harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2005

Panie i Panowie, pozwólcie, że przedsawię Karpia.

karp2005.jpg

To i inne zdjęcia z Wigilii znajdziecie w NASZEJ GALERII

Święta minęły nadspodziewanie dobrze. Momentami wątpiłem, czy choć troszkę uda nam się przywołać rodzimą atmosferę, ale chyba się udało. Mieliśmy pięknie zastawiony stół, opłatek, karpia w 2 postaciach, zupę rybną, grzybową, kompot owocowy, pierogi z grzybami i kapusta, rybę po grecku, śledzie również w 2 rodzajach, makowiec, sernik, murzynka. W kuchni czekał jeszcze długo gotowany bigos. Ten ostatni wyszedł tak sobie. „Krakus” nie oferuje najlepszej kapusty kiszonej, niestety . Dla mnie osobiście przebojem imprezy i szczytem konsolidacji australijsko-polskiej było padające z ust jednego z gości powiedzenie „dzięki mate”.

Po Wigilii nastał okres leniwy. Do pracy idę dopiero 3 stycznia. Tydzień wolnego to bardzo przyjemna rzecz, zwłaszcza, że ostatnio dopisuje pogoda. Na reszcie do Melbourne zawitało prawdziwe lato. Ostatnio temperatura na zewnątrz jest optymalna dla mnie. Niestety idzie ku zmianom. Właśnie usłyszałem w radio, że w Sylwestra będzie 42 stopnie a to już za dużo. Niestety po zachodzie słońca ciepło bardzo szybko ucieka w kosmos i nie ma co marzyć o gorących nocach jak w Północnym Queenslandzie czy choćby zwykłych polskich ciepłych lipcowych wieczorach. Ale tak już jest, im dalej od równika tym amplitudy temperatur noc/dzień i zima/lato są większe.

Ciepłe dni sprzyjają długim spacerom nad Oceanem. I choć tu w Melbourne zamiast otwartego morza mamy dość ciasno zamkniętą zatokę przyjemność ze spaceru jest taka sama. Długie kilometry po piasku wzdłuż brzegu. Słonowodna bryza niosąca charakterystyczny zapach morza wieje prosto w twarz. Stojące wysoko nad horyzontem po północnej stronie nieba słońce opala jedną nogę, jedną rękę i połówkę twarzy. Przyjemnie szemrzące niziutkie fale leniwie opłukują stopy. Gdzieś tam w oddali na horyzoncie widać ogromny kontenerowiec płynący hen w świat. Nieco bliżej uwagę przykuwają niewielkie jachty. Momentami biel ich żagli ginie wśród refleksów światła słonecznego odbijanych przez fale, by za chwilę złapać promienie i odbić je w naszym kierunku jeszcze potężniejszym refleksem. Całkiem blisko, tuż przy brzegu niebo pełne jest kolorowych latawców. Do ich końca przyczepieni są zazwyczaj młodzi ludzie uprawiających coś, co tu się nazywa „kite boarding”, czyli pływanie na desce ciągniętej właśnie przez latawiec. Latawce w kształcie czaszy paralotni spełniają rolę żagla łapiącego wiatr i pozwalającego na osiąganie całkiem pokaźnych prędkości. Dla postronnego obserwatora sport ten jest bardzo widowiskowy. Z jednej strony niebo jest pełne wielobarwnych obiektów mieniących się dziesiątkami kolorów i kształtów. Rozpostarte czasze odbijają słońce, wypełniają się wiatrem, by sekundę później nieco „sflaczeć”, poruszają się dość szybko, często zmieniając kierunki i wysokości. Chwilami osiągają spore przyspieszenie, by za moment zastygnąć prawie w bezruchu. Z drugiej strony, ciągnięci przez latawce ludzie pływając wykonują karkołomne ewolucje. Pełno tu jest zwrotów, zmian prędkości a nawet skoków, kiedy to niesiony wiatrem człowiek pokonuje kilkanaście metrów w powietrzu, nad grzbietami fal. Na plaży widać tych, co właśnie skończyli na dziś zabawę jak i tych, którzy dopiero się do niej przygotowują. A my idziemy dalej snując plany, że kiedy wrócimy do Cairns na pewno będziemy mieli swoją małą żaglówkę a i z pewnością nauczymy się surfować na desce z latawcem.

Życie nabrało tempa. „Bałagan” pochłania mi większą część dnia, prawie 11 cennych godzin mojego życia każdej doby. Na przedświąteczną krzątaninę nie pozostaje wiele czasu, a święta za pasem. Pogoda sprawia, że nie czuje się tej atmosfery. Ozdoby świąteczne giną w gąszczu zieleni. Może to sprawa wielokulturowości, może pogody a może dłuższej tradycji wolnego rynku, ale Boże Narodzenie w Australii to zwycięstwo ducha konsumpcji nad duchem tradycji. Boże Narodzenie to wielka feta wakacyjna bardzo słabo powiązana z jakimś przeżyciem duchowym. My będziemy się starać w miarę naszych skromnych możliwości zarówno finansowych jak i aprowizacyjnych, by wigilijne spotkanie ze znajomymi było jakąkolwiek namiastką polskich obyczajów. Zadziwiające jest to, że teraz tradycja jest dla mnie ważniejsza niż kiedykolwiek. Będąc w Polsce nie dało się nie odczuć Bożego Narodzenia. Wpychało się samo nachalnie w nasze życie. Teraz, kiedy trzeba dołożyć sporo starań, by Wigilia przypominała choć po części tą znaną z Polski nabiera do dla mnie zupełnie innego wymiaru. Uparłem się nawet na wigilijnego karpia, mimo, że nigdy nie był on moim „faworytem” na świątecznym stole. Pozostałe potrawy przygotowywane przez nas to zupa grzybowa, bigos, zupa rybna i indyjski deser, którego recepturę Ula poznała pracując w Cairns. Resztę wigilijnego stołu zorganizują współbiesiadnicy.

Z zakupem karpia było sporo zachodu. Ryba ta jest uważana za chwast w Australii i nie cieszy się powodzeniem. W sklepach rybnych i na straganach królują ryby morskie i owoce morza. Ryby słodkowodne należą do mniejszości a ich ceny bywają astronomiczne. Karpie udało mi się namierzyć przez przypadek, niedługo po naszym przyjeździe do Melbourne w niewielkim sklepie rybnym w rosyjsko-żydowskiej dzielnicy. Nie są to jednak popularne w Polsce, hodowlane Sazany, karpie z łuskami jedynie na grzbiecie i wzdłuż linii bocznej, a najzwyklejsze w świecie karpie pełnołuskie, jakie żyją na wolności. Rozmiary też raczej nie polskie. Zakupiony przez nas okaz miał ponad 5 kg a była to jedna z najmniejszych ryb w sklepie. Królowały rozmiary 8 kg i więcej. Karp to ryba denna, żyjąca w bliskim sąsiedztwie mułu. Te powyżej 2,5 kg, które łowiłem w Polsce nie były zbyt smaczne. Wyraźnie było czuć ich mulasty posmak. Ciekawe czy i tym razem będzie taka sytuacja.

Pisząc o dzielnicy rosyjskich żydów przyszły mi na myśl wydarzenia z ostatniego tygodnia z „Bałaganu”. Na początku tygodnia Józia (Ziutka) stwierdziła, że musi nam być bardzo przykro, że nie obchodzimy Świąt. Stanąłem jak wryty nie wiedząc, o co chodzi. Kiedy zapytałem, skąd jej to przyszło na myśl, z rozbrajającą szczerością stwierdziła „Wy Żydzi przecież nie świętujecie Bożego Narodzenia”. Ja rozumiem, że mam połamany nos, że moje nazwisko nie brzmi słowiańsko, ale przecież jestem Polakiem, których 95% jest katolikami a ostatnie 25 lat głową kościoła katolickiego był Polak. Łatwiej do jasnej cholery jest trafić za granicą na polskiego katolika niż polskiego Żyda. To tylko kolejny dowód, że Australijczycy nie mają zbyt rozległych horyzontów.

W przeszłości spotkałem się już kilkukrotnie z pytaniem o moje żydowskie korzenie, dlatego choć było to dla mnie zaskoczeniem, nie wprawiło mnie w aż tak totalne osłupienie jak kolejna sytuacja. Miała to miejsce podczas świątecznego spotkania w pracy, kiedy rozdawane były prezenty. Spotkania takie organizowane są co roku. Na kilka tygodni przed świętami do kapelusza wrzucane są karteczki z nazwiskami pracowników i każdy losuje osobę, której ma zakupić drobny prezent rozdawany właśnie podczas Bożonarodzeniowego party. Ponieważ losowanie odbyło się wcześniej a do firmy oprócz mnie doszła jeszcze jedna osoba wypadło, że kupimy sobie prezenty nawzajem. Po skończonej imprezie, rozmawialiśmy we dwoje, że słabo się znamy, dlatego nie byliśmy pewni, czy nasze prezenty przypadły do gustu. O mało nie wyskoczyłem z butów kiedy usłyszałem, że miałem dostać minizestaw małych buteleczek z różnymi alkoholami, bibelot w wersji dekoracyjnej nie spożywczej, ale Melba zrezygnowała z niego, bo nie wiedziała, czy jako Muzułmanin (sic !!!) nie obrażę się jak mi ktoś da alkohol. O w morde !!! Za Żyda mnie brano już kilkukrotnie, ale jeszcze nigdy za muzułmanina !!! W tym momencie strasznie żałowałem, że nie przywiozłem ze sobą galabji, długiej, arabskiej, męskiej koszuli sięgającej do kostek, którą kupiłem w Syrii w czasie podróży po Bliskim Wschodzie. Chyba ostentacyjnie ubrałbym ją na drugi dzień do pracy. No to teraz pozostało mi tylko czekać z niecierpliwością na dzień, kiedy usłyszę, że jestem Azjatą albo Eskimosem.

Minęło właśnie pierwsze półtorej tygodnia pracy w „Bałaganie”. Przez ten czas właściwie nie miałem w ogóle czasu dla siebie. Na początku trudno było się przestawić na wcześniejszy tryb wstawania. Zamiast między 7 a 8 teraz musze wstawać o 5.30. Nie jest to tragedią oczywiście, ale pierwsze kilka dni organizm nie był przyzwyczajony. Nie mogłem go zmusić do wcześniejszego zasypiania w związku, z czym wstawałem rano totalnie niewyspany. Wydaje się, że ten rytm już złapałem i nie będzie więcej kłopotów ze wstawaniem.
W ciągu ostatniego tygodnia najbardziej dała mi się we znaki komunikacja publiczna. Jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach. Miejscowa sieć kolejki miejskiej, tak wychwalana przeze mnie poprzednio, jest efektywna i funkcjonalna dopóki nie jesteś skazany na codzienne korzystanie. W ciągu pierwszych 7 dni roboczych odwołali 4 pociągi z tych, którymi miałem jechać. A to nie jest warszawskie metro, gdzie pociągi kursują co 2-3 minuty. Tu się przychodzi na peron i dowiaduje, że pociąg o 6.43 w dniu dzisiejszym nie przyjedzie a następny jest o 7.02. Kiedy pierwszy raz odwołali pociąg o 6.43 specjalnie się nie przejąłem. Posiedziałem jak ten kołek 20 minut na peronie czekając na kolejny. Gorzej było, kiedy wyszedłem na ten pociąg 7.02 i okazało się, że waśnie ten został odwołany. Było to 3 dnia pracy, więc panika zajrzała nieco w oczy. Poza niesolidnością kolejki we znaki daje mi się również skomunikowanie pociągów. Na stację przesiadkową docieram dwie minuty po odjeździe pociągu kursującego na linii, na którą mam się przesiąść. Tracę, więc bezproduktywnie kilkanaście minut na oczekiwanie na kolejny skład. To jednak nie jest szczyt tego, co doprowadza mnie do szewskiej pasji. Do prawdziwego szału doprowadza mnie droga powrotna. W tym przypadku najpierw jadę autobusem na stację kolejki. W Melbourne rozkład jazdy autobusów jest klasą samą dla siebie. Ponieważ do autobusu wsiada się tylko przednimi drzwiami, po czym kasuje na oczach kierowcy, lub kupuje bilet, czas przejazdu zależy od liczby pasażerów na każdym przystanku. To ich obsługa wydłuża postój. Jakiś bezmózgi kretyn na tej podstawie ustalił rozkład jazdy na cały dzień !!! W efekcie, kiedy pasażerów jest niewielu autobusy bardzo często nadrabiają sporo w stosunku do rozkładu. Kierowcy co pewien czas zatrzymują się na przystankach na 10 minut by „skoordynować się” z rozkładem. Tak się składa, że przystanek, na którym wsiadam jest mniej więcej w połowie drogi między „punktami synchronizacji rozkładu”. Teoretycznie autobus kursuje co 15 minut. W praktyce jednak ci kierowcy, którzy nie zsynchronizowali się wcześniej dojeżdżają około 6-8 minut przed czasem. Jeśli następny postanowi wyrównać przed „moim” przystankiem i jest o czasie, można czekać i 20 minut na przyjazd autobusu. Czasami jednak można załapać się na ten wcześniejszy autobus. Niewielka to pociecha, bo kilka przystanków dalej kierowca zjeżdża na przystanek i czeka sobie 10 – 15 minut, by na stację kolejki wjechać o czasie. Jakby nie mogli właśnie koordynować rozkładów na stacji, a nie w szczerym polu. Doprowadza mnie to do szału nie dlatego, że dłużej jadę, ale dlatego, że autobus jest tak skomunikowany, że wjeżdżając na stację widzę z okien odjeżdżający pociąg. Kolejny jest za 16 minut. To kolejny bezsensownie marnotrawiony czas. Nie dziwie się, czemu mimo takich zachęt do używania transportu publicznego i takich utrudnień dla kierowców wiele osób nadal preferuje podróżowanie do pracy własnym samochodem.
Sam „Bałagan” jest bardziej zakręcony niż wydawało mi się na początku. Jego głównym i pierworodnym grzechem jest kompletna niesynchronizacja. I niestety obawiam się, że ja tu niewiele jestem w stanie pomóc. Problem tkwi w mnogości używanych systemów, które są ze sobą niekompatybilne i komunikacja między nimi odbywa się na poziomie kartki papieru i „klepacza”. „Bałagan” produkuje bardzo dużo danych, nad którymi nikt nie jest w stanie zapanować, okiełznać, przetrawić ich i przerobić na efektywne źródło informacji. Dajmy na to taki wąski wycinek działalności jak płace. Czas pracy personelu w aptekach jest rejestrowany przez „System Rejestracji Czasu Pracy”. Po zamknięciu dwutygodniowego okresu obrachunkowego następuje transfer danych do „Systemu Płacowego”. Transfer jest półautomatyczny. Czas pracy każdego pracownika oczywiście jest automatycznie importowany, ale to połowa sukcesu. Ponieważ w „Bałaganie” występuje zjawisko transferu pracowników, polegające na tym, że pracownicy apteki „A” pracują tam, gdzie akurat brakuje ludzi, występuje potrzeba odjęcia części kosztów z rachunku apteki „A” i dodanie do innych aptek. Tego systemy już nie potrafią zrobić i wprowadzane jest ręcznie. Kiedy już w „Systemie Płac” jest wszystko wprowadzone drukowane są raporty płacowe, które następnie wklepuje się do Excela. Arkusz kalkulacyjny dokonuje obliczenia koniecznych rezerw na urlopy, chorobowe, składki emerytalne i inne. Tak przeprowadzone kalkulacje są następnie drukowane i księgowane na odpowiednie konta kosztowe. Całą procedurę można by nieco zautomatyzować gdyby nie to, że występuje tyle wyjątków od reguł, jakimi rządzi się ten proces, że czas poświęcony na to, by mógł to zrobić automat byłby nieporównywalnie dłuższy od czasu klepania ręcznie. Jedyna korzyść, to wyeliminowanie ludzkich pomyłek.
Moje kontakty w „Bałaganie” są na razie ograniczone do Lu i kilku osób. Większość załogi stanowią kobiety w wieku 40-50 lat. Mimo szczerych chęci trudno znaleźć mi platformę kontaktu z nimi. Z biegiem czasu jednak coraz więcej poruszam się po firmie i coraz więcej osób mam okazję poznać. Moja specjalność wymaga jednak w większym stopniu pracy koncepcyjnej niż interakcji z ludźmi. Pod tym względem strasznie zazdroszczę Ulce. Charakter jej pracy powoduje, że non stop rozmawia z różnymi ludźmi, o odmiennych akcentach i różnym pochodzeniu. Dzięki temu jej angielski w znacznie się polepszył i to w oszałamiającym tempie. Pyzatym pracując z Australijczykami i konwersując z nimi złapała wiele „żywego języka”.
Im dłużej tu jesteśmy tym większe różnice powstają między nami. Ula czuje się w Melbourne bardzo dobrze i o zgrozo polubiła zdrajczyni to miasto. Ja z każdym dniem przekonuje się coraz bardziej, że nie jest to miejsce dla mnie. Pozytywne przesłanie płynące z tego brzmi, że czuję coraz większą mobilizację by zacząć robić coś, co w przyszłości pozwoli mi ewakuować się stąd.

Kiedy sponsorem notki w blogu Haroma była liczba 262, jego właściciel nawet nie zdawał sobie sprawy, że będzie to ostatnia (przynajmniej na jakiś czas) liczba w tej kategorii. Dzień po opublikowaniu notki, Harom dostał telefon, w którym prezes jednej z firm zaproponował mu pół roczny kontrakt. Nieufny z założenia i przesądny Harom, nie wychylał się z tą informacją dopóki słowo nie stało się ciałem. I choć nadal jest pełen niepokoju i nieufności postanowił jednak podzielić się ze światem tą radosną nowiną.

The założenia: Założenia są ambitne. Harom został zatrudniony jako System Accountant. Jego głównym zadaniem jest rewizja istniejących systemów rachunkowości zarządczej i zaproponowanie nowych rozwiązań. Firma pracuje w oparciu o kilka rozłącznych systemów komputerowych. Wiele informacji jest nieporównywalnych, a te co są bardzo często są niedokładne i nie precyzyjne. Firma wybrała również nowy zintegrowany system informatyczny do wdrożenia. W związku z tym głównym zadaniem Haroma jest przejrzenie systemów rachunkowości zarządczej pod kątem ich modyfikacji i implementacji do nowego programu a także zaproponowanie i opracowanie takich, które w obecnym stanie rzeczy są niemożliwe do uzyskania a były by pożądane jako cenne źródło informacji zarządczej i wsparcie decyzyjne dla kierownictwa.

The firma dalej zwana Bałaganem: Jakież było zdziwienie, gdy w środę pierwszego dnia pracy Harom się dowiedział gdzie tak właściwie będzie pracował. Nie jest to firma w potocznym rozumieniu, takim jak się kojarzy każdemu przeciętnemu człowiekowi. Należałoby raczej powiedzieć, że Harom będzie pracował dla „biznesu”, bowiem, trafił do struktury, która kontroluje ponad 40 aptek, ale nie jest firmą, spółka czy cokolwiek w tym stylu. Jest to raczej szereg interesów, które prowadzi właściciel na różnym poziomie. Ponieważ w Australii właścicielem apteki może być tylko farmaceuta i może on posiadać co najwyżej 5 aptek, BigBoss na swoje nazwisko ma zarejestrowanych obecnie 5 aptek. W innych przypadkach oficjalnym właścicielem apteki jest inny farmaceuta. Wynajmuje on pomieszczenie od innej firmy ze stajni BigBossa, spółki BigBossa zapewniają mu pracowników i całą obsługę finansową. Spółki BigBossa w jego imieniu płacą rachunki i zajmują się marketingiem i całą logistyką. Zamawiają towar, świadczą usługi spedycji i magazynowe. Bardzo często nie robią tego bezpośrednio ale za pośrednictwem Trustów, których współwłaścicielem jest również właściciel apteki. Firmy BigBossa zapewniaja również finansowanie i wyposażenie obiektu. W sumie farmaceuta daje swoją pracę, nazwisko na drzwi i reputację oraz niewielki, bo 5% wkład finansowy. W Bałaganie unika się słowa właściciel i franchyza. Politycznie bezpieczniej jest używanie słowa kontrola.

The BigBoss: Jeśli kwestię bycia czy nie bycia Żydem przejmuje się po matce, to BigBoss jest Żydem polskiego pochodzenia. Jego matka jest Żydówką, która wyemigrowała do Australii z Czechowic – Dziedzic. Mały, krępy z za duża skórą na twarzy, BigBoss wydaje się być postacią o aparycji żywcem ściągniętej z HUGO, bohatera POLSATowskiej kreskówki dla dzieci. W sumie Harom spotkał się z BigBossem tylko pierwszego dnia przez 5 minut.

The Bezpośredni Boss: Bezpośrednim przełożonym Haroma jest niejaki Lu Wu Cin. Nie ma nic bardziej mylącego w całym Bałaganie jak to nazwisko. Sugeruje ono, bowiem kogoś małego, żółtego, ze skośnymi oczami, krzywymi nogami i beri-beri. Lu, natomiast, jest postacią o sylwetce Ludwika Dorna. Wysoki na niemalże dwa metry, siwiejący z lekko przerzedzoną czupryną, sylwetka nieco zgarbiona i pod żadnym pozorem nie azjata.

The lokalizacja: Lokalizacja to największy minus Bałaganu, bowiem dotarcie do niego zajmuje Haromowi prawie półtorej godziny i wymaga zaangażowania 3 środków transportu. Na początek pociąg linii, przy której mieszka Harom, którym trzeba przejechać dwie stacje, następnie przesiadka na pociąg innej linii, którym trzeba przejechać około 25 minut, przesiadka na autobus i kolejna 35 minutowa podróż i na koniec 10 minut „z buta” od przystanku. W drodze do Bałaganu Harom ma tak skomunikowane połączenia, że nie czeka na przesiadkę dłużej niż 5-6 minut. W drodze powrotnej natomiast jest to około 10-13 minut oczekiwania na każdy kolejny środek transportu. Ponieważ kontrakt jest jedynie pół roczny, Harom ma nadzieje, że przetrwa ten okres bez samochodu.

The zarobki: Potrzeba zarabiania pieniążków to jedyna rzecz jaka popchnęła Haroma do związania się z Bałaganem. Wynagrodzenie to jedna z najważniejszych rzeczy w każdej pracy. Ale jak tu porównać zarobki z Au i te z Polski ? Nominalnie oczywiście nie ma sensu, bo pomnożywszy sumę z kontraktu przez kurs AUD/PLN dojdziemy w ślepa uliczkę, Każdy wie, że za 100 AUD w Australii kupi się znacznie mniej niż za 250 PLN w Polsce, bo inna jest siła nabywcza każdej waluty. Mądrzy ekonomiści wymyślili koszyk dóbr i usług jako metodą porównania. Ale przecież Harom nie ma czasu na zabawę i wycenianie kilkuset produktów po cenach z Polski i Australii by dokonać porównania. Co robić, co robić w takim przypadku ? Sięgnąć trzeba, po modele uproszczone. Jednym z nich jest Index Big Maca. Zakłada on, że Big Mac jest dobrym uogólnieniem koszyka dóbr i usług. Zawiera, bowiem produkty żywnościowe (mięsko, bułkę, jakieś warzywko), koszty robocizny, koszty wynajmu lokalu, energię itp. Słowem coś, na co człowiek wydaje w każdym kraju w nieco większej skali. Okazuje się również, że proporcje cen/kosztów każdej składowej Big Maca są podobne do proporcji jakie są w koszyku dóbr i usług. Poza tym Big Mac jest towarem globalnym dostępnym prawie w każdym kraju na świecie, dlatego uważa się, że przeliczenie ile Big Mac’ów można kupić za lokalną walutę jest dobrym wskaźnikiem do porównania kwot miedzy krajami. I tak w Polsce Big Mac kosztuje 6,40 PLN a w Australii 3,20 AUD. Wynika z tego, że za jednego dolara w Australii kupi się tyle dóbr i usług, co za 2 PLN w Polsce. Mimo, że bankowy kurs oficjalny dawałby 2,5 PLN. Wracając do sedna. Stosując index Big Maca stopa życiowa Haroma nieco się obniżyła, bowiem za miesięczne wynagrodzenie może on kupić w Australii o 4% mniej Big Maców niż mógł kupić w Polsce. W subiektywnym odczuciu Haroma, stopa życiowa obniżyła mu się troszkę więcej niż „nieco”, bo za mieszkanie w Polsce płacił 125 BigMaców miesięcznie, podczas gdy obecnie kosztuje go to ponad 180 Big Maców. Harom jednak nie popada w depresję z tego powodu, bo wie, że to dopiero początki i w miarę upływu czasu będzie już tylko coraz lepiej.

Jest czwarta nad ranem a ja nie słyszę natrętnego dźwięku elektronicznego budzika. Coś nie tak ? Nie, wszystko w porządku, dziś jest niedziela, pierwszy dzień od dłuższego czasu, kiedy Ula nie ma na 6 rano do pracy. Można pospać nieco dłużej. Słodkie lenistwo trwa prawie do w pół do ósmej. Moje, bo Ulka już nie potrafi dłużej spać niż do 6.30. W końcu i ja się zdecydowałem zwlec z materaca. Szybki prysznic, śniadanie, parę minut na Internecie. Nie ma co się spieszyć, komunikacja miejska w niedzielę zaczyna kursować dopiero przed ósmą. Wcześniej szkoda nawet wychodzić z domu. W końcu przed dziewiątą wychodzimy. Na zewnątrz piękne grudniowe słoneczko przebija refleksami przez łopoczące na wietrze liście platanów rosnących wzdłuż naszej ulicy. Ilekroć tędy idę przypominam sobie jak w jednej z małych parafii gdzieś w głębi Polski ksiądz dobrodziej obejmując nową parafię wyciął kilka dorodnych platanów. Mają one liście łudząco podobne do klonu i cienką łuszczącą się korę. Schodzi ona z pnia płatami niczym skóra z człowieka po kilku dniach od pierwszej opalenizny. W porównaniu z grubą spękana korą klonów, platan zimą wygląda jak obdarte z kory uschłe drzewo. Niewiedza księdza kosztowała życie kilkusetletnie drzewa a parafię około 300 tys. PLN kary.
Dojście do stacji kolejki miejskiej, która w Melbourne spełnia funkcję metra, nie zajmuje nam więcej niż 10 minut. Dziś idziemy spacerkiem, ale kiedy nam się spieszy można do stacji dojść w 6-7 minut. Po obu stronach torów małe budyneczki stacyjne. Zbudowane z czerwonej o dość surowej sylwetce żywcem przypominają budynki kolei niemieckich z polskich „ziem wyzyskanych”. Schodzimy w dół na peron. Najbliższy pociąg mamy za kilkanaście minut. Czekamy. O tej porze w niedzielę nie ma zbyt wielu podróżnych. W ciągu tych kilkunastu minut zebrało się nie więcej niż 10 osób. Najbliższe dwie stacje będę jechał na gapę. Właśnie skończył mi się bilet tygodniowy, a „Sunday Saver” pozwalający na nielimitowaną liczbę podróży w dowolnej strefie przez całą niedzielę dostępny jest tylko w punktach obsługi klienta. Najbliższy takowy jest na stacji „South Yara”. Wsiadamy wreszcie do pociągu nerwowo rozglądając się czy nie ma czasami kontrolerów. Cztery minuty, jakie zajmuje podróż na „South Yara” ciągną się w nieskończoność. Kiedy wreszcie dojeżdżamy, Ula posiadająca ważny bilet szybciutko biegnie kupić nam dwa „Sunday Savery”. To naprawdę bardzo dobre rozwiązanie. We wszystkich strefach przez cały dzień można jeździć za połowę ceny biletu dziennego dla jednej strefy.
South Yara uznana została za najlepszą dzielnicę Melbourne w jednym z rankingów The Australia, australijskiego odpowiednika Rzeczpospolitej. Ten, kto pisał ten ranking chyba nigdy nie podróżował koleją. Stacja wygląda tak, że nocą można podać portfel na kiju najbliższemu przechodniowi i szybko uciekać. Każdy wolny kawałem muru pokrywa graffiti. Jest dosłownie wszędzie. Wciska się nachalnie zewsząd sprawiając wrażenie, że jest się w slumsach Bronxu a nie w jednej z najlepszych dzielnic Melbourne. Na szczęście nie musimy tu długo czekać. Wsiadamy w najbliższy pociąg i jedziemy na Flinders Street, główna stację w centrum. Tu czeka nas przesiadka na jedna z północno-wschodnich linii. Wysiadamy z pociągu i staramy się rozeznać w terenie. System informacyjny to chyba największa bolączka Melbourne. Jest zupełnie nieefektywny. Wysiadając z pociągu na Flinders Street, wjeżdżamy do hollu głównego. Jak się dowiedzieć z którego peronu odjeżdża pociąg na który polujemy ? Są dwie możliwości. Spacer do jednego z dwóch wejść, gdzie jest informacja o wszystkich odjazdach, ale umieszczona tak, by widać ją było jedynie od strony wejścia a nie od peronów lub dreptanie wzdłuż zejścia na perony i czytanie informacji wyświetlonej na monitorach. Monitory są wielkości 21 calowego telewizora. Nikt nie wpadł na ten niesamowity pomysł by informacja wyświetlana była tak, aby czytelna była z odległości bez potrzeby odwiedzenia każdego peronu. No nic, nasz pociąg odjeżdża z pierwszego peronu. Przy zejściu na monitorze komunikat, żeby słuchać zapowiedzi, bo informacja nie działa. Świetnie. Jest niedziela rano, następny pociąg będziemy mieli dopiero za 35 minut. Czekamy. Oczywiście znów czas dłuży się niemiłosiernie. W końcu nadjeżdża i nasz pociąg. Wsiadamy. Nie mija 5 minut jak znów jesteśmy w drodze. Z początku krążymy po pętli oplatającej ścisłe centrum, by po kilku minutach wyjechać w kierunku północnym. Na tym odcinku stacje są co kilkaset metrów. W miarę upływu czasu zmienia się krajobraz za oknem. Pojawia się więcej zieleni a i teren nie jest już taki płaski. Trasa coraz częściej wiedzie wąwozami i niewielkimi tunelami. Spędzamy w pociągu prawie godzinę. Wysiadamy na jednym z ostatnich przystanków. Przejściem podziemnym wychodzimy przed stację. Tu na niewielkim placu znajdują się przystanki kilku linii autobusowych. Z trzech linii, które nam pasują dwie nie kursują w niedzielę a trzecia….. jeździ co dwie godziny !!! No tak, niedziela. W tym mieście w niedzielę najlepiej w ogóle nie wychodzić z domu jak się nie ma własnego samochodu. Dopisuje nam jednak szczęście i najbliższy autobus jest za niecałe 20 minut. W międzyczasie przechodzimy do bankomatu po gotówkę oraz odwiedzamy sklep w stylu „wszystko po 5 AUD”, gdzie kupujemy jakieś okropne kokosowe czekoladki. Nawet się nie obejrzeliśmy jak do zatoczki podjechał nasz autobus. Do nowoczesnego, niskopodłogowego wozu wsiada się przednimi drzwiami. Kierowca sprzedaje bilety lub sprawdza, czy masz ważny bilet okresowy. Jada na gapę raczej odpada. Kolejną bolączką informacyjną jest kompletny brak informacji w środku tramwajów autobusów. Ale o tym innym razem. Prosimy kierowcę, by wysadził nas przy East Etham Park. Rozsiadamy się wygodnie w autobusie, który wozi głównie powietrze. Poza nami jest tylko jeden pasażer. Przebycie tego ostatniego odcinaka wycieczki nie zabiera nam więcej niż 5 minut czasu. Wysiadamy z autobusu i już vis-a-vis przystanku widzimy cel naszej dzisiejszej wyprawy.

DSCN7977small.jpg

Miniaturowa kolejka zwana potocznie kolejką ogrodową tryska życiem. W niewielkich wagonikach słychać śmiech rozbawionych dzieciaków. Siedzący za nimi okrakiem rodzice też nieźle się bawią. Jak zwykle w takich sytuacjach zadaję sobie pytanie, czy to większa frajda dla dzieci, czy dla ojców. Stare porzekadło mówi, że małe kolejki są jak kobiece piersi. Z założenia przeznaczone są dla dzieci, ale najchętniej bawią się nimi dorośli . Mijając pierwszy przystanek miniaturowej kolejki przechodzimy przez tory o szerokości mniejszej niż długość naszych butów. Mijamy prawdziwy semafor sięgający nam do brody i prawdziwą sygnalizację jak na przejeździe kolejowym. Kilkanaście metrów za tym przystankiem, tor przechodzi przez kamienny mostek i znika w terenie nie dostępnym już dla postronnych. My idziemy dalej. Mijamy roześmiane piknikujace rodziny. Zewsząd dobiega zapach BBQ. Miesza się on z wonią rosnących tu ogromnych sosen. Wokoło biegają kilkuletnie dzieci hałasując niemiłosiernie. Kilkanaście metrów dalej, za parkingiem widzimy kucyki. Nieopodal duży plac zabaw i klub jeżdziecki. My jednak udajemy się w przeciwną stronę do głównego budynku, stacji kolejowej. Budyneczek również jest miniaturowy. Wszystko musi trzymać się odpowiedniej skali !!! Kiedy ja biegam jak oszalały z aparatem robiąc fotki, Ula staje w kolejce. Bilet na trwającą 15-20 minut przejażdżkę kosztuje 3 AUD. Po kilku minutach wchodzimy na niewielki peron. Za chwilę podjeżdża mały pociąg. Siadamy okrakiem na podłużnej ławeczce w środku wagonu i ruszamy !!! Wytaczając się ze stacji mijamy budynek nastawni a później lokomotywownie, przed którą jak na każdą stację przystało znajduje się pokaźna obrotnica. Nasz pociąg dziarsko toczy się po torach mijając kolejne rozjazdy. Chwilami nabieramy całkiem przyzwoitej prędkości. Pędzimy po łukach i wiaduktach. Na sąsiednich torach gnają inne składy z roześmianymi pasażerami. Mijamy też prawdziwy parowóz. Nie żadną makietę z silnikiem spalinowym, ale prawdziwy, napędzany siłą pary wodnej malutki parowozik. Kiedy Ula stała w kolejce po bilety, przyglądałem się nawet jak jest nawęglany i nawadniany. Na trasie znajdują się również tunele. Jeden z nich przejeżdżamy nawet dwa razy. Frajda co nie miara. Dookoła nas wre piknik. Ludzie porozkładali koce, kosze z prowiantem. Publiczne BBQ zieje zapachami pieczonych steków, kiełbasek, szaszłyków i wszelkiego możliwego mięsiwa. Miejsce jest idealne na niedzielny wypad. Nasza przejażdżka kończy się szybciej niż byśmy chcieli. Wysiadamy na stacji, na której wsiedliśmy. Kilkanaście następnych minut krążymy dookoła, po czym idziemy pod rozłożystą sosnę by uwalić się w cieniu. Tak, to jest naprawdę super miejsce na niedzielę.
Diamond Valley Mni Railway jest w pełni funkcjonalną miniaturową kolejka o szerokości toru 184 mm (7 i ¼ cala). Wszystkie pojazdy i urządzenia zbudowano tak, aby funkcjonowały z zachowaniem jednak dbałości o szczegóły, na jakie pozwala ta skala. Prowadzona jest przez wolontariuszy. Miłośnicy kolei budują modele, którymi później jeżdżą po torach budowanych również przez nich samych. Jest to dość kosztowne hobby, bo taka miniaturowa lokomotywka, to wydatek rzędu kilku do kilkunastu tysięcy dolarów. Bliższe informacje można znaleźć pod adresem
http://www.dvr.com.au
.
Tego dnia udało nam się złapać jeszcze raz autobus kursujący raz na dwie godziny. Pojechaliśmy w przeciwnym kierunku do innej stacji kolejowej, skąd bez żadnych większych ekstrasów dotarliśmy przez centrum do domu. Tak, niedziela to bardzo dobry wynalazek. Szczególnie jak nie pada i przygrzewa słoneczko. A zapomniałbym o fotkach. Wybrane fotki z imprezy, zmniejszone dla Waszej wygody do rozmiarów 800×600 znajdują się NASZEJ GALERII, dalej katalog Melbourne i podkatalog Miniaturowa_kolejka.

Wystawka.

6 komentarzy

„Dziób !!! Dwie przecznice od naszej ulicy ktoś pozbywa się mebli. Jest krzesło biurowe !!!” – krzyknęła wczoraj Ula tuż po powrocie ze szkoły. Nie chciało mi się zbytnio wychodzić z domu, więc zacząłem przekonywać, że trzecie krzesło nie jest nam na prawdę potrzebne a te dwa co mamy są tak fantastyczne, że ich zamiana jest bezcelowa. Mimo wszystko zebrałem jednak swoje zwłoki, naciągnąłem wytarte sztruksy na tyłek i pognałem w klapkach we wskazane miejsce. Krzesło rzeczywiście stało. Zwykłe, najtańszy model biurowy. Znam takie z autopsji. Brak podłokietników, zacinające się kółka, cholernie niewygodne a na dodatek odparzające pośladki po 15 minutach siedzenia. Krzesło odpada. Ale tuż obok krzesła stały ładnie poukładane inne meble. Mały regał, biurko z 4 szufladami, stół itp. Wszystko to zbyt pieczołowicie złożone by mogła być to wystawka. Na domiar wśród mebli znajdowała się mini-wieża Sony i mały podręczny odkurzacz. No to siadłem grzecznie naprzeciw tej graciarni by poczekać na kogoś, kogo mógłbym się o to zapytać. A nóż to nie wystawka, tylko ktoś znosi lub wnosi meble gdyż właśnie się przeprowadza? Lepiej poczekać niż z tak głupiego powodu złapać „criminal record”. Nie minęło 10 minut, jak zjawiła się kobiecina z pytaniem, czy to moje rzeczy, bo jeśli nie, to ona zainteresowana jest sprzętem grającym. Powiedziałem, zgodnie z prawdą, że rzeczy są nie moje, ale czekam na kogoś, bo ja również jestem tym sprzętem zainteresowany. No cóż, byłem pierwszy. „O nie” – pomyślałem, tak nie będzie, że ja tu siedzę jak głupi kołek a ktoś przyjdzie i weźmie sobie wieżę jak gdyby nigdy nic. Zabrałem sprzęt pod pachę i pognałem do domu. W ten oto sposób weszliśmy w posiadanie w pełni sprawnej mini-wieży Sony z podwójnym magnetofonem, tunerem, korektorem i CD. Właśnie siedzę i napawam się dźwiękiem wypełniającym nasze mieszkanie. Przyjemnym przestrzennym dźwiękiem ze zniewalającym basem wydobywającym się z kolumn.
Wystawki to częsta praktyka w Australii. Najczęściej dotyczą mebli. Czasami ludzie wystawiają jednak pralki, lodówki lub sprzęt elektroniczny i RTV. Nie zawsze są to rupiecie, czy rzeczy popsute. W Australii ludzie często zmieniają wyposażenie, nie tylko w przypadku, gdy stare już się popsuje. Ponieważ sprzęt elektroniczny ulega bardzo szybkiemu „zużyciu moralnemu”, na rynku pojawiają się coraz nowsze, bardziej zaawansowane modele, to nie zawsze opłaca się oddawać starego do komisu. Po prostu zbyt wiele zachodu w stosunku do korzyści. Czasami ludzie oddają to organizacjom charytatywnym, by te sprzedały w swoich „lumpexach”. Częściej jednak wystawiają po prostu na ulicę. Każda dzielnica, co pewien czas ogłasza dzień, kiedy można pozbyć się większych gabarytowo gratów. Wtedy pojawiają się wystawki w wielu domach. Również wtedy, zanim przyjedzie śmieciarka, grasują właściciele przeróżnych „second handów” w nadziei na znalezienie czegoś, co mogliby odsprzedać z zyskiem. Ścigają się oni z różnej maści studentami i emigrantami na dorobku. Hue, hue, hue.


  • RSS