harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2005

Właśnie dobiega końca lipiec. Na południowej półkuli oznacza to zimę. Zima zawitała również do i do Cairns. Jest to przede wszystkim pora sucha. Ustały już na dobre opady. Od kilku tygodni mieliśmy jedynie dwa czy trzy deszczowe dni. Niektóre drzewa pogubiły liście, inne przerzedziły. Zieleń już nie jest taka soczysta i świeża. Do przyrody wkrada się coraz więcej żółci i brązów. Temperatura wyraźnie się obniżyła. Za dnia, kiedy słonko stoi wysoko jest nie wiele więcej niż 25 stopni. Za miesiąc, w sierpniu i taka temperatura będzie rzadkością. Wtedy przy 23 stopniach będziemy mówić, że jest ciepło. W nocy mamy około 15 stopni. Choć trudno porównać europejskie mrozy do tutejszego klimatu, również w tropikach można zmarznąć zimą. Ktoś powie, że poprzewracało mi się w d…. . Jednak, kiedy na południu Australii obecnie jest 8 stopni w nocy i 15 w dzień, czyli tyle co wiosną w Polsce, to podejrzewam, że wierzchnie okrycie jest na tyle ciepłe, iż stanowi dobrą ochronę przed chłodem zarówno przy 15 stopniach jak i 8. W Cairns w dzień nadal obowiązują szorty, podkoszulka i sandały, więc kiedy wieczorem po zachodzie słońca temperatura spadnie, na grzbiecie nie ma żadnej ciepłej kapoty, która chroni przed zimnem. Uwierzcie mi, że ganianie w takim ubraniu przy 17 ˚C. i wiejącym od oceanu przenikliwym zimnym wietrze naprawdę może człowieka wyziębić. Jest też druga strona tego medalu. Wychodząc rano z domu, zakładając długie spodnie, cieplejsze buty i koszulę w południe przy 25 stopniach i intensywnym słońcu na bezchmurnym niebie człowiek dosłownie roztapia się w oczach. Tak czy inaczej, jednak wolę taką zimę i obecne moje dylematy pogodowe niż pośniegowe błoto i pluchę w Polsce. Nigdy nie lubiłem zimy, choć długie spacery po ośnieżonej Puszczy Świętokrzyskiej wśród pokrytych białym puchem iglaków sprawiały mi dużo frajdy. Uwielbiałem również oglądać zimowe krajobrazy i przemierzać „Szczeniaczkiem” niedostępne, pokryte zaspami wiejskie dukty. Mimo to, nie zamieniłbym z powrotem zimy w Cairns na tą w Polsce.

Od dawna nie staram się zrozumieć Australii, przyjmuje ją taką, jaka jest. Dlatego też nie zdziwiło mnie, kiedy sprawdziłem w kalendarzu datę największego wydarzenia w Cairns – Cairns Show. W tym roku zorganizowano go w środę, czwartek i piątek. Z tej okazji nawet ogłoszono w piątek dzień wolny od pracy. Widocznie umieszczenie największej imprezy w mieście po środku tygodnia przyciągnie więcej widzów niż w weekend. Z mianem największej też działy się ciekawe rzeczy. Jeszcze miesiąc temu reklamowano to jako największy show w regionie. W miarę jak zbliżała się data rozpoczęcia we wszystkich mediach pojawiała się wzmianka, że jest to największy show w całym stanie, a na kilka dni przed otwarciem nad jedną z bram wejściowych widziałem napis „Australia’s No 1 Regional Show”, co mogło zostać odczytane jako największy show w Australii J. Całe wydarzenie odbywało się na tzw. Showground, czyli specjalnym wielkim placu wystaw. Z tej okazji wyłączono z ruchu cały kwartał zamykając dwie sąsiadujące z Showground ulice.
Ale co to jest takiego Cairns Show.? Ano nic innego jak tytułowe dożynki. To trzydniowe wydarzenie stanowiące wystawę gospodarczą regionu połączoną z prezentacją szkół, klubów, zawodami pseudosportowymi i wesołym miasteczkiem. Można więc było tam podziwiać dorodne sztuki bydła, rasowe owce i pryki, przepiękne konie wyścigowe, kury, gęsi kaczki, oraz inne hodowlane cuda. Były traktory i kombajny. Zarówno te zbożowe jak i do zbierania trzciny cukrowej. Prezentowały się farmy i farmerzy. Wśród rozrywek dla ludu były zawody drwali, wyścigi ropuch (toad races), wyścigi zespołowe w pchaniu taczki, zawody we wspinaniu się na słup, na którego szczycie na zwycięzcę czekał kufel piwa. Były pokazy gokartów, dojenia krów, strzyżenia owcy. Odbywały się również całkiem poważne zawody jeździeckie, w których startowało w sumie ponad 150 koni. Szkoły prezentowały osiągnięcia swoich uczniów, kółka teatralne, prace plastyczne. Mieszkańcy Cairns i regionu swoje hobby. Był 86 latek, który od 56 lat jeździ po całej Australii prezentując podklejone na białym tle, wycięte z czarnego papieru zarysy ludzkich twarzy, była nauczycielka z International House, która wystąpiła ze swoją hodowlą 2 (dwóch) psów, był wreszcie konkurs na najpiękniejszą świnkę morską. Co ciekawe życie takiej świnki jako gwiazdy jest krótkie. Jej włosy rosną w tempie do 1 cm na miesiąc a na zawodach nie mógł startować zwierzak z podciętym futrem tylko „naturalna piękność”.
Jak głosi fama rok rocznie podczas Cairns Show psuje się pogoda i w środku suchego sezonu leje jak z cebra. Nie inaczej było i w tym roku, trzy dni upłynęły pod znakiem deszczu, a piątek wręcz pod znakiem ulew. Nie przeszkodziło to jednak ani organizatorom ani zwiedzającym. W tym roku swoja obecnością zaszczycił Cairns Show Peter Costello, federalny minister finansów. Jako polityk odegrał swoją rolę bezbłędnie. Wziął nawet udział w zawodach drwali i w dojeniu krów. Jak zauważyła sceptycznie nastawiona do polityków tutejsza prasa, Costello być może rozpoczął w ten sposób przygotowania do przejęcia schedy po Johnie Howardzie na stanowisku premiera. Cel dość odległy, bo ostatnie wybory się odbyły niespełna rok temu, ale kto wie? Nie wiem dlaczego, oglądając Costello z siekierą w ręku przypomniał mi się jeden z polskich polityków, który na pytanie czy umiałby skosić zboże kosą (a może sierpem?) zżymał się okrutnie na dziennikarzy, że chcą pokazać go jako zacofanego parobka, który nie idzie z duchem czasu i postępu J.

Podaje za Gazeta Wyborcza. W orginale do przeczytania tu
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,60935,2831784.html

Władze australijskiego stanu Victoria wystąpiły do parlamentu stanowego o zniesienie obowiązującego od 200 lat zakazu czarów i wróżbiarstwa.

Jak poinformował w czwartek prokurator generalny tego stanu Bob Hulls, pochodząca „z czasów Dickensa” ustawa, zakazująca czarów oraz przepowiadania przyszłości „przestała odpowiadać rzeczywistości”. – Minęły czasy, gdy uprawianie czarów czy przepowiadanie przyszłości stanowiły zagrożenie dla ładu i bezpieczeństwa publicznego – wyjaśnił Hulls.

Po raz ostatni ustawę wykorzystano jednak nie dalej jak przed pięcioma laty w procesie nieuczciwej wróżki – oskarżenie jednak ostatecznie wycofano.

Ustawa stanowi część szerszej ustawy o włóczęgostwie (Vagrancy Act), zakładającej też surowe kary za włóczęgostwo, żebractwo, publiczne obnażanie się i posiadanie narzędzi mogących służyć do włamań do domów. Władze stanu Victoria zapowiedziały, iż ustawa zostanie zastąpiona nowym, współczesnym przepisem prawa.

Zapowiedź zniesienia zakazu czarów i przepowiadania przyszłości została z entuzjazmem przyjęta przez współczesne czarownice i czarowników, którzy mają uczcić tę okazję w nocy z czwartku na piątek, wykorzystując pełnię księżyca

Ciężka, ogromna i pot z niej spływa:
Tłusta oliwa.
Stoi i sapie, dyszy i dmucha,
Żar z rozgrzanego jej brzucha bucha:
Uch – jak gorąco!
Puff – jak gorąco!
Uff – jak gorąco!
napisał Julian Tuwim w jednym ze swoich wierszy. Kiedy to pisał na żelaznych szlakach królowały lokomotywy parowe. W dzisiejszych czasach romantyczne żelazne potwory z duszą zostały zastąpione przez surowe elektrowozy i lokomotywy spalinowe. Na szczęście tu i ówdzie entuzjaści kolei nadal utrzymują przy życiu parowozy, traktując je jako zabytek techniki wart zachowania w jak najlepszym stanie i przekazania kolejnym pokoleniom. Nie inaczej dzieje się w Australii. Parowozy nadal prowadzą gdzie niegdzie pociągi turystyczne, lub uświetniają swoją obecnością ważne wydarzenia. Wydarzeniem takim mogą być np. obchody 140 rocznicy powstania kolei w Queensland. Z tej okazji w dwutygodniową podróż z Brisbane wzdłuż wybrzeża na północ do Cairns i Kurandy wyruszyła Betie.
Betie to przepiękna lokomotywa parowa ostatnia, jaka weszła do służby w Queensland Rail. Do Australii przybyła w 1958 roku, ale zbudowano ją znacznie wcześniej, bo już w 1943 w USA dla potrzeb armii amerykańskiej. Dla wtajemniczonych dodam, że jest to lokomotywa z tendrem o układzie osi 1-4-1.
Stara dama przybyła do Cairns z kurtuazyjną wizytą w niedzielę po południu. Na początku zaczaiłem się na nią w przemysłowej dzielnicy Cairns około kilometra przed stacją. W tym miejscu jest łuk, po czym przejazd kolejowy przez ruchliwą ulicę. Do łuku wiedzie kilkusetmetrowa prosta wciśniętą między owalne zbiorniki na produkty petrochemiczne a magazyny portowe. Nie mogąc się doczekać dreptałem w tą i z powrotem. W końcu, z niewielkim opóźnieniem w stosunku do rozkładu usłyszałem charakterystyczny gwizdek. Serce mocniej zabiło. Chwilę później na końcu prostej pojawiła się Betie. Drżącymi z podniecenia rękami podniosłem aparat do oka by na największym zbliżeniu zrobić kila zdjęć. Chwilę później biegusiem udałem się na z góry upatrzone pozycje na łuku. Betie przemknęła obok wydając pozdrawiając mnie i kilku innych fotoamatorów przepięknym dźwiękiem parowego gwizdka.
Wprost z pierwszej sesji zdjęciowej pobiegłem na stację, gdzie na peronie kłębili się oficjale, tłum gapiów i turystów. Błyskały flesze, ludzie wydawali okrzyki zachwytu. „Tato, tato patrz Thomas, Thomas przyjechał” krzyczał mały chłopczyk do swojego ojca, który w tym momencie chyba bardziej niż dzieckiem zainteresowany był podwójnym sprzężonym silnikiem parowym. Tłum na peronie nie pozwalał zrobić zdjęć. Pobiegłem więc na sąsiedni peron, gdzie obfotografowałem zarówno sam parowóz jak i pieczołowicie odrestaurowane wagony. Kiedy tłum nieco zmalał wróciłem na sąsiedni peron i wszedłem do środka wagonów. We wnętrzu króluje drewno i skóra. Wagony drugiej klasy mają podwójne siedzenia po obu stronach biegnącego środkiem korytarza. Pionowa ścianka dzieli cały wagon na trzy wieloosobowe przedziały. Całość bardzo schludna, estetyczna z wieloma elementami zdobniczymi, np. szklanymi kloszami kinkietów. Wagony pierwszej klasy mają również korytarz poprowadzony środkiem a przy oknach pojedyncze siedzenia. Przedziały są co 2 pary siedzeń. Nad każdym siedzeniem oddzielna lampka, pomiędzy przeciwnie ustawionymi do siebie fotelami mały rozkładany stolik. Elementów dekoracyjnych jeszcze więcej niż w drugiej klasie.
Kiedy tłum się powoli rozchodził do domu ja udałem się do budki maszynisty pooglądać bajecznie wypolerowane mosiężne manometry, dźwignie i przekładnie. Pod czujnym okiem maszynisty i pomocnika zajrzałem w każdą możliwą dziurkę, nawet do paleniska . Na spokojnie zamieniłem kilka słów z załogą parowozu. Okazuje się, że w dzisiejszych czasach nawet do parowozów wkradła się elektronika. Załoga już nie mierzy tak jak dawniej prędkości z zegarkiem w ręku odmierzając dystans między słupkami milowymi ustawionymi z boku torów. Obecnie służy do tego precyzyjny elektroniczny układ oparty na satelitarnej technologii GPS. Z resztą elektroniczny panel wyświetlający prędkość cyframi jak z rosyjskiego zegarka wyraźnie psuł harmonię wśród instrumentów w budce maszynisty. To jednak nie koniec ingerencji współczesnej techniki. Ciśnieniem w kotle parowym zarządza również system elektroniczny.
Nazajutrz dzień Betie miała dwie wycieczki turystyczne po Cairns, po czym wspięła się przez przełom rzeki Barron do Kurandy. Poniedziałek upłynął mi na ganianiu po różnych miejscach miasta, gdzie była np. dłuższa prosta i robieniu zdjęć oraz filmowaniu. Cały dzień w mieście można było usłyszeć charakterystyczny dźwięk gwizdka parowego. Jest on bardzo donośny i słychać go na odległość kilkukrotnie większą niż pneumatyczne trąbki współczesnych lokomotyw a jednocześnie nie jest tak drażniący. Strasznie żałuję, że nie zdecydowałem się na podróż kolejką linową i zrobienie kilku fotek z platformy widokowej, z której widać malowniczo wijącą się linię kolejową wzdłuż skalistej przepaści kanionu rzeki Baron. Może następnym razem.
Wraz z wizytą Betie odezwała się we mnie „nostalgia za parą”. Dźwięk parowego gwizdka, bowiem, towarzyszył mi całe dzieciństwo w Skarżysku. Kilkadziesiąt parowozów pracujących w pocie czoła na tamtejszej stacji co rusz wydawało z siebie ten charakterystyczny dźwięk. Ożyły wspomnienia jak biegaliśmy jako dzieciaki po wiadukcie nad torami zanurzając się w kłębach zasiarczonego dymu, który wydobywał się z przejeżdżającego dołem parowozu. I ten charakterystyczny dźwięk ruszającego parowozu. Puf…., puf…, puf.., puf, pufpufpufpuf. A później parowozy znikły. Nikomu nie potrzebny przeżytek pocięto na złom. W jednej z największych parowozowni, przez którą przewinęło się ponad 200 maszyn nie został ani jeden parowóz, nawet symboliczny na pomniku. Później pozostało już tylko ganianie po całej Polsce w poszukiwaniu topniejących z każdym rokiem jak wiosenny śnieg linii obsługiwanych przez parowozy. Obecnie już tylko w kilku miejscach utrzymuje się przy życiu te piękne maszyny z duszą, w tym jedynie w Wolsztynie w ostatniej w Europie parowozowni prowadzącej ruch planowy parowozami, są one wciąż gorące. Gdzie indziej rozpala się je tylko od przypadku do przypadku.

Nie udało mi się przeczytać tej książki w Polsce to udało się w oryginale w Australii. Nie ukrywam, że jej popularność sprawiła, iż była jedną z tych pozycji na mojej „liście życzeń”, na którą polowałem od dłuższego czasu. Co najmniej raz w tygodniu odwiedzam antykwariat w poszukiwaniu takich właśnie okazji. Kiedy w końcu książka pojawiła się na półkach antykwariatu, nie wahałem się ani chwili z zakupem, a że lektura była ciekawa, to pochłonąłem 600 stron w niecałe 4 dni.
Książka okazała się czymś zupełnie innym niż sobie wyobrażałem. Spodziewałem się pozycji w stylu Ericha von Danikena. Może nie tak sensacyjnej czy rewolucyjnej, ale liczyłem na coś na kształt rozprawy popularno-naukowej przytaczającej pewne fakty historyczne, po czym polemizującej z ich oficjalną wykładnią. Oczekiwałem krytyki polegającej na wykazaniu słabych stron, luk i nieścisłości w wersji „oficjalnej” poprzez podanie argumentów jasno wykluczających tą wersję, popartych mocnymi dowodami lub też wskazanie, dlaczego wersja „alternatywna” wydaje się być bardziej prawdopodobna. Zamiast tego, co oczekiwałem dostałem sprawnie napisaną literaturę kryminalno sensacyjną z pogranicza political-fiction. Tak jak w „Dniu Szakala”, klasyce politycal-fiction opisującym zamach na prezydenta De Goula, akcję umieszczono w realnym świecie z rzeczywistymi wydarzeniami, jakie miały wtedy miejsce, prawdziwymi postaciami i organizacjami, tak w „Kodzie Leonardo Da Vinci” autor posłużył się istniejącymi miejscami, powszechnie znanymi faktami oraz legendami by wśród nich wpleść intrygę i kryminał. Cała książka to dość dobrze skrojony kawałek sensacji trzymający czytelnika w stałym napięciu. Na szczególną uwagę i podziw zasługuje sposób, w jaki zbudowany został nastrój tajemniczości. Świetnym zagraniem było zaintrygowanie na początku czytelnika właściwościami liczby phi. Genialne przejście od granicy ilorazów sąsiadujących ze sobą wyrazów szeregu Fabionacciego, czymś, co znane jest tylko studentom matematyki lub analitykom finansowym zajmującym się analizą techniczną na rynkach kapitałowych, poprzez proporcje występujące w przyrodzie do świata sztuki i religii. Strzałem w dziesiątkę jest wybór Leonarda Da Vinci, który sam w sobie był wystarczająco tajemniczy i niezwykły oraz połączenie jego sekretów z jedną z teorii dotyczących Świętego Grala. Teoria sama w sobie nie jest nowatorska. Istnieje już od dłuższego czasu i na jej temat powstało już sporo opracowań od książek począwszy, aż po filmy dokumentalne emitowane na Discovery. I właśnie tu jest ukryty kunszt autora. Dobór tematu bądź, co bądź intrygującego i ubranie go w taką formę, by czytelnik miał wrażenie, że jest to dzieło odkrywcze i nowatorskie i wymyślone przez autora. To sprawność literacka Dan’a Browna powoduje, że nie czujemy się jakbyśmy czytali „odgrzewaną” historyjkę ale coś zupełnie nowego, szokującego. Za pomysł, dobór i wyeksploatowanie tematu należy się piątka z małym minusem.
Akcja książki jest szybka, trzymająca w napięciu, ciekawa. Chwilami czuć jednak „powiew Hollywood”. Są momenty, kiedy można poczuć leciutki smaczek kiczu. Na szczęście są to krótkie chwile a i smaczek kiczu jest lekki. Na pewno intryga i kryminał nie dorównują warsztatem klasykom gatunku. Większość rzeczy toczy się jak „w procedurze”. Praktycznie nie występują zwroty akcji czy punkty kulminacyjne. Tu można by oczekiwać troszeczkę więcej od autora. Tym bardziej, że w miarę jedzenia rośnie apetyt i kiedy po fantastycznym początku i nie ustępującym mu niczym środku nie następuje „trzęsienie ziemi” na końcu można poczuć lekki niedosyt. Mimo różnicy między łatwością, lekkością i kunsztem, z jakim autor zbudował nastrój tajemniczości a prostotą, brakiem elementów zaskoczenia czy punktów kulminacyjnych w warstwie akcji, książka w żadnym momencie nie sprawia wrażenia pretensjonalnej. Nie można nabrać odczucia, że autor próbuje nam zasugerować, że jego książka jest czymś innym niż w rzeczywistości, czymś więcej niż tylko zgrabnie podanym, łatwostrawnym political (religion?)-fiction.
Na koniec jeszcze jedna refleksja. Jeśli tylko dzięki lekturze „Kodu Leonarda Da Vinci” pewne grono osób zostało zaintrygowane czy poznało ewidentne właściwości matematyczne, kilka słynnych dzieł sztuki i postaci historycznych to książka ta ma też niewątpliwe wartości edukacyjne, bowiem tak zapamiętane informacje zostaną w głowie na wiele dłużej niż gdyby przyswojone zostały w szkolnych ławach.

Pod tą nazwą kryje się indyjska restauracja znajdująca się na 62b Shield Street w Cairns. Jak przystało na prawdziwą hinduską knajpę serwuje dania z północnych regionów Indii. Szkopuł tkwi w tym, że nikt z załogi nie jest hindusem . Właścicielką jest Turczynka, głównym kucharzem Chińczyk, drugim kucharzem Tamil ze Sri Lanki, pomocnikiem i trzecim kucharzem brat właścicielki, Tutek jako i ona a na zmywaku dzielnie trzyma straż Polka. Obsługa kelnerska składa się z Australijki, Filipinki i kilku „bezpaństwowców” pracujących w okresach szczytu. Mało tego, w Tandoori Oven można zamówić dania z wołowiny. Słowem restauracja przypomina mi świnkę morską, bo ani to w rzeczywistości świnka, ani morska. Praca tam wymaga wielkiego samozaparcia. Turczynka uprawia styl „zarządzanie przez opierdalanie”. Nikt nie jest idealny, każdy (chyba tylko oprócz niej) jest łamaga i nieudacznik. Dzień bez rozstawiania po kątach poniżania słownego i ubliżania jest dniem straconym. Nie ma znaczenia czy jest to główny kucharz, czy zwykły pomywacz. Ta praca jest chyba najgorsza ze wszystkich. Nie tylko trzeba pomyć po klientach, ale również po kucharzach, przygotować niektóre sosy (przystawki) oraz poobierać krewetki. To ostatnie zajęcie jest o tyle nieprzyjemne, że przy obieraniu kaleczy się boleśnie ręce o ostre pancerze skorupiaków. Pocięte do krwi opuszki palców przy zetknięciu z wodą i i płynem do mycia naczyń bolą niemiłosiernie. Ponieważ knajpa jest pod tureckim zarządem organizacja pracy jest również iście turecka. Najlepiej oszczędza się na człowieku. Można mu kazać np. czyścić całą kuchnię detergentem do podłóg, który nie powinien być używany do niczego innego nie mówiąc już o jego kontakcie z rękami czy wdychaniu. Hołdując zasadzie „dobre, bo tanie” turecka business woman nie zwraca uwagi, że detergent taki jest ekstremalnie toksyczny i po umyciu wszystkich półek w zamkniętym pomieszczeniu bez przewiewu człowiek dostaje zawrotów głowy. Jedyny komentarz do takiej sytuacji wygląda mniej więcej tak: „Tylko mi nie mdlej w kuchni, wyjdź na zewnątrz i zemdlej przed lokalem”. Zagadką pozostanie również, dlaczego właścicielka żałuje pracownikom plastikowego jednorazowego pudełka na jedzenie, podczas gdy nie żal jej kiedy cała chłodnia jedzenia ulegnie zepsuciu bo o koniecznosci sprowadzenia kogos do naprawy zorientuje sie po 3 dniach.
Praca na zmywaku w Tandoori Oven jest bardzo ciężka, kiepsko płatna, ale uczciwa i nie przynosi nikomu ujmy. Przede wszystkim to praca rzeczywista, realna i zarobione pieniądze są efektem włożonego trudu i własnego poświęcenia a nie oszustwa, kantu, kombinatorstwa czy markowania pracy. Nie ma możliwości udawania, że się pracuje. Trzeba być szybkim, dobrze zorganizowanym i odpornym psychicznie. Podziwiam Ulę, za pracę w tamtym miejscu, tym bardziej, że robi to sześć godzin dziennie od 17 do 23 a nie rzadko jeszcze dłużej. Zdarzało się już, że kończyła o w pół do pierwszej w nocy. A rano trzeba wstać około 6.30 i iść do szkoły od 8.30 do 15.00. I tu też nie ma taryfy ulgowej. Nie można powiedzieć, że czegoś mi się nie chce lub, że nie przyjdę.

Kiedy mamy chwilę czasu, np. pół godziny przed Uli pracą chodzimy czasami nad lagunę pokarmić „Hitchcocki”. Siadamy wtedy na murku oddzielającym ocean od przybrzeżnego deptaka, wyjmujemy bochenek chleba i zaczynamy zabawę. Jeśli akurat jest odpływ mamy przed sobą około 3 km mułu. Chodzi po nim przeróżne ptactwo brodzące wyszukujące zagrzebanych omułek. Są ibisy i pelikany, czasami można spotkać przepiękne smukłe białe czaple. Kiedy jest przypływ woda znajduje się o kilka metrów od nas a wtedy wszędzie królują mewy. Białe ptaszydła drą dzioby niemiłosiernie. Kłębią się wskakując na siebie, pokrzykując odstraszając a czasami nawet brutalnie atakując. Kiedy tak rzucają się na lecące w ich stronę okruchy, czasami łapiąc je w locie, innym razem tocząc na piasku zajadłe boje nieodzownie przychodzi nam na myśl nic innego jak film „Ptaki” Alfreda Hitchcocka. Nic więc dziwnego, że od pewnego czasu przylgnęło do nich właśnie takie określenie. Na uczcie korzystają też inne ptaki. Najsprytniejsze są wróble, bo one potrafią podlecieć, złapać szybko kawałek chleba o dużo za duży jak na ich małe dzióbki, po czym ewakuować się w bezpieczne miejsce i spałaszować całość rozdrabniając uprzednio. Gołębie nie mają szans. Ich refleks jest taki, że zanim połapią się, w którą stronę leci okruch, to mewy zdążą już stoczyć bój, zjeść, odpędzić przeciwników i czekać na następną porcję. Ale gołębie też mają swoje „5 minut”. Otóż są one w stanie podejść bliżej do człowieka niż mewy, ba nierzadko jedzą mi wręcz z ręki. To jest ich szansa, bo żadna mewa nie odważy się podejść na tyle blisko by je przepędzić. Taka drobnostka a potrafi sprawić człowiekowi niezłą frajdę. Kiedy siedzimy nad oceanem, wiatr goni drobne fale, bryza przyjemnie wieje w twarz, za plecami błękit Laguny a przede nami stado rozwrzeszczanych „Hitchcocków” gdzieś pryskają wszystkie troski dnia codziennego. Taki mały prywatny relaks w środku miasta.

W każdy piątek, sobotę i niedzielę pomiędzy ulicami Grafton a Sheridan, tuż pod schroniskiem dla backpakersów „Gilligans” rozkłada się Rusty’s Market. Jest to popularny targ warzywny, na którym można kupić wiele rzeczy dużo taniej niż „na mieście”. Zdziwiłby się jednak ten, kto oczami wyobraźni widzi setki straganów pełnych egzotycznych warzyw i owoców, o fantazyjnych barwach, kształtach i zapachach. Asortyment, jakim tu się handluje to może 20% tego, co można dostać w każdym polskim supermarkecie. Pod tym względem Rusty’s Market przypomina nieco osiedlowe zieleniaki, mimo, że wielkością dorównuje boisku piłkarskiemu. Niezaprzeczalnym faktem jest, że nigdzie w Europie nie dostanie się tak świeżych cytrusów i owoców tropikalnych jak tu. Kiedy w niedzielę kupujemy banany wiemy, że nie dalej jak tydzień temu rosły one jeszcze na drzewie na jednej z licznych farm na pobliskim Płaskowyżu. Nie musiały zostać zerwane zielone, po czym spędzić miesiąc w statku chłodni wiozącym je do Europy, by następnie przez kolejnych kilka tygodni dojrzewać w specjalnych halach. To samo dotyczy pomarańczy, mandarynek, grapeifruitów, melonów czy arbuzów. Nie zmienia to jednak faktu, że pewne rzeczy są po prostu niedostępne a inne kosmicznie drogie. Takie rzeczy jak por, pietruszka, kapusta czy papryka kupuje się tu dosłownie na sztuki. To samo dotyczy kalafiorów czy brokułów. Są tak drogie, że handluje się nimi na połówki a nawet na ćwiartki. Trudno szukać selera korzennego, że nie wspomnę o kiszonej kapuście czy ogórkach. Nie widzieliśmy porzeczek, jagód, jeżyn, malin czy agrestu, kabaczków, cukini. W innych przypadkach asortyment jest zawężony do 1 czy 2 gatunków. Nie ma takiego wyboru jak w Polsce jabłek, gruszek, śliwek. Ogórki ogrodowe mają wielkość sporego bakłażana, więc odpada kiszenie. Występuje tu oczywiście kilka gatunków nieznanych w Polsce. Są to głównie słodkie ziemniaki, pataty i taro. Jest azjatycka zielenina zwana „bok choy”, kilka cierpkich w smaku owoców (np. Custard Apple), których nigdy nie widziałem w Polsce. Jest wreszcie chyba z pięć różnych odmian bananów. Począwszy od tradycyjnych, poprzez małe słodkie a skończywszy na specjalnych niedużych zielonych bananach do gotowania. Generalnie to jak zabranie 100 gatunków a w ich miejsce włożenie 5 nowych.
Zakupy na Rusty’s Market mają swoją specyfikę. W piątek rano większość rzeczy jest potwornie droga. Ceny niekiedy przebijają nawet te z supermarketów. Towary są natomiast świeże, dobrej jakości i nieprzebrane. W sobotę ceny tylko nieznacznie spadają. Ten dzień jest chyba najgorszy na zakupy, bo najlepsze kąski wykupiono już w piątek, a ceny nie spadły na tyle by zachęcić klientów. Największy szał zaczyna się w niedzielę około drugiej po południu, czyli na godzinę przed zamknięciem targu. Na każdym straganie panuje szał cenowy, by tylko wypchnąć towar. Czasami kupuje się coś naprawdę za bezcen. W większości zostają już „ochłapy”, ale jaka jest frajda, gdy poszpera się głęboko i wygrzebie jakąś „perełkę” dla siebie za nieduże pieniądze. Kiedy w piątek melony kosztują po 2 AUD i więcej w niedzielę przed zamknięciem można je kupić czasami nawet po 50 centów. Banany, których cena waha się w przedziale 1,80 – 3,50 AUD za kilogram, tanieją do 0.80 – 1 AUD. Jabłka w piątek są wyceniane na 2 dolary za 5 do 7 sztuk (w zależności od stoiska i wielkości) a w niedzielę tanieją do 2 AUD za 12 a czasami nawet 15 sztuk. Słowem okazja goni okazję.
Wizyta na Rusty’s Market jest jednym z naszych rytuałów. Co tydzień odwiedzamy to miejsce dwa razy. Pierwszy raz w sobotę idziemy na „lunch”. Większość stoisk oferuje kawałki swoich owoców na próbę. Chodzimy więc od straganu do straganu jedząc a to kawałek arbuza, a to winogrono, gdzieś indziej mandarynkę czy pomarańczę albo kawałek ananasa czy papai. Zerkamy, próbujemy oceniamy gdzie przyjść nazajutrz na zakupy. Przy okazji porządnie się najemy, co zastępuje nam drugie śniadanie. Wychodząc z targu czasami jesteśmy pełni jak małe bączki. Drugi raz odwiedzamy Rusty’s Market w niedzielę około drugiej po południu. Oprócz małego „co nieco” robimy zakupy. Czasami wynajdujemy okazję na jednym końcu bazaru, by się przekonać, że w pół godziny później na jego drugim końcu ceny zostały obniżone jeszcze bardziej. Innym razem przekonujemy się, że czasami najgorsze towary są chowane właśnie na niedzielne popołudnie, bo klient ogłupiony niską ceną jest tak podekscytowany, że udało mu się złapać „okazję”, iż rzuca mu się na oczy i jest w stanie kupić każdy chłam, bo tanio. W większości przypadków kupujemy jednak to, co chcemy w przyzwoitej jakości i śmiesznej cenie. Takie chodzenie, wyszukiwanie ma też swój urok. Jest to jakaś przygoda, element rozrywki. Co więcej wymaga czasami to zimnej kalkulacji, bo to co na pierwszy rzut oka wydaje się tanie „na koniec dnia” może wcale takie tanie nie być.
Na koniec dochodzi jeszcze kwestia uczciwości. Owoce i warzywa przeważnie pakujesz sam. Nikt nie patrzy Ci na ręce. Już od Ciebie zależy czy zapakujesz 12 jabłek za 2 AUD, czy na przykład 14. To tylko kwestia sumienia, czy uznasz to za przejaw przedsiębiorczości i zaradności (przecież nikt nie zbiednieje od 2 jabłek a i tak dużo na tym straganie zarabia) czy za zwykłą kradzież. Wziąłeś coś, za co nie zapłaciłeś. Ale do tego trzeba mieć sumienie, honor i niepowywracaną hierarchię wartości. Tego na pewno nie zrozumieją osoby o mentalności Kalego z „W Pustyni i w Puszczy” hołdujące zasadzie, że „jest źle, kiedy im ktoś ukraść a dobrze, kiedy oni coś ukraść”.


  • RSS