harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2005

Czy pamiętacie swoje marzenia z dzieciństwa i młodości? Czy spełniło Wam się to, o czym marzyliście będąc 15-to, 16-to, 17-to latkami? Na ile realne były rzeczy, o których wtedy śniliście? Jak byliście zdeterminowani do osiągnięcia celu? Ile z marzeń zostało rozmienionych na grosze?
Kiedy miałem 15-16 lat moje marzenia były odległe i nierealne a mimo to większość rzeczy, które się później wydarzyły było podporządkowane ich realizacji. Zaczęło się to w pierwszej klasie liceum za sprawa kolegi z klasy. Tu ukłony do Ciebie „Szumik”, bo wiem, że to czytasz. Jakoś na wiosnę, pod koniec roku szkolnego nieźle się rozchorowałem. Lekarze wraz z rodziną położyli mnie na tydzień do łóżka, tragedia. Wtedy też dostałem do przeczytania (właśnie od „Szumika”) książkę Janusza Wolniewicza „Vanuatu – Czarny Archipelag”. No i mnie siorbało na całego. Pisana barwnym językiem, pełna kolorowych opisów i przygód lektura zawładnęła moją świadomością. Wieczorami przed zaśnięciem w myślach podróżowałem po bezmiarze Pacyfiku pomiędzy małymi wysepkami. Oczami wyobraźni widziałem piękne rafy koralowe, turkusowe wody laguny, ogromne wulkaniczne skały porośnięte bujną tropikalną roślinnością. Wraz z Januszem Wolniewiczem przezywałem jego przygody, śmiałem się w dowcipów, które urozmaicały lekturę. Następnie w atlasie geograficznym wyszukiwałem miejsca, o których pisze. W ten sposób, zobaczyłem, że na bezkresie Pacyfiku jest porozrzucanych setki wysp i wysepek, o których nie uczyli na lekcjach geografii. I tak się to zaczęło. Kiedy wyzdrowiałem, nadal nie mogłem oderwać myśli od pięknych słonecznych krain gdzieś tam po drugiej stronie globusa. W przeciągu następnych miesięcy przeczytałem wszystko, co na ten temat można było dostać w bibliotece miejskiej w Skarżysku. Część książek, których nie miała biblioteka, pożyczałem poprzez znajomych z bibliotek przyzakładowych. W ten sposób Lucjan Wolanowski, Wojciech Dworczyk, Janusz Wolniewicz i Przemysław Burchard zostali moimi mentorami. Pierwszy wydał reportaż z podróży „Księżyc nad Tahiti. Reporter na wyspach mórz południowych” (Warszawa 1963), a drugi książkę-album „Uroda Oceanii” (Warszawa 1975), w której również prezentuje piękno Tahiti. Wolniewicz napisał książki „Vanuatu czarny archipelag” (Warszawa 1978), „Ludzie i atole czyli wędrówki po Mikronezji” (Warszawa 1979) i „Wyspy szmaragdowego Pacyfiku” (Warszawa 1983), a Burchard swoje wędrówki po Oceanii opisywał głównie w magazynie „Poznaj Świat”. W późniejszym okresie odkryłem również Wojciecha Dąbrowskiego, który zaczął eksplorować Oceanię po 1989 roku. Przez kilka lat miałem kompletnego świra na tym punkcie. Na ostatnich kartkach szkolnych zeszytów wypisywałem nazwy archipelagów i wchodzące w skład wyspy. Znałem trasy podróży wszystkich wielkich odkrywców z tamtych terenów. Kolegów, którzy mieli zdolności plastyczne zamęczałem by naszkicowali mi zachód słońca na tle dwóch wygiętych oceaniczną bryzą palm. Później moje marzenia zaczęły ewoluować. Pojawiły się przewodniki Lonley Planet i z całej Oceanii w głowie pozostało tylko Fidżi. I to nie tylko, żeby tam pojechać i zobaczyć, ale pojechać i osiąść. Fidżi było ucieleśnieniem tego, co wymarzyła moja romantyczna dusza. Daleko, egzotycznie, spokojnie, a jednocześnie na tyle duże, że stanowi centrum dla Oceanii. Posiada własny uniwersytet, wielki międzynarodowy port lotniczy i kilka miast gdzie sklepy przypominają mniej więcej tez Europy. Ale to wszystko było gdzieś daleko, nierealne, nieosiągalne. Jedynie głupie młodzieńcze marzenia, które znikną wraz z końcem wieku pacholęcego. Wszystko zdawało się krzyczeć, że tak będzie. Pod koniec liceum pojawiły się poważne problemy rodzinne a co za tym idzie finansowe. Dodatkowo strasznie ciężko mi szła nauka języków obcych. Byłą to moja pięta Achillesowa. Słowem, facet dorośnij, przestań śnić i bredzić od rzeczy i zejdź na ziemię. No i na kilka lat zszedłem. Popadłem nawet w „garbusiarstwo”, hobby, które pochłaniało mnie bez reszty.
Kiedy kilka dni temu znów wyszukiwałem w Internecie kolejne oferty pracy, tak na próbę w pole „kraj” wpisałem Fidżi. Jakież było moje zdziwienie, kiedy wyszukiwarka wyrzuciła kilkanaście trafień. Przejrzałem je dokładnie i znalazłem nawet takie stanowisko, na jakie aplikuję w Melbourne. I w tym momencie właśnie uzmysłowiłem sobie, że Fidżi już nie jest tak daleko, jak było kiedyś. Młodzieńcze niedojrzałe marzenia są już prawie jak na wyciągnięcie ręki. Jeszcze tylko trochę czasu i pracy i będę w stanie po nie sięgnąć. To mi właśnie uświadomiło, że jeśli do czegoś się dąży bardzo uparcie, to nie ma rzeczy niemożliwych. Tak, Fidżi jest teraz bliżej niż było kiedykolwiek.

Nie tak dawno znajomy napisał do mnie e-maila, w którym z rozbrajającą szczerością stwierdził, że on dokładnie wie jak powstał QANTAS, natomiast zupełnie nie ma pojęcia co się u nas dzieje. Odpisując mu doszedłem do wniosku, że nie ma przeciwwskazań, by mniej więcej to samo napisać na bloga.
Zacznijmy, więc od dzisiejszego sponsora. Liczba 262 to ilość aplikacji o pracę, jakie rozesłałem przez ostatnie 2,5 miesiąca, czyli będąc już w Melbourne. Naczytawszy się na blogach i różnych forach dyskusyjnych jak wiedzie się niektórym emigrantom z Polski, jak głupi dałem się podpuścić i zamarzyłem by również znaleźć pracę w zawodzie. (A jak przed wyjazdem mama mówiła, że ze mnie jest dupa nie facet i nigdy nie znajdę takiej pracy to nie wierzyłem). Zostawiając poza polem zainteresowań szacowne profesje robotnika budowlanego, malarza, sprzątacza, czy pomywacza, które wykonuje całkiem spore grono emigrantów, skupiłem się na poszukiwaniach w kierunku finanse – rachunkowość. Teoretycznie, pole do popisu jest ogromne. Jeśli w jednej z najpopularniejszych internetowych wyszukiwarek pracy ustawimy kryteria: miasto Melbourne, profesja – rachunkowość, ogłoszenia opublikowane w ciągu 3 ostatnich dni, to w zależności od tygodnia uzyskujemy od 300 do 600 wyników. Takie wyszukiwanie robię 2-3 razy w tygodniu. Samo przeczytanie nagłówków tych ogłoszeń to praca na dobre kilka godzin. Oczywiście nie otwieram ich wszystkich, ale kilkadziesiąt, które mają najbardziej obiecujące tytuły. Czytam je dokładnie, starając się zarówno w tekście jak i między wierszami znaleźć to, czego oczekuje pracodawca a ja jestem w stanie zapewnić. W wyniku tego powstaje lista 25-35 ogłoszeń, na które przygotowuję aplikację. Każdą aplikację przygotowuję oddzielnie. Oczywiście mam listę fraz i akapitów, które wklejam w zależności od potrzeby. Jeśli w ogłoszeniu poszukują kogoś z doświadczeniem w rachunkowości zarządczej, podkreślam tą część mojego życiorysu zawodowego, jeśli dla odmiany kogoś, kto wdrażał w firmie zintegrowany system ERP, to chwalę się osiągnięciami w tym kierunku. W sumie przygotowanie takiej aplikacji metodą kopiuj – wklej zajmuje około 10-15 minut. Daje to około 4-5 aplikacji na godzinę. Licząc, że aplikacji jest około 30, czasami trzeba jakąś napisać od nowa, co zajmuje już około 30 minut, to jest to praca na pełny etat – 8 godzin. Dzień trzeci tego procesu to rozsyłanie gotowych aplikacji. W zależności od preferowanego przez ogłoszeniodawcę sposobu gotowe aplikacje rozsyłam e-mailem, poprzez wyszukiwarkę czy też stronę WWW konkretnego ogłoszeniodawcy. Przy 30 sztukach zajmuje to około 3-4 godzin. Później już tylko obdzwonienie osób kontaktowych, do których poszły zgłoszenia w poprzedniej turze i uzupełnienie bazy danych wysłanych zgłoszeń. Prowadzę takową, by nie pogubić się w tym całym procesie. Efektem 262 wysłanych do tej pory aplikacji w przytłaczającej większości jest głucha cisza. Około 1/3 przypadków kończy się grzecznościowym listem odmownym „spod szablonu”. Tylko dwa razy (z resztą ta sama agencja) wysłano mi list odmowny tradycyjną pocztą. Dla porównania w Cairns około połowy wszystkich odpowiedzi negatywnych, jakie dostałem była w formie tradycyjnego listu. Pozytywnymi efektami prowadzonej przeze mnie obecnie kampanii na dzień dzisiejszy jest wproszenie się na 7 rozmów i dokładnie taka sama liczba dłuższych (około 20-30 minutowych) interview telefonicznych.
Interwiew, na których byłem rozgrywały się wg. dwóch schematów. Pierwszy z nich miał miejsce w agencjach pośrednictwa, gdzie za rozmówców miałem zawsze kompletnych idiotów. Drugi, bezpośrednio w firmach, gdzie to przeprowadzający rozmowę finansiści mieli do czynienia z kompletnym idiotą . Różnica jest naprawdę kolosalna. Konsultant agencji pośrednictwa nie ma zielonego pojęcia zazwyczaj o dziedzinie, w której rekrutuje. Porusza się w ciągu utartych szablonów i kryteriów, jakie ma zadane od pracodawcy. Rozmowa o finansach i rachunkowości z nim, to jak rozmowa z pięcioletnim dzieckiem. Odbija sobie to z nawiązką mszcząc się na kandydacie i patrząc jak ten wije się w męczarniach behawioralnego interview. Zadając mi pytania „czy wołałbyś być puszką zupy Cambella, czy gmachem opery w Sydney” i podobne, konsultanci HR z agencji pośrednictwa spadli w mojej hierarchii szacunku do zawodów nawet poniżej sprzedawców samochodów. Ale to temat na zupełnie odrębną notkę. Rozmowy w firmach mają zupełnie inny przebieg. To właśnie podczas nich dowiadywałem się ile jeszcze nie wiem i jak daleko moje umiejętności są niedoskonałe. W każdym przypadku rozmowa była konkretna, żadnego pseudonaukowego bełkotu czy tematów zastępczych. I mimo, że po raz kolejny okazywało się jak wiele mi brakuje z rozmów takich zawsze wychodziłem podbudowany.
No nic, wracam do klepania kolejnych aplikacji, choć coraz ciężej mi to idzie, coraz bardziej przypomina znienawidzoną pańszczyznę, coraz częściej rzygać mi się już chce na samą myśl, że mam znów to robić.
Na specjalne życzenie Uli na koniec coś optymistycznego. Właśnie mija trzeci dzień wolnego w Uli pracy i o dziwo nie zjedliśmy się nawzajem. Przed chwilą wciągnęliśmy przepyszne lody z polewą czekoladowa i orzeszkami a w TV jest kolejny debilny show . Poza tym idą Święta Bożego Narodzenia i Śnięty Mikołaj będzie rozdawał prezenty grzecznym dzieciom, a tym niegrzecznym rózgę na d…… Rózga, hmmmm, trochę fetyszyzmu jeszcze nikomu nigdy nie wyszło na złe. Może jeszcze jakieś kajdanki albo lateksik by się znalazł . Byłoby jak znalazł !!!

W tym filmowym cytacie kryje się wiele prawdy, bowiem australijski narodowy przewoźnik QANTAS jest jedyną liczącą się na świecie duża linią lotniczą, która nigdy nie odnotowała poważniejszego wypadku a działa już nieprzerwanie od dokładnie 85 lat.
A wszystko zaczęło się 16 listopada 1920 roku w hotelu Gresham w Brisbane, gdzie formalnie została zawiązana spółka Queensland and Northern Territory Aerial Services Limited, z siedzibą w Winton. I choć podwaliny pod firmę zostały położone nieco wcześniej, ta właśnie datę uważa się za dzień narodzin Qantas. Również siedziba w Winton miała symboliczne znaczenie, gdyż zarząd spotkał się tam tylko raz. Na swoim pierwszym i ostatnim spotkaniu w Winton, 10 lutego 1921 r. zadecydowano o przeniesieniu kompanii o 160 km na południowy wschód do Longreach.
Początki były dość skromne. W roku 1921 spółka posiadała jedynie 3 samoloty w tym dwa pasażerskie dwupłatowce. W pierwszym roku działalności przewiozła 871 pasażerów pokonując 54 000 km. W tym okresie nie były to loty rozkładowe a jedynie przeloty turystyczne oraz w ramach taksówki powietrznej. Musiały stanowić niesamowitą frajdę, gdyż dwupłatowce zabierały po 2 pasażerów, w odkrytej kabinie umieszczonej na przedzie samolotu. Pierwszy rozkładowy lot pasażerski miał miejsce 2 listopada 1922 roku na trasie Longreach-Winton-McKinlay-Cloncurry.
Kolejne lata to burzliwy i pełen zwrotów akcji rozwój kompanii. W międzyczasie zmieniła ona dwukrotnie swoją siedzibę, przenosząc się najpierw do Brisbane a później do Sydney. Przez 85 lat QANTAS wielokrotnie zmieniało swoje oblicze. W ciągu tych lat miało miejsce również wiele spektakularnych wydarzeń, jak choćby to z 1974 roku, kiedy to należący do Quantas Boening 747 ewakuując ze zniszczonego przez cyklon Tracy Darwin 673 osoby ustalił światowy rekord ilości pasażerów zabranych na pokład samolotu. Innym spektakularnym osiągnięciem Qantas jest przelot non-stop na trasie Londyn – Sydney. Miało to miejsce 17 Sierpnia 1989 roku. Lot na dystansie 18 001 km trwał ponad 20 godzin i ustanowił wówczas rekord długości przelotu dla lotnictwa cywilnego. Kiedy w 1935 roku Qantas współpracował przy połączeniu zwanym „Kangaroo Route” przebycie tego samego odcinka wymagało użycia 5 różnych typów samolotów, zaangażowania do współpracy 3 linii lotniczych, 42 tankowań i 2 połączeń kolejowych. Pokonanie ww. trasy zajmowało 14 dni.
Dzisiejszy QANTAS to nowoczesna kompania. Obchody 85-lecia uświetnione zostały miedzy innymi przez zapalonego miłośnika lotnictwa, Johna Travolte, który z tej okazji przyleciał do Australii pilotując osobiście swojego pasażerskiego Boeninga. Największą atrakcją był chyba jednak pokaz największego pasażerskiego odrzutowca świata – AirBusa A380. Ten kolos wysokości 7 piętrowego budynku może pomieścić na pokładzie 800 (sic !!!) pasażerów w klasie ekonomicznej lub 555 jeśli będzie przystosowany dla 3 klas. Pięć międzynarodowych linii lotniczych operujących z lotnisk w Australii już zamówiło te maszyny. Pierwszy raz powinny wystartować z Australii już na początku 2007 roku. Airbus odwiedził Brisbane, Sydney i Melbourne wszędzie budząc podziw. Tysiące fanów zjawiły się na lotniskach, by móc przyjrzeć się z bliska tej fascynującej maszynie. W Melbourne Port Lotniczy na swojej stronie WWW udostępnił relację na żywo z lądowania i startu maszyny.
A wracając do tematu z tytułu. Pokusiłem się o zestawienie największych katastrof lotniczych w dziejach lotnictwa cywilnego w Australii.

DATA Miejsce Przewoźnik Samolot Liczba ofiar.
10.06.1960 Ocean w pobliżu Mackay Trans Australian Airlines F-29 Fokker Friendship 29
26.06.1950 York Australian National Airways Pty Ltd Douglas DC-4 28 Zabitych w wypadku, 1 ofiara umarła po 2 dniach, RAZEM 29
31.12.1968 Port Hedland: Robertson-Miller Airlines Vickers Viscount 720 26.
10.03.1946 Derwent River Ansett Airways Douglas DC-3 (C-47-DL) 25
22.09.1966 On Nadjayamba Station około 15 km na zachód od Winton Ansett/ANA Vickers 832 Viscount 24
03.05.2005 Lockhart River Aero Tropics 15

To ostatnie wydarzenie odbiło się dość szerokim echem w Cairns. Przez dwa tygodnie nie schodziło z czołówek gazet. Głównie z powodu, że kompania, której samolot się rozbił mieści się w Cairns, 13 spośród 15 ofiar uczyło się lub mieszkało w Cairns, jak również z powodu, że 15 lat wcześniej w katastrofie lotniczej niedaleko Mareeby (ok. 100 km na południowy wschód od Cairns) zginął burmistrz i kilku członków rady miasta. Jak widać z powyższego zestawienia tytułowe hasło „Always fly Qantas, Qantas never crash” nie jest pustym frazesem.

Niniejszym informuje, ze właśnie zaczęła działać nasza galeria. Znajduje sie ona pod adresem
http://www.australia.luka.eu.org
Wejście również przez link umieszczony po prawej stronie. Zapraszam do oglądania i do komentowania zdjęć a właściwie ich zawartości, bo same fotki są amatorskie i żadnej profesjonalnej wartości nie niosą.

W Australii czynniki oficjalne są bardzo wyczulone w sprawach segregacji rasowej, religijnej, ze względu na wiek czy płeć, itp. W odczuciach przeciętnych ludzi uregulowania w tym zakresie sięgnęły granic absurdu. Szefowie w firmach zastygają w przerażeniu sparaliżowani widmem oskarżenia o molestowanie sexualne, jeśli przez przypadek położą rękę na ramieniu koleżanki. Święty Mikołaj sadza dzieci do pamiątkowego zdjęcia na stołeczku obok, gdyż wzięcie malucha na kolana mogłoby być pretekstem do wysunięcia oskarżenia o pedofilię. Nic więc dziwnego, że w rozmowach prywatnych i nieoficjalnych wahadło wychyla się w nadmiernie drugą stronę. W Północnym Queensland ulubionym tematem żartów „chłopaków z country” są Aborygeni. W karczmianych żartach są oni przedstawiani przeważnie jako głupi, leniwi, brudni, agresywni alkoholicy, czasami złodzieje. Poniżej pakiet właśnie takich niepoprawnych politycznie kawałów o Aborygenach.

P. Jak nazwać Aborygena w Roys Roysie ?
O. Złodziej

P. Jak zwracać się do Aborygena w garniturze ?
O. Oskarżony.

P. Jak zwracać się do Aborygena trzymającego broń ?
O. Sir.

P. Jak nazwać Aborygena, który bardzo dobrze wypadł w teście na inteligencję
O. Szympans

P. Czy słyszałeś o tych dwóch Aborygenach występujących w programie „To niewiarygodne”?
O. Nie.
O. Jeden nie był alkoholikiem, a drugi znalazł pracę.

P. Co się otrzyma po skrzyżowaniu Aborygena z Nowozelandczykiem ?
O. Kogoś zbyt leniwego nawet żeby kraść.

P. Jakie są najcięższe 4 lata w życiu Aborygena
O. Szósta klasa.

P. Co to jest: Długie na 2 kilometry i ma IQ = 40
O. Marsz Protestacyjny w sprawie ochrony ziem Aborygenów.

P. Jak ochronić Aborygena przed utonięciem ?
O. Zdjąć nogę z jego głowy

P. Dlaczego Aborygeni śmierdzą tak przeraźliwie ?
O. Żeby ślepi również mogli ich znienawidzić.

P. Jak najprościej zabić Aborygena ?
O. Spuścić klapę od sedesu, podczas kiedy będzie pił.

P. Wyobraźmy sobie dwa wypadki. W jednym ciężarówka zabiła kangura w drugim Aborygena. Jaka jest różnica na miejscu wypadku ?
O. Na asfalcie są widoczne ślady hamowania przed ciałem kangura.

P. Ilu Aborygenów potrzeba by zjeść jednego kangura.
O. Trzech. Jeden je a dwóch pilnuje czy nie jedzie ciężarówka.

P. Jaką różnicę czuje kobieta prowadząca Volvo i trzymająca Aborygena za krocze.
O. Prowadząc Volvo czuje więcej męskości.

P. Jaka jest różnica między Aborygenem i wiadrem gnoju.
O. Wiadro.

P. Dlaczego Aborygenki jedzą trzymając nogi rozłożone szeroko.
O. Żeby utrzymać muchy z dala od jedzenia.

Żyd, Hindus i Aborygen podróżowali razem. Przed nocą udało im się dotrzeć do niewielkiej wioski, gdzie była tylko jedna gospoda. Karczmarz przywitał ich serdecznie o powiedział, że niestety ma tylko dwa miejsca w gospodzie. Zaznaczył również, że nie ma nic przeciwko, żeby trzeci podróżny przespał się w oborze. Problem postanowiono rozstrzygnąć w drodze losowania. Najkrótszą słomkę wylosował Hindus i to jemu przypadło spać w oborze. Kilka minut po losowaniu słychać pukanie do drzwi. Gospodarz otwiera, a w progu stoi Hindus mówiąc „Przepraszam, ale tam jest krowa. Moja religia zabrania mi spać pod jednym dachem z krowa”. Drugą najkrótszą słomkę wylosował Żyd. Poszedł do obory. Po kilku minutach znów słychać pukanie do drzwi. Gospodarz otwiera, a w progu stoi Żyd mówiąc „Przepraszam, ale tam jest świnia. Moja religia zabrania mi spać pod jednym dachem ze świnią”. Chcąc nie chcąc w oborze wylądował Aborygen. PO kilku minutach rozlega się pukanie do drzwi. Gospodarz ponownie otwiera a w progu stoi krowa ze świnią.

Dowcip w oryginale – gra słów nieprzetłumaczalna na j. polski. Abo- Aborygen, Garbo- garbage man – śmieciarz.
A garbage truck stops outside a ramshackle old house in Redfern.
The garbo yells out to the old Abo sitting on the front step: „Hey, where’s your bin?”
Abo answers „I’ve bin in Queensland”.
Garbo: „No, where’s your wheelie bin?”.
Abo: „Well, I’ve weally bin in jail for the last two weeks, but don’t tell anyone”.

Australijczyk, Żyd i Aborygen przechodzili przez jezdnię, kiedy śmiertelnie potrącił ich autobus. Stanęli więc u bram Nieba i zaczęli błagać Św. Piotra by pomógł im wrócić na Ziemię. Są przecież tacy młodzi. Św. Piotr się zgodził pod warunkiem, że każdy mu zapłaci po 500 AUD. Australijczyk bez wahania wyjął 500 AUD z kieszeni i wręczył Św. Piotrowi. BANG !!! Błysnęło światło i ocknął się stojąc bezpiecznie po drugiej stroni ulicy. Niezwłocznie udał się do najbliższego pubu, gdzie opowiedział swoją niesamowitą historię. Oczywiście nikt mu nie chciał uwierzyć. W pewnej chwili padło pytanie. „Jeśli to prawda, to gdzie w takim razie jest pozostała dwójka?” Australijczyk na to, że kiedy opuszczał Niebo, Żyd próbował stargować na 100 AUD a Aborygen się wykłócał, że za niego powinien zapłacić Rząd.

I na koniec coś zupełnie z „innej bajki”. Ostatnio media w Polsce rozpisywały się o Abrahamie Goldbergu, przedsiębiorcy, który zdefraudował w Australii około 1,5 miliarda dolarów i zapadł się jak kamień w wodę. Okazało się, że od 15 lat prosperuje całkiem dobrze prowadząc interesy w Polsce. Dopiero po lekturze tych doniesień w pełni zrozumiałem żart.

Little Sarah swallows a $1 coin.
„Quick!”, shouts her mother, „Send for a doctor!”
„Doctor? Rubbish!”, shouts her father, „Send for Abraham Goldberg! He can get money out of anybody!”

tłumaczenie

Mała Sara połknęła jednodolarówkę.
„Szybko!”, krzyczy matka, „zadzwońcie po doktora”
„Doktor? Niewarto !” odpowiada ojciec, „zadzwoń po Abrahama Goldberga. On z każdego potrafi wyciągnąć pieniądze.”

Kult Cargo

5 komentarzy

Mieszkańcy wielu obszarów sąsiadujących z Australią przez całe lata z podziwem w oczach i zazdrością obserwowali niezrozumiałe dla nich życie białych osadników. Widzieli jak statkami docierają nieznane im do tej pory wyroby i towary. Pewnego dnia zapragnęli, by róg obfitości otworzył się również dla nich. W tym celu wiele prymitywnych plemion zaczęło naśladować działania białych wierząc, że są to jakieś tajemne rytuały religijne służące ściągnięciu dóbr, które zsyła Bóg a chciwi biali przechwytują je tylko dla siebie. Mieszkańcy wybrzeża budują prymitywny port. Potem ze słomy, patyków, lian zbudowali coś w rodzaju wieży radiostacji i tańczyli wokół niej całymi dniami. Następnie zachowywali się tak, jakby wysyłali jakąś wiadomość, po czym pobiegli na przystań, pewnie w oczekiwaniu na statek. Mieszkający w głębi wyspy tubylcy najwyraźniej postanowili zwabić samoloty – wyrąbali w dżungli pasy startowe, urządzili lotnisko z drewnianymi „wieżami kontrolnymi” i masztami „radiostacji”. Potem tańczyli i śpiewali wokół tych „urządzeń”… Pewna grupa z wyspy Markham (Nowa Gwinea) zainstalowała nawet „linię telegraficzną” (stanowił ją przeciągnięty od chaty do chaty sznur) dla możliwie najszybszego przekazania wieści o przybyciu przodków z europejskimi towarami.
Brzmi to jak opis żywcem wyciągnięty z jakiejś podróżniczej powieści awanturniczej a jednak miało i nadal ma to miejsce w rzeczywistości a antropolodzy nadali tym działaniom całkiem poważną nazwę – Kult Cargo (cargo po angielsku znaczy „towar”).
Początki tych kultów sięgają pierwszych dziesięcioleci XX wieku. Na leżącej w Cieśninie Torresa, 4 km od wybrzeży Papui Nowej Gwinei wyspie Saibai, od 1975 roku będącej częścią Australii, w 1913 r. istniała grupa wyznawców kultu cargo, której prorok German Wislin zapowiadał przybycie z mitycznej krainy (nazwał ją Karman) wypełnionych żywnością statków, prowadzonych przez zmarłych przodków – ci ostatni po wylądowaniu mają wymordować wszystkich białych. Najbardziej jednak znanym prorokiem cargo wydaje się być amerykański żołnierz John Frum. Przybył on w 1943 roku na wyspę Tana w archipelagu Newe Hebrydy (Vanuatu). Ówcześni mieszkańcy żyli w bardzo prymitywnych warunkach. Udało mu się kilku wyleczyć za pomocą środków z podręcznej apteczki, kilku obdarował jakimiś drobiazgami. Gdy Frum wreszcie odpłynął do domu, obiecał przyjaciołom, że kiedyś do nich powróci. Niestety, nie dotrzymał słowa. Oni czekają na niego do dziś
Prawdziwy rozkwit kultu cargo przypada na okres II wojny światowej. Do wielu prymitywnych plemion docierają jednostki wojskowe tworząc przyczółki. Dla lokalnych plemion wojskowa musztra wygląda jak obrzędy religijne po, wypełnieniu których pojawiają się statki i samoloty wypełnione po brzegi wszelakim dobrem. Niejednokrotnie wojskowe samoloty transportowe rozbijały się próbując podejść do lądowania na „fałszywych” wyrąbanych przez tubylców pasach startowych rozrzucając dokoła cały cenny ładunek. Często też żołnierze handlowali z lokalnymi plemionami kupując sobie przychylność miejscowej ludności. Kiedy wojna się skończyła, skończyła się również obecność wojskowa na wielu wyspach, a co za tym idzie dostępność egzotycznych dla tubylców produktów. Ci jednak nie mogli tego zrozumieć i postanowili, że sami za pomocą obrzędów sprowadzą z powrotem statki z wszelakim dobrem. Zbudowali więc baraki na towary, prymitywne punkty obserwacyjne, przez lornetkę zrobioną z dwóch pustych butelek wypatrywali w morze, nasłuchiwali sygnałów w słuchawkach składających się z dwóch połączonych pałąkiem połówek orzecha kokosowego. Sfrustrowani brakiem efektów swoich modlitw do potężnego bóstwa Cargo, bardzo łatwo wierzyli przeróżnym „prorokom”, za których podszywali się różni szarlatani. Jak mocno ten kult może być zakorzeniony w świadomości ludzkiej niech świadczy przypadek z wyspy Nowy Hanower. Lokalni mieszkańcy za nic nie chcieli uwierzyć tłumaczeniom, że cała kolonialna infrastruktura nie miała służyć żadnym lokalnym obrządkom i wpadli na pomysł by sprowadzić na wyspę ówczesnego prezydenta USA, Lyndona Johnsona. Gdy dowiedzieli się, że nie zostanie ich prezydentem, zaczęli zbierać pieniądze: wpadli na pomysł, że po prostu kupią go, a gdy przejmie władzę na ich wyspie, zdradzi sekret zdobywania ładunków za pomocą magii. Kiedy i to rozwiązanie okazało się niemożliwe do zrealizowania, w 1972 r. jeden z członków plemienia postanowił złożyć siebie w ofierze bóstwu cargo. Od współwyznawców zebrał 20 tysięcy dolarów, by mogli uczestniczyć w tym wydarzeniu. Przedstawiciel australijskiego rządu wyperswadował mu ten pomysł. Pieniądze przeznaczono na budowę pomnika w Canberze.
Kult Cargo nie zaginął całkowicie w obszarze Oceanii. Nadal jest dość aktywny wśród wielu szczepów Wysp Salomona, jak również na wspomnianej wyspie Tana. I chociaż misjonarze wprowadzili na archipelagu chrześcijaństwo, wyspiarze nadal modlą się do swego boga, Johna Fruma, oraz odprawiają tajemnicze magiczne obrządki mające na celu sprowadzić go na Tanę. Również władze administracyjne podejmowały przeciwko nim niekiedy bardziej stanowcze działania (np. aresztowały one oraz skazały na wygnanie proroka Pako i jego najbliższych współpracowników, a także uwięziły niejakiego Manehiviego podającego się za wcielenie Johna Fruma). W sumie działania te okazały się mało skuteczne i kulty te istnieją do dzisiaj.

Przez trzydzieści trzy lata udało mi się dorobić:

- Królewny z bajki,
- garstki cudownych przyjaciół,
- wizy emigracyjnej do Australii,
- sporej wady wzroku od ślęczenia przed książkami i monitorem,
- kilu byłych narzeczonych, które nadal mnie lubią i kilku, które nienawidzą,
- kultowego VW Garbusa (którego musiałem odsprzedać przenosząc się do Australii),
- siwiejącej brody,
- długiego i pełnego nagłych zwrotów akcji CV,
- kilku zatwardziałych wrogów,
- miliona niewypowiedzianych obelg.

Nie udało mi się:
- wyspać,
- znaleźć pracę, którą bym kochał, choć wszyscy jesteście świadkami, że próbowałem szczęścia, gdzie się dało,
- nauczyć się jeść pałeczkami,
- zostać znanym podróżnikiem, żeglarzem, odkrywcą czy ekscentrycznym multimilionerem na miarę Steve Fosseta
- przestać się dzwiwić pewnym rzeczom w Australii,
- zrozumieć kobiety,
- zrozumieć dzieci,
- zrozumieć koty,
- zrozumieć fascynację Australijczyków jajowatą piłką,
- napisać autobiografię, która okazałaby się światowym bestsellerem,
- rozgryźć fenomenu kilku snobistycznych, potwornych w smaku potraw,
- nauczyć tolerować buraków, hipokrytów i hedonistów,
- polubić chodzenie do nadętych restauracji,
- nauczyć robić dobra minę do złej gry.

Z okazji urodzin życzę sobie by:
- jak najszybciej wrócić do Cairns,
- Socceroos awansowali do finału Mistrzostw Świata,
- nie stracić kontaktu z rzeczywistością, zachować obiektywizm, nigdy nie sądzić, że Australia to wszystko,
- warunki mieszkaniowe pozwoliły przygarnąć kota
- nie popadać w zachwyt nad rzeczami błahymi i płytkimi,
- nie obnosić się niczym paw z rzeczami banalnymi,
- zawsze żyć dla siebie, nie na pokaz,
- nigdy nie popaść w konformizm,
- pogoda w Melbourne była bardziej znośna,

Najważniejszym wtorkiem w Australii jest pierwszy wtorek listopada. W tym dniu właśnie około godziny 3 popołudniu czasu wschodnioaustralijskiego cały kraj zamiera na kilka minut. Powodem jest najpopularniejszy w Australii i jeden z bardziej znanych na świecie wyścigów konnych – Melbourne Cup. W tym momencie każdy, kto tylko może słucha relacji radiowych, ogląda gonitwę na TV trzymając mocno kciuki (choć tu się nie trzyma kciuków tylko krzyżuje palec serdeczny ze wskazującym) za swojego faworyta. Australijczycy są takimi hazardzistami, że nie mogliby przegapić tej okazji. Oni potrafią się zakładać i stawiać pieniądze o to, która z much, które właśnie usiadły na ścianie odleci jako pierwsza. Dzień, w którym ma miejsce najważniejsza gonitwa w roku jest w Victorii dniem wolnym od pracy.
Melbourne Cup rozgrywany jest nieprzerwanie od 1861 roku. Gonitwa odbywała się zarówno w latach wielkiego kryzysu gospodarczego jak i podczas wojny. Konie i dżokeje ścigają się na dystansie 3 200 metrów a gonitwa jest uatrakcyjniona o „handicap” co oznacza, że liczy się nie tylko najszybszy koń, ale tez ten, który potrafi pobiec z największym obciążeniem. O prestiżu nie świadczy jedynie historia i popularnoość. Liczą się przede wszystkim pieniądze, które w tym przypadku są gigantyczne. W tym roku pula nagród to bagatelka 5,1 mln AUD. Słyszałem również plotki, że najwyższa stawka postawiona na konia w tym roku osiągnęła kwotę 1 mln AUD.
Melbourne Cup stanowi szczyt wiosennego „karnawału”. W życiu Melbourne jest to więcej niż tylko gonitwa. To całe wydarzenie socjalne, które elektryzuje setki tysięcy osób. Już w sobotę na mniej ważnych gonitwach było podobno 115 000 osób a we wtorek będzie za pewne znacznie więcej. W Polsce chyba jedynie msze celebrowane przez Papieża potrafiły przyciągnąć tyle ludzi. Na pewno żadne wydarzenie sportowe nie zelektryzuje tak tłumów. Z obsługą wyścigów związany jest cały przemysł. Szczególnie jeśli chodzi o modę. Podczas kiedy na torze ścigają się konie, płeć piękna rywalizuje w konkursie kapeluszy, sukni, butów, torebek i innych dodatków. W tym okresie sklepy sprzedają setki tysięcy takich wyrobów. Tak, jak w Polsce na wiejskich i małomiasteczkowych cmentarzach 1 listopada jest pokaz mody, futer i złotych zębów, tak tu liczą się najbardziej fantazyjne nakrycia głowy. Obserwacja tego to dość ciekawe doświadczenie socjologiczne. Z jednej strony widzimy wytworne kreacje od drogich krawców, suknie i nakrycia głowy warte dziesiątki tysięcy dolarów. Lotniska pękają w szwach od prywatnych samolotów i helikopterów. Ludzie bawią się w klubie gdzie członkostwo kosztuje ponad 33 000 AUD rocznie a i tak muszą płacić za każde zamówienie, gdzie najtańsza pozycja w menu kosztuje około 70 AUD. Z drugiej strony lokalnymi pociągami na wyścigi ciągną tysiące dziewczyn z przedmieść. Ubrane w kiepskiej jakości, pozerskie kiecki, pretensjonalne nakrycia głowy i takież buty wyglądają niczym świta ze współczesnego wiejskiego wesela. Wymalowane, odstrzelone jak stróż na Boże Ciało często z ledwością chodzą na wysokich obcasach. Ich główną atrakcją na wyścigach jest pokazać się i spić. Wieczorem, po zakończeniu gonitw wiele z nich w pijanych w sztok, w podartych kieckach, poobdzieranych wymiotuje gdzieś po rogach, albo wręcz zalega na ziemi zbyt pijana by podnieść się o własnych siłach. Oczywiście obie grupy to jedynie kilka % widzów, ale tych najbardziej rzucających się w oczy. Oprócz nich jest cała rzesza publiczności począwszy od lat 5 do 95. Niewątpliwe Melbourne Cup jest ogólnonarodową gorączką, na którą zapadają ludzie bez względu na wiek, wykształcenie, pochodzenie.
Melbourne Cup ma również swojego bohatera. Jest nim Phar Lap, najsłynniejszy koń wyścigowy Australii. Urodzony w Nowej Zelandii w 1926 roku koń wygrał wszystko, co się da wygrać. Zwyciężył w 37 ze swoich 51 startów, zarabiając dla swoich właścicieli gigantyczną jak na owe czasy kwotę 65 000 funtów. Podczas swojego ostatniego biegu w Melbourne Cup startował niosąc na grzbiecie ciężar 68 kg. Phar Lap zdechł w niewyjaśnionych okolicznościach, niektórzy sądzą, że został otruty. Ponieważ Australijczykom generalnie brakuje relikwii i artefaktów, które mogliby czcić postanowili stworzyć coś takiego z doczesnych szczątków Phar Lapa. Szkielet konia wspaniałomyślnie (choć pewnie z ciężkim sercem) podarowali Nowej Zelandii, gdzie wystawiany jest w Dominion Museum, skórę wypchano i stanowi obecnie ważny eksponat w Museum of Victoria a ogromne, zakonserwowane końskie serce Phar Lapa można oglądać w National Museum of Australia. Ale Australia już taka jest. Podczas gdy w Luwrze jest ponad 65 000 dzieł sztuki, na zobaczenie których nie starczyłoby miesiąca, tak w Australii ekspozycję w muzeum bardzo często stanowi jakieś stare rodło, dziurawe wiadro, dwie zardzewiałe łopaty.


  • RSS