harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2006

Spacerujac ulicami Melbourne mozna natknac sie i na taki obrazek.

malec2.JPGmalec1.JPGmalec3.JPG

Autko to bylo importowane do Australii w latach 1989-1991. Byl to najtanszy nowy samochod jaki mozna bylo kiedykolwiek kupic w Australii.

W Polsce natomiast uruchomiono do jego produkcji oddzielna linie technologiczna. Uzywano materialow o wiele lepszej jakosci niz na rynek krajowy. Zastosowano rowniez kilka nowych, nie wprowadzonych wowczas w Polsce rozwiazan technicznych.

I niewiadomo czy Fiat az tak sie wstydzil tego auta czy tez tak zle sie kojarzyl na rynku australijskim, ze dobrze wszystkim znany Polski Fiat 126p byl tu sprzedawany pod marka FSM 650 Niki. Uwazne oko dopatrzy sie nawet logo FSM na przodzie samochodu.

- Zamierzasz kiedyś pojechać do Polski ?
- Nie, a po co ?
???. Nie interesuje Cię jak się Polska zmieniła przez te kilkanaście lat, od kiedy ją opuściłeś?
- Nie. Polska nie może mi zaoferować nic, czego nie mógłbym znaleźć w Australii.
- ???
- Wszystko, co mi potrzebne do życia i do szczęścia mam tu na miejscu.

I choć nie podzielam zdania mojego rozmówcy, to trudno mu nie przyznać racji. Rocznik 1970, opuścił Polskę tuż po maturze, 5 lat spędził w Niemczech, do Australii przyjechał w1993 roku. Pochodzi niewielkiej wioski. W sąsiedniej wiosce ukończył podstawówkę, w pobliskim miasteczku liceum zawodowe. Przed wyjazdem do Niemiec dwa razy był za granicą. Raz w Czechosłowacji na wycieczce szkolnej i raz z rodzicami w Watykanie. Całe swoje dorosłe życie spędził tu. Tu ma dom, pracę rodzinę. Polska go nie interesuje. Nie czyta, nie szuka wiadomości o niej. Ten brak wiedzy po części tłumaczy jego stanowisko, że Polska nie ma nic do zaoferowania. Potrafię sobie wyobrazić również mniej więcej jak mogło wyglądać jego dzieciństwo, z czym się zetknął, jakie miał potrzeby, dlatego jestem w stanie zrozumieć, że Australia zaspokoiła wszystkie jego pragnienia.

Po tej rozmowie naszła mnie refleksja, że naszych oczach najsilniej zostaje obraz Polski z chwili, kiedy ją opuszczaliśmy. I nie ważne, że jedni z nas wyruszali do Australii z małych wiosek, inni całe życie spędzili w wielkich miastach a jeszcze inni mają za sobą oba z tych doświadczeń. Nie ważne, że jedni zaczęli karierę zawodową dopiero w Australii a inni trafili tu mając na karku już kilka lat pracy i to niejednokrotnie w paru krajach. Później z mniejszych czy większych strzępów informacji, które do nas docierają budujemy sobie coraz bardziej zniekształconą karykaturę kraju. Albo zanadto wyidealizowaną albo potwornie, niesprawiedliwie oszkalowaną. W miarę upływu czasu przyzwyczajamy się, że tu gdzie teraz jesteśmy nie ma wszystkiego, co lubimy. Powoli wsiąkamy w otocznie i choć nie wiem jakbyśmy tego nie chcieli z dnia na dzień coraz bardziej mentalnie oddalamy się od rodaków w kraju. Tam ewolucja przebiega swoim torem. Tu nasze życie, doświadczenia, zachowania ewoluują po australijsku czy tego chcemy czy nie.

Kazdemu wedle potrzeb

drug_service.JPG

To ja w ramach „other drugs” kawe poprosze. :)

Bedzie bez polskich literek, bo pisane z pracy.

Nasz zwiazek opiarty jest na przyciaganiu sie przeciwienstw. Bardzo malo jest takich rzeczy, ktore fascynuja nas oboje, bardzo niewiele rzeczy wzbudza u nas takie same reakcje.

Pierwsza noc na nowej kanapie.
Ula: Jejku jak sie niewyspalam, strasznie twardo, bola mnie wszystkie kosci, czuje sie strasznie poobijana.
Romek: Nareszcie na plaskim. Rowniutko, nigdzie sie nie zapadam, po raz pierwszy w tym mieszkaniu moge powiedziec, ze sie porzadnie wyspalem.

Budzet
Kiedy pojawily sie regularne dochody postanowilismy spisac nasze wplywy i wydatki, tak by lepiej zaplanowac, co kiedy mozemy kupic. Mamy bardzo duzo rzeczy do kupienia i rozlozone w czasie dochody, wiec musimy wiedziec na co w danym tygodniu mozemy sobie pozwolic, by starczylo pieniedzy na stale oplaty czy np. Uli szkole. Po wspolnym i zgodnym okresleniu na co i kiedy wydajemy pieniazki zycie pokazalo, ze na budzet tez mamy odmienne spojrzenie. Dla mnie jest to plan mowiacy, jak bedziemy stali finansowo i czy mamy rezerwy na jakies niezaplanowane „extrasy” czy tez nie. Ula podeszla do tego bardziej dobitnie wprowadzajac pewna „dyscypline budzetowa”. Jak to rozumiec ? A np. tak, ze zaplanowalismy po 210 AUD tygodniowo wydatkow na jedzenie. Dla mnie to oznacza mniej wiecej, ze jednego dnia wydamy 20 a drugiego 40, moze w jednym tygodniu 150 a w drugim 270. Tak czy inaczej narastajaco bedziemy „nad kreska”. Ula podeszla do tego mniej skomplikowanie. Po prostu „nie wiecej niz 30 AUD dzienie” codzienie :).

I na koniec jeszcze jedna mala odmiennosc. Ula zdecydowanianie woli chlopcow, ja dziewczynki :)

„Bałagan” pochłania mnie prawie w całości. Codziennie wychodzę z domu o 6.30 i powracam prawie dokładnie po 12 godzinach. Trzeba jeszcze znaleźć czas na sen, więc gdzie tu czas dla siebie, nie mówiąc już o czasie by nastukać coś na bloga? Mimo wszystko coś jednak cały czas się dzieje wokoło.

W poniedziałek, dla tego przykładu, w godzinach szczytu pasażerowie jednego z zatłoczonych pociągów na „naszej” linii Sanringham zamiast monotonnego głosu informującego o zbliżaniu się do kolejnej stacji usłyszeli w głośnikach fragment pikantnej rozmowy z sex telefonu. Rozanielona kochanka aksamitnym, pełnym westchnień głosem opowiadała, co chciałaby, aby partner jej zrobił. Podróżni nie zdążyli jednak usłyszeć reakcji amanta, gdyż transmisja została przerwana po około 30 sekundach. Mimo to, cały skład ryknął gromkim śmiechem i na pewno wiele osób wróciło do domu w lepszych humorach. Ten „skandaliczny” atak na system audio firmy Connex nie był specjalnie wyrafinowanym dziełem. Nie trzeba było zdolności hakerskich i włamywania się do zabezpieczonych systemów informatycznych. Wystarczył zwykły wytrych, który umożliwił kilku dzieciakom wejście do jednej z 3 nieużywanych kabin sterowniczych pociągu. Tam uruchomili mikrofon, zazwyczaj służący maszyniście do przekazywania komunikatów pasażerom i przyłożyli do niego słuchawkę telefonu komórkowego, z którego połączyli się z sexlinią.

Wydarzenie to samo w sobie nie było niebezpieczne, ale obnażyło jednak pewne słabe strony systemu bezpieczeństwa podmiejskiej kolejki. Przecież zamiast 3 dzieciaków do kabin mogli dostać się zamachowcy czy terroryści i nie uruchamiać mikrofonu, a zostawić np. plecak z 20 kg. ładunku wybuchowego, który zostałby zdalnie odpalony dajmy na to w podziemnej części City Loop. Tym bardziej, że wszyscy zgodnie podkreślają, iż nadchodzące Commonwealth Games (Igrzyska krajów Brytyjskiej Wspólnoty Narodów) z pewnością mogą być pokusą dla różnej maści odszczepieńców.

W tym tygodniu również zawitał do Melbourne jeden z największych statków wycieczkowych świata – „Diamond Princess”. Księżniczka przyszła na świat w marcu 2004 roku w Nagasaki w stoczni Japońskiego koncernu Mitsubishi. Poród nie obył się bez kłopotów, bowiem w 2002 roku, na 5 miesięcy przed planowanym oddaniem statku do użytku, na pokładzie wybuchł pożar, który zagroził życiu ponad 1000 robotników i przyniósł kilka milionów dolarów strat. Księżniczka jednak przeżyła i obecnie zachwyca swoim wdziękiem. A jest czym. „Diamond Princess” mierzy bowiem aż 291 metrów długości, 48 metrów szerokości i aż 19 pięter wysokości. To jeden wielki pływający kompleks rozrywkowy. Na pokładzie można znaleźć kina, teatr, baseny, kilkanaście restauracji, kawiarnię internetową a nawet kaplicę dla tych, którzy zapragną się pobrać podczas romantycznej podróży. Wszystkie te rozrywki mają stanowić atrakcję dla 2600 pasażerów rozmieszczonych w ponad 1300 kabinach, z czego aż 740 z widokiem na morze. O dobre samopoczucie i bezpieczeństwo dba personel pokładowy składający się z 1100 osób. Zawsze czułem słabość do tego typu statków a już szczególnie po tym, jak okazało się, że Uli brat pracował na „Regal Princess” – innym statku tej samej kompani.

Koniec tygodnia to pożegnanie dmuchanego materaca typu „Gruba Berta”. Nareszcie, bo ileż można spać na czymś co nieuchronnie z każdym dniem przybliża człowieka do skoliozy. Zaczęło się we wtorek. W jednym z „secondhandów” Ula wypatrzyła rozkładaną kanapę. Tu należy dodać, że właśnie na taką polowaliśmy, bo 17m2 naszego mieszkania, wliczając wnękę na kuchnię i łazienkę, nie pozwala na wstawienie tam normalnego dwuosobowego łóżka. Wieczorem poszliśmy razem obejrzeć to cudo przez szybę. Szybka decyzja, kupujemy. Nazajutrz pełna animuszu Ulcia udaje się z samego rana do sklepu by dowiedzieć się, że kanapa jest „zarezerwowana” do czwartku do 17.00. Kurde, ale pech !!! Jako, że ja całe boże dnie spędzam w „Bałaganie”, sprawa z zakupem kanapy została w zupełności na głowie Uli. W czwartek wieczorem iskierka nadziei. Kanapa nadal stoi, znikła natomiast karteczka „hold”. W piątek z samego rana Ulica dzielnie podreptała znów do „secondhandu”. Bez żadnych dalszych ceregieli wypłaciła należną sumę kupując wreszcie coś, na czym będzie można spać jak biały człowiek. Kanapę jednak jeszcze trzeba ze sklepu przywieźć. Z tym też nie ma większego problemu. Ulcia dostaje numer telefonu w sklepie i dzwoni gdzie trzeba. Po godzinie pod domem zjawia się człowiek z kanapą.
– Pani Urszulo, a pomoże mi Pani trochę przy wnoszeniu? – pyta chuderlawy pięćdziesięciolatek.
- Oczywiście, pomogę – deklaruje Ula.
- Pani Urszulo, ale jak będzie Pani chciała odpocząć, to proszę mi powiedzieć. – kontynuuje gość z firmy przewozowej.
- Dobrze – zgadza się Ulica.
Trzy schodki później.
- Pani Urszulo, proszę się zatrzymać ja już musze odpocząć – wyrzuca z siebie zdyszany, ziejący ze zmęczenia jak maratończyk tragarz. – Nie wiedziałem, że Pani jest taka silna.
- No ba !!! Z Polski jestem. Ja to jeszcze nic, ale w Polsce są takie „Herod baby”, szczególnie góralki, co końskie podkowy prostują bez specjalnego wysiłku.
Gość postawił oczy w słup ze zdziwienia. Po kilku kolejnych odpoczynkach, kanapa znalazła się na drugim piętrze, gdzie zajęła miejsce dmuchanego materaca typu „Gruba Berta”.

Z ostatniej chwili !!!
Dla wszystkich narzekających na biurokrację i niekompetencję banków w Polsce. Kochani, nie znacie Australijskiego WESTPACa. Wieża Babel w dziedzinie bankowej biurokracji. Może napiszę o tym później, bo w tej chwili użyłbym chyba samych inwektyw.

Czas pędzi nieubłaganie do przodu. Patata,, patataj, patataj, odciska piętno na naszym, życiu niczym koń zostawiający w piasku ślady kopyt. Imieniny, urodziny, rocznice, przełom roku to czas podsumowań, spojrzenia wstecz i na siebie. Wtedy dopiero zauważamy ile wokół nas się zmieniło. Nasza codzienność również uległa przemianom. Widać to szczególnie po ostatnich zdarzeniach czy właściwie braku jakiś spektakularnych wydarzeń.

Poranne zorze, poranne zorze
Gdy idę w Sopocie nad morzem
Po plaży brudno-piaskowej
Bałtyk śmierdzi ropą naftową

W Australii sylwestrowa kąpiel w Oceanie jest osiągalna nie tylko dla klubu morsów. Marzenie każdego pasażera oczekującego na opóźniony tramwaj, marznącego na pietnastostopniowym mrozie w Warszawie ziściło się dla mnie w ostatni sylwestrowy wieczór. Pogoda wręcz zmuszała do kąpieli. Niemiłosierny upał dochodzący do 42-44 stopni sprawiał, że miałem ochotę zdjąć z siebie skórę. Zastanawiałem się, czy nie jest przypadkiem cieplej niż wtedy, gdy błąkaliśmy się po Pamirze po środku Pustyni Syryjskiej. Wybór kąpieliska był prosty – St. Kilda Beach, najbliższa nam plaża, którą praktycznie widzimy z okien mieszkania. I choć co prawda zatoka w Melbourne nie śmierdzi ropa naftową, to plaża wygląda jeszcze gorzej niż ta z piosenki Kazika. Brudny piach pełen kamieni jest przemieszany z niedopałkami papierosów w proporcji niemalże pół na pół. Nie trudno o kawałki potłuczonego szkła, foliowe torebki czy zużyte prezerwatywy. Ocean w tym miejscu również nie należy do atrakcji. Dobre 100 metrów od brzegu woda nadal sięga nie wyżej niż do połowy uda. Dalej dno opada w równie powolnym tempie. Żar lejący się z nieba sprawia jednak, że najważniejsze jest się ochłodzić. Dlatego wydurniam się jak dziki w niewielkiej odległości od brzegu. W efekcie mam zaczerwienione od morskiej wody oczy i pełno piasku, zarówno we włosach jak i zgrzytającego miedzy zębami. Udało się jednak ochłodzić, więc mimo wszelkich niedogodności wracam do domu zadowolony.

Wieczór Sylwestrowy spędzamy na mieście. Tej atmosfery nie da się opisać. W obrębie centrum umieszczono siedem różnych punktów, w których odbywały się Sylwestrowe imprezy. Całe centrum zamieniło się w jedno wielkie Noworoczne party. Pod względem kultury to jest cała galaktyka różnicy od imprez, jakie pamiętam z Krakowa ze studenckich czasów. Tam królował zapach strawionego piwa. Idąc na rynek zawsze była obawa czy ktoś nie rzuci odpalonej petardy w tłum albo butelki. Na drugi dzień rano można było usłyszeć ogłoszenia niczym komunikat wojenny o liczbie rannych, poparzonych, odwiezionych do szpitala i izby wytrzeźwień. Potłuczone szkło sprzątnięte z rynku mierzono w tonach. Tu w Melbourne przypomina to raczej jeden wielki piknik Ludzie spacerują od dokoła, mnóstwo rodzin w małymi dziećmi. Niektórzy wręcz rozłożyli się z kocami i koszykami piknikowymi na trawnikach i w parkach. Nigdzie nie widać pijanych wyrostków. Impreza spokojna jak procesja na Boże Ciało. Praktycznie brak jest na ulicach potłuczonych butelek, szkła czy czegokolwiek. Nikt nie odpala petard, nie rzuca ich w tłum.

Tuż przed 10 w nocy pierwszy pokaz sztucznych ogni, specjalnie dla dzieci, które wrócą wcześniej do domu. Całe centrum zamiera w bezruchu z zadartymi w górę głowami. Pokaz trwa około 15 minut. My włóczymy się z miejsca na miejsce nie mogąc się nadziwić temu, co widzimy. Z jednej strony jesteśmy zachwyceni tym, co widzimy. Ogarnia nas niezmierne poczucie bezpieczeństwa, wiemy, że nie przytrafi się nic złego, nieoczekiwanego. Możemy skupić się na imprezie nie martwiąc się co krok, że zrobimy sobie krzywdę czy wrócimy z podartymi lub pobrudzonymi ciuchami. Z drugiej strony jednak nie ma tego „czegoś”. Ta atmosfera, która nas otacza nie jest atmosferą przełomu roku. Jest nijaka w swoim wyrazie. Sfilmowana i pokazana w Polsce w telewizji mogłaby służyć za ilustrację prawie każdej imprezy masowej. Osobiście brak mi takich atrybutów Sylwestra jak jakieś serpentyny, czapki karnawałowe, słowem czegoś, co postronnemu widzowi pozwoliłoby od razu powiedzieć, że to nie jest np. rocznica zakończenia wojny.

My kręcimy się po South Banku, wybetonowanym bulwarze na południowym brzegu Yary, smródki przepływającej przez Melbourne. W każdym klubie trwa jakaś impreza, zewsząd dochodzi głośna muzyka. Po rzece pływają barki imprezowe. Na każdej pełno ludzi, z każdej dobiegają echa imprezy. Zawsze podobały mi się miasta, gdzie rzeka łączy a nie dzieli. Pamiętam widok z Cytadeli w Budapeszcie, gdzie cały Dunaj mienił się dziesiątkami świateł i światełek pływających łódek, stateczków, barek i innych środków transportu.

Około w pół do dwunastej znajdujemy kawałek trawnika nad Yarą. Rozkładamy się i czekamy na główny pokaz fajerwerków. Mija północ. Wśród tłumów okupujących cały park Victoria Garden lekkie poruszenie. Składamy sobie życzenia, dajemy całusa. I już. Wokoło to samo. Żadnych wystrzałów z korka od szampana, zbiorowego odliczania, fety czy jakiejś gorączki. Nic, kompletnie brak jakiejś podniosłej atmosfery. Zupełny luz, sflaczałe reakcje. Ja rozumiem, że ciepły klimat rozleniwia, że Australijczykom generalnie nic się nie chce, ale żeby aż do tego stopnia?

Pokaz sztucznych ogni mógł się podobać. Nie było to zapierające dech w piersiach widowisko odciskające swoje piętno na całe życie, ale na pewno był ładny i warty obejrzenia. Organizatorzy postawili na ilość. Odpalane w kilku barek zacumowanych na rzecze fajerwerki widoczne były z daleka. I choć nie robiły wrażenia swoją finezyjnością, wymyślnością, kompozycją czy niepowtarzalnością to na pewno zrobiły wrażenie ilością. Pokaz był około 20 minutowy i w tym czasie z pewnością wysłano w powietrze kilka ładnych ton materiałów pirotechnicznych. To może robić wrażenie. I zrobiło. Kilka miejsc odpalania i dokładna synchronizacja, która sprawiła, że taki sam ładunek był odpalany na każdej z barek dała efekt w postaci całego nieba sztucznych ogni. Mieliśmy nawet kłopot, w którą stroną obrócić głowę, bo zewsząd w powietrzu pojawiały się kolorowe rozbłyski. Warto było pójść na Sylwestra do miasta choćby tylko po to, by zobaczyć ten pokaz.

Znowu poranne pociągi
Ja stoję i patrzę na mundurowe dziwolągi
Czy byłeś kiedyś w Kutnie na dworcu w nocy
Jest tak brudno i brzydko, że pękają oczy

Słodkie, kilkudniowe lenistwo skończyło się 3 stycznia. Znów trzeba było założyć koszulę, krawat, spodnie w kancik i przez ponad godzinę tłuc się pociągami do „Bałaganu”. I choć dworce kolejowe Melbourne nie są aż tak brzydkie jak w Kutnie, to dużo im brakuje do cywilizacyjnych standardów. Lokalne władze wola jednak wydać ponad 700 mln AUD na budowę jednego przybytku, który jak się nieoficjalnie mówi ma być odpowiedzią Melbourne na gmach opery w Sydney niż doprowadzić do porządku istniejącą infrastrukturę albo poprawić efektywność transportu. No cóż, każdy ma swojego „Misia” na miarę swoich potrzeb, aspiracji i możliwości. Na każdej stacji, w każdym tramwaju wiszą ogłoszenia, mówiące jak punktualnie chodziły pociągi w poprzednim miesiącu. Nie wierzę im za grosz. Wg nich sprawność i punktualność pociągów sięga zawsze grubo ponad 90%. Ja codziennie jeżdżę 4 pociągami. Nie ma dnia by przynajmniej jeden z nich nie był opóźniony ponad 5 minut lub w ogóle nie przyjechał. No i wspominana wcześniej kwestia skomunikowania pociągów ze sobą. Ale to chyba domena każdej organizacji kolejowej. Duzi chłopcy, którzy wyrośli z domowych kolejek elektrycznych zarządzają teraz poważnymi firmami, ale stare nawyki pozostały. Pociągi są po to by jeździć a nie po to by wozić pasażerów.

Poranne chodniki
Gdy idę, nie rozmawiam z nikim
Jak jest w niedzielę nad ranem
Po sobotnich balach chodniki zarzygane

Najczęściej mam problem z pociągami w piątek. Kiedy odwołają pociąg, nigdy nie chce mi się czekać 20 minut na następny. Wsiadam w tramwaj i podjeżdżam kilka przystanków w stronę stacji, na której się przesiadam. Tramwaj jedzie wzdłuż ulicy, na której jest mnóstwo nocnych klubów. Tak się składa, że jednym z najpopularniejszych dni imprezowych jest czwartek. Dlaczego? Nie wiem, nie pytajcie. W Cairns w każdej szkole był to dzień sportu, później był shopping day, jedyny dzień, gdy sklepy były otwarte dłużej niż do 17, a wieczorem były największe imprezy w klubach i dyskotekach. W Melbourne jest podobnie. Ponieważ komunikacja nocna tu praktycznie nie istnieje, taxi na osiedla na zadupiach kosztuje majątek, to uczestnicy imprez wypełzają z dyskotek dopiero nad ranem. Nie ma mowy oczywiście o zarzyganych chodnikach czy burdach przed dyskotekami. Do niektórych lokali (widziałem to sam) by wejść trzeba przejść przez bramkę do wykrywania metali całkiem jak na lotnisku. Każda próba rozróby szybko zostałaby udaremniona przez ochroniarzy a delikwentami równie niezwłocznie zaopiekowałaby się policja. Dlatego podróżując w piątek rano do pracy z okien tramwaju obserwuje jedynie potwornie wykończonych, półżywych, niedopitych lub dopiero trzeźwiejących imprezowiczów. Co ciekawe w większości są to dziewczyny. O tej porze, jak to Ula je nazywa młode lafiryndy, wyglądają jak poturbowane przez pociąg. Fryzury w nieładzie, zmierzwione włosy odstają w każdą stronę. Wzrok mętny, rozmazany makijaż, zmęczenie na twarzy. Kilka szmat, które mają na sobie jest porozciąganych w każdą stronę. Idą grupkami w otoczeniu kilku chłopaków próbując utrzymać równowagę oraz trafić na przystanek. Czasami siedzą na progu przed drzwiami jakiegoś sklepiku nie mając siły lub będąc zbyt pijane by wrócić do domu. Ot taki cotygodniowy piątkowy poranny obrazek z Chapel Street w Melbourne.


  • RSS