harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2005

Jedną z bardziej rzucających się w oczy różnic między Cairns i Melbourne można dostrzec w ubiorze dziewczyn. W środku zimy dziewczyny z Cairns zakładały krótkie spódniczki i bluzeczki na ramiączkach a do tego nosiły na nogach prawdziwe zimowe kozaczki wyściełane futrem. Widziało się też szaliki owinięte dookoła szyi spadające na dekolt. W Melbourne jest niemalże dokładnie na odwrót. Można zobaczyć dziewczęta poubierane w długie spodnie, ciepłe kurtki i szaliki, które mają na nogach …… odkryte klapki zwane w AU „tongami” a w Polsce „Arabami” lub „Japonkami”. No cóż, co kraj to obyczaj.

W wyborczy weekend pojechaliśmy ze znajomymi do „Domu Polskiego” w dzielnicy Albion. Jechaliśmy z myślą o głosowaniu, ale w tym dniu komisja nie dopisywała do listy i nikt z tych, którzy nie zgłosili wcześniej chęci udziału nie mógł głosować. No prawie nikt, bo jedna znajoma w zapartego udawała, że dzwoniła i wpisywała się na listę, a robiła to tak bezczelnie, że w końcu udało jej się oszukać komisję i zagłosować. Ale to był wyjątek. Niestety odsyłano wielu ludzi z przysłowiowym kwitkiem. Jeden delikwent przejechał ponoć 200 km żeby zagłosować i również go spławiono. My chyba nie byliśmy aż tak zainteresowani głosowaniem, bo kiedy usłyszeliśmy, że nie dopisują do listy nawet nie poszliśmy sprawdzić tego osobiście wierząc informatorowi na słowo, nie mówiąc już o próbie podjęcia jakiś negocjacji. Wybory były chyba tylko pretekstem by zobaczyć polski klub i skosztować polskiego żarełka. Klub przypomina knajpy z dancingiem z lat 80-tych. Trochę jak w restauracji „Promień” w Skarżysku. Czas się zatrzymał tam jakieś 25 lat temu. Zarówno wystrój jak i organizacja żywcem wzięta z filmów Barei. Pod drewnianą ścianą wielkiej sali ustawiono samotną babcię kasjerkę z ledwo widocznym menu wydrukowanym na dwóch kartkach formatu A4. Oczywiście jak przystało na rasowy lokal tej klasy nigdy nie dostaniesz wszystkiego, co znajduje się w menu. Po zamówieniu i zapłaceniu z wąskim paskiem rachunku z kasy udajemy się do wielkiego okienka, gdzie kucharki wydają posiłki. Średnia wieku to mniej więcej 50-60 lat, tembr głosu i uprzejmość jak w knajpkach z GS-u. Jak nic przypominały mi kucharki, które gotowały na koloniach letnich, na które jeździłem. Przyznać jednak trzeba, że jedzono było bardzo smaczne, takie jak domowe. Wciągnęliśmy z Ulą po porcji gołąbków z sosem grzybowym i popiliśmy piffkiem. Do „Żywca”, „Okocimia” i „Broka”, jakie już wcześniej piliśmy w Australii tym razem doszła lubelska „Perła”. Ponieważ nigdzie nam się nie spieszyło spędziliśmy tam ze znajomymi dobrych kilka godzin na przemian w stołówce lub na zewnątrz na lekko przygrzewającym wiosennym słoneczku.

W zeszłym tygodniu złożyliśmy przez Internet wniosek wizowy o nową wizę dla Uli. Zapłaciliśmy kartą kredytową i grzecznie czekaliśmy, co się będzie dalej działo. Z symulacji przeprowadzonych za pomocą narzędzi ze strony wynikało nawet, że Ula nie będzie musiała robić dodatkowych badań lekarskich. To duży plus, bo nie tylko nie będzie niepotrzebnego zachodu, ale również zostanie w kieszeni kilkaset dolarów. Wizę pomostową pozwalającą na pobyt w Australii między końcem dotychczasowej wizy a rozpatrzeniem wniosku przyznano od ręki. Z resztą to jest tylko wpis do komputerowych rejestrów departamentu imigracji i nie idzie za tym żaden stempel w paszporcie. Po kilku dniach od złożenia wniosku na internetowej stronie departamentu imigracji przeczytaliśmy, że wiza została przyznana i trzeba się zgłosić po wlepkę do paszportu. Pojawił się jednak jeden mały problem. W warunkach, na jakich wiza została przyznana wyraźnie widniało „no work”. Czyżby trzeba było znów występować po pozwolenie na pracę ? Nazajutrz po przyznaniu wizy Ula pobiegła z paszportem do „immigration”. Kiedy podeszła do okienka i zapytała o pozwolenie na pracę okazało się, że urzędnik przyznający wizę zrobił to wbrew prawu. Raz przyznane pozwolenie na pracę nie może być w takim przypadku cofnięte. Okazało się również, że Ula była drugą osobą w historii, której coś takiego się przytrafiło. Hehehe, małe pocieszenie, splendor zawsze spływa na pierwszą osobę. Prawie każdy wie, kto był pierwszym człowiekiem na Księżycu, ale już niewielu kojarzy kto był drugi. Wracając jednak do Uli wizy. Całą sprawę należało odkręcić. Odkręcanie potrwało trochę i wydatnie wydłużyło pracę biura. Należało anulować niekorzystny zapis na Uli wizie, wprowadzić nowy i wydrukować odpowiednie „dupokrytki” do tego. Obsługujący ją urzędnik nie mógł tego zrobić sam, musiał mieć autoryzację swojego przełożonego, więc sprawa trochę potrwała. Rozmowa w międzyczasie wyglądała mniej więcej tak: Urzędnik – nie wiem dlaczego tak zrobiłem, musiałem nieźle popić dzień wcześniej.; Ula – Nie ma sprawy stary, dopóki potrafisz to odkręcić jest wszystko ok. Kiedy już cała papierologia została załatwiona, uzyskano potrzebne akceptacje i autoryzacje nie pozostało już nic innego jak tylko wydrukować nową wlepkę i wkleić do Uli paszportu. W ten sposób Ula przedłużyła swój legalny pobyt w Australii do 27 listopada 2007 roku.

Pół roku….

9 komentarzy

Nawet się nie obejrzeliśmy jak na początku października minęło pół roku od przyjazdu do Australii. Każdy z nas przed wyjazdem, świadomie czy nie, ma jakieś plany, marzenia, pragnienia dotyczące nowej rzeczywistości. Pół roku to dobry okres na pierwsze podsumowanie. Przed wyjazdem mieliśmy plany krótkoterminowe, właśnie takie na pół roku, średnioterminowe, które chcielibyśmy zrealizować na przestrzeniu 2-3 lat oraz te dalekosiężne, na co najmniej 10 lat.
Nasze (moje) zderzenie z rzeczywistością tu na dole globusa okazało się bardziej brutalne niż przewidywaliśmy nawet w najbardziej pesymistycznych scenariuszach. Nie udało się zrealizować żadnego z założeń, które zrobiliśmy przed przyjazdem. W pierwszym półroczu chcieliśmy po pierwsze utrzymać się w Cairns. Nigdy więcej dużego miasta, tłumów na ulicach, korków, zapachu spalin, przestępczości, pomazanych ścian i murów, tracenia życia na dojazdy, mieszkania w „dzielnicy sypialni”. Po drugie miałem znaleźć pracę w swoim zawodzie (choćby krok lub dwa wstecz, ale w zawodzie) i po trzecie Ula miała kontynuować naukę w rozsądnej szkole.
Obecnie mogę podzielić nasz pobyt w Australii na ten ciężki, pełen wyrzeczeń, ale za razem i pełen nadziei oraz przepięknych chwil okres w Cairns i na ten beznadziejny z ostatniego miesiąca z Melbourne. W ten sposób pierwsze z naszych założeń przed wyjazdem „wzięło w łeb”. Z przyczyn ekonomicznych zamieniliśmy Cairns na Melbourne, które jak na razie w niczym nie zrekompensowało nam tego, co utraciliśmy opuszczając tropiki. Z małego zielonego, czystego miasteczka przenieśliśmy się do betonowego molocha ze wszystkimi uciążliwościami Wielkiego Miasta. Już nie mamy 15 minut pieszo nad ocean, kilometrów przepięknych piaszczystych plaż, małomiasteczkowej leniwej atmosfery. Tracimy mnóstwo czasu na dojazdy, obijamy się o tłumy pędzących gdzieś w amoku ludzi, z okien pociągu widzimy całe kilometry murów obrzydliwie pobazgranych graffitti. Odległości są takie, że nawet posiadanie roweru niewiele mogłoby pomóc. No i pogoda jest raczej „nie nasza”. No ale to jest tak, że góral zawsze będzie czuł się źle nad morzem, a marynarz w Zakopanem. Po prostu nie jesteśmy zwolennikami zupełnie czegoś innego.
Drugie z założeń również jak do tej pory nie udało się zrealizować. Oczywiście od kiedy przeprowadziliśmy się do Melbourne potencjalnych ofert pracy jest kilkaset razy więcej. W Cairns w dobrym tygodniu było 5 do 7 ogłoszeń w moim profilu. W Melbourne jest ich 200-300. Niestety jak dla mnie nie ma większej różnicy, czy nie chodzę do jedynej knajpy w mieście, bo mnie nie stać, czy też knajp, na które mnie nie stać jest kilkadziesiąt. Nie zaprzeczam, że w dużej mierze wina leży po mojej stronie. Nie mam tego uroku osobistego, siły przebicia, dozy szczęścia i zdolności handlowych, które pozwolą atrakcyjnie sprzedać moją osobę na interwiew. Niestety poszukiwanie pracy ma wiele wspólnego z handlem. Często lepiej się sprzedaje dobrze reklamowany i wyeksponowany towar gorszej jakości. Pod tym względem o wiele łatwiej dostać wizę emigracyjną do Australii niż później pracę. W tym pierwszym przypadku decydują jedynie suche fakty na papierze, które podlegają bezosobowej ocenie. W drugim, niestety czynnik ludzki odgrywa znaczącą rolę. W moim przypadku kluczowym wydaje się brak doświadczenia na rynku australijskim. Odnoszę wrażenie, że jest to tak ważne, gdyż rekrutujący agenci nie mają zielonego pojęcia o dziedzinie, w której szukają pracownika. Nie są w stanie przeprowadzić prawdziwego testu umiejętności przydatnych do pracy, więc uciekają się do wymyślnych behawioralnych interview, dzięki którym wybierają najlepszego sprzedawcę swojej osoby, typu MBW (mierny, bierny ale wierny). Krew mnie dosłownie zalewa, jak słyszę na interview pytanie „Czy wolałbyś być puszką zupy Cambela czy budynkiem opery w Sydney i dlaczego”. Jedna ze scen podczas interview rozbawiłaby mnie do łez, gdybym to nie ja był tym przesłuchiwanym. Pełen entuzjazmu zespół 2 konsultantów już prawie mnie umieścił na stanowisku u swojego klienta. Prawie, bo dopiero w połowie wywiadu padło pytanie o doświadczenie w Australii. Kiedy okazało się, że nie mam żadnego, przebieg interview zmienił się diametralnie. Znikł ich entuzjazm, dosłownie komiczne były ich wysiłki by jak najszybciej skończyć spotkanie. Powiedzieli nawet żebym się nie trudził nad wypełnianiem formularzy, które jeszcze 10 minut wcześniej były wg nich bardzo ważne. Na serio dobra komedia.
Trzecie założenie padło ofiarą niespełnienia dwóch pierwszych. Zamiast porządnej szkoły będącej dobrą bazą na przyszłość musieliśmy zadowolić się najtańszą szkółką wizową. Na domiar złego, zostaliśmy tak zakręceni podczas załatwiania formalności, że podpisaliśmy bardzo niekorzystną umowę. Tak bardzo pilnowaliśmy wszystkich błędów w imieniu, nazwisku, kwocie oraz pozostałych pomyłek oraz niekończącego się poprawiania dokumentów, terminów itp., że podpisaliśmy się pod dokumentem mówiącym, iż musimy zapłacić za cały kurs niezależnie od tego, czy z niego Ula zrezygnuje, zostanie usunięta czy z jakichkolwiek innych przyczyn nie będzie mogła ukończyć. O fakcie zorientowaliśmy się dopiero w domu dokładnie czytając wszystkie dokumenty. Echhhh, a przecież nie od dziś wiadomo, żeby nie podpisywać niczego bez dokładnego przeczytania. Daliśmy ciała po raz kolejny.
Reasumując pierwsze pół roku pobytu oceniam definitywnie na NIE. Jeszcze miesiąc temu myślałem, że będę bardziej powściągliwy w ocenie i w skali „szkolnej” od 1-6 dam około 3, ale w naszym obecnym położeniu pocieszającym jest jedynie fakt, że Ula ma pracę na pół etatu. Poza tym jedynym plusem nie potrafię znaleźć ani jednego pozytywnego aspektu naszego przyjazdu do Au.

Sorbona.

5 komentarzy

Taką szyderczą nazwą określa się uczelnie, które swoim poziomem dalekie są od ideału a ich jedyną zaletą jest niska cena. Właśnie na dniach Ula została studentką Victorian Institute of Technology, gdzie przez następne dwa lata pobierać będzie nauki w kierunku Advanced Diploma of Accounting. Kiedy dwa lata temu pisałem, że IH Cairns nie przypomina szkoły żyłem w błogiej nieświadomości, że można znaleźć coś mniej przystającego do tego miana. Ale od początku.
Od momentu naszego przyjazdu do Melbourne mamy tylko miesiąc na przedłużenie Uli wizy. Nasza obecna sytuacja nie pozwala jeszcze wystąpić o wizę partnerską dla niej, więc konieczne jest ubieganie się o kolejną wizę studencką, czyli trzeba znaleźć odpowiednią szkołę. W celu „wizowym” można oczywiście wykupić najtańszą szkołę i studiować kierunek, który nie jest przydatny do niczego, można również dorzucić nieco grosiwa i zaciągnąć się tam, gdzie człowiek posunie się choć krok na przód. Rachunkowość, kierunek, który wybrała Ula, jest bardzo popularny i dostępny na większości uczelni.
Struktura studiów w Australii różni się znacznie od struktury znanej z Polski. W Polsce, w zasadzie po maturze można od razu robić studia magisterskie lub podzielić to na dwa etapy, licencjat + studia uzupełniające. W Australii studia są bardziej poszatkowane. Pierwszym etapem, nazwijmy to dla naszych potrzeb policealnym, choć czasami odnoszę wrażenie, że to bardziej odpowiada poziomowi polskiego technikum, są certyfikaty. Z premedytacją użyłem słowa „policealny” gdyż warunkiem „wejścia” bardzo często jest ukończenie 12 lat nauki, czyli „jak w mordę strzelił” ośmiu lat podstawówki i 4 lat liceum. W zależności od stopnia skomplikowania materii, którą studiujemy certyfikatów tych może być trzy, cztery lub pięć. Są to jakby klocki składające się na poziom zwany dyplomem. Dyplom taki następnie można „ulepszyć” studiując w kierunku „advanced diploma”. Kolejnym stopniem na edukacyjnej drabince jest tzw. „tertiary education” (w wolnym przekładzie wykształcenie 3-go stopnia), gdzie zdobywamy tytuł „bechelora”. Bardzo często jest to porównywalne do polskiego tytułu licencjata, nie mniej jednak podczas uznawania polskiego wykształcenia przez tutejsze instytucje nasz magister jest „degradowany” właśnie do poziomu „tertiary education”. Wynikałoby z tego, że studia licencjackie powinny być porównywane z poziomem „advanced diploma”, skoro po ich skończeniu trzeba robić studia uzupełniające by uzyskać poziom równy dla tutejszych instytucji poziomowi „bechelor degree”. Dla osób ambitnych kolejnym szczebelkiem jest „Master Degree”, czyli tytuł tłumaczony w Polsce jako „magister”. Nie wiem skąd się wzięło takie przyporządkowanie, skoro zarówno w Polsce jak i w Australii studia w kierunku „Master Degree” uważa się jako studia „postgraduate”, czyli podyplomowe. Pewne jest jedno, nie istnieje jednoznaczne i dokładne przełożenie tytułów i stopni naukowych z polskich na australijskie i odwrotnie.
Wracając do „Sorbony”, w której nauki pobierać będzie Ula, trzeba powiedzieć, że nasz wybór stanowi kompromis między tym, co byśmy chcieli a tym, na co w tej chwili możemy sobie pozwolić. Kiedy szukaliśmy szkół oferujących „advanced diploma of accounting” czesne w najdroższej z nich wynosiło 77 000 AUD. Nie ulega wątpliwości, że za taką ceną idzie również jakość edukacji i 12 000 AUD, które kosztuje Uli kurs to jak porównywanie malucha z mybachem. Szkołę znaleźliśmy dzięki namiarom uzyskanym od znajomych. Jest to najtańsza z tych szkół, której nie grozi zamknięcie przez departament imigracji i dającą jednocześnie zarówno podstawę do przedłużenia wizy na kolejne dwa lata, jak i miejmy nadzieję jakąś wiedzę. Niezaprzeczalnym, ogromnym plusem jest lokalizacja w centrum, mniej więcej 10 minut pieszo od Uli obecnej pracy, więc oszczędność czasu na dojazdach jest oczywista. Szkoła mieści się na 4 piętrze dziesięciopiętrowego budynku. Z wartych odnotowania faktów, które rzuciły nam się w oczy warto jeszcze wspomnieć, że całość prowadzona jest przez …….hindusów. Mieliśmy również kilka ciekawych sytuacji przy załatwianiu formalności. Mimo, że załatwialiśmy wszystko przez pośrednika, nasz przelew utknął w Polsce i musieliśmy udać się tam osobiście by dokonać opłaty za pomocą karty kredytowej. Pierwszą reakcja hindusa z recepcji było przerażenie. Strach w jego oczach mówił wiele. Kolejną reakcją byłą panika i gorączkowe wyjaśnianie o co chodzi. Kiedy wreszcie udało nam się wyłuszczyć sedno, pokazując cała wszystkie faxy z naszą korespondencją uśmiechnięty od ucha do ucha hindus zgodził się łaskawie przyjąć opłatę. Jakież było moje zdziwienie, kiedy w przybytku mającym status uczelni IT, prowadzącym kursy CISCO i mającym na ścianach porozwieszane szereg certyfikatów Microsoftu i lidera nowoczesnych technologii, obsługujący nas hindus wyjął „hebel”, czyli ręczną maszynkę do kopiowania kart kredytowych. W duchu dziękowałem opatrzności, że nie byłem skąpcem i wyrobiłem sobie tradycyjną wypukłą kartę kredytową, bo przy tańszej, płaskiej, jedynie elektronicznej karcie bylibyśmy „ugotowani”. Kiedy wydawało się, że jest już po wszystkim, zrobiliśmy opłatę, otrzymaliśmy rachunek okazało się, że szef jest zajęty i po najważniejszy dokument, „certyfikat przyjęcia” służący za podstawę do złożenia wniosku wizowego mamy zgłosić się jutro. Ponieważ nam się nie spieszyło przystaliśmy na to. Pożegnaliśmy się ładnie, po czym ruszyliśmy na miasto. Nie minęło 15 minut, kiedy Ula otrzymała telefon, że musi dostarczyć zaświadczenie o ukończeniu szkoły, bo inaczej bez tego nie może rozpocząć nauki. Osz to szczury, pomyśleliśmy, pieniądze to przyjmują bez problemu a dopiero później zaczynają kręcić !!! Wróciliśmy więc do szkoły wyjaśnić o co chodzi. Okazało się, że Ula musi dostarczyć kopię świadectwa maturalnego i wyniki egzaminu IELTS. Ustaliliśmy, że przyniesiemy to nazajutrz rano. Tylko czemu mówią o tym dopiero teraz, kiedy nas już skasowali za kurs ? Nieważne. Następnego dnia przed południem, obładowani we wszystkie możliwe zaświadczenia, dyplomy, tłumaczenia i certyfikaty znów odwiedziliśmy rzeczoną „Sorbonę”. Tym razem pojawiła się kolejna niespodzianka. Szkoła nie może zorganizować kursu w terminie przewidzianym w „letter of offer”, bo instruktor jest na urlopie i rozpoczęcie przesunie się o dwa tygodnie. Trzeba wystawić nowy „letter of offer”. Przy wystawianiu zarówno listu jak i nowej kopii wczorajszego rachunku powstała trudność z Uli nazwiskiem. Przepisując ze starego listu zakłopotany hindus pominął jedną literkę. Trzeba było list przepisać na nowo. W kolejnej wersji pojawił się błąd rachunkowy. Echhh, kiedy wreszcie doszło do wystawienia „COE”, czyli najważniejszego dokumentu stanowiącego podstawę do złożenia wniosku wizowego sprawdziliśmy go kilkukrotnie, czy aby „fachowcy” znów czegoś nie pokręcili. Na szczęście nie. Cała operacja zajęła nam ponad 1,5 godziny. Na koniec uścisnęliśmy sobie dłonie a w stronę Uli padło sakramentalne „witamy wśród studentów Victorian Institute of Technology”. I właśnie tak Ula została studentką.

Piłka Kopana.

2 komentarzy

Niewątpliwie najpopularniejszą odmianą piłki kopanej w Australii jest jajowata piłka do footy / rugby. Rozgrywki prowadzone w ramach co najmniej 3 różnych federacji przyciągają na stadiony setki tysięcy kibiców i kilkanaście razy więcej przed ekrany telewizorów. Zupełnie dla mnie nie zrozumiała miłość Australijczyków do kopania jajowatej piłki przekłada się wprost na niewielką popularność gry zwanej w Polsce Piłką Nożną. Gra ta, znana w Australii jako Soccer, bardziej jest popularna wśród dziewcząt niż chłopców. Nie mniej jednak Australia ma swoją męską narodową drużynę piłki nożnej, pieszczotliwie nazywaną „Socceroos”, co jest grą słów stanowiącą połączenie „Soccer” i „kangaroos”.
Australijska narodowa federacja piłki nożnej powstała w 1961 roku a w dwa lata później stała się członkiem FIFA. Największym sukcesem „Socceroos” było wywalczenie awansu do Mistrzostw Świata rozgrywanych w RFN w 1974 roku. Na mistrzostwach Australia nie wyszła z fazy grupowej remisując z Chile 0:0, oraz ulegając NRD 0:2 i RFN 0:3. Nigdy więcej nie udało się australijskiej drużynie powtórzyć tego sukcesu. Główną przyczyną wydaje się być 0,5 miejsca na finałach MŚ, które przypada na strefę Oceanii. Oznacza to, że zwycięzca eliminacji w tej strefie musi grać dodatkowe baraże z 5 drużyną eliminacji w strefie południowo amerykańskiej. Socceros wygrali ostatnie trzy z rzędu eliminacje w grupie Oceanii i przegrali wszystkie trzy baraże.
Jak wyglądają eliminacje do MŚ w strefie Oceanii? Już na pierwszy rzut oka różnią się znacznie od rozgrywek z kontynentów, gdzie piłka nożna ma mocną pozycję. W eliminacjach do MŚ w Niemczech w 2006 roku wzięło udział 12 drużyn reprezentujących zarówno niepodległe państwa jak i terytoria zależne rozrzucone po bezmiarze południowego Pacyfiku. Rozgrywki składały się z 3 faz. W pierwszej fazie utworzono dwie pięciozespołowe grupy. W skład pierwszej wchodziły: Wyspy Salomona, Tahiti, Nowa Kaledonia, Tonga i Wyspy Cooka. W drugiej grupie znalazły się: Vanuatu, Fidżi, Papua Nowa Gwinea, Samoa i Samoa Amerykańskie. Zamiast rozgrywek „mecz i rewanż”, znanych z grup eliminacyjnych na pozostałych kontynentach, zorganizowano kilkudniowe turnieje, gdzie każda drużyna grała z każdym przeciwnikiem tylko raz. Pierwsza grupa rozegrała swój turniej w Honiarze, stolicy Wysp Salomona w dniach 10-19 maja 2004 roku. Druga grupa rywalizowała dokładnie w tym samym czasie w Apia, stolicy Samoa. Do dwóch zwycięskich drużyn z każdej grupy dokooptowano Australię i Nową Zelandię i w ten sposób utworzono sześciozespołową grupę rywalizującą w II fazie eliminacji. Oprócz wspomnianych Ozzi’ch i Kiwi’ch w grupie tej znalazły się: Wyspy Salomona, Tahiti, Fidżi i Vanuatu. Turniej eliminacyjny w tej fazie rozgrywek odbył się w Adelajdzie między 29 maja a 6 czerwca 2004 roku. Drużyny, które zajęły pierwsze dwa miejsca, czyli Australia i Wyspy Salomona spotkały się w trzeciej fazie rozgrywek. Rywalizacja w drugiej turze miała swój mały skandal. W ostatnim meczu Socceros zremisowali 2:2 z Wyspami Salomona, dzięki czemu ich najgroźniejszy rywal Nowa Zelandia spadła na 3 miejsce, a do finału zakwalifikowały się znacznie niżej notowane Wyspy Salomona. Trzecia, finałowa faza eliminacji to mecz i rewanż. Pierwsze spotkanie, odbywające się 3 września 2005 r. w Sydney, Socceroos wygrali 7:0 a rewanż, trzy dni później w Honiarze, był już tylko formalnością i zakończył się nieco mniejszym zwycięstwem, bo 2:1.
Teraz przed Socceroos kilka tygodni oczekiwania na zakończenie rozgrywek w grupie południowo amerykańskiej. Ostatnia, decydująca o awansie potyczka odbędzie się 12 listopada w południowej Ameryce oraz cztery dni później na stadionie Telstra Dom w Sydney.
W obecnych eliminacjach Soceroos po raz ostatni zagrali w grupie Oceanii, bowiem władze Międzynarodowej Federacji Piłkarskiej (FIFA) wyraziły zgodę na przenosiny Australii ze strefy Oceanii do Azji. Australijczycy liczą, że zmiana federacji na azjatycką zwiększy ich szanse na awans do finałów mistrzostw świata.
Przyszłoroczne finały MŚ odbywają się znów w Niemczech, więc być może uda się Australijczykom powtórzyć sukces sprzed 32 lat i znów zagrać w gronie najlepszych. Być może Polska znów wygra z Anglią 1:0 jak 32 lata temu na Wembley i również pojedzie do Niemiec. Kto wie, może ślepy los sprawi, że obie drużyny spotkają się w jednej grupie albo rozegrają mecz w wyższej fazie rozgrywek? Tylko komu wtedy kibicować?

Ranking zespołów narodowych FIFA – wrzesień 2005

1. Brazylia
2. Holandia
3. Argentyna
4. Czechy
5. Meksyk
….
17. Polska
….
50. Australia
111. Nowa Zelandia
137. Tahiti
138. Wyspy Salomona
139. Fidżi
148. Vanuatu
165. Papua Nowa Gwinea
178. Samoa
179. Tonga
185. Nowa Kaledonia
193. Wyspy Cooka
205. Samoa Amerykańskie
Sklasyfikowano 205 reprezentacji.

W miarę upływu czasu Melbourne staje się nam coraz lepiej znane. Potrafimy się już po nim poruszać w miarę sprawnie. Nie oznacza to jeszcze, że już je polubiliśmy. Podobno Melbourne zyskuje z czasem. Zobaczymy. Pierwsze kilka tygodni to droga przez mękę. Dobrze, że mogliśmy liczyć na nieocenioną pomoc kilku znajomych. Inaczej poleglibyśmy na całej linii. Kilka rzeczy wywarło na nas ogromne wrażenie. Zarówno pozytywne jak i negatywne. A oto kilka z nich.
Transport publiczny – Jest dość efektywny. Połączenie kolei z tramwajami i autobusami zapewnia połączenia na przyzwoitym poziomie. Kolej to właściwie znane z innych miast metro, z tym jednak wyjątkiem, że poza ścisłym centrum wychodzi ono „z podziemia”. W sercu miasta, ścisłym centrum wszystkie pociągi krążą po pętli, by następnie wyjechać w stronę przedmieść w kilku kierunkach. Później każda z tych linii rozgałęzia się na kilka kolejnych oplatając miasto niczym ośmiornica mackami torów. To właśnie bliskość kolejki jest jednym z czynników określających atrakcyjność miejsca zamieszkania, gdyż w dość bezpośredni sposób warunkuje czas dojazdu do szkoły/pracy.
Sieć kolejowa uzupełniana jest przez sieć tramwajową. Zapewniają one komunikacje w ścisłym centrum oraz sąsiadujących dzielnicach. Bardzo często docierają tam, gdzie nie ma kolejki. Można nimi dotrzeć również do nieco odleglejszych miejsc, ale ze względu na naziemny charakter, dużą ilość przystanków, uliczne światła i czasami torowiska dzielone z ruchem kołowym przy dłuższych dojazdach lepiej korzystać z kolejki. Czasami tramwaje są klasą same dla siebie. Bywają nowoczesne, w pełni skomputeryzowane sensorowe wozy z XXI wieku, są też nieco starsze przypominające dobrze znane z większości polskich miast „ogórkowate” w kształcie wozy w wieku około 30 lat, a są również prawdziwe zabytki, które w Polsce można spotkać jedynie na specjalnych liniach turystycznych uruchamianych dla turystów. Tu zabytki te na niektórych liniach stanowią trzon taboru i jeżdżą na co dzień. Tramwaje mają drzwi z obu stron i kabiny sterownicze po obu końcach. Dzięki takiemu rozwiązaniu nie potrzebne są duże łuki na pętlach do zmiany kierunku jazdy. Wystarczy jedynie zwrotnica kierująca na sąsiedni tor. Tramwaj może kończyć bieg w ciasnej uliczce w centrum. Motorniczy po prostu przechodzi do drugiej kabiny i kontynuuje jazdę w przeciwnym kierunku.
Zarówno kolejka, jak i tramwaje (poza nielicznymi liniami) zapewniają komunikację promienistą z odległych dzielnic do centrum. Uzupełnieniem tego układu są autobusy. Nie są one zbyt popularne, ale czasami niezastąpione. Dzięki nim można dotrzeć do sąsiedniej dzielnicy bez potrzeby przesiadki w centrum. Zapewniają też transport od stacji kolejki do najbliższych osiedli.

Szukanie mieszkania w Melbourne to prawdziwe wyzwanie. Mieszkańcy miasta wypracowali sobie w tym zakresie bardzo restrykcyjne zasady i mają kompletnego fioła na punkcie nieruchomości. W odróżnieniu od Polski rynek opanowany jest przez agencje pośrednictwa. Nie wiem czy choć 1% mieszkań wynajmowanych jest bezpośrednio. W przeciwieństwie do Cairns przytłaczająca większość dostępnych mieszkań jest nie umeblowanych. Aby wynająć mieszkanie należy je obejrzeć. Czasami klucze od pustych mieszkań dostępne są w biurze agencji i po zostawieniu depozytu 50 AUD można wypożyczyć klucze na godzinę. W większości przypadków agent odpowiedzialny za mieszkanie organizuje „inspekcje”. Jest wyznaczona godzina, o której agent przychodzi do mieszkania i każdy zainteresowany może przyjść i je obejrzeć.
Czytanie ogłoszeń prasowych czasami przysparza wiele uśmiechu. Oto bowiem zawsze przeczytamy same superlatywy, ale czy my je ocenimy równie pozytywnie co agent ? Dużą różnicą dla Polaka może być australijskie rozwiązanie problemu prania. Część unitów mieści się w blokach, gdzie jest „publiczna pralnia”. Bezpośrednio w mieszkaniu nie ma możliwości podłączenia pralki, więc jest wydzielone pomieszczenie, gdzie ustawione jest kilka pralek i suszarek. Urządzenia działają na monety. Koszt jednego prania to 2 AUD i kolejne 2 AUD za suszarkę. Czasami w ogłoszeniach jest tajemnicze zdanie „washing machine facilities”. Z początku myślałem, że to pralka w łazience. Szybko okazało się jednak, że to tylko kurki z wodą do podłączenia pralki. Ważną sprawą w Melbourne jest też ogrzewanie. Ponieważ zimą bywa tu zaledwie kilka stopni, a mieszkania nie są w ogóle izolowane termicznie, nieodzowne jest dogrzewanie się. Trzeba dokładnie czytać w ogłoszeniu, jakie ogrzewanie jest w interesującym nas unicie, gdyż jeśli nie jest to wymienione należy zakładać, że ogrzewania nie ma w ogóle. Kolejną różnicą jest liczenie pokoi. W Australii liczymy sypialnie. Są mieszkania, gdzie jest 1 sypialnia do tego duży pokój dzienny i kuchnia z jadalnią. Z opisu można powiedzieć, że to pokój z kuchnią, wg polskich standardów byłoby to chyba ze 3 pokoje z kuchnią. W dzielnicach nieco dalej położonych od centrum można wynająć mały parterowy domek z kawałkiem trawnika. Jeśli w ogłoszeniu przeczytamy, że domek posiada „rozsądnych rozmiarów” podwórko możemy być pewni, że jest ono takiej wielkości, iż pomieści jedynie sześcioosobowy stół z krzesłami. W innym przypadku napisane by było, że podwórko jest olbrzymie, ogromne lub uzytoby innego podobnego eufemizmu. Innym rozwiązaniem są tu mieszkania zwane „studio” lub „bedsitter”. Przeważnie jest to jedno pomieszczenie z małą częścią kuchenną umieszczoną w rogu oraz miniaturową łazienką zawierająca przede wszystkim sedes i kabinę prysznicową. Czasami studia te przypominają komórki lub cele śmierci. Bywają takie, które mają jedno małe okno wyprowadzone na korytarz lub zarośnięte drzewami podwórko. Oczywiście bywają i takie z podłogami z polerowanego drewna, położone na „nastym” piętrze apartamentowca basenem, solarium, siłownia i sauną w kompleksie. Różnica tkwi jednak w cenie.
Kiedy znajdziemy już upragnione mieszkanko, w rozsądnej odległości od transportu publicznego, nie odstraszające wyglądem i w akceptowalnym przedziale cenowym trzeba jeszcze przejść przez biurokratyczną procedurę związaną z wynajmem. Najpierw składamy aplikację o mieszkanie. Agent zbiera aplikacje od kilku chętnych i urządza „konkurs piękności”. Przykładowa aplikacja prześwietla potencjalnego najemcę niczym maszyna rentgenowska. Przeważnie wymagane jest podanie kontaktów do dwóch ostatnich miejsc zamieszkania, dokładne dane dotyczące zatrudnienia takich jak stanowisko, tygodniowe zarobki oraz kontakt do przełożonego, referencje zawodowe od dwóch osób oraz osobiste referencje od kolejnych dwóch niespokrewnionych osób. Słowem bariera wejścia jest dość duża. Współczuje komuś, kto przyjeżdża do Melbourne bez żadnych kontaktów i jest świeżym emigrantem bez pracy. Kiedy nasza aplikacja wygra pośród kilku innych złożonych na to mieszkanie, uda nam się podpisać umowę i szczęśliwie wprowadzić, w wynajętym mieszkaniu można jedynie mieszkać, bowiem umowa zabrania jakiejkolwiek ingerencji w lokal. Zapomnijmy więc o powbijaniu w ściany gwoździ, by porozwieszać obrazki czy przemalowaniu ścian na inny kolor. Oczywiście możliwe by to było za zgodą właściciela, ale tragicznie mogłoby to się skończyć, jeśli dokonalibyśmy jakiejkolwiek przeróbki stawiając właściciela przed faktem dokonanym.
My po trzech tygodniach szukania, oglądania, składania aplikacji zdecydowaliśmy się na niewielkie studio. W sumie to wzięliśmy pierwsze mieszkanie, na które nie odrzucono nam aplikacji. Mamy kuchnię, sypialnię, pokój dzienny w jednym pomieszczeniu. Na plus przemawia niewielka cena, bardzo dobry układ komunikacyjny i nienajgorsze warunki mieszkaniowe. Oczywiście jest też sporo minusów naszego obecnego lokum, ale kładąc wszystko na wadze, szalka lekko przechyla się w stronę korzyści.

P.S. W miedzyczasie pomoglo nam bezinteresownie grono wspanialych ludzi, ktorym serdecznie dziekujemy.


  • RSS