harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2005

Eureka !!!

2 komentarzy

Po dwóch i pół miesiąca udało nam się znaleźć w jednym z supermarketów kiszoną kapustę. Prawie kilogramowy słoik z piękną niebieską etykietką „Krakus” kosztuje niecałe 3 AUD !!! I jest to prawdziwa Polska kiszona kapusta wyprodukowana i wyexportowana przez firmę Agros. A to bardzo ważne, bo „polskie ogórki” jakie czasami można spotkać na półkach sklepowych zostały wyprodukowane w Medyku na licencji z Kanady. Kapusta smakuje, no cóż przeciętnie, ale lepszy rydz niż nic. W najbliższych dniach na obiad będzie zarzutka.

Mieliśmy tu mieszkać 4 tygodnie, a mija dwa i pół miesiąca i wciąż tkwimy w tym samym miejscu. Nasze mieszkanie, choć wyraźnie tymczasowe ma swoje plusy. Po pierwsze jest strasznie blisko miasta. Mieszkamy w odległości spaceru od najważniejszych instytucji. Do supermarketu na zakupy mamy nie więcej niż 100 metrów. Przez Centrum Handlowe przechodzimy codziennie, bo wiedzie tamtędy jeden z używanych przez nas skrótów. Centrum Handlowe jest na miarę Cairns. Nie przypomina w żaden sposób warszawskich gigantów jak Blue City czy Arkadia. Jeśli już może dorównywać rozmiarami małym galeriom handlowym. W środku dwa spożywcze supermarkety wielkości Championa.
Nasz Queenslander jest „sharehousem”, czyli domem, w którym są pokoje na wynajem. My mieszkamy na górze. Jest tam 4 pokoje, 2×2 osobowe i 2×1 osobowe. Do tego dwie łazienki, ogromna kuchnia, w której spokojnie może przebywać 4 osoby nie przeszkadzając sobie wzajemnie, salon, dwa przedpokoje i piękny taras. Cały dom jest drewniany. Podłogi, poza kuchnią i łazienkami gdzie są płytki, wyłożono polerowanym drewnem. Obecnie poza nami mieszka jeden Nowozelandczyk (Edie), dwie Australijki i Koreanka. Cały skład całkiem znośny.
Edie najczęściej się z nami widzi. Nigdzie nie pracujący „niebieski ptak” ma dużo czasu na siedzenie w domu. Jest mało absorbujący i najczęściej można z nim porozmawiać. Koreanka uzyskała od nas ksywkę „pokraka”. Jest rozgarnięta jak kupa liści na wietrze. Jeśli coś robi, to przeważnie czyni to tak nieudolnie i groteskowo, że z trudem powstrzymujemy się od śmiechu. Sądząc po stopniu komplikacji, jaki potrafi nadać najprostszym czynnościom dnia codziennego ma IQ na poziomie rośliny doniczkowej. W życiu spotkałem się chyba tylko z jedną osobą, która byłaby głupsza od niej. Uprawiamy z nią sex przedpokojowi, to znaczy mijamy się w przedpokoju warcząc do siebie „pieprz się”. Australijki są bardziej frapujące. Jeśli już są w domu robią strasznie dużo hałasu. Właściwie do siebie nie mówią tylko krzyczą. Na moje standardy maja wiele niekulturalnych zachowań. Potrafią np. stanąć po przeciwnych końcach salonu i dyskutować, podczas gdy ja w środku staram się usłyszeć cokolwiek z TV. Dodatkowo należą do strasznie zapominalskich. Najczęściej zapominają gasić światła w łazienkach, zamykać drzwi wejściowych, umyć garnków czy deski po sobie. Czasami hołdują zasadzie, że permanentny stan jakiejś rzeczy to stan brudny a czyści ją się dopiero wtedy, kiedy trzeba użyć. Na szczęście jedna z nich pracuje jako instruktorka nurkowania na rafie i jeśli już wypłynie to nie ma jej cały tydzień. Po prostu można odpocząć. Ogólnie dziewczyny są sympatyczne, miło się z nimi rozmawia, ale takie relatywnie spokojne wzajemne stosunki są możliwe tylko dlatego, że godziny naszej aktywności się nie nakładają. I to cale szczęście, bo inaczej nie miałbym w domu takiego spokoju ducha.

Nawet w leniwym, nigdzie nie spieszącym się nigdzie Queenslandzie z biegiem czasu następują zmiany. W ciągu tego półtorej roku kiedy tu mnie nie było Cairns również nieco zmieniło swoje oblicze. Przede wszystkim przybyło wysokich budynków. Coraz więcej jest kilkunastopiętrowych hoteli i apartamentowców. Na szczęście daleko jeszcze do komercyjnej zagłady i betonowej dżungli niczym na Gold Coast czy Hawajach ale wysokościowce powoli zaczynają dominować w otoczeniu. Mówiąc wysokościowiec nie mam na myśli ogromnych drapaczy chmur ze szklanymi elewacjami. W mieście, gdzie górują budynki parterowe i jednopiętrowe wysokościowce mają po 15 pięter J.
Zmieniła się też Esplanada. Nad brzegiem zbudowano pomost z polerowanego drewna ciągnący się niemal do 2/3 długości nabrzeża. Zbudowano również kilka nowych miejsc do BBQ, wydłużono ścieżkę rowerową, rozbudowano i urządzono na nowo place zabaw dla dzieci. Wzdłuż nowego kawałka Esplanady rozmieszczono „stacje informacyjne” gdzie można przeczytać o historii Cairns, o Wielkiej Rafie Koralowej i Tropikalnej Dżungli Deszczowej. Można również zatrzymać się na jednym z kilku „balkonów” widokowych, gdzie w poręczach umieszczono zdjęcia wraz z opisami ptaków, które można obserwować z tego miejsca.
Powoli zaczynam odbierać Cairns jako miasto dwóch szybkości. Pierwsza, to owiana legendami prędkość chłopaków z „country”. Na wszystko jest czas, jeśli nie dostaniesz tego jutro, to pojutrze, albo za tydzień, a może za miesiąc. Ludzie nie wiedzą tu, co to pośpiech, „wyścig szczurów”, szaleńczy pęd przed siebie. Czasami może to być irytujące. Szczególnie dla przybysza z zagonionej, oszalałej w pędzie Warszawy. Druga prędkość Cairns to turyści. Ci zmieniają się jak w kalejdoskopie. Codziennie wielkie brzuszyska metalowych ptaków wypluwają z siebie tysiące nowych, rządnych przygód turystów. Ich tłumy pędzą przez miasto by wypełnić swoje dwa tygodnie jak najefektywniej. Wakacje życia trzeba wykorzystać na maxa, tu nie ma czasu na stratę czy zmitrężenie dnia.

Tak się ostatnio złożyło, że ONA pojawiła się w moim życiu po raz drugi. Choć chodziła mi po głowie od dawna, to poprzednia nie do końca udana przygoda z NIĄ nie napawała optymizmem. Choć w gruncie rzeczy gdzieś na dnie tliła się iskierka nadziei, że jeszcze do NIEJ wrócę, to codzienność zdawała się krzyczeć na całe gardło coś zupełnie przeciwnego.
Kiedy ostatniego marca opuszczałem gościnne progi LuxMedu wypadki toczyły się bardzo szybko. Jeszcze tego samego dnia czekała nas przeprowadzka na kilka dni do Skarżyska. Przyjeżdżając powtórnie do Warszawy w marcu 2004 nasze rzeczy mieściły się w 2 plecakach. Teraz trzeba było je spakować w 10 kartonów. Oczywiście jak przy każdej przeprowadzce najwięcej było rzeczy kuchennych, bibelotów i książek. Dzięki Pawłowi i Bogusiowi, przyjaciołach, na których zawsze mogę liczyć wszystkie graty oraz nasze szanowne dupska szybko i bezpiecznie dotarły do Skarżyska.
Początek kwietnia był potwornie zabiegany. Najpierw musieliśmy rozpakować przywiezione z Warszawy rzeczy, później pozałatwiać wszystkie biurokratyczne obowiązki. Na wszystko mieliśmy zaledwie 7 dni, w tym weekend. Mieszkanie w Skarżysku przypominało istną Stajnię Augiasza. Wszystko leżało na podłodze na środku pokoju. Przepakowywanie kartonów zajęło nam prawie całe dwa dni robocze. W międzyczasie znaleźliśmy jeszcze chwilkę na długi wiosenny spacer po Puszczy Świętokrzyskiej.
Dni na początku kwietnia nie były radosne. Wszystkie media żyły chorobą Papieża. Każdy ranek, zanim zdążyłem wstać z łóżka zaczynał się od włączenia telewizora na TVN24 by posłuchać wiadomości o stanie zdrowia Papieża. Tragiczna wiadomość o śmierci Ojca Świętego dopadła nas na Górnej Kolonii (dzielnica Skarżyska) na małym „co nieco” u Moniki i Bogusia. Wracając na piechotę do domu chciałem wejść do kościoła, by przyklęknąć i zmówić modlitwę. Ja, stary heretyk poczułem potrzebę uklęknięcia w kościele, gdzie zostałem ochrzczony, przystępowałem do komunii i byłem bierzmowany. W tym samym kościele, gdzie Kardynał Karol Wojtyła udzielał mi błogosławieństwa w moim niemowlęcym wieku. Ku mojemu potwornemu rozgoryczeniu drzwi kościoła były zamknięte na głucho. Pieprzony klecha leżał pewnie pod ciepłą kołderką oglądając pornole i trzepiąc sobie kapucyna zamiast wyjść do wiernych, wejść na ambonę i powiedzieć „nie lękajcie się, Papież odszedł z tego świata, ale nadal będzie nad nami czuwał i otaczał nas opieką z niebios. To prawda, że zabraknie go tu wśród nas, ale niech nasz ból i żal złagodzi fakt, że właśnie Św. Piotr otworzył mu bramy niebios.” Egzamin z duszpasterstwa w parafii Najświętszego Serca Jezusowego został oblany. Jaki to duszpasterz, który w takiej chwili zostawia swoje stadko samemu sobie? Po prostu zwykły fiut, bo jak inaczej nazwać barana, co zamyka drzwi świątyni przed wiernymi ?
Czwartek 7 kwietnia zaczął się dla nas bardzo wcześnie. Musieliśmy wstać skoro świt, bo czekała nas długa podróż. Najpierw Boguś z Moniką odwieźli nas samochodem do Warszawy. Droga minęła bardzo szybko i nawet nieco wcześniej niż planowaliśmy udało nam się dotrzeć na Okęcie. Na lotnisku było nieco zamieszania, głównie przez Uli koleżankę ze studiów, która strasznie przeżywała nasz wyjazd. Lot PLL Lot do Paryża zaczęli odprawiać później niż zwykle. Zostało jakieś 40 minut do odlotu, kiedy otworzyli dopiero stanowiska odprawy bagażowej. I tu się dopiero zaczęło. Trafiamy na dziewczynę, która dopiero się uczyła. Zaczęła zmianę a tu masz, trudny przypadek. Z pomocą instruktorki odprawiła nasz bagaż. Gdy jednak się przyjrzeliśmy nie zrobiła tego na całej trasie, a jedynie do Hong Kongu. Wydało nam się to nierealne, bo prędzej byśmy się spodziewali, że w Paryżu będziemy musieli odebrać bagaż, gdyż dalej lecimy już do końca jednymi liniami lotniczymi i nie powinniśmy mieć już z tym zawracania głowy. Dlatego też poprosiliśmy o odprawę do końca. I tu się zaczęły schody. W systemie komputerowym nie było naszego lotu, przybiegła kolejna „szycha” do odprawy, w międzyczasie nasze nazwiska kilkukrotnie wywoływano przez megafon. Istny cyrk. Na zegarku jest 10 minut do odlotu, a my w jeszcze nadajemy bagaż. W końcu udaje nam się wyrwać z tego pata. Nie mamy już czasu dla znajomych, którzy przyszli nas odprowadzić. Żegnamy się na szybko i lecimy do bramki. Przy wejściu następna kolejka. W bramce obok stoi samolot do Frankfurtu. Przepychamy się bez kolejki, rzucamy na taśmę bagaż podręczny, zdejmujemy zegarki, wyjmujemy z kieszeni klucze i pieniądze, przechodzimy przez bramkę wykrywacza metalu. Biegusiem wpadamy do rękawa prowadzącego na pokład. Ledwo udaje nam się dojść na nasze miejsca, które są na samym koniuszku samolotu a maszyna zaczyna kołować już na pas startowy. Uff, w ostatniej chwili, ładnie się zaczyna.
Samolot gładko wzbija się w górę. Przebijamy grubą warstwę chmur i w okienkach pojawia się błękit nieba. Pod nami biało. Warunki nie zmieniają się już do samego Paryża. Lot trwa około 2,5 godziny. Po kilkunastu minutach od startu odzywa się przez głośniki kapitan. Coś mi nie pasuje w tym głosie, jest wyraźnie za wysoki. Dopiero, kiedy słyszę imię Aldona, dociera do mnie, że samolot pilotuje kobieta !!! Hehhe, niezły początek, najpierw zawirowanie z bagażem a teraz baba za sterami J. Około 11 lądujemy na lotnisku Charles De Goul w Paryżu. Lotnisko wygląda okropnie. Wszystkie terminale przypominają betonowe schrony przeciw atomowe. Wielkie, obłe, szare, odrażające mniej więcej tak samo jak ambasada Francji na ul. Pięknej w Warszawie przed zmianą elewacji. Między terminalami kursują autobusy, niestety tylko po trasie okrężnej w jednym kierunku. Nam przychodzi się przemieścić na sąsiadujący terminal, ale w przeciwną stronę do kierunku ruchu autobusów. Musimy więc objechać całe lotnisko dookoła. Zajmuje to mniej więcej 20 minut. Chwilę po dotarciu na właściwy terminal odnajdujemy okienko lini Cathay Pacific i odbieramy karty pokładowe już do końca lotu. Przechodząc przez wykrywacz metalu przed wejściem do bramek czarnoskóra klientka każe mi zdjąć buty. Zjeżyłem się !!! Powiedziałem, że nie i basta !!! Ona się upierała, żebym zdjął, bo będzie „pikać”. Buty mam bez ani jednego kawałka metalu. Nawet końcówki sznurowadeł i obrzeża dziurek są wykończone tworzywem, więc z wyrazem triumfu na twarzy przechodzę brankę i mówię do czarnuli „I widzisz, co pikało ?”. Idziemy usiąść i poczekać na nasz samolot. Odlatuje o 14.
Wielkiego jak katedra Notre Dam Boeninga podstawiono na mniej więcej 45 minut przed odlotem. Personel w charakterystycznych czerwonych kubraczkach linii Cathay Pacific szybko i sprawnie zapokładował cały tłum. Przy okazji wyjaśniło się dlaczego niektórzy dostali żółte, inni pomarańczowe a jeszcze inni czerwone okładki na karty pokładowe. Kolor zależał od rzędu siedzeń, które zajmował pasażer. W ten sposób wg kolorów ustawiono 3 kolejki i wpuszczano najpierw tych, którzy siedzieli na samym końcu. Później tych z środkowych rzędów a na końcu tych z początkowych. W ten sposób pasażerowie zajmujący miejsca nie blokowali się wzajemnie w wąskich korytarzach i w kilkanaście minut udało się sprawnie i szybko usadzić 400 osób na pokładzie. Dziesięć siedzeń w jednym rzędzie, trzy po obu stronach kadłuba i 4 po środku.
Dwanaście i pół godziny lotu do Hong Kongu dłużyło się niemiłosiernie. Poddaliśmy się rytuałowi lotów międzykontynentalnych. Najpierw wznosimy się i obserwujemy przez okienko malejące obiekty na ziemi. Później kolejne mijane miasta i miasteczka. Wreszcie podają pierwszy posiłek. W tym momencie już nie ma co obserwować, bo jesteśmy nad Bałtykiem. Później przelatujemy nad kawałkiem Łotwy i Estonii i mkniemy ku bezkresnym obszarom Rosji. Za oknami powoli zaczyna się ściemniać. Obsługa zbiera śmieci po posiłku i niedługo później gasną światła w kabinie. Czas dzielimy na oglądanie filmów na ekranie umieszczonym w zagłówku poprzedzającego nas fotela i na sen. Ja czasami odsuwam osłonę okienka i oglądam Syberię z góry. Szkoda, że nie za dnia. W dole nieprzenikniona czerń od czasu do czasu rozjaśniana świecącą plamą małego miasteczka czy osady. Ale i ta przyjemność się kończy wraz z pojawieniem się gęstej powłoki chmur. Nad ranem rytuału część dalsza. Najpierw rozjaśnienie kabiny, podniesienie temperatury o jeden czy dwa stopnie. Przebudzeni ludzie okupują ubikacje. W kilka kwadransów później podany zostaje kolejny poczęstunek. Nijaką papkę w plastikowym pojemniku podgrzaną w kuchence mikrofalowej jemy bez entuzjazmu. Kiedy kończymy do planowanego lądowania w Hong Kongu zostaje niecała godzina. Stewardesy i stewardzi szybko zbierają brudne miseczki i sztućce. Chwilę później odzywa się kapitan i prosi o zapięcie pasów, ustawienie oparć foteli w pozycji pionowej i wyłączenia wszystkich elektronicznych gadżetów. To znak, że podchodzimy do lądowania. Przyziemienie poszło jak po maśle. Pilot posadził na płycie lotniska ogromne cielsko kolosalnego Boeninga bez najmniejszych wstrząsów. Kołujemy do rękawa, odczekujemy kilkanaście minut i wychodzimy na zewnątrz. Szybciutko znajdujemy punkt odprawy celnej i już po kilku minutach w naszych paszportach widnieje 90 dniowa wiza Hong Kongu.
Lotnisko w Hong Kongu jest uznawane za jeden z współczesnych cudów świata. Jego budowa, to niewątpliwie majstersztyk inżynierii ekstremalnej. Powstało, bowiem na morzu poprzez usypanie sztucznej wyspy. Aby jednak usypać sztuczną wyspę używając milionów metrów sześciennych głazów należało najpierw utwardzić dno oceaniczne, na którym przez tysiące lat uzbierało się wiele metrów mułu i innych osadów oceanicznych stanowiących miękkie i ruchliwe podłoże. Nie lada wyczynem było takie przygotowanie morskiego dna, by było ono w stanie udźwignąć dziesiątki milionów ton pokruszonych skał.
Po skończonej odprawie paszportowej udajemy się do dwupoziomowej hali. Górna część stanowi halę odlotów, dolna halę przylotów. Tu zakupujemy „octopusa”, czyli elektroniczną kartę, która służy za nośnik głównie dla opłat za przejazd środkami komunikacji miejskiej. Octopusem można również płacić w wielu sklepach spożywczych, kioskach z gazetami, punktach gastronomicznych. Jej zastosowanie jest naprawdę bardzo szerokie. Zaopatrzeni w „octopusa” udajemy się na miasto. Nie wykorzystujemy do tego jednak ani taxi (ok. 300 HKD – 150 PLN), ani Airport Express – specjalnie wydzielonej kolejki łączącej lotnisko z oddalonym o 30 km centrum w niecałe 20 minut (koszt 100 HKD – 50 PLN). Na początku łapiemy autobus za 3,5 HKD, którym dojeżdżamy do najbliższej stacji metra, a później metrem już do samego serca miasta, na wyspę Hong Kong.
Podróżując autobusem widzimy pierwsze drapacze chmur. Nie są to jednak biurowce, ale ogromne kilkudziesięciopiętrowe bloki mieszkalne. Ich ogrom przytłacza. Próbowałem policzyć ile ma pięter jeden z nich, ale zgubiłem rachubę po czterdziestu kilku a doliczyłem mniej więcej do 2/3 wysokości. Bloki te w niczym jednak nie przypominają polskich paskudztw z wielkiej płyty. Rzadko który jest na planie prostokąta, przeważnie mają kształt nerkowca. Nietuzinkowe są również ich elewacje. A wszystko to na skalistym podłożu w rejonie zagrożonym zarówno sejsmicznie jak i przez cyklony. Tak sobie myślę, że całkiem ciekawie musi być na najwyższych kondygnacjach podczas szalejącego wokół tajfunu J.
Po dwudziestu minutach podróży autobusem, wysiadamy przy stacji metra, gdzie przesiadamy się na pociąg w kierunku miasta. Charakterystyczną cechą metra w Hong Kongu jest szklana ściana na krawędzi peronu. Jeśli samobójca rozpędzi się i będzie chciał skoczyć pod nadjeżdżający pociąg, to raczej nie odniesie sukcesy spływając w dół po nieskazitelnie czystej szybie. Wagoniki kolejki precyzyjnie zatrzymują się w ten sposób, że ich drzwi pokrywają się idealnie z rozsuwanymi drzwiami w szklanej ścianie. Bazując na doświadczeniach z peronami na PKP wydawało mi się, że warszawskie metro ma idealnie dopasowane perony do wysokości wagonów. Tak się może wydawać komuś, kto nie widział tego, co znajduje się w Hong Kongu. Tu poziom podłogi wagonu jest perfekcyjnie zgrany z wysokością peronu. Nie wiem, czy są nawet milimetry różnicy. Również fascynująca jest precyzja, z jaką dopasowano odległość wagonika od krawędzi peronu. Podczas gdy w warszawskim metrze jest to mniej więcej około 10 cm, tu w Hong Kongu nie więcej niż 1,5 cm. Na prawdę robi wrażenie. Wrażenie robi też wnętrze pociągu. Nie ma tu pojedynczych wagoników a jedna długa dżdżownica.
Podróż do miasta trwa niewiele ponad pół godziny. Ponieważ metro nie jedzie non stop pod ziemią obserwujemy przez okno okolicę a kiedy nikniemy w tunelu, obserwujemy robiącą w pośpiechu makijaż Chinkę. Za jedyne narzędzie do nakładania cienia do powiek służą jej własne palce. Całe powieki zostają pokryte grubą warstwą zieleni. Chwilę później czas na pociągnięcie tuszem rzęs. Pociąg jedzie tak stabilnie, że raczej nie ma mowy, by sobie wydłubała oko, a szkoda, byłoby trochę rozrywki J.
Stacja „Central” na wyspie Hong Kong jest punktem, przez który przechodzi kilka linii metra. Wielki podziemny i naziemny kompleks rozciąga się na 7 poziomach. Powierzchniowo można go porównać do kwartału w mieście. Rozrysowane przestrzenne plany orientacyjne przyprawiają nas o zawrót głowy. Tyle poziomów, tyle wyjść, tyle stacji. Wszystko dodatkowo dwujęzyczne, po chińsku i angielsku. Zewsząd otaczają nas tłumy pędzących gdzieś ludzi. Jedno trzeba przyznać, mają uporządkowany ruch. W przeciwieństwie do warszawskich przejść podziemnych, gdzie każdy idzie tą stroną, którą mu się zachce, tu potoki ludzkie suną dwoma strumieniami. Ludzie podążający w przeciwnych kierunkach nie wpadają na siebie. Idziemy razem ze wszystkimi, przecież oni muszą gdzieś iść J.
Widok, jaki nas czekał po wyjściu ze stacji nie napawał optymizmem. Szczyty górujące nad wyspą ginęły w chmurach. Odpadła nam możliwość wjechania na platformę widokową i podziwiania jednej z najbardziej zapierających dech w piersiach panoram miejskich. Postanowiliśmy więc przejechać się najdłuższymi schodami ruchomymi na wiecie. Ponad trzy kilometrowej długości schody ponoć zaczynają się nieopodal stacji „Central”. Kiedy docieramy na miejsce okazuje się, że właściwie one się tam nie zaczynają a kończą !!! Tak, tak Szanowni Państwo, Chińczycy z Hong Kongu mają najdłuższe w świecie ruchome schody jeżdżące w dół !!! Jeśli chcesz dostać się pod górę zostają biegnące tuż obok tradycyjne schody. Ale farsa J. Radzi, nie radzi wspinamy się kilka przecznic w górę. Niestety nie ma widoków na poprawę pogody. Schodzimy, więc w dół klucząc uliczkami wśród zabetonowanych skarp, które mają jedynie kilka dziur na wyrastające drzewa. Z dalszej odległości wygląda to jakby drzewa rosły rzeczywiście na betonie.
Resztę dnia spędzamy włócząc się po Hong Kongu. Z początku wsiadamy w piętrowy tramwaj, lokujemy się na górnym pokładzie i przez uchyloną frontową szybę obserwujemy miasto. Przejeżdżamy przez zabudowane biurowcami centrum i zagłębiamy się w bardziej tradycyjne dzielnice. Obserwujemy małe sklepy i sklepiki, porozkładane na ulicy kramy. Gdyby nie wszędobylskie kolory i chińskie znaki oraz sporą różnicę w estetyce i czystości, to kramy można by porównać z tymi, które spotkaliśmy na Bliskim Wschodzie. Wracamy w ten sam sposób, tramwajem. Kiedy zbliżamy się do City miejsce sklepików i kramów zajmują szkliste elewacje drapaczy chmur. Jest ich dziesiątki. Czujemy się jakbyśmy podróżowali po dnie ogromnego kanionu o szklanych ścianach. Tramwaj kluczy skręcając to w lewo to w prawo. Zza każdego zakrętu wyłaniają się coraz to nowe i nowe wysokościowce, jakby City nie miało nigdy końca. Wydaje się to aż nierealne, jak z powieści sience-fiction.
Po kilku kwadransach podróży, w której widzieliśmy jedynie biurowce zmieniamy środek lokomocji. Przedzieramy się przez gąszcz wieżowców w stronę przystani nad zatoką. Tam łapiemy prom do Kowloonu. Wody otaczające wyspę pełne są łodzi, łódek i innych sprzętów pływających. Aż dziw bierze, jak na siebie nie powpadają. W marę oddalania się od brzegu podziwiamy coraz szerszą panoramę miasta. Teraz możemy ogarnąć to, po czym kluczyliśmy jeszcze niedawno. Niestety widoczność jest bardzo przeciętna. Wszystko za sprawą mgły i nisko wiszących chmur, w których giną dachy najwyższych budowli. Szkoda.
W Kowloonie postanowiliśmy coś zjeść. Z godnych polecenia i przede wszystkim dostępnych na nasz budżet restauracji wybieramy kuchnię indyjską. Ulcia eksperymentuje z kurczakiem curry, ja próbuje czegoś mniej ryzykownego. Curry w hinduskiej kuchni jest tak powszechne jak woda w polskiej i istnieje tam dziesiątki, jeśli nie setki rodzajów curry. Większość z nich piekielnie ostrych. Tak było i tym razem. Dobrze, że mieliśmy dużo wody do popicia J. Obiadek był smaczny, z surowej cebuli jako „startera” nie skorzystaliśmy.
Po obiedzie idziemy do „chińskiego ogrodu”. Siadamy w przepięknej altance na środku stawu. Jej dach przypomina dachy pagody. To nam daje chwile orzeźwienia. Pogoda jest zabójcza. Temperatura z pewnością powyżej 30 stopni, wilgotność potworna a powietrze stoi. Nie czuć ani muśnięcia wiatru, żadnej bryzy, nic. Dodatkowo, mimo, że szczyty gór toną w chmurach znad oceanu okrutnie praży słońce. Włóczymy się, więc po parku noga za nogą. Podziwiamy sztuczny staw i wylegujące się nad nim stado różowych długonogich flamingów, przechodzimy koło kolorowych i świergotliwych papug zgromadzonych w ptaszarni, wpadamy w zachwyt nad dostojnie i majestatycznie płynącymi łabędziami.
Zmęczenie daje nam o sobie znać niesamowicie. Wszak jesteśmy już ponad 24 godziny na nogach. Zdajemy sobie sprawę, że dziś już raczej się nie rozchmurzy, dlatego postanawiamy wracać. Podróż z powrotem ma dokładnie taki sam przebieg. Z Kowloonu do płyniemy promem, następnie łapiemy metro, którym dojeżdżamy do końcowej stacji, po czym autobus, który zawozi nas na lotnisko. Tu padamy jak przysłowiowe kaczki. Rozkładamy się w wygodnych fotelach przed wielkim plazmowym ekranem transmitującym CNN i czekamy. Za godzinę powinna się zacząć transmisja z pogrzebu Ojca Świętego.
Siedząc tak kilka tysięcy kilometrów od domu, wśród obcych ludzi bardzo przeżywamy tą chwilę. Każde z nas na swój sposób. Ten człowiek był jednym z nielicznych, który powodował, że czułem się dumny, iż jestem Polakiem. Wiedziałem, że nie realny jest pochówek Ojca Świętego w Polsce, ale miałem gdzieś w głębi serca nadzieję, że choć jego serce, wróci do Krakowa. Tak jak serce Chopina wróciło do Polski a serce Piłsudskiego do Wilna. Dla Uli to też trudne do zrozumienia. Przecież całe jej dotychczasowe życie był tylko jeden Papież, więc teraz, gdy go zabrakło przyjdzie ktoś nowy, inny, ale jak będzie można powiedzieć o nim „Papież”?
Dręczeni dylematami, oglądając mszę i przysypiając trochę ze zmęczenia doczekaliśmy w końcu chwili, kiedy mogliśmy zebrać się i wejść już do strefy wolnocłowej. Ta jest jeszcze większa niż hala przylotów i odlotów razem wzięta. Sama przestrzeń komercyjna ze sklepami, kawiarniami i restauracjami jest chyba ze 2 razy większa a co dopiero kilkadziesiąt bramek wyjściowych. Decydujemy się coś zjeść przed odlotem i nie liczyć na posiłek na pokładzie. Kupujemy coś na kształt lokalnego zestawu z KFC. Ogromny kubełek z 16 kawałkami kurczaka, frytki i napój. Oczywiście przeliczyliśmy się z ilością jedzenia i połowa zostaje nawet nietknięta. Ostatnią godzinę przed odlotem postanawiamy spędzić już przy bramce. I tu zaczyna się prawdziwa podróż. Kluczymy najpierw po kilku poziomach, ruchomych schodach oraz przejściach i korytarzach, by dotrzeć na peron skąd odjeżdża bezzałogowy pociąg. Czekamy na nasz skład. Kiedy podjeżdża i rozsuwają się szklane drzwi w ścianie na krawędzi peronu wskakujemy do środka. Podróż trwa nie całe trzy minuty, po czym wysiadamy na terminalu, gdzie znajduje się nasza bramka. Dotarcie do niej wymaga jeszcze około 10 minutowego spaceru !!!. Żartujemy, że gdyby nasze bagaże były odprawiane tak jak w Warszawie, to nie byłoby najmniejszej szansy by zdążyć na samolot. Gdy już jesteśmy na miejscu czekamy grzecznie do odlotu.
Przed nami jeszcze jedenaście godzin podróży i międzylądowanie. Lecimy trochę naokoło, bo widocznie linie lotnicze chcąc zaoszczędzić na opłatach lotniskowych doszły do wniosku, że bardziej im się opłaca wieźć pasażerów dwa i pół tysiąca kilometrów więcej i wylądować raz niż w drodze tam i z powrotem. Dlatego my wysiądziemy dopiero, kiedy samolot będzie wracał z powrotem do Hong Kongu. Oczekując na odlot spotykamy Polaka. Zamieniamy kilka słów. To turysta lecący na czterotygodniowe wakacje. Resztę czasu pozostającą do odlotu spędzamy na wzajemnej wymianie doświadczeń.
Personel naziemny Cathay Pacific znów w mgnieniu oka sprawnie załadował cały samolot. Tym razem siedzimy na samiutkim końcu. Tu na ogonie kadłub zwęża się i przy oknie mieszczą się już tylko dwa fotele. To dobrze, nie będziemy mieli sąsiedztwa. Z tej części podróży pamiętamy tylko wznoszenie. Później jak przez mgłę dobiega pytanie stewardesy, czy będziemy jedli posiłek. Resztę pochłania słodki, upragniony sen. Nie liczy się, że fotele są mało wygodne, że po pewnym czasie drętwieją nogi czy szyja. Liczy się tylko błogi sen.
Budzimy się po kilku godzinach. Za oknem już wstał świt. W dole brunatnozielone wybrzeże odcina się od granatu oceanu i błękitu nieba. Na styku oceanu i lądu biała, ledwo dostrzegalna z tej wysokości linia fal. Obudziliśmy się wprost na małe „ co nieco”. Poznany przypadkowo Polak śmieje się z nas, że musieliśmy być naprawdę zmęczeni, bo podszedł do nas wkrótce po starcie a my spaliśmy jak susły. Dalsza podróż mija na gdybaniu, czy podczas międzylądowania będziemy musieli się odprawić czy też pozostaniemy w strefie transgranicznej.
Lądowanie przebiega bez większych zakłóceń. Kiedy samolot w końcu dokołował do rękawa portu lotniczego podnieśliśmy się z siedzeń zabierając wszystkie swoje gadżety. Po drodze obserwujemy, jaki syf zostawiają po sobie podróżni. Połowa samolotu to istny śmietnik. Pozostałości po posiłkach walają się pod fotelami. Dookoła pełno papierów, pomiętych foliowych woreczków, resztek jedzenia. Współczujemy załodze. Po wejściu do rękawa obsługa wręcza nam specjalną kartę lotniskową pozwalającą na swobodne poruszanie się podczas postoju oraz późniejsze ponowne „zapokładowanie”. Siadamy przed bramką i czekamy. Nie mamy nic rozsądniejszego do roboty. Ja kręcę się trochę po lotnisku. Próbuję sprzedać resztkę dolarów Hong Kongu, ale prowizja przy wymianie mnie do tego zniechęca. Nie pozostaje nic innego jak siedzieć i czekać na dalszy lot.
Na pokład wchodzimy pierwsi, przed pasażerami, którzy dosiadają się do samolotu właśnie teraz. Nie mogę uwierzyć własnym oczom, kiedy widzę, że cały syf, jaki pozostawili poprzedni pasażerowie został posprzątany. Założono nawet nowe, świeże pokrowce na zagłówki foteli. Rozlokowujemy się wygodnie w naszych fotelach, czekamy aż samolot zapełni się pasażerami. Chwilę później kołujemy na pas startowy i w mgnieniu oka unosimy się znów do góry. To już czwarty start podczas tej podróży. Czwarty i ostatni. Kilkanaście minut po starcie za oknem zaczyna się niesamowity pokaz. Przelatujemy raz po raz nad którąś z raf koralowych. Odcinają się one głębokim turkusem od otaczających ich granatem głębin oceanicznych. Czasami rafa otacza niewielki atol. Wtedy widzimy mniejsze lub większe wyspy. Niektóre z nich to zwykłe piaszczyste łachy połyskujące platynową bielą piachu. Inne, te większe porośnięte są roślinnością, zapewne palmami, choć z tej wysokości tego nie widać. Mijamy również większe, kawałki lądu. Wyspy mają charakter niewątpliwie wulkaniczny a rafy rozwinęły się na otaczających je płyciznach. Cechą charakterystyczną większości atoli jest ich sierpowaty kształt, choć są też formacje prawie owalne. Widok jest bardzo atrakcyjny, szczególnie, że przez turkusowo wody płycizn prześwitują czarne cienie podwodnych raf.
Na podziwianiu widowiska, jakie zgotowała nam natura schodzi nam większość lotu. Ani się obejrzeliśmy, jak podano posiłek, posprzątano po nim, rozwinięto i zwinięto pokładowy sklepik wolnocłowy. Wydawało nam się, że tak niewiele minęło a już kapitan zapalił lampki sygnalizujące zbliżające się lądowanie. Na pewno przyczyniła się do tego rafa, jak również fakt, że po dwóch międzykontynentalnych lotach i tylu godzinach w powietrzu ostatnie 1200 km nie stanowiło już wyzwania.
Lądowanie nie przedstawi już dla nas atrakcji. Nie dlatego, że to czwarte lądowanie tej podróży i tak nam się w dupach poprzewracało, ale chyba byliśmy już za bardzo znużeni. Dodatkowo na trzydzieści kilometrów przed lotniskiem niski pułap chmur popsuł całą frajdę oglądania spektaklu przez okno. Czekaliśmy kiedy samolot wyląduje, powoli żółwim tempem dokołuje do rękawa, kiedy będzie można rozpiąć pasy, zabrać bagaż podręczny i wyjść. Kiedy stało się zadość temu obrządkowi pożegnaliśmy uśmiechnięty od ucha do ucha, skośnooki personel Cathay Pacific i przekroczyliśmy próg klimatyzowanej kabiny samolotu wchodząc w ziejący tropikalną wilgocią i zapachem lekkiej zbutwielizny korytarz rękawa. Kilkanaście kroków, dojście do korytarza prowadzącego do hali odpraw. Tu klimatyzacja wygoniła nieprzyjemną woń i wilgoć. Powietrze jest suche i przyjemnie chłodne. Stajemy w kolejce do odprawy paszportowej. Kiedy jesteśmy już tuż tuż, słyszę niewyraźny komunikat z głośników. Moje nazwisko zostało przekręcone niemiłosiernie. Zorientowałem się dopiero, że chodzi o mnie, kiedy powiedzieli „podróżujący z Warszawy przez Paryż i Hongkong”. Takie osoby na pokładzie były tylko dwie. Czemu tylko o mnie się pytają? Otóż w Warszawie w tym potwornym zamieszaniu oba nasze plecaki odprawiono na mnie. Domyślam się o co chodzi.
Odprawa paszportowa przebiega bez problemu. Kilka standardowych pytań jak minęła podróż, o cel wizyty itp. Zerknięcie w deklarację celną, ponowne pytanie, czy aby nie wwozi się zabronionych rzeczy, stempel w paszporcie i rytualne „witamy w naszym kraju”. Tuż po odprawie pobiegłem dowiedzieć się, czemu mnie wywoływali. A właściwie nie tyle dowiedzieć, co upewnić i uzgodnić jak ten problem rozwiązać. Po podejściu do odpowiedniego stanowiska, miła Pani w średnim wieku z przyklejonym uśmiechem numer 15 potwierdziła moje przypuszczenia. Nasze bagaże nie dotarły razem z nami. Na pocieszenie, szybciutko dodała, że na szczęście nie zginęły i już je nawet zlokalizowała. Okazało się, że plecaki nie opuściły Warszawy. Jakoś mnie to nie dziwi. Skoro my zdążyliśmy ledwo, ledwo, biegusiem do samolotu to plecaki nie dostały takich nóg, żeby nas wyprzedzić i wskoczyć luku bagażowego przed nami. Skoro nie wysłano ich do Paryża, to poleciały do Frankfurtu i jak twierdzi moja rozmówczyni właśnie teraz są na pokładzie samolotu do Hong Kongu i dotrą tu jutro o godzinie 5.30 rano. Dlatego proponuje, że albo sami je odbierzemy tuż po przylocie samolotu, albo nam je przywiozą jak tylko zacznie pracę biuro obsługi bagażowej. Oczywiście wybieram tą drugą opcję.
W czasie, kiedy ja dowiadywałem się o walizki Ulcie oraz drugiego Polaka zatrzymano. Okazało się, że ich wizy są felerne. Ambasada w Warszawie widocznie się nie popisała i wlepki w paszporcie, które są nośnikiem wizy mają niewłaściwy odcień. Ich paszporty zostały skierowane do dalszego sprawdzenia. Na szczęście dochodzą do wniosku, że cała partia wlepek została źle wydrukowana a nie, że wiza została podrobiona. W tym całym zamieszaniu przechodzimy kontrolę celną „z marszu”. Nawet nie chcą z nami rozmawiać po prostu odciągają nas na bok i każą sobie iść. No to idziemy. Przechodzimy drzwi z napisem Exit i w ten sposób wchodzimy do hali przylotów międzynarodowego portu lotniczego w Cairns, na dalekiej, tropikalnej północy stanu Queensland w Australii. A jednak tu wróciłem. Tym razem jednak nie sam, wciągnąłem kogoś jeszcze do tej katastrofy J.

Witam serdecznie,

Dzis juz ostatnia czesc relacji z wyprawy. Wracamy do domu, ale podroz obfituje w tyle przygod, ze starczyloby na tydzien wedrowki. Oto bowiem spotykamy gluchoniemych (sic !!!) w biurze obslugi klienta w Damaszku, nasz autobus przed granica zamienia sie w wielka skrytke dla kontrabandy a dodatkowo zmuszeni jestesmy do przesiadki na autobus, ktory dociera do Antalii w dwie godziny po odlocie naszego samolotu.

O tych i innnych przygodach czytajcie TU


  • RSS