harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2005

Ponieważ ostatnio nie dzieje się nic, co dawałoby się do opisania jakiś czas temu doszedłem do wniosku, że mozna uzupełnić braki. Zrobiłem też pierwsze przymiarki. Postanowiłem opisać podróż na Bliski Wschód jaką odbyliśmy we wrześniu. Pierwszy odcinek już po świętach :))

Wczoraj „Sczeniaczek” odjechał do nowego właściciela. Miałem świeczki w oczach gdy zaczął się oddalać. Wraz z nim zniknęła cząstka mnie. Wiem, że bedzie mu dobrze. Trafi do ogrzewanego garażu. Będzie mu ciepło i sucho. Będzie dobrze, musi być…….

Kiedy w sobotę wsiadałem do „Szczeniaczka” gdzieś w głebi czułem, że to może byc nasza ostatnia śnieżna wyprawa. Zasypane miasto i okolice zachęcały to zimowej eskapady. Z początku udajemy się na wschód w kierunku Wąchocka. Wąska nieodśnieżona droga prowadzi doliną rzeki Kamiennej. W oddali odcinają się od horyzontu liczne wzgórza pokryte ciemnym konturem Puszczy Świętokrzyskiej. To jedno z tych miejsc, gdzie bezkształtne kanciaki z pustaków nie wyparły jeszcze tradycyjnego stylu regionalnego. Mijamy po kolei drewniane domki z wielkimi puchowymi czapami na skośnych dachach, wciśnięte w snieżne zaspy. Od wszechotaczajacej bieli odcinają się orzechowym kolorem, tak popularnym w tych okolicach. Te niepomalowane jeszcze wyraźniej kontrastują czernią zaimpregnowanego modrzewia. Garbusek mruczac basowo dzielnie wspina się na szczyty pagórków i śmiga w dół. Mijamy kolejne wioski docierając do Wąchocka. Tym razem nie zatrzymujemy się ani w starej zruinowanej, obrośniętej mchem staszicowskiej hucie ani w kilkusetletnim klasztorze. Przejeżdzamy na wskroś przez ruchliwą drogę 42 i kierujemy się w stronę serca Puszczy. Wspinamy się na pokaźną skarpę pradoliny, którą tworzy Kamienna. Wąska droga wije się to w lewo to w prawo pomiędzy zabudowaniami wiejskich zagród a nastepnie krótkim wąwozem doprowadza nas na skraj płaskowyżu. Już tylko trzy kilometry na wprost widać linię drzew. Niebawem docieramy i tam. Zaśnieżona droga zmienia się w leśną przecinkę. Przed nami wielka ściana ciemnozielonych drzew ze snieżnymi nawisami przecięta wąziutką dróżką, którą prowadzą dwie koleiny w 50 cm sniegu. Ruszamy powoli. „Szczeniaczek” dzielnie znosi wszelkie nierówności terenu. Wspinamy się na kolejne pagórki i zjeżdzamy w ośnieżone doliny. Oglądamy pokryte bielą leśne poszycie. Minuty mijają nieubłaganie. Spotykamy po drodze kilku narciarzy biegowych. Po około 40 minutach docieramy do położonego mniej więcej w połowie drogi uroczyska Wykus. Parkuję garbusa w śniegu i wyskakujemy na zewnątrz. Leśną ciszę wyraźnie mącą dość mocne podmuchy wiartu świszczące w koronach drzew. Wzmocniony nimi mróz momentalnie wbija się nam w uszy, nosy i policzki milionami igiełek. Ruszamy „z buta” szybciutko by się rozgrzać. Niespełna 5 minut zajmuje nam dotarcie do zagubionej w leśnych ostępach mogiły. Dookoła biel. Na prowizorycznych ławkach zrobionych z przeciętych na pół sosnowych pni śnieg sięgający nam po piersi. Ostre słoneczko odbija się refleksami od kryształków lodu. Nie wytrzymujemy długo i kto żyw ewakułujemy się do garbuska. Blaszana osłona chroni nas przynajmniej przed wiatrem. Ruszamy w drogę dalej. Przed nami kolejne kilka kilometrów przez las, zasypaną drozyna z głebokimi koleinami. Ale dla „Szczneiaczka” to nie przeszkoda i całą 4 osobową ekipe niesie raźno przed siebie. Docieramy wreszcie na skraj lasu. Otwarta przestrzeń razi niesamowitą bielą. Przedzieramy się przez wiejską drogę nieustannie zasypywaną zwiewanym z pól sniegiem. Jedziemy w stronę Bodzentyna. Na początku miejscowości skręcamy w stronę Psar. Mijamy typowo świętokrzyskie domki otoczone wszechobecnymi tu modrzewiami. Naszym oczom ukazuje się leżący w rowie autobus PKS, którego próbuje odkopać kilkuosobowa ekipa. Widocznie ześlizgnął sie z pobocza w dół nie widząc gdzie ono się kończy pod gruba warstwą śniegu. Jedziemy dalej, docieramy do podnórza Pasma Klonowskiego. Wraz z początkiem lasu kończy się w miarę dobra droga. Robi się niebezpiecznie. Na ubitym i wyślizganym lodzie nawet zimowe opony nie wystarczą. Na szczeście „Szczeniaczek” jeszcze raz daje sobie radę. Chyba jest trochę prawdy w amerykańskim hasle reklamowym z lat 60-tych „Czy wiecie czym kierowcy pługów snieznych dojeżdzają do pracy ?” :). Po kilku kilometrach odbijamy w dół zbocza do Klonowa, ostatniej wioski w powiecie skarżyskim. Po kilku kilometrach docieramy do centralnego punktu wioski, ktory stanowi male rondo, wiejski sklep spozywczy i mała podstawówka w drwnianym orzechowym domu. Z tego miejsca rozciąga się zapierający dech w piersiach widok na Łysicę i część Łysogór. Pogoda jest przepiękna, widoczność fantastyczna. Błękit nieba poszczępiony gdzie niegdzie drobnymi obłoczkami , ciemna zieleń lasów i biel śniegu. Ganiamy się troche po zmrożonym śniegu przy sklepie. Karmimy ciastkami malego psa przybłedę. To najpiekniejsze miejsce w okolicy. Napawamy się jego estetyką ładując emocjonalne i duchowe akumulatory. Po kilkunastu minutach ruszamy dalej. Zjeżdzamy dalej w dół zbocza w stronę Barczy. Droga znów nas wiedzie przez las. Na szczęście to tylko kilka kilometrów. Kierujemy się w stronę Ciekot, rodzinnej wioski Stefana Żeromskiego. Niestety czas nas goni coraz bardziej. Nie zatrzymujemy sie juz nigdzie. Ani w Świętej Katarzynie, ani w ponownie mijanym Bodzentynie, ani nawet na punkcie widokowym przy kapliczce św. Barbary nieopodal Michniowa. Wracamy prosto do Skarżyska.
„Szczeniaczek” znów spisał się na medal.


  • RSS