy opanowali trudną sztukę jazdy znacznie pewniej poruszają się pomiędzy ludźmi. Pewnie wymijają ich robiąc uniki. Gdzieś na środku młoda dziewczyna ćwiczy piruety. Na tle reszty wygląda jak róża pośród ostów. Nadeszła chwila prawdy, wchodzimy na lód.

Pierwsze zetknięcie z taflą i pierwszy sukces, bo tak trzeba powiedzieć skoro nasz pierwszy kontakt z lodem nastąpił za pośrednictwem łyżew a nie twarzy. O dziwo nie rozjechały nam się nogi, każda w swoją stronę. Pierwsze niepewne minuty spędzamy na ślizganiu się w kółeczko. Przyglądam się bliżej po czym jeżdżę. No taflą tego nazwać raczej nie można. Prędzej świeżo zaoranym ugorem. Miejscami tworzą się nawet całkiem spore kałuże. Ale co tam, frajda co nie miara. Jedyną prawdziwą przeszkodą jest za dużo jak na mój gust łyżwiarzy. Jest po prostu za gęsto. Ludzie jednak starają się nie wpadać na siebie i nie przewracać. A można tu zobaczyć wiele ciekawych twarzy. Widzimy niewysokiego łysiejącego gościa w bryczesach z wysoko podciągniętymi podkolanówkami. Wygląda jak niemiecki wojskowy z okresu międzywojennego. Z zacięciem na twarzy, z rękami złączonymi z tyłu śmiga miedzy początkującymi. Jest kilku chłopaków wyglądających jak kanadyjscy hokeiści, są nie rozstający się z cyfrowymi aparatami fotograficznymi Japończycy, są matki z małymi dziećmi uczące je jeździć, jest wreszcie banda kilku hindusów. Ci ostatni są potwornie zabawni. I nie mam tu na myśli kontrastu koloru ich skóry z tafla lodu. Oni po prostu nigdy widocznie nie stąpali po lodzie. Nie wiedzą, że zbyt gwałtowne ruchy to utrata równowagi albo punktu podparcia w wyniku czego ¾ czasu spędzają „w parterze”. Każda widowiskowa wywrotka któregoś z nich wzbudza salwy śmiechu kolegów czekających za bandą. Jeden, ubrany w seledynową koszulkę polo, wygląda jakby przyszedł popływać. Wytarł sobą chyba większość kałuż na lodzie.

Kiedy znudziło nam się jeżdżenie w kółko postanowiliśmy popracować nad techniką na środku lodowiska, bo co to za przyjemność jechać tylko przed siebie i skręcać jedynie w lewo. W ten sposób Ula uczyła się kręcić kółeczka a ja robić uniki przed nagle pojawiającą się przeszkodą. Cała zabawa idzie nam nadwyraz dobrze. W bilansie dnia będzie 3:3 licząc liczbę upadków. Niestety jak poczuliśmy się pewniej na łyżwach zaczęliśmy wydziwiać, tak, że mój ostatni upadek był dość bolesny. Ale frajdy z zabawy na lodzie w środku australijskiego lata nie da się opisać. Mamy mocne postanowienie „powtórki z rozrywki”.

Po skończonej sesji „publicznej” na lód wjechała maszyna do regeneracji tafli. Chwilę później pojawiają się hokeiści. Zostajemy tam jeszcze kilkanaście minut odpoczywając po 2 godzinach wygłupów na lodzie. Z zazdrością patrzymy jak na porządnie naostrzonych łyżwach, na odświeżonej tafli hokeiści wyczyniają cuda. Ku naszemu zdziwieniu połowę składu stanowią dziewczyny !!! I właśnie to właśnie one najlepiej „wymiatają” ze wszystkich zawodników. Jesteśmy pod dużym wrażeniem. Po kilku minutach pełni wrażeń wracamy do domu. Moje łydki, nieprzyzwyczajone do dużego wysiłku dają znać o sobie. Prawdę mówiąc stąpając nie za bardzo im ufam. Ale przecież co nas nie zabije to nas wzmocni. I tak na łyżwy pójdziemy jeszcze nie raz.

Piatek, tuz przed koncem pracy mam lenia. Czekam na koniec dnia szperajac po internecie. Wlasnie czytalem o wystawie kotow rasowych i poszedlem „za ciosem” drazac temat. I oto cos, na sie natknalem przy tej okazji:

„The Largest Domestic Cat
Himmy, owned by Thomas Vyse of Redlynch, Cairns, Queensland, Australia, still holds the title of being the heaviest recorded cat. When he died at the age of 10 in 1986, he weighed 46lbs 15 L oz (21.3 kg). Imagine him jumping on your knee whilst you’re watching TV ! A neutered male tabby, his neck measured 15in (38.1cm), his waist 33 in (83.8cm) and he was 38 in (96.5cm) long”

Dla nie wladajacych trudnym narzeczem Shakespeare tlumaczenie z wolnej reki:

„Tytul najciezszego kota domowego wciaz dzierzy Himmy nalezacy do Thomasa Vyse mieszkanca przedmiescia Redlynch w Cairns w Queenslandzie. W chwili smiercie, w wieku 10 lat w 1986 roku, Himmi wazyl 21,3 kg. Wyobraz sobie, jak skacze Ci na kolana podczas ogladania TV :). Wykastrowany samiec mial obwod szyi wynoszacy 38,1 cm, 83,8 cm w pasie i 96,5 cm dlugosci.”

Mieszkajac w Cairns widzialem kilka wyrosnietych kociakow, ktore rozmiarami przypominaly Cocker Spaniela. Ten jednak przeszedl moje najsmielsze wyobrazenia. Prawie metr dlugosci i ponad 21 kg. kici, kici koteczku :))

…… tam wiadomo, są problemy z aprowizacją głosi popularne porzekadło. Jedną z moich największych, życiowych przyjemności jest jedzenie. Bardzo często oprócz doskonałego smaku, zwracam uwagę na estetyczną stronę potrawy. Wielu moich znajomych wie o tym fakcie i zadaje nam pytania właśnie o zaopatrzenie w produkty żywnościowe. Jednym z najczęściej powracających tematów jest możliwość zakupu polskich towarów w Australii. I tu muszę przyznać, że wraz z przenosinami do Melbourne pojawiła się szansa na zaspokojenie tej potrzeby. W Cairns cieszyliśmy się jak dzieci ze znalezionej na półkach supermarketu kapusty kiszonej. Teraz na tą przegniłą śmierdzącą, nie nadającą się do jedzenia kapustę nawet nie spojrzymy. Mamy do wyboru produkty co najmniej 5 różnych firm i ta dostępna w Colesie jest ostatnią, którą byśmy zakupili. No ale nie samą kapustą Polak żyje. My mamy to szczęście, że mieszkamy bardzo blisko rosyjskiej dzielnicy. Tam w sklepach około 80% towarów na półkach to import z Polski. Są słodycze z Wedla i Wawelu, są polskie wędliny. Te na szczęście robione na miejscu, bo trzymiesięczną podróż morską to chyba tylko suszona kiełbasa by przeżyła. Oprócz tego są soki z Tymbarku, Kubusie, Gorące Kubki, kiśle, budynie, nasze przyprawy, kompoty jagodowe, wiśniowe oraz dżemy. Są bardzo dobre polskie białe sery, można kupić pieczywo. Jednym z produktów, który wzbudził moją największą radość jest Majonez Kielecki. Oczywiście są w Melbourne również polskie sklepy, znamy takie co najmniej dwa, ale nie mamy potrzeby tam jeździć, bo wszystko to co one oferują możemy dostać w rosyjskich sklepach 10 minut od naszego domu. Te rzeczy, których nie ferują rosyjskie sklepy możemy dostać w Wietnamsko-Chińskiej dzielnicy. Mamy na myśli głównie wyroby mięsne. Australijczycy przekręciliby się na widok flaków, żołądków, nerek, płucek czy innych podrobów. To wszystko a nawet jeszcze więcej oferują Azjaci, którzy jedzą chyba każdą część ubitego zwierzaka.

Alkohol. Alkohol to jeden z tych produktów z których Polska słynie i który najczęściej przewija się w pytaniach. Przez dłuższy czas myślałem, że w Australii można dostać jedynie 3 gatunki piwa oraz Żubrówkę w polskim sklepie. Z mojego błędnego przekonania wyprowadziła mnie wizyta w dużym markecie monopolowym, gdzie znalazłem dwie półki pełne polskich wódek. I to zarówno tych markowych jak Jan III Sobieski jak i tych najpopularniejszych. Z piwa spotkałem już Broka, Żywca, Okocim, Perłę Cmielową a ostatnio nawet Tyskie i Lecha.

Polskie restauracje. Nie rzuciły mi się w oczy. Wiem, że co najmniej jedna, Szeherezada (cóż za rdzennie polska nazwa) jest własnością Polaków i serwuje polskie dania. Widziałem o niej program w TV będąc jeszcze w Cairns. Tu jednak w sukurs przychodzą znowu Rosjanie. Znajdująca się nieopodal nas rosyjska restauracja „Vodka Borsh & Tears” ma dwujęzyczną angielsko-polską kartę dań a w niej mnóstwo takich pozycji jak gołąbki, flaczki, bigos i inne. Dosłownie jak u babci :)

Jeśli więc komuś znudzi się wielokulturowa kuchnia Australii, przeje się krewetkami, małżami, tajskimi i indyjskimi curry, włoskimi makaronami czy specjałami kuchni greckiej i zapragnie schabowego z kapustą do tego setkę Żytniej i pomidorówkę to wszystko to znajdzie w Melbourne bez najmniejszego problemu.

P.S. Ogórki kiszone też są :)

Para.

5 komentarzy

Codziennie kiedy siedzę na peronie w oczekiwaniu na poranny pociąg spotykam w większości tych samych ludzi. Codziennie (prawie) mija mnie na peronie ta dziewczyna. Z wyglądu ma około 30 lat, dosyć wysoka, kształtna sylwetka, zgrabne nogi, krótko obcięte włosy, typ szatynki z trupio bladą cerą. Zazwyczaj ma na sobie żakiet, co sugerowałoby, że pracuje w biurze, rzadziej lekką kwiecistą sukienkę. Zazwyczaj również ciągnie za sobą niewielka torbę na kółkach, taką w jakiej stewardesy mają garderobę lub pracownicy biurowi zabierają dokumenty lub laptopa do domu. Bardzo często mijam ją po drodze. Idzie powoli, krok za krokiem, nie spiesząc się. Nie idzie sama. Ktoś odprowadza ją na pociąg.. Ta scena kontrastuje z całym otoczeniem w każdym calu. Nikt inny nie odprowadza codziennie rano swojej dziewczyny na pociąg. Nikt inny nie ciągnie zamiast niej torby, nikt inny nie idzie krok za krokiem wśród ludzi pędzących w porannym pośpiechu, nikt inny nie staje przy automacie z gazetami by czule jej powiedzieć do widzenia. Przeważnie stają bardzo blisko siebie, kilka centymetrów, twarz przy twarzy. A jak wtedy promienieją !!! Gołym okiem widać to, co ich łączy. Żadne słowa nie oddadzą tej iskry jaka się pojawia w ich oczach. Stoją tak kilka minut szeptając coś miedzy sobą. I znów pojawia się kontrast między estetycznym żakietem i starannie dobranymi dodatkami a rozciągnięta podkoszulką, shortami i czapka z daszkiem skrywającą ta drugą twarz. Na minutę przed przyjazdem pociągu każde rozchodzi się w swoja stronę. Dziewczyna odbiera swoją torbę i spokojnie idzie w kierunku końca peronu mijając mnie po drodze. A ja, mimo, że widzę ta scenę już od kilku miesięcy prawie codziennie, nadal odprowadzam wzrokiem tą drugą osobę. I nikt poza mną nie zwraca uwagi na to, że ta druga osoba to też dziewczyna.

W Australii, nawet w tak dużym mieście jak Melbourne o wiele łatwiej o spotkanie z dzikimi zwierzętami niż w Polsce. Najczęściej doświadcza tego Ula, gdyż wychodzi do pracy o pogańskich porach. Nie tak dawno dziarsko maszerowała sobie o 5 rano wzdłuż ulicy w kierunku stacji kolejowej, kiedy to drogę przebiegł jej kot. Czmychnął szybciutko w poprzek chodnika, po czym wspiął się na wiklinowe ogrodzenie jednej z posesji. „Kici kici” – zawołała Ula. „Kotek” balansując na wąskiej krawędzi płotu odwrócił głowę w jej stronę, błysnął wyłupiastymi czarnymi ślepiami, nastroszył futro na ogonie a następnie wydał z siebie przeraźliwy, mrożący krew w żyłach syk w niczym nieprzypominający miauczenia pospolitych dachowców. „Oż ty w mordę !!!” – zakleła Ula- „Toś ty nie żaden kotek tylko jakieś australijskie niewiadomoco”. I przezornie zatoczyła spory łuk mijając „kotka” w takiej odległości, by nie znaleźć się w potencjalnym zasięgu jego skoku. Tego dnia również doznała bliskiego spotkania ze stadem szczurów na stacji „Windsor”. Obecnie trwa gorączkowe wertowanie albumów z australijską fauną by ustalić, czym tak właściwie był napotkany przez Ulcię „kotek”. Pewne problemy wynikają z faktu, że całe zdarzenie przebiegło dość szybko a i światło nad ranem nie jest najlepsze.

Mniej więcej półtorej miesiąca temu miała miejsce następująca „akcja”. Jak zwykle wieczorem po pracy wegetujemy w domu. Ja siedzę przy stoliku klepiąc coś na komputerze. Ula leży na materacu (nie mieliśmy jeszcze kanapy) oglądając głupawe seriale w TV. Nagle, ni stad ni zowąd słyszymy dobiegający zza okna przeraźliwy dźwięk szlifierki kątowej. „Co za baran tnie metalowe słupki piętnaście po ósmej wieczorem” – rzekłem w kierunku Uli starając się przekrzyczeć hałas, po czym podnoszę swoje nędzne zwłoki i zasuwam okno. W domu robi się znacznie ciszej. Po piętnastu minutach hałas ustaje. Na drugi dzień sytuacja się powtarza. Jest prawie kwadrans po ósmej, jak w zegarku. Znów zaczyna się ten niemiłosierny metaliczny hałas, przewiercający ciało na wskroś, wrzynający się przez uszy wgłąb mózgu. Zastanawia mnie tylko jedno. Czy ten nawiedzony szlifierz nie zniszczy tarczy, bo praktycznie tnie przez kilka minut z taka samą intensywnością. Zaczynają się rodzić wątpliwości. Ula podchodzi do okna, spogląda przez żaluzje. Odwraca się i z uśmiechem od ucha do ucha mówi, że właśnie widziała naszego „szlifierza”. Szanowni Państwo, a teraz proszę wyciągnąć przed siebie dłoń zgięta w pięść i odgiąć kciuka. Proszę go pomalować na zielono, na górze umocować dwa żółte oczka wielkości ziarnek gorczycy, z przodu dwa błonkowate skrzydełka wystające mniej więcej w połowie swojej długości poza kciuka, od spodu dorysować proszę nóżki. W ten sposób otrzymacie Państwo wizerunek naszego szalonego „szlifierza”. Nie mniej, nie więcej tylko to, co wzięliśmy początkowo za szlifierza, to najzwyklejsza w świecie australijska Cykada. To bardzo ciekawy owad. Żywi się sokami drzew, a potwornie głośne dźwięki, jakie wydaje to rytuał godowy, którym samiec wabi partnerkę. Zanim cykady osiągną stadium dojrzałości ich larwy zagrzebują się w ziemi, gdzie przebywają kilka lat. W niektórych przypadkach okres ten może wynosić nawet i 18 lat, co czyni Cykady najdłużej żyjącymi owadami na ziemi. Nasz „szalony szlifierz” towarzyszył nam przez kilka następnych dni, po czym zamilkł. Codziennie jak w zegarku zaczynał swoją symfonię dokładnie o 20.11. Punktualność nieosiągalna Connexu (miejscowej kolejki).

Było o zwierzątkach, to teraz o „Bałaganie”. W ostatnim tygodniu zapanował jeszcze większy bałagan niż jest na co dzień. Jakiś czas temu przyjęto nową pracownicę do działu płac. Nie zagrzała miejsca zbyt długo. Narobiła potworną ilość błędów. Pensje kilkunastu osób zostały zaniżone a kilka innych, co akurat odchodzili z firmy dostało pieniądze ze sporą „górką”. W ekstremalnym przypadku było to aż 3000 godzin !!! Ponieważ procedury w tej firmie to rzecz nieznana, podejrzewam, że naliczone wynagrodzenie się przekuło na wykonany przelew. Na domiar złego „główna” specjalistka od płac odchodzi. Sytuacja na dziś wygląda tak. Mamy mnóstwo problemów z zaszłościami, osoba, która zostaje pełniła funkcje pomocnicze i przygotowywała jedynie „półprodukty”, wiec oprócz prostowania błędów trzeba ją przeszkolić i wdrożyć do nowych obowiązków, prowadzić „normalną” działalność płacową oraz szukać nowego pracownika. Współczuję, naprawdę współczuję, bo w tej manufakturze jest to syzyfowa praca.

Z „innych rzeczy” zapowiedzianych w tytule dziś będzie o Commonwealth Games. Są to zawody sportowe, w których biorą udział sportowcy z krajów Brytyjskiej Wspólnoty Narodów. W tym roku odbywają się w Melbourne. W programie zawodów jest 12 dyscyplin indywidualnych i 4 zespołowe. W ramach tych dyscyplin sportowcy będą rywalizowali w 24 konkurencjach. Do zawodów pozostało 39 dni i już czuć dookoła związaną z tym gorączkę. Zastanawiam się, co moglibyśmy zobaczyć. Chcieliśmy z Ulą wybrać się na pływanie synchroniczne, ale nie ma konkurencji zespołowej. Są tylko solo i duet kobiet i chyba jednak się na to nie zdecydujemy. Ponieważ sporty wodne są w Australii dość popularne, skoki do wody reprezentowane są aż 5 konkurencjami. Są to trampolina z 1m i 3m, platforma 10m i skoki synchroniczne z trampoliny 3m i platformy 10m. Wszystkie z nich zapowiadają się dość interesująco, choć skoki synchroniczne i z platformy mogą być najbardziej widowiskowe. Żałuję również bardzo, że w programie nie ma królowej sportów, lekkiej atletyki, bo nigdy nie widziałem na żywo żadnych zawodów a chętnie bym coś takiego obejrzał. Z braku laku, jak mawiają, dobry i kit, więc jest okazja wybrać się na jakieś egzotyczne dla Polaka konkurencje. Wszystkie 4 dyscypliny drużynowe brzmią dla nas nieziemsko. Jest to hokej na trawie, rugby 7 osobowe, netball i bule. Hokej na trawie możemy czasami zobaczyć w Polsce w TV, mamy nawet kadrę narodową w tej dyscyplinie. Kopanie jajowatej piłki w różnych odmianach i mutacjach również można czasami zobaczyć. Osobiście jest dla mnie nie pojęta głęboka fascynacja Australijczyków kopaniem jajowatej piłki. Natomiast netball i bule, to już zupełna egzotyka . O ile netball może być widowiskowy nawet bez dokładnej znajomości zasad, to gorzej z bulami. Tak czy inaczej jest okazja by zobaczyć coś, czego się jeszcze w życiu nie widziało .


  • RSS