harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2005

Przeczytalem wlasnie na jednycm z portali:

Dotychczas PKW zarejestrowała jako kandydatów na urząd prezydenta: Macieja Giertycha, Stanisława Tymińskiego, Zbigniewa Religę oraz Liwiusza Ilasza.
W PKW znajdują się podpisy poparcia pod kandydaturami: Marka Borowskiego, Leszka Bubla, Jarosława Kalinowskiego, Donalda Tuska, Daniela Podrzyckiego, Andrzeja Leppera, Henryki Bochniarz, Włodzimierza Cimoszewicza, Janusza Korwin-Mikkego, Lecha Kaczyńskiego i Jan Pyszka.

Moze ktos z polskich czytelnikow bloga podpowie mi coz to za tajemnicza postac Liwiusz Iliasz, bo zrodla internetowe sa dosc ubogie w tej kwestii.

„Australia roi się od sabotażystów uzbrojonych w truciznę powodującą konwulsje, paraliż, zapaść serca i śmierć”, „Przemarsz terrorystów przez kraj” to tylko dwa z licznych tytułów, jakie spotkałem w nagłówkach doniesień prasowych lokalnego brukowca „The Cairns Post”. Treść niektórych była jeszcze bardziej złowieszcza. „Australia zaprosiła tych morderców do siebie dając im wolną rękę i wszelkie poparcie dla rozwoju ich niosącej śmierć siatki” To nie jest scenariusz ataku terrorystycznego, ale podsumowanie paniki, jaką wzbudza dewastacja środowiska spowodowana przez ropuchy trzcinowe, zoologom znane jako Bufo Marinus.
Ten paskudny, pokryty brodawkami eko-terrorysta od ponad 70 lat rozprzestrzenia się po kraju z alarmującą prędkością. Tu muszę sprostować jedną z moich poprzednich notek. Choć ropuchy rzeczywiście są pochodzenia południowoamerykańskiego, to jednak sprowadzono je z Hawajów w celu zwalczania pustoszącego plantacje trzciny cukrowej chrząszcza. Początkowa populacja 101 sztuk została wypuszczona na wolność w 1935 roku w Gordonvale (jedna z najdalej wysuniętych na południe dzielnic Cairns) i od tego czasu jej liczebność wzrosła do dziesiątek, jeśli nie setek milionów sztuk.
Ropuchy rozprzestrzeniają się z prędkością około 80 km na rok. Osiągnęły już szczyt Półwyspu York na północy i wybrzeża Nowej Południowej Walii na południu. Naukowcy szacują, że w ciągu najbliższych 20-25 lat wkroczą, czy może raczej doskaczą do Sydney. Na zachodzie udało im się już przedrzeć przez niedostępny i nieprzyjazny życiu Park Narodowy Kakadu i dostały się na przedmieścia Darwin a teraz kierują w stronę Australii Zachodniej. Jedynie Tasmania, oddzielona od kontynentu Cieśniną Bassa może na razie czuć się bezpieczna. Czy aby na pewno, skoro dwie sztuki ropuch znaleziono w Perth na statku wiozącym banany ?
Ropuchy trzcinowe są fantastycznie przystosowane do przeżycia pod względem biologicznym. Po pierwsze dwa razy do roku składają skrzek po 35 000 jaj. Po wtóre ich organizm potrafi przyswoić prawie wszystko, co wpadnie ropusze do gęby. Najgroźniejsze i najbardziej szkodliwe nie jest jednak ich namnażanie się, czy apetyt, ale fakt, że są skrajnie trujące. Dzięki brodawkom wydzielającym toksyny, które są umieszczone na ich przednich łapach i barkach potrafią zabić prawie wszystko, co próbuje je zjeść. Co więcej, trujące są we wszystkich stadiach rozwoju, zarówno skrzek, jak również kijanki oraz dojrzałe osobniki. Zabiły już w ten sposób mnóstwo węży, jaszczurek, gekonów, różnorakiego ptactwa. Ich ofiarami padają psy dingo a nawet krokodyle. Zdarzało się podobnież, że padały krowy, które przez przypadek lub nieuwagę chlasnęły jęzorem ropuchę. To ostatnie przeczytałem w dodatku weekendowym, więc traktuje z przymrużeniem oka. Ropuchy wypierają również rodzime gatunki z ich siedlisk czy miejsc rozrodu.
Australia oczywiście walczy z tym eko-terrorystą jak na prawdziwą walkę z terrorem przystało i w iście australijskim stylu. Tak więc, rząd stanowy Australii Zachodniej przeznaczy w tym roku ponad 2,5 mln. AUD na wyłapywanie oraz wszelkie inne środki zapobiegawcze mające na celu zatrzymanie pochodu przed granicami stanu. Może tym razem wybudują „Toad Proof. Fence”? Hue, hue, hue. Dla niewtajemniczonych wyjaśnię, że w obronie przed królikami na początku stulecia Australia Zachodnia odgrodziła się „Rabit Proof Fence”, płotem długości ponad 4 000 km. Króliki jednak umieją kopać. W końcu żyją w podziemnych norach. Rząd Terytorium Północnego ogłosił konkurs z główną nagrodą 16 000 AUD na najskuteczniejszą pułapkę na ropuchy. Podobno zanotowano zgłoszenia nawet z dalekich Niemiec. Przedsiębiorcy oczywiście zwietrzyli interes i starają się wykorzystać zwiększony napływ Chińskich turystów do północnego Queensland, bowiem po zdjęciu toksycznej skóry i wymyciu, z ropuch trzcinowych sporządza się południowo chiński przysmak zwany Hang Zhou. Naukowcy zaś, wykryli jeden gatunek żaby, który jest w stanie jeść kijanki i małe niedojrzałe ropuchy. Prace nad tym, jak zapobiec zjedzeniu nadal trującego skrzeku, czy równie toksycznych starszych osobników potrwają jeszcze jakiś czas. Opracowanie skutecznej metody walki – następne 10 lat. Zwykli Australijczycy nie czekają jednak z założonymi rękami na pomoc rządową czy odkrycia naukowców. W wielu miejscach wzięli sprawy w swoje ręce. Czasami zbyt dosłownie. Za radą Dawida Tollnera, członka parlamentu federalnego, który swym wystąpieniem z pewnością nie zdobył popularności wśród „zielonych” czy obrońców zwierząt, część mieszkańców Terytorium Północnego chwyciło za swoje kije do golfa czy krykieta urządzając sobie z wykorzeniania ropuch trzcinowych nowy krwawy sport. Inni stosują bardziej humanitarne metody ruszywszy na ropuchy z gaśnicami, zamrażając je, czy dusząc w plastikowych workach. Jeszcze inni napełniają swoje pistolety na wodę chlorowym wybielaczem i w ten sposób prowadzą swoją prywatną wojnę.
Ja uważam, że to wszystko jest strasznie podobne do walki ze stonką ziemniaczaną w Polsce. Otóż za ropuchy odpowiedzialny jest wróg klasowy!!! Zarówno w przypadku stonki jak i ropuchy źródłem jej pochodzenia są Amerykanie. Czy to nie przypadek ? :P Mobilizacja społeczeństwa do walki jest porównywalna. Różnice wynikają z uwarunkowań geograficznych i postępu technicznego. Dziś dzieci w Australii biegają za ropuchami z „Bleachem” w pistoletach na wodę, ja biegałem za stonką po kartoflisku u babci mojego kolegi ze słoiczkiem nafty. J Do dziś nie cierpię zapachu nafty !!!

Tak jak Polska ma swoje tematy dyżurne, jak aborcja czy lustracja, którymi od czasu do czasu żyją media i polityka, tak w Australii chyba najbardziej wyświechtanymi sloganami jest wielokulturowość i zróżnicowanie etniczne społeczeństwa, oraz ochrona środowiska. Niestety widać to na papierze i w oficjalnej, poprawnej politycznie propagandzie. Zróżnicowanie gołym okiem widać na ulicy, ale już trudniej dostrzec w np.TV. Zarówno autopromocyjne „zajawki” kanału „7”, które krzyczą z ekranu, że jest to „Twoja telewizja” jak i kolejna edycja „Big Brothera” na kanale „Ten” lansują jedynie młodych, białych Australijczyków. Trudno tam znaleźć występującego Azjatę, Hindusa, Aborygena czy w ogóle jakiegokolwiek innego niebiałego modela. Oficjalnie Australijskie władze i decydenci są na tym punkcie bardzo czuli. Od pewnego czasu jednak, coraz bardziej rzuca mi się w oczy deja-vu, jakie toczy wiele dziedzin życia w Północnym Queensland. Miarka się przebrała w zeszłym tygodniu.
We wtorek w oczku wodnym na rzece Normanby Parku Narodowym „Lakefield”, około 450 km na północ od Cairns słonowodny krokodyl zaatakował małżeństwo łowiące ryby z 2,5m kanoe. Mieszkający w Tonswille (350 km na południe od Cairns), sześćdziesięcioletni Barry Jefferies wraz z żoną wypadli z czółna do wody. Mężczyzna został pochwycony za ramię i wciągnięty przez gada pod wodę, kobiecie udało się dopłynąć do brzegu, po czym dojechać do oddalonego o 45 km najbliższego domostwa i wszcząć alarm. Zdarzenie to, jakby nie było tragiczne, stanowi żer dla lokalnego dziennika „Cairns Post”. W środę, czwartek i piątek poświęcona mu była pierwsza strona. W sobotnio-niedzielnym wydaniu są 3 artykuły na ten temat na stronie 3 i 4 oraz cała druga strona jednego z weekendowych dodatków. Tu małe wyjaśnienie. Choć odległości od Cairns są duże, jak na polskie warunki, to na Półwyspie York, na północ od Cairns żyje niespełna 15 000 mieszkańców, stąd Cairns jest „metropolią” dla tego całego, ciągnącego się ponad 800 km obszaru a dla takiego brukowca jak „Cairns Post” atak krokodyla to prawdziwa gratka. W końcu w Australii więcej osób ginie od postrzałów z broni niż zostaje zjedzonych przez prehistorycznego gada.
Podsumujmy zdarzenie. Para emerytów udaje się do Parku Narodowego głęboko w Outback Australii, gdzie z miniaturowego czółna na obszarze zamieszkałym przez krokodyle łowi ryby. Przynęta zamiast ryb zwabia jednak krokodyla, który widząc pokarm rzuca się by go pożreć w wyniku czego dochodzi do tragedii. Większość rozsądnie myślących ludzi, choć odczuwa współczucie dla żony i rodziny, głośno przyznaje, że Bary Jefferies padł ofiarą własnej niefrasobliwości czy wręcz głupoty. W końcu to on wtargnął na terytorium krokodyla, a nie odwrotnie. Na tym terenie w każdym oczku wodnym żyje krokodyl.
Co w takim wypadku robią oficjalne, proekologiczne czynniki głoszące wszem i wobec potrzebę zachowania środowiska naturalnego w stanie nienaruszonym dla przyszłych pokoleń? Ano nic innego jak wysyłają ekipę policjantów wspomaganych przez strażników przyrody z misją wyeliminowania gada. Dwa dni po tragicznym wypadku łowcy dopadają i zabijają ponad 400 kilogramowego, mierzącego 3,8 m. drapieżnika. Cairns Post umieszcza na pierwszej stronie wielkie zdjęcie zastrzelonego zwierzęcia. Lokalnym mieszkańcom przysłowiowa szczęka opada do kolan. Zabity krokodyl był jednym z ich ulubieńców. Nadali mu nawet imię „Midway”. Mieszkał w tym oczku wodnym od wczesnych lat 70-tych. Był częścią ich ekosystemu. Często krążył dookoła strzegąc swojego terytorium. Nauczyli się poruszać tak, by dać mu przestrzeń niezbędną dla życia. Mieszkali w zgodzie około 35 lat i przyzwyczaili się do niego dość mocno, dlatego nie mogą zrozumieć, dlaczego ich pupil musiał oddać życie za głupotę przyjezdnego turysty. Czarę goryczy dopełnia fakt, że pośmiertne badania przewodu pokarmowego gada nie wykazały w nim obecności szczątków ludzkich.
Miłujący naturę policjanci z Cairns wraz z 10 strażnikami przyrody kontynuują poszukiwania ciała Barrego Jefferiesa.

P.S. We wtorek na pierwszej stronie Cairns Post znow goscil krokodyl.

Jest sobota, jedyny dzień, kiedy Ula nie idzie do pracy. Dziś wstajemy równocześnie jak nigdy. Z samego rana szybki wypad do pobliskiego supermarketu na błyskawiczne zakupy. Trzeba kupić coś na śniadanie i „na drogę”. Wychodzimy z domu, po dwudziestu metrach skręcamy w główną drogę. Po kolejnych 20 metrach jesteśmy na przejściu dla pieszych. Nie czekamy na zielone światło, nic nie jedzie. Przechodzimy na czerwonym przez obie jezdnie. Jeszcze tylko przejazd kolejowy i już jesteśmy na piętrowym parkingu pobliskiego Cairns Central.
Szybciutko wbiegamy po ruchomych schodach na górę i kierujemy się do Colesa, marketu spożywczego. Bezbłędnie poruszamy się między półkami. Ula poluje na śniadanie, ja na coś na lunch. W czerwonym koszyku ląduje mięso z kangura, obrzydliwe w smaku australijskie parówki, makaron i sos w słoiku. Idziemy do kasy ekspresowej po drodze dorzucając jeszcze „Weekend Post”, czyli sobotnio niedzielne wydanie tutejszego brukowca „Cairns Post”, jedynego dziennika w mieście. Przy kasie rytuał. Cześć jak się masz ? A dziękuję, dobrze. Płacisz gotówką czy kartą ? Kartą. Wypłacasz jakąś gotówkę ? Tak, poproszę 30 dolarów. Pakujemy zakupy, odbieramy paragon i pieniądze i biegiem do domu.
Droga powrotna nie zajmuje nam więcej niż kolejne 5 minut. W domu szybciutko dzielimy się obowiązkami. Ula przygotowuje śniadanie. Parówki zapiekane z serem i pomidorami, ja przyrządzam lunch do zabrania ze sobą. Szybko kroję mięso kangura w kostkę, po czym podsmażam z cebulką i przyprawami. W międzyczasie nastawiam makaron. Kiedy czerwony kolor mięsa znika ze wszystkich kawałków dodaję sosu i idę jeść śniadanie. Wcinamy je oboje w tempie iście ekspresowym.
Myję naczynia po śniadaniu, Ula pakuje nasz plecak. Butelkę soku, pojemnik z jedzeniem zawinięty w ręczniki, nasze stroje kąpielowe. Ja w międzyczasie sprawdzam w gazecie, kiedy będzie przypływ. Maksymalny przypada na 17:46, ale księżyc jest dopiero w początkach pierwszej kwadry, więc dziś najwyższy stan wody będzie o około metr niższy niż podczas pełni, kiedy mamy do czynienia z tzw. „królewskimi falami”.
10 minut później znów jesteśmy na nogach. Przechodzimy przez to samo przejście dla pieszych, po czym przez parking supermarketu. Wchodzimy przez rozsuwane drzwi do środka, a następnie idziemy wzdłuż głównej osi centrum mijając dopiero co otwierające się butiki. Głównym wejściem wychodzimy na zewnątrz. Po kolejnych 5 minutach i przejściu 2 skrzyżowań skręcamy w głąb arkady, gdzie mieści się punkt sprzedaży biletów SunTransport, żałosnej parodii komunikacji miejskiej, która obsługuje mieszkańców Cairns. Prosimy dwa bilety dzienne do ostatniej, 3 strefy. Jeden studencki i jeden normalny. Tym razem porażka. Ulgowy nie przysługuje zagranicznym studentom. Na nic zdają się tłumaczenia, że już 3 razy w tym miejscu kupowaliśmy taki bilet. No, nic kupujemy dwa normalne po 9,90 AUD za sztukę.
Wychodzimy drugim końcem arkady wprost na stanowisko, z którego będziemy jechać. Patrzę na rozkład. Linie 1, 1X, 1A, 1H, 1C, 2A. Rozkład nie pokazuje godzin odjazdu wg linii, ale wg kilku punktów pośrednich na trasie. Najbliższy autobus na północne plaże za 20 minut. Przy godzinie odjazdu oznaczenie linii, 2A. Czekamy. Na sąsiednie przystanki podjeżdżają nieduże, niebieskie, dwudziestokilkuosobowe autobusy Mercedesa. Mija 15 długich minut. Podjeżdża „nasz” autobus. Jest o wiele większy od Mercedesów, powiedziałbym standardowej dla autobusów długości. Posiada wyłącznie drzwi z przodu. Jedynymi, wąskimi drzwiami pasażerowie wysiadają dobre kilka minut. Wchodzimy prawie pierwsi, pokazujemy kierowcy zakupione wcześniej bilety i siadamy niemalże na samym końcu. Przed autobusem kłębi się mały tłumek. Ludzie wchodzą pojedynczo, kierowca wystukuje na kasie punkt docelowy, drukuje bilet, przyjmuje pieniądze, wydaje resztę. Trwa to niemiłosiernie długo. Przed nami kilkoro ciemnoskórych ciągle zmienia siedzenia, nie mogą się zdecydować. W końcu ostatni pasażer wchodzi do środka i ruszamy.
Na ciasnym nawrocie na końcu dworca autobusowego czekamy aż jakiś samochód osobowy zrobi nam wystarczająco dużo miejsca by zakręcić. Za chwilę znów jedziemy. Po 50 metrach czerwone światło. Stoimy. Zmiana świateł, ale po 5 metrach znów stoimy, ponieważ skręcając w lewo przepuszczamy przechodniów, mających zielone światło na swoim kierunku. Ruszamy tylko po to, by za kolejne kilkadziesiąt metrów znów stanąć na światłach. Znów skręcamy w lewo, więc i tym razem przechodniów musimy przepuścić. Ujeżdżamy może 100 metrów i zatrzymujemy się na przystanku. W linii prostej, poprzez arkadę jest nie więcej niż 50 metrów od przystanku początkowego. Przez jedyne drzwi pojedynczo wchodzą pasażerowie, którym kierowca sprzedaje bilety. Po kilku minutach ruszamy, by po 50 metrach znów stać na czerwonym świetle. Sytuacja się powtarza przez kolejne 20 minut. Taka jazda jest potwornie nużąca. Przystanki rozmieszczone są w niemiłosiernie małych odstępach.
W autobusie wyłączona jest klimatyzacja. Nie ma czym oddychać, jest potwornie duszno. Podobnie jak we wszystkich nowoczesnych środkach komunikacji nie można otworzyć żadnego lufcika. Tępo patrzę w okno. Mijamy kolejne hotele, motele, pensjonaty i wakacyjne apartamenty. Po pół godzinie jesteśmy już prawie poza centrum. Ten sam odcinek można pokonać na rowerze w góra 15 minut. Teraz autobus nieco przyspiesza. Mijamy drogę prowadzącą na lotnisko i kierujemy się na północ.
Wzdłuż jezdni ciągną się tory kolejki wąskotorowej. Mijamy na wpół skoszone plantacje trzciny cukrowej. Na jednej z nich widzimy pracujący kombajn, choć wielkością przypomina raczej ciągnik z doczepioną maszyną rolniczą niż SuperBizona znanego z polskich pól. Na końcu plantacji na wąskotorowej bocznicy stoją załadowane trzciną wagoniki. Ich niemalże sześcienne skrzynie ładunkowe zamocowane na wąskim wózku wyglądają jak jakieś monstrualnych rozmiarów kostki Rubika przymocowane do deskorolki.
Na dłuższych prostych kierowca stara się nadrobić czas. Jedziemy dobrze ponad 100 km/h. Mijamy kolejne ronda, by za jednym z nich zjechać na parking wielkiego centrum handlowego. Tu następuje spora wymiana pasażerów a co za tym idzie trwa kilkuminutowe biletowanie. Znów czekamy w nieskończoność. Kiedy wreszcie ruszamy snujemy się wąskimi uliczkami wewnętrznymi centrum, po czym przepustem pod główną drogą kierujemy się w stronę pierwszego z „docelowych” osiedli. Na kolejnym przystanku czeka około 15 osobowa grupa pasażerów. Znów czekamy. Spoglądamy na zegarek, jesteśmy już prawie godzinę w drodze. Teraz kręcimy się wąskimi uliczkami osiedla. Wreszcie docieramy do Uniwersytetu.
Przepięknie położony campus umiejętnie został wkomponowany w otoczenie. Niewielkie, jednopiętrowe budynki z półokrągłymi zielonymi dachami współgrają z zielenią trawy i palm. Teraz już powinno pójść szybciej, bo pasażerowie będą częściej wysiadać. Wyrzuciwszy kilku studentów na wielkim placu przed Uniwersytetem autobus wraca na główną drogę, po której pędzi z dość pokaźną prędkością.
Wjeżdżamy na Trinity Beach. To przed ostatnia plaża na trasie tej linii. Dookoła mnóstwo jednorodzinnych domków. Wszystkie parterowe z jednym lub dwoma garażami. Niektóre poodgradzane siatką, przez którą widać całe podwórka inne płotami z drewnianymi sztachetami. Wszędzie mnóstwo zieleni. Królują palmy. Nigdy wcześniej nie zdawałem sobie sprawy z mnogości ich gatunków i ilości kształtów i rozmiarów. Kręcimy się najpierw po osiedlu by w końcu dotrzeć do swego rodzaju mini dworca autobusowego. Wysadzamy tam kolejnych pasażerów. W linii prostej jesteśmy kilkaset metrów od miejsca, do którego idziemy, ale jeszcze nie wysiadamy. Czekamy aż dotrzemy na sąsiednią plażę.
Po kilku minutach jazdy autobus dociera wreszcie na Kewara Beach. Teraz kluczymy po wąskich i krętych uliczkach tego osiedla. Wreszcie Ula wypatruje przystanek, na którym mamy wysiąść. Naciskamy guzik stop prawie w ostatniej chwili. Wychodząc z autobusu dziękujemy kierowcy. Strasznie podoba mi się to nastawienie ludzi. Oni są tu bezinteresownie uprzejmi. Odnoszę wrażenie, że żyją według reguły „po co mam być nieuprzejmy, jak nic mnie nie kosztuje bycie uprzejmym”. To zupełnie odwrotnie jak w Polsce, gdzie większość wyznaję zasadę „po co mam być uprzejmy jak nie muszę albo nic z tego nie mam”.
Ula z plecakiem na ramionach, ja przepasany aparatem fotograficznym idziemy w kierunku plaży. Mijamy wejście do Kewara Beach Resort, następnie niewielki parking samochodowy i już jesteśmy nad samym oceanem. Patrzymy jak przy pobliskim bbq krząta się jakaś para. Schodzimy na plażę. Woda cofnięta jest jeszcze sporo. Przypływ zaczął się dopiero 3 godziny temu, jeszcze trochę potrwa zanim woda osiągnie najwyższy dziś poziom. Zdejmujemy klapki i ze stopami zanurzonymi w wodzie idziemy wzdłuż plaży. Jest pusto. Nieliczni plażowicze rozkładają się pod palmami na skraju piasku. Spacerkiem, powoli idziemy w stronę skalistego cypla. Szpaler wykrzywionych palm chyli się ku oceanowi. Błękitne niebo z trzema pojedynczymi chmurkami wygląda przepięknie. Za nami wielkie pokryte zielenią zbocza górskiego pasma. Woda niestety ma kolor kawy z mlekiem. Dość silny wiatr i odpływ powoduje, że fale niosą dość duży ładunek piachu.
Powoli zbliżamy się do pary, która wybrała się na przejażdżkę konną po plaży. Dwa piękne kasztany brodzą po kolana w oceanie. Czasami wchodzą nieco głębiej parskając za każdym razem, kiedy morska piana niesiona wiatrem osiądzie im na pysku. Ich skóra lśni w słońcu i odbija światło milionami refleksów powstających dzięki drobinom morskiej wody uwięzionym w ich sierści. Mijamy ich niespiesznie. Chwilę później trafiamy na odcinek plaży o ciemnym piasku. Niesamowity widok. Woda niesie drobiny przypominające rozpuszczony węgiel drzewny, ale w przeciwieństwie do niego nie brudzi. To zmielone na pył skały wulkaniczne z pobliskiego cypla. Kiedy fala się cofa i pada na nie światło mienią się niczym okruchy złota. Nasze zmysły przezywają test, gdyż ciemny kolor kojarzy nam się z czymś brudnym.
Nie mija 10 minut jak kończy nam się plaża. Przed nami szerokie estuarium porośnięte mangrowcami. Musimy przejść kawałek oceanem. Podwijam spodenki jak najwyżej mogę i idę pierwszy. Ula czeka. Estuarium jest dość głębokie, więc próbuję wejść dalej w ocean. Udaje mi się znaleźć coś na kształt brodu, tak, że jestem zanurzony jedynie do połowy uda. Chwilę później dołącza do mnie Ula. Przechodzimy na drugą stronę i dalej idziemy kawałek wzdłuż brzegu zanurzeni po kostki w wodzie. Cały brzeg pokryty jest zaroślami mangrowymi. Ocean delikatnie obmywa korzenie pierwszego rzędu roślin. Niewysokie, może dwumetrowe krzaki mają gąszcz nadziemnych korzeni. Przypomina to nieco dłoń sprintera czekającego w blokach startowych z szeroko rozłożonymi palcami i uniesionym śródręczem. Te korzenie mają stanowić swoistego rodzaju falochron i zatrzymywać materiał niesiony przez fale.
Docieramy do pierwszych skał. Spod piasku wyłaniają się wielkie kamienne bloki. Mają warstwową budowę. Większość z nich jest tak usytuowana jakby została przewrócona na bok. Poszczególne warstwy są umieszczone pionowo. Mijamy te skały i znajdujemy kawałek piasku pomiędzy 3 wysokimi palmami. Rozkładamy ręczniki tak, by w razie czego nie dostać w głowę spadającym kokosem. Taki wypadek to chyba śmierć na miejscu. Trzeba by mieć nie lada czerep, by przeżyć uderzenie kilkukilogramowego twardego owocu spadającego z wysokości 3 piętra. Niestety nie umiemy leżeć na plaży plackiem przez więcej niż kilkanaście minut. Nie potrafilibyśmy spędzić wakacji w zatłoczonym nadmorskim kurorcie, gdzie na plaży, na której ciężko wcisnąć chusteczkę do nosa, wczasowicze spędzają po kilka godzin dziennie w większości leżąc plackiem i od czasu do czasu wchodząc do wody by się ochłodzić. Dlatego też na zmianę penetrujemy najbliższe okolice. Tu na cyplu woda osłonięta jest od wiatru i kiedy wspiąłem się na płaski, gładki i wystający niczym gigantyczny bochen chleba blok skalny, moim oczom ukazała się mała zatoczka z wodą prawie tak turkusową jak na fotce w moim blogu. Na niewielkiej plaży trzyosobowa rodzina gania jakąś rzutkę. Nie chcąc im przeszkadzać wszedłem do wody nieopodal. Tu skały zostały częściowo zerodowane niszczycielską siłą oceanu. O dziwo nie były jednak wypolerowane na gładko jak otoczaki w górskiej rzece. Widocznie niektóre minerały wchodzące w ich skład były wypłukiwane szybciej. W ten sposób powstała struktura przypominająca zastygłą pianę. Niby ażurowa, ale bardzo twarda i ostra. Jeśli jakaś duża fala rzuciłaby na nie człowieka czekałaby go niechybna śmierć. Nawet nie chciałem próbować pływać, tym bardziej, że niektóre głazy pokryte były połamanymi wapiennymi skorupami. Są one twarde jak stal i ostre jak brzytwa. Samo nadepnięcie na nie powoduje przecięcie skóry do żywego mięsa. To tu między tymi skałami był aborygeński „zamek”. I nie chodzi tu o warownię czy bastion, ale o zamek określany angielskim słowem „lock”. To tu podczas przypływu fale wrzucały ryby pomiędzy szczeliny skalne. Odpływająca woda pozostawiała ryby w odseparowanych wodnych oczkach, gdzie na płyciźnie łatwo było je wyłapać.
Kiedy skończyłem inspekcję okolicznych skał przypadła moja warta w grajdołku. W tym samym czasie poszła na inspekcję. Ja zaś leżałem gapiąc się na niebo. Ogromny błękit i kilka zagubionych obłoczków obserwowany z poziomu ziemi poprzez rozłożyste liście palm zawsze doprowadza do tego, że zaczynam marzyć. Podobnie z resztą jak widok, który miałem kiedy usiadłem. Długi, sierpowaty, piaszczysty odcinek plaży ciągnący się kilometrami, obmywany przez spienione fale oceanu. Kładące się ku niemu palmy kokosowe. Na drugim planie strome zbocza gór porośnięte tropikalnym lasem deszczowym. Bezkres oceanu oraz wyraźnie rysujące się dwie pobliskie wyspy. Double Island z tego miejsca wygląda (żeby nie zrobiło się zbyt romantycznie) niczym gigantyczny stanik olbrzyma niedbale rzucony do wody. To podobno na tej wyspie Keanu Reeves odpoczywał tam po ukończeniu zdjęć do pierwszej części „Matrixa”.
Po pewnym czasie, kiedy już dobrze zgłodnieliśmy zdecydowaliśmy się na powolny spacer w stronę, z której przyszliśmy. Niespiesznie, noga za nogą człapiemy więc z powrotem. Woda wyraźnie przybrała. Pierwszy rząd zarośli mangowych jest już dobre kilkanaście centymetrów pod wodą. Docieramy do estuarium. Problem w tym, że tam gdzie mieliśmy poprzednio wodę do połowy łydki teraz jest już do połowy uda. Bród, którym szliśmy poprzednio jest również znacznie głębszy. Woda sięga Uli za biodra. A to jeszcze nie maksymalny przypływ. Dziś powinno być jeszcze ze 20 cm. wody więcej. Definitywnie nie przeszlibyśmy tędy podczas „królewskiej fali”, kiedy to woda jest dodatkowo o metr wyżej. Trzeba pamiętać na przyszłość, bo podczas pełni księżyca odpływ jest jeszcze większy, więc można wpaść w pułapkę gdyby przeszło się podobny bród podczas odpływu. Wtedy różnica między najniższym a najwyższym poziomem wody sięga 3 metrów i nawet miejsce, które można pokonać suchą stopą podczas odpływu staje się nie do przejścia przy maksymalnym przypływie.
Wracamy niespiesznie snując się po brzegu. Wiatr nieco zelżał, ale nadal jest silny. Rosnący przypływ sprzyja powstawaniu fal na płyciznach. Pchane wiatrem fale wypiętrzają się na mieliźnie tworząc spienione grzbiety by następnie załamać się tuż przed brzegiem waląc z łoskotem w piasek tuż przy naszych nogach. Uciekająca fala zabiera podłoże spod naszych stóp. Raz po raz ocean wyrzuca na brzeg małże, które momentalnie starają się zagrzebać w piasku. To właśnie owe „pepis”, które jadłem podczas poprzedniego mojego pobytu w Australii. Dziś również będziemy je zbierać. Ula obserwuje z zaciekawieniem jak lekko rozłożywszy skorupkę wysuwają coś na kształt trójkątnego języka i wiercąc nim we wszystkie strony najpierw ustawiają się w pionie, po czym nikną pod powierzchnią piasku. Po kilkunastu minutach pada propozycja, byśmy zaczęli je zbierać już teraz. Wyjmujemy więc specjalnie przygotowaną na tą okazję 2,5 litrową butelkę po syropie z dość szerokim wlewem. Nabieram do połowy morskiej wody. Pepisy musza dotrzeć żywe do domu. Po pierwsze, zagrzebując się w piasku maja jego mnóstwo w środku i muszą odstać przed usmażeniem by go wypompować z siebie. Martwe tego nie zrobią. Po drugie, jeśli zdechną to zamknięte, a wtedy skorupka zostanie tak silnie zaciśnięta, że nie dostalibyśmy się do mięska.
Przypływ nabiera rumieńców. Co rusz to fala wyrzuca kilka małży. Biegamy więc zbierając je z piasku, zanim następna fala zmyje wszystkie z powrotem do oceanu lub zanim zdążą się zagrzebać. Śmiechu przy tym co nie miara. Czasami silniejsza fala z trzaskiem rozbija się o nasze ręce wyrzucając w górę fontannę piany i mocząc nam spodnie lub nachylone głowy. W ten sposób posuwamy się wciąż do przodu. Po pewnym czasie docieramy do zejścia na plażę. Tu jest barbeque, kilka ławek i stolików, ubikacja, niewielki plac zabaw dla dzieci. Siadamy zjeść nasz lunch i trochę odpocząć. Niestety w tym zacienionym miejscu silny wiatr daje poczucie chłodu. Po kilkunastu minutach czujemy, ze najzwyczajniej w świecie zaczynamy marznąć. Chłód wygania nas wcześniej niż byśmy chcieli. Schodzimy znów nad ocean.
Kiedy zanurzamy nogi w wodzie i wychodzimy na słońce porywisty wiatr nie powoduje już tak wielkiego uczucia zimna. Kierujemy się w stronę Clifton Beach, następnej plaży/osiedla. W tej chwili przypływ już jest bliski szczytu. Fale rozbijają się o brzeg z coraz większym łoskotem. Wyrzucają również coraz więcej coraz większych małży. Nasza butelka zapełnia się teraz bardzo szybko. Zabawa nabiera nowych rumieńców. Kiedy fala wyrzuci kilkanaście pepis trzeba nie lada prędkości by je pozbierać zanim następna fala zmyje je z powrotem. Czasami nie wszystkie mieszczą się w dłoni. Czasami złapie się kilka sztuk, po czym chwytając następną dopada nas fala i wypłukuje z ręki prawie cały łup. Oboje mamy już dokumentnie mokre spodnie i twarze. Krystalizująca się na szkłach moich okularów morska sól ogranicza mi całkowicie widoczność. Co chwilę wybuchamy salwami śmiechu patrząc na sienie nawzajem.
Nawet się nie obejrzeliśmy jak dotarliśmy do początków Clifton Beach. Tu trwa walka o ocalenie kilkunastu nadbrzeżnych rezydencji. Ogromne worki z piaskiem ułożono w półtorametrowej wysokości zaporę. Worki nie przypominają tych znanych z polskich migawek o powodzi. Każdy z waży pewnie z pół tony, bo jest wielkości całkiem sporego biurka. Myślę, że na dłuższą metę nie mają szans wygrać wojny z erozją brzegu. Może odsuną to w czasie, ale i tak kiedyś ocean upomni się o swoje. Raczej mało prawdopodobne jest zastosowanie tu rozwiązania niczym w Niechorzu, gdzie wybetonowano kilkaset metrów klifu. Poza tym coraz częściej pojawiają się w prasie komentarze, że wydawanie publicznych pieniędzy podatników na ochronę prywatnych rezydencji jest lekko mówiąc niesprawiedliwe. W końcu każdy kupuje ziemię na swoją odpowiedzialność i tak jak rezydencje sąsiadujące z plażą narażone są na ryzyko zniszczenia przez ocean, tak rezydencje na zboczach mogą być zagrożone lawinami błotnymi lub ześlizgnięciem się rozmoczonej opadami ziemi. Trzeba się liczyć z takimi oczywistymi faktami i albo się z nimi pogodzić, albo wykupić w towarzystwie ubezpieczeniowym polisę rekompensującą straty w takich przypadkach.
Clifton Beach obfituje w pepisy i nasza butelka zapełnia się błyskawicznie. Uli tak się spodobało polowanie na małże, że muszę ją powstrzymywać przed dorzucaniem kolejnych. Mamy już zapełnione ¾ wysokości butelki a przecież musi być jeszcze trochę wody by się nie podusiły. Prawie siłą wyciągam ją z wody. Teraz idziemy nadmorską esplanadą w kierunku końca plaży, gdzie znajduje się przystanek autobusowy. Mija chwila i jesteśmy już na miejscu. Oczywiście nie zanotowano rozkładu, bo po co ? Z braku wandalizmu SunBus postanowił zapewnić pasażerom dezinformację sam. Siadamy na drewnianej belce i czekamy. Mija 15 minut a autobusu nie widać. Po kolejnych 10 minutach wreszcie nadjeżdża. Startujemy do drzwi tylko po to, by się dowiedzieć, że to nie jest „city bus”. Tym kursem jedzie tylko w okolice centrum handlowego Smithfield. Wracamy na belkę. Czekamy dalej. Wreszcie po następnym kwadransie nadjeżdża autobus do miasta. Wsiadamy, pokazujemy kierowcy bilety i rozsiadamy się na fotelach. Mamy duże szczęście. To kurs niemalże ekspresowy. Obsługuje tylko dwie najdalsze plaże. Nie wjeżdżamy więc już ani na Kewara Beach, ani na żadną z sąsiednich plaż. Najbliższy przystanek znajduje się przy centrum handlowym. Świetnie. Tu o dziwo też nie spędzamy zbyt wiele czasu. Dopiero po dotarciu do dzielnicy Cairns Notrh zaczynają wysiadać ludzie. Teraz to już zaczynamy się wlec. Schemat prawie taki sam jak rano. Na skrzyżowaniu ruszamy z zielonego światła, przejeżdżamy je by zatrzymać się na przystanku, po czym na następnym skrzyżowaniu już trafiamy na czerwone światło i czekamy. I tak co kilkaset metrów. W ścisłym centrum jest jeszcze gorzej. Tu również jak poprzednio pełzniemy w tempie anemicznego żółwia. Ogólny czas mamy jednak ponad 20 minut lepszy niż w poprzednią stronę.
Wysiadamy z autobusu w centrum, na tym samym przystanku, na którym wsiedliśmy. Bezchmurne niebo sprawia, że ciepło szybko ucieka w kosmos i jest po prostu chłodno. Szybkim krokiem pędzimy do domu. Tego wieczora legniemy zmęczeni na kanapie przed telewizorem. Około 22:00 przypomnimy sobie o pepisach, które usmażymy z czosnkiem i cebulką, patrząc jak się otwierają po wrzuceniu na gorący tłuszcz. Następnie będziemy ciamkać je przed telewizorem oglądając jakiś niemiłosiernie głupi film o bandzie oprychów usiłujących za wszelką cenę zabić jakiegoś Chińczyka.

To była bardzo przyjemna sobota.

Koniec roku sprzyja różnego typu podsumowaniom, rankingom, plebiscytom. W Australii istnieją dwa końce roku. Pierwszy, to ten kalendarzowy obchodzony jak wszędzie na świecie 31 grudnia. Drugi, to koniec roku ekonomicznego, który trwa od 1 lipca do 30 czerwca. Tego dnia kończy się rok podatkowy, statystyczny oraz wiele innych okresów sprawozdawczych. W związku z tym coraz częściej publikowane są różnego typu raporty roczne i podsumowania. Mi trafiło w ręce opracowanie firmy audytorskiej KPMG dotyczące aspektów demograficznych w Cairns.
Na koniec czerwca roku 2005 Cairns zamieszkiwało 120 296 mieszkańców. Oznacza to, że w całym roku 2004/2005 przybyło 2 764 nowych mieszkańców, co stanowi wzrost o 2,4% w stosunku do poprzedniego roku. Nie jest to tak dużo jak w rekordowym roku 1985/1986, w którym liczba mieszkańców wzrosła o 5,3%, ani tak mało jak w latach 2000/2001, kiedy przyrost sięgnął zaledwie 1%. Pod względem stopy wzrostu Cairns plasuje się dopiero na 5 miejscu w Queensland, ale również mieści się w pierwszej dziesiątce najszybciej rozwijających się miast w Australii. W tej kategorii bezkonkurencyjne jest Mondurah mieszczące się na południe od Perth, które w roku 2004/2005 wzrosło aż o 7%. Pod względem największego przyrostu liczby mieszkańców bezkonkurencyjne jest Melbourne. Pod względem ilości mieszkańców Cairns stanowi obecnie 14 co do wielkości miasto w Australii. Nie przeszkadza to jednak międzynarodowemu portowi lotniczemu w Cairns być 5-tym co do wielkości w kraju ustępując miejsca jedynie Sydney, Melbourne, Brisbane i Perth a pozostawiając w pokonanym polu stolice pozostałych stanów i terytoriów.

…… stosuj polski środek anty, głosiła popularna swego czasu wśród młodzieży odzywka. W naszym przypadku i w naszej obecnej sytuacji dzieciaki nie wchodzą w grę. Cóż więc zrobić gdy właśnie skończył się zapas tabletek przywiezionych z Polski, a nowe pigułki wysłane z kraju ponad dwa miesiące temu gdzieś się zawieruszyły i nie dotarły? Nie pozostaje nic innego jak odwiedzić lekarza albo wieść życie w czystości.
Na początek idzie w ruch książka telefoniczna. Wertujemy, wertujemy i miny mamy coraz bardziej smętne. W Cairns nie istnieją prawie ginekolodzy!!! Lekarzy tej specjalizacji można policzyć na palcach jednej ręki. W tym momencie przychodzi nam do głowy opamiętanie. Próbujemy naśladować polskie przyzwyczajenia, ale tu przecież wszystko może rządzić się swoimi odrębnymi prawami. Skoro ginekologów jest tylu, co wesoły kot napłakał a antykoncepcja to dość powszechna rzecz, to muszą się zajmować nią inni specjaliści. W końcu w Polsce choroby roznoszone drogą płciową to też nie domena ginekologa, mimo, że na pewno bliżej „po kądzieli” do nich ginekologowi niż dermatologowi. Wychodząc z takiego założenia dzielimy się zadaniami. Ja sprawdzam ginekologów, Ula idzie do najbliższej przychodni i dowiaduje się, czy w tym kraju na dole globusa, gdzie wszystko jest do góry nogami, tabletkami antykoncepcyjnymi nie zajmuje się czasami stomatolog, albo inny weterynarz.
W przychodni okazuje się, że takie sprawy załatwia tu lekarz ogólny. Udaje się umówić wizytę na następny dzień. Cena 50 AUD. Sporo, ale może koszty zostaną refundowane w ramach obowiązkowego ubezpieczenia medycznego zagranicznych studentów. Żeby się o tym przekonać dostajemy karteczkę z kodem usługi. Następne kroki kierujemy do Medibanku, prywatnego funduszu ubezpieczeniowego, w którym Ula ma wykupioną obowiązkową dla studentów polisę. Tu się dowiaduje, że podana przez przychodnię cena konsultacji o takim kodzie jest jedną z najniższych w Cairns i bez względu na to ile by zapłaciła dostanie do zwrotu 26,14 AUD. No to lepiej niż nic.
Następnego dnia okazuje się, że jest jakaś promocja, czy „special” i konsultacja nie kosztuje 50 tylko 45 AUD, czyli wyjdzie nas jeszcze taniej. Wizyta nie trwa dłużej niż 15 minut i Ula opuszcza gabinet z receptą opiewającą na całoroczny zapas tabletek. „O w mordę”, myślimy, „ileż to będzie kosztowało skoro ma starczyć na cały rok”. Ula mówi, że skoro wydamy taką furę pieniędzy, to ona mi tego tak łatwo nie daruje i czy będę chciał czy nie będę musiał to odrobić.
Kolejne kroki kierujemy do Medibanku, gdzie w ciągu niespełna 5 minut Ula dostaje przyrzeczony zwrot 26,14 AUD (w wyniku czego, sama wizyta nie kosztowała więcej niż 19 AUD), po czym z receptą w łapce biegusiem pędzi do apteki. Na szczęście najtańsza apteka w mieście, mająca powierzchnię całkiem sporego supermarketu, mieści się dosłownie 100 m. od naszego domu. Na miejscu okazuje się, że receptę można podzielić na 3 części. Tak się składa, że są opakowania zawierające po 4 listki tabletek i można wykupić teraz jedno opakowanie, a dwa następne później. Okazuje się również, że wbrew naszym obawom cena nie jest kosmiczna – 13,45 AUD za opakowanie.
Ciekawy jest również system obsługi w tej aptece. Po zgłoszeniu się z receptą do farmaceuty i uzgodnieniu wszelkich szczegółów oraz załatwieniu całej „biurokracji” klient dostaje w rękę małe urządzono i czeka na zrealizowanie zamówienia. Kiedy urządzenie zaczyna wydawać z siebie dźwięki, brzęczeć i pulsować kolorowym światłem, oznacza to, że zamówienie zostało skompletowane i należy się zgłosić po jego odbiór. Podobne rozwiązanie widziałem już w jednej z samoobsługowych restauracji na Esplanadzie, ale jakoś nie było okazji wcześniej tego opisać. I to by było na tyle. Wiem, że trzeba zaludniać Ziemię a Australię w szczególności, ale 3-majcie jednak kciuki by tabletki zadziałały.

P.S. Jeśli za jakiś czas ujrzycie na blogu wpis, że małemu właśnie się wyżyna drugi ząbek będzie to oznaczało, że tabletki jednak zawiodły J.

Jest wielkości polskiego szpaka, posiada żółty dziób i nogi, czarne upierzenie na głowie i szyi, brązowe na reszcie ciała oraz białei końcówki skrzydeł. Mynka, czyli szpak azjatycki sprowadzony został z Indii przez pierwszych osadników jako naturalny wróg szkodników niszczących plantację trzciny cukrowej. Obecnie wraz ropuchą, którą do tych samych celów przywleczono z Ameryki Południowej bija się o palmę pierwszeństwa w haniebnej kategorii najbardziej szkodliwego gatunku dla australijskiego środowiska. Gatunek ten został uznany jako jeden ze 100 najbardziej ekspansywnych gatunków na ziemi i to właśnie mynka doprowadziła do eksterminacji rodzimego ptactwa na Mauritiusie, Hawajach i wyspach Polinezji. Brak naturalnych wrogów i sprzyjające warunki klimatyczne północnego Qeenslandu spowodowały, że Cairns stało się miejscem, gdzie liczebność tego gatunku osiągnęła rozmiary nie spotykane nigdzie indziej na świecie. Obecne badania potwierdziły, że można tu spotkać do 1000 ptaków na kilometr kwadratowy. Jest to ponad trzykrotnie więcej niż w Canberze a nawet więcej niż w Kalkucie. Jest to również powód, dla którego Cairns zostało wybrane jako miejsce przeprowadzenia pilotażowego programu ograniczenia liczebności tego gatunku. Nie będzie jednak to żaden wirus, dzięki któremu zdziesiątkowano populację królików. Szpaki Azjatyckie w Cairns zostaną …….. zagazowane. Naukowcy postanowili wykorzystać pewien zwyczaj mynki. Otóż ptaki te zbierają się dużymi koloniami na drzewach by co najmniej przez pół godziny uczestniczyć w wielkim ptasim chórze. Co więcej, udało się wyselekcjonować i nagrać takie ich trele, które odtworzone z głośników prowokują całe stada do przyłączenia się do koncertu. Bazując na tych odkryciach skonstruowano „sztuczne drzewo”, które stanowić będzie pułapkę. Istota jej działania jest prosta. Sztuczne drzewo ma porozmieszczane w koronie głośniczki, które będą emitowały ptasi śpiew. Zwabione tym podstępem mynki będą się dołączać do wspólnego koncertu. Kiedy na drzewie zbierze się odpowiednia liczba ptaków z umieszczonej na górze komory błyskawicznie opadnie siatka uniemożliwiając im ucieczkę. Następnie mynki zostaną przeniesione do mniejszych klatek, w których zostaną zagazowane dwutlenkiem węgla. Jeśli w pułapkę wpadną inne ptaki, co jest wątpliwe z powodu, że mynki bezlitośnie przepędzają przedstawicieli innych gatunków ze swojego otoczenia, zostaną one niezwłocznie wypuszczone na wolność. Gdyby naukowcy nawiązali międzynarodową współpracę np. z koncernem AG Farben mogliby zastosować Cyklon B.
Osobiście kiepsko wierzę w powodzenie takich programów. Ograniczy to liczebność gatunku na pewien krótki czas, po czym pozostałe przy życiu ptaki w mig nadrobią straty. W końcu króliki również były bezlitośnie tępione, odstrzeliwane, zatruwane, itp. i nie doprowadziło to do trwałego spadku populacji. Tak czy owak, jeśli tylko mordercze drzewo pojawi się na ulicach miasta nie omieszkam sprawdzić na własne oczy, czy jest tak skuteczne jak je zachwalają.

Prawo jazdy, wiadomo ważny dokument. Nie tylko ze względu na uprawnienia do kierowania pojazdami, ale również jest to australijskie ID. Zastępuje tu dowód osobisty i otwiera wiele drzwi, choćby możliwość zapisania się do biblioteki. Biblioteka, to taki budynek, gdzie na półkach znajdują się papierowe, prostokątne przedmioty do czytania. To informacja dla tych, którzy od lat nie przeczytali żadnej papierowej książki poza podręcznikami i instrukcjami obsługi. Ja czasami lubię jednak tradycyjną, dobrą książkę do poduszki, więc choćby dlatego prawo jazdy jest dla mnie ważne.
W Polsce wszystko jest w miarę proste. Są kategorie A, B, C, D, E i T, a przy dobrym zdrowiu prawo jazdy dostaje się dożywotnio. Australijczycy zorganizowali sobie to trochę bardziej pokrętnie. Kategorii jest o wiele więcej. A wygląda to następująco:
C- samochód osobowy, RE – motocykl do 250 ccm, R – pozostałe motocykle, LR – małe ciężarówki, MR – średnie ciężarówki, HR – duże ciężarówki, HC – duże ciężarówki z przyczepami, naczepami itp., MC – duże zestawy ciężarowe z wieloma przyczepami, UD – pojazdy specjalnej konstrukcji.
Nie będę opisywał warunków dla każdej kategorii, podam jedynie, że na prawo jazdy typu „C” można prowadzić pojazdy do 4,5 tony i zabierające do 12 osób. To nie koniec „rozrywki”. Poza kategoriami są również typy prawa jazdy. Mamy więc prawo jazdy L – learner, przeznaczone dla osób uczących się jeździć. Z takim typem można prowadzić samochód jedynie w obecności osoby, która ma prawo jazdy typu „open” od co najmniej roku. Następnym typem są prawa jazdy typu „P”. Wśród nich jest „tymczasowe”, które otrzymuje się na okres od 1 do 3 lat (w zależności od wieku kierowcy), „próbne” – jeśli sąd odbierze ci prawo jazdy, dostajesz je na okres zawieszenia pod warunkiem, że będziesz grzeczny, „ograniczone” popularnie zwane „pracowniczym” – jeśli tracisz prawo jazdy za jazdę po wypiciu a jest Ci niezbędne do pracy sąd może na okres próbny wyrazić zgodę byś poruszał się z tym typem prawa jazdy, no i na koniec jest prawo jazdy „open” czyli nie podlegające żadnym restrykcjom i ograniczeniom. To nie koniec „łamigłówki”. Dodatkowo na każdy typ i kategorię mogą być nałożone ograniczenia lub warunki. Najciekawszym z nich jest ograniczenie „A” – możesz prowadzić samochód jedynie z automatyczną skrzynią biegów lub „B” – możesz prowadzić samochód jedynie z manualną skrzynią.
Tak jak w Polsce, w krainie kangura, misia koala tudzież innych wombatów obowiązuje system punktów karnych za nieprzepisową jazdę. Najbardziej ścigane są przekroczenia prędkości i jazda pod wpływem alkoholu. Jeśli przekroczysz prędkość o więcej niż 40 km/h automatycznie tracisz prawo jazdy na pół roku, a dodatkowo na twój licznik dopisywane jest 8 punktów. Jeśli prowadzisz samochód na licencji typu „L” lub „P” to „zdobycie” 4 punktów w ciągu roku powoduje, że dostajesz liścik i masz do wyboru albo zawieszenie prawa jazdy na 3 miesiące, albo obiecać, że nie popełnisz żadnego wykroczenia przez okres roku. Dla prawa jazdy typu „open” progiem jest 12 punktów w przeciągu 3 lat. Jeśli przekroczysz tą ilość również dostajesz do wyboru albo zawieszenie prawa jazdy na okres od 3 do 5 miesięcy (wyjątkiem jest przekroczenie prędkości o 40km/h tu nie ma wyboru) albo poddanie się rocznemu okresowi próby. Jeśli nie uda Ci się prowadzić grzecznie przez rok i zgromadzisz więcej niż 1 punkt karny, Twoje prawo jazdy jest zawieszane na okres równy dwukrotności tego, który groził Ci przed poddaniem się próbie.
Kary za jeżdżenie nieprzepisowe może nie są w Australii zbyt wysokie czy dotkliwe w porównaniu z Polską gdzie za prowadzenie „po pijaku” można dostać do 2 lat pozbawienia wolności. Nie mniej jednak jest to znakomity przykład, że nie wysokość kary, ale jej nieuchronność powoduje, że kierowcy raczej trzymają się zasad. Inna sprawa, że głupich zakazów jest tu o wiele mniej. Oto bowiem przed szkołą stoją znaki ograniczenia prędkości obowiązujące od poniedziałku do piątku w określonych godzinach, podczas gdy w Polsce przy szkole za znakiem ograniczenia w środku wakacji o 2 w nocy nadal musisz zwolnić do 40 km/h.
W ten sposób niepostrzeżenie doszliśmy do zachowań na drodze. Nie było by tu mowy o gonieniu 150 km/h na ograniczeniu do 60 km/h, wyprzedzaniu na trzeciego czy innych manewrach typowych dla supersamów za kierownicą. Policja wycięłaby ich w mig ograniczając zagrożenie, jakie stanowią dla normalnych użytkowników. Nie oznacza to, że australijscy kierowcy są święci, chodzące aniołki. Dla mnie to mieszanka niefrasobliwości Włochów i porządku Niemców. Dziwna mieszanka, ale jednak….. Włochów, dlatego że przypominają ich niefrasobliwością. Skręcanie w lewo z prawym kierunkowskazem, ogólne roztargnienie są na porządku dziennym. Niemców, dlatego że jeżdżą grzecznie, nie wyprzedzają w niebezpiecznych miejscach, nie wymuszają na siłę pierwszeństwa, nie zajeżdżają drogi, nie trąbią na siebie wygrażając. Słowem, zupełny brak agresji, syndrom wściekłego kierowcy nie istnieje. Nawet kolesie zakochani w swoich Holdenach, wyznający zasadę „bigger car better you are” są niczym w porównaniu z burakami za kółkiem w Polsce, którzy muszą być na każdym skrzyżowaniu pierwsi, nie mogą znieść jak maja jakiś samochód przed sobą nawet choćby mieli zablokować pas do skrętu ustawią się na nim byle tylko ruszyć szybciej. Po czym rozpiera ich duma, jacy to oni są sprytni i zaradni.
No ja tu gadu gadu, a prawo jazdy samo się nie zrobi. Jak każdy posiadacz wizy emigracyjnej mam tylko 3 miesiące na zdobycie tego dokumentu a dokładnie na zamianę mojego polskiego dokumentu na ten z Queenslandu. Jeśli mi się nie uda, to nie mogę dalej prowadzić samochodu posługując się moim polskim dokumentem. Pierwsze podejście do urzędu nie było za szczęśliwe. Kiedy minęło już półtorej miesiąca od przyjazdu uznałem, że czas najwyższy zacząć działać. Udałem się do Queensland Transport, gdzie bardzo miły urzędnik powiedział mi, że niestety mają gdzieś moje tłumaczenie przysięgłe. Departament imigracji może je uznawać, Urząd skarbowy i ubezpieczenie medyczne również, ale oni nie i basta. Uznają tylko tłumaczenie wykonane w Australii przez tłumacza stowarzyszonego z tutejszą organizacją NAATI. Bardzo ciekawe. Na szczęście departament imigracji zapewnia nowo przybyłym emigrantom bezpłatne tłumaczenia pewnej ograniczonej liczby dokumentów. Następne moje kroki skierowałem do lokalnego TAFE, czyli czegoś na kształt szkoły policealnej gdzie znajduje się punk zbiorczy dokumentów do tłumaczenia. Tu się okazało, że na tłumaczenie trzeba czekać 20 dni roboczych. Tyle czasu to ja nie mam. Nie ma wyjścia, trzeba wyszukać tłumacza komercyjnego. W Australii jest ścisły podział na „translator” i „interpreter”. Ten pierwszy może tłumaczyć pisemnie a ten drugi tylko ustnie. Na dodatek można być tłumaczem tylko w jedną stronę. W całym Queenslad jest tylko 3 osoby, które mogą tłumaczyć pisemnie z polskiego na angielski. Reszta jest albo tylko „interpreter” albo tłumaczą jedynie na polski. Napisałem więc e-maila z zapytaniem o czas i cenę takiego tłumaczenia. Czas wahał się od „od ręki” do 2 dni a cena od 45 do 50 AUD. Tańszy tłumacz wymagał przesłania mu kserokopii potwierdzonej za zgodę z oryginałem i obiecywał odesłanie tłumaczenia w dwa dni po otrzymaniu listu. Droższy obiecywał tłumaczenie od ręki z jedynie czytelny skan dokumentu. Ponieważ zależało mi na czasie zapłaciłem 50 AUD. Tłumaczenie przyszło w wyznaczonym terminie. Tak się złożyło, że dzień później przyszło oficjalne, rządowe darmowe tłumaczenia L. Następnego dnia udałem się do Queensland Transport po raz drugi. Tym razem nie mieli już wątpliwości, co do tłumaczenia i mogłem podejść do egzaminu teoretycznego.
Egzamin teoretyczny składa się z testu wyboru. Zdaje się go w poczekalni wśród oczekujących na swoją kolej klientów. Masz nieograniczony czas na wypełnienie testu. Kiedy skończysz oddajesz test do okienka „informacji”, po czym za kilka minut proszony jesteś do innego okienka by odebrać wyniki. Urzędnik przy tobie mówi, które z pytań były źle i dlaczego. Test składa się on z 30 pytań podzielonych na 2 grupy. W pierwszej, gdzie jest 10 pytań dotyczących kwestii kto komu powinien ustąpić pierwszeństwa, można zrobić maksymalnie 1 błąd. Druga część zawiera 10 pytań o znaki drogowe oraz 10 z zasad ruchu drogowego. Tu można zrobić maksymalnie dwa błędy. Na każde pytanie jest szereg odpowiedzi i tylko jedna jest poprawna. Wybierasz A lub B. lub C, czasami D. Nie ma sytuacji, w której więcej niż jedna możliwość jest poprawna. Pytania dodatkowo są dziecinnie proste. Większość z odpowiedzi jest tak skonstruowana, że czujesz je intuicyjnie, bo przecież wiadomo, że jak skręcasz w drogę, po której przechodzą przechodnie to nie możesz przyspieszyć by ich pogonić ani zatrąbić na nich. Ja miałem tylko jeden błąd w pytaniu „w jakiej odległości przed przejazdem kolejowym nie można parkować”. Zaznaczyłem dalej niż pozwalają przepisy J. Muszę przyznać, że dwóch pytań nie do końca zrozumiałem. Przeczytawszy jednak odpowiedzi wybrałem poprawne, bo po prostu pozostałe były nielogiczne. Kiedy miałem już teorię za sobą czekała mnie „praktyka”.
W przeciwieństwie do Polski w Queenslandzie departament transportu nie zapewnia samochodu do egzaminu. Zorganizowanie go leży w interesie zdającego. Można pożyczyć samochód od znajomych, można skorzystać ze szkoły jazdy. Niestety wypożyczenie z wypożyczalni odpada, bo właściciel musi wypełnić pewne druki. Nie mając swojego samochodu musze zorganizować coś na własną rękę. Wybór padł na szkołę jazdy. Cena, bagatelka 45 AUD za godzinę. Za takie pieniądze to już można wypożyczyć samochód na cały dzień. Niestety jak już pisałem nie można go użyć do egzaminu. Wynajmuję więc instruktorkę z samochodem. Umowa jest taka, że biorę godzinę jazdy, podczas której oceni moje zachowanie na drodze i powie czy mam szanse na zdanie testu praktycznego. Oczywiście pewne złe nawyki, których nabrałem prowadząc samochód w Polsce pokutują. Ogólnie dowiaduje się, że mogę zdawać. Próbujemy zorganizować egzamin. Tu kłania się potworna biurokracja. Podczas zdawania testu dostałem telefon, pod który mam zadzwonić i zarezerwować test. Instruktorka robi to za mnie. Okazuje się, że w 4 dni po teście nadal nie ma moich wyników w komputerze i nie mogę tego zrobić. Po jej interwencji będą dopiero rano. Na drugi dzień dzwonię pod wskazany numer. Najbliższy wolny termin egzaminu jest…… za 3 tygodnie !!! No ładnie, tylko po co wydawałem te 50 AUD na tłumacza? Nic, rezerwuje ten termin. Jednocześnie codziennie dzwonie z pytaniem, czy coś się nie zwolniło. Normalnie można to zrobić przez Internet, ale ja znów dostałem jakieś błędne namiary, bo odrzuca wszystkie moje próby. Po fakcie dowiaduje się, że przez Internet mogę, jeśli mam jakiekolwiek australijskie prawo jazdy lub …. obleje egzamin. Szkoda, że tego mi nikt nie powiedział wcześniej. W końcu dopisuje mi szczęście. W ostatnim momencie udaje mi się zarezerwować termin dokładnie na 3 miesiące po moim przyjeździe.
W dniu egzaminu umawiam się z instruktorką na dodatkowe pół godziny jazdy przed egzaminem. Chcę wyczuć sprzęgło, lusterka i ogólnie samochód. W trakcie testu, by zdać, mogę maksymalnie popełnić do 8 błędów „niekrytycznych”, takich jak kierunkowskazy, złe zaparkowanie, za bliskie podjechanie do samochodu oraz jeden „grubszy” błąd. No to do dzieła. Zjawiamy się na placu w określonym czasie. Instruktorka zostawia mnie z egzaminatorką. Młoda, na oko młodsza nawet ode mnie blondyna ma kwaśny wyraz twarzy. Na początek sprawdzenie świateł stopu, kierunkowskazów, klaksonu. Później wsiadamy do środka i test ze znajomości co jest co w samochodzie. Gdzie są wycieraczki, światła awaryjne, ogrzewanie tylniej szyby itp. Ruszamy na miasto. Jestem spięty jak baranie jaja. Generalnie jest ok. W pewnym momencie mam wykonać manewr parkowania tyłem. Robię to w miarę poprawnie. Jednak ruszając z miejsca popełniam błąd. Wychylam się lekko by poprawić sobie widoczność. Egzaminatorka odczytuje to jako intencję włączenia się do ruchu a drogą jedzie autobus. Zanim zdążyłem cokolwiek zrobić naciska mocno na hamulec. Shit !!! W sumie moja wina, bo skąd ona mogła wiedzieć, co mi chodzi po głowie. Wiem, że to „błąd krytyczny”. Niestety powoduje to, że się gubię. Dalej idzie już lawinowo. Popełniam kilka mniejszych błędów. Prawie na samym końcu zrzucam bieg przed zatrzymaniem samochodu. Drugi „błąd krytyczny”. Nie wolno mi zrzucić na luz, kiedy samochód się jeszcze toczy. Dojeżdżamy z powrotem na plac. Wiem, jaki jest wynik. Nie zdałem. Dostaje pisemny raport, w którym ma dokładnie opisane błędy. Oprócz tych krytycznych mam jeszcze złą ocenę sytuacji na drodze, zbyt blisko podjeżdżam do poprzedzających samochodów na skrzyżowaniach, źle oceniam sytuacje podczas włączania się do ruchu, nie skanuję sytuacji wokół siebie. To ostatnie akurat jest mało prawdziwe, ale instruktorka widzi ruchy głowy a niestety nie widzi jak oczy „biegają po lusterkach”. Te poprzednie to różnice w ocenie sytuacji na drodze. Przyzwyczajony do dużego natężenia ruchu jaki panuje w Warszawie mam zwiększoną skłonność do wykorzystywania mniejszych przerw w sznurze samochodów, co w tutejszej kulturze jazdy jest po prostu niemalże na granicy wymuszenia pierwszeństwa. No nic, trzeba będzie zrobić drugie podejście.
Rezerwujemy drugi egzamin. Termin równie odległy, bo 2 sierpnia. Nie chce mi się nic przyspieszać, więc cierpliwie czekam na swoją kolej. Postanawiam skorzystać z samochodu tej samej instruktorki. W dniu egzaminu nie zaczyna się zbyt dobrze. Instruktorka utknęła w korku. Dotarła do mnie na 10 minut przed wyznaczoną godziną. O tej porze to ja powinienem już załatwiać „papierkową robotę”. Na kolanie w drodze do centrum egzaminacyjnego wypełniam formularze. Wpadamy 3 minuty po czasie, ale na szczęście nas nie dyskwalifikują. Na egzamin trzeba się stawić na 10 minut przed wyznaczonym czasem z wypełnionymi formularzami. Na każdym kroku ostrzegają, że spóźnienie lub brak wypełnionego druku traktowany jest jak niestawienie się na egzamin.
Dziś moją egzaminatorką jest bardzo sympatyczna Nowozelandka. Dopełniamy formalności i zaczyna się egzamin. Z początku to samo, co poprzednio. Klakson, światła „stop”, kierunkowskazy, pytanie co jest co w samochodzie. Ruszamy. Ustawiam na szybko fotel, bo nie prowadziłem wcześniej. Dojeżdżamy do bramy wejściowej a egzaminatorka prosi bym spojrzał na deskę rozdzielczą. Patrzę. Pyta, czy nie widzę czegoś podejrzanego. Teraz widzę. Hamulec ręczny jest minimalnie podniesiony i lekko pali się kontrolka. Kurde, pierwszy błąd, na szczęście nie krytyczny. Nie widziałem tego, bo zasłaniało mi koło kierownicy. Wyjeżdżamy na trasę. Cholera, w tym pośpiechu zapomniałem o lusterkach. W środkowym nic nie widzę, boczne ustawione są tak, że mogę oglądać tylnie opony !!! Ładnie się zaczyna. Egzaminatorka, mimo, że to nie jest dozwolone, cały czas ze mną rozmawia. A to o motoryzacji, a to o różnicach w przepisach drogowych między Australia a Polską a to o pogodzie. Jeździmy po mieście około pół godziny. Czasami mówi mi co źle zrobiłem, choć nie powinna tego robić w trakcie egzaminu. W końcu wracamy na plac przed budynkiem Departamentu Transportu. Do moich uszu, niczym najbardziej pożądana muzyka, dobiega stwierdzenie, że da mi prawo jazdy. Dostaję reprymendę, że muszę popracować nad paroma elementami. Znów wchodzi w grę ocena odległości między samochodami i tym razem …… zbyt asekurancka jazda J. Dostaję pisemny raport, udaję się do poczekalni gdzie czekamy na wywołanie mojego numerka. Podchodzę do okienka, podpisuję jeszcze parę papierków, wnoszę opłatę na 3 lata (minimalnie można na rok, maksymalnie 5) i udajemy się do boksu z aparatem fotograficznym. Uśmiecham się najładniej jak tylko potrafię. Po niespełna 5 minutach mam już w ręku zalaminowany dokument. Na zdjęciu wyglądam jak arabski terrorysta. Jak to stwierdziła instruktorka „Teraz już jestem legalny”.
Na koniec refleksja. Sam proces egzaminacyjny jest o wiele przyjemniejszy i banalnie prosty w porównaniu z polskim. Nie ma podchwytliwego testu, gdzie może być jedna, dwie, lub wszystkie odpowiedzi dobre. Jest prosty test, gdzie tylko odpowiedź A lub B lub C jest dobra. Odpowiedzi są takie, że zawsze możesz dojść do poprawnej drogą eliminacji niepoprawnych. Czas jest nieograniczony, zdajesz w poczekalni urzędu. Również egzamin praktyczny jest prosty. Nie ma placu manewrowego i ciasnych garaży czy kopert. Nie ma szalonego egzaminatora latającego z linijką i mierzącego odległości od linii. Jedziesz po mieście i w trakcie jazdy wykonujesz manewry. Liczba dopuszczalnych błędów jest również większa. To są niezaprzeczalne plusy. Minusem jest biurokracja. Z mojego punktu widzenia jest dużo większa niż w Polsce. Niekompetentni urzędnicy udzielający sprzecznych informacji, papierkowa robota, kilkukrotne kserowanie tych samych dokumentów. Kiedy było już po wszystkim zapytałem Panią z okienka o tłumaczenie mojego polskiego prawa jazdy. Podobnie jak wcześniej dostałem odpowiedź, że uznają tylko tłumaczenie dokonane przez tłumacza stowarzyszonego z NAATI lub inne z pieczęcią i podpisem konsula generalnego. Spytałem w takim razie, dlaczego uznali mi tłumaczenie dokonane przez TiS, rządową instytucję powołaną do tłumaczeń dla emigrantów, skoro nigdzie nie ma zaznaczone, że dokonała tego osoba stowarzyszona z NAATI. Oczywiście usłyszałem coś o wiarygodności rządu federalnego. Czyli jednak zasada dot. honorowania tłumaczeń kiepsko broni się w realiach dnia codziennego. Nie widzę również różnicy pomiędzy czekaniem 2 tygodnie na odbiór dokumentu w Polsce a czekaniem od 3 do 5 tygodni na wolny termin egzaminu w Cairns. Jak do tej pory była to moja największa przeprawa z biurokracją w Australii. Wygrałem bitwę, ale wojny z biurokracją nie wygram nigdy. Nikt nie wygra.


  • RSS