harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2004

Ranek budzi nas pięknym słońcem. Dziś już wyjeżdżamy, dobiegł kres naszej bliskowschodniej eskapady, ale zanim to się stanie minie jeszcze prawie cały dzień. Pakujemy więc naszą walizkę do drogi. Fajki wodne zawijamy kolejno w ubrania, po czym układamy na rozłożonym na płasko jednym z naszych plecaków. Wolne przestrzenie wypełniamy ciuchami, a następnie na wierzch kładziemy kolejne zabezpieczenie. Szczególnie dokładnie owijamy szklane klosze. Nie ma prawa im się nic stać. Mam nadzieje, że rzucacze, przepraszam, bagażowi na lotnisku nie będą po tym skakać. Z walizką i plecakiem schodzimy na dół by się wyrejestrować. Płacimy za nasze miejsce na dachu, zostawiamy bagaże w wąskim przejściu tuż obok patio i idziemy na śniadanie do…… „sokowni” J. Bierzemy jakieś gigantyczne kufle soków. Pijemy i rozmawiamy o czekającej nas podróży. Starając się jakoś zabić czas prosto z „sokowni” idziemy do Internet cafe. Zawsze to jakaś godzina zleci jak biczem strzelił. W kafejce przypominamy sobie, że przecież jeszcze trzeba kupić tytoń do fajek wodnych. Spacerując wcześniej po starym mieście zauważyliśmy pewien godny uwagi sklep z akcesoriami do fajek. Udajemy się więc w tamtym kierunku.
Jak co dzień przechodzimy kładką nad jedną z ruchliwych ulic, a następnie przez Plac Męczenników. Tu jak zwykle ruch niczym w ulu. Przejście przez dwa pasy ruchu nigdy tu nie było łatwe. Dobrze, że można zatrzymać się na wysepce po środku. Ale jak człowiek cierpliwie poczeka to w końcu mu się uda. O tej porze dnia natężenie hałasu jest największe, jednak po półtorej tygodnia treningu nie zwracamy już na to zbytniej uwagi. Na Placu Męczenników jak godzien dopadają nas tabuny cinkciarzy. Żartujemy, że warto by było powiesić na piersi tabliczkę z napisem „nie, dziękuję”. Kiedy udało nam się już przedrzeć przez ciżbę ludzi na placu docieramy niezbyt szeroką, jednokierunkową ulicą do arterii oddzielającej nas od Cytadeli. Tu chodnik oddzielony jest od jezdni barierką. I bardzo dobrze, bo przejście na drugą stronę w tym miejscu to pewna śmierć. Ulica ma po 3 pasy ruchu w każdą stronę. Syryjski porządek nie przewiduje jazdy w wyznaczonych pasach, więc nawet pokonywanie na raty ulicy dwukierunkowej jest wyzwaniem graniczącym z targnięciem się na swoje życie. My idziemy kawałek wzdłuż tej arterii, gdzie jest skrzyżowanie z ulicą dwujezdniową, na której od czasu do czasu warują jacyś mundurowi. Przejście przez jezdnie w tym miejscu też nie jest bułką z masłem. Przechodząc na wysepkę oddzielającą jezdnie trzeba uważać na pędzące samochody, które skręcają w prawo, czyli atakują przechodzącego z jego tyłu. Panuje tu też brzydki zwyczaj, że kierowca widząc, iż jest na kursie kolizyjnym z pieszym przyciska mocniej pedał gazu, by pieszy szybciej zwiewał z ulicy. Przejście drugiej jezdni nie jest już takie ciężkie, bo wystarczy poczekać aż się samochody zakorkują czekając na możliwość włączenia się do ruchu. Czasami jednak stają tak blisko siebie lub w takim wzajemnym położeniu, iż trudno się przecisnąć. Dalej to już przysłowiowa „bułka z masłem”. Schodzimy do podziemnego przejścia, którym dostajemy się na drugą stronę. Wychodzimy tuż przy wejściu do największego suku w Damaszku. Idziemy w stronę Meczetu Omajadów. W połowie drogi zahaczamy o lodziarnie. Dwóch arabów w białych silikonowych rękawiczkach miesza rękami wielkie niekształtne masy lodów. Każdemu kupującemu nakładają wielką porcję do wafelka, po czym obtaczają całość w cudownie świeżych mielonych pistacjach. Porcje są ogromne. Wcinając lody dochodzimy prawie do Meczetu, po czym skręcamy w prawo w stronę Pałacu Anzelma i bocznym sukiem dochodzimy do jedynego w okolicy suku nie wyłączonego z ruchu. Korek jest okropny. Pojazdy stoją prawie non stop, co jakiś czas przemieszczając się o kilka metrów. Suk jest zadaszony, więc wygląda to jak korek w wielkim tunelu. Po obu stronach jezdni znajduje się chodnik nie szerszy niż 1m. Na nim kłębia się przechodnie wraz z klientami niezliczonej masy kramów i kramików. W tej części suku handluje się przeważnie ziołami, przyprawami i mydłem. My udajemy się dalej w kierunku dzielnicy chrześcijańskiej, gdzie mieści się wypatrzony przez nas sklep. Idziemy wzdłuż tej uliczki około 10 minut i mniej więcej w połowie drogi do rzymskiego łuku znajdujemy to, czego szukaliśmy. W małym kantorku kupujemy kilka paczek różnorodnych tytoni. Mamy wiśniowy, brzoskwiniowy, o smaku melona, kokosowy i jabłkowy. Kupujemy również kilka opakowań węgla do rozpalania fajki i specjalną folie aluminiową oddzielającą nabity tytoniem kielich od żarzącego się węgla. Wszystko w śmiesznie niskich cenach. Paczka tytoniu, który starcza na kilkanaście nabić kosztuje około pół dolara. W Polsce cena wzrasta do około 20 PLN. W drodze powrotnej zaglądamy do jednego z wielu kramów, gdzie kupujemy sobie na drogę pistacje i figi. Kiedy udaje nam się pokonać już wszystkie niebezpieczeństwa związane z wydostaniem się z suków idziemy na kebaba z sokiem do całkiem przyjemnej „dziupli” na Placu Męczenników. To nasz dzisiejszy obiad.
Do hotelu docieramy już popołudniem. Siadamy przy stolikach przed wejściem i przy filiżance herbaty deliberujemy o wszystkim i niczym. Dosiada się do nas brodaty Belg, więc mamy towarzystwo do rozmowy. Czas mija strasznie wolno. Już chcielibyśmy być w autobusie, coś by się przynajmniej działo. Kiedy powoli godzina po godzinie zbliżyliśmy się już do późnego popołudnia postanawiamy jeszcze coś zjeść przed podróżą. Kupujemy więc po fafarelu, którego popijamy herbatą. W ten sposób zrobiła się godzina 18.00. Czas zbierać się w drogę.
Taszcząc potwornie niewygodną walizkę łapiemy taksówkę na dworzec. Bezceremonialnie wsadzamy kierowcy pod nos kartkę, na której Patrycja napisała nam po arabsku nazwę dworca i pytamy się ile. Arab mamrota coś niewyraźnie pod nosem. Właściwie nie obchodzi nas ile powiedział. Pytamy się czy za 50 Funtów (1 USD) nas tam zawiezie. Nie ? To, do widzenia. Łapiemy następną taksówkę. Sytuacja się powtarza. Dopiero trzecia taksówka, którą zatrzymaliśmy zgodziła się zabrać nas za tą cenę. Udaje się nam nawet wymóc na Ali Babie, by otworzył bagażnika na walizę. Taksówka standard. Żółta, w środku brudne siedzenia i plastikowe obicia. Całe wnętrze potwornie skrzypi. Ale jedzie, to najważniejsze. Droga przez miasto zajmuje nam około pół godziny, z czego 10 minut jazdy i 20 minut stania w korkach. Ale jak już jedziemy, to opony piszczą na zakrętach. Ze starości, bo są takie łyse a nie z powodu prędkości. Dojeżdżamy na dworzec, który na pierwszy rzut oka przypomina raczej jakieś targowisko. Wysiadamy, płacimy. Wyjmując walizkę z bagażnika urywam rączkę z jednej strony. Rączka przymocowana jest do walizki nitami. Miejsce to niczym nie zostało wzmocnione i urwałem nit razem ze strzępkiem okalającego materiału. A ja myślałem, że rozpadnie się dopiero w Warszawie J. Świetnie. Ciągnąc za urwaną rączkę jest mi nawet trochę wygodniej, bo mogę się nieco wyprostować. Dobrze, że kółka się jeszcze kręcą. Podchodzimy do bramy. Tu ogromny tłum ludzi kłębi się przed jakimś wąskim gardłem. Przyglądamy się bliżej. Po prawej stronie wielkich wrót dla autobusów widzimy wojskową strażnicę a tuż przy niej…. Bramkę do wykrywania metali jak na lotnisku. Może bramka wykrywa coś innego, ale wygląda identycznie. Nie wiedząc gdzie się udać i co robić wyciągam bilet i podchodzę do pierwszego żołnierza pokazując mu bilet i pytając się gdzie jest to biuro. Arab nie mówi po angielsku, ale z miejsca otwiera nam wielgaśne wrota i każe wejść. Po chwili woła kolejnego żołnierza i zamieniają kilka słów. Sekundę później przybiega jakiś potwornie zastraszony cywil i każe nam iść za sobą. Przechodzimy kilkadziesiąt metrów i pokazuje nam kantor biura podróży, z którego kupiliśmy bilety. Dziękujemy wylewnie, choć nie wiem czy nas rozumie.
Dworzec Baramke w Damaszku to długi na około 300 metrów barak, w którym wydzielone są pomieszczenia poszczególnych biur podróży. Przed każdym z biur jest ukośnie umieszczone stanowisko odjazdowe. W baraku znaleźć można również trochę sklepów, jakieś knajpki i stragany z jedzeniem. Jest też pokój modlitw. Nasze biuro podróży sąsiaduje z innym biurem, które ma witrynę na drugą stronę baraku. Wchodzimy do środka. Pomieszczenie ma około 25 metrów kwadratowych. Po lewej stronie kontuar w kształcie podkowy z polerowanego drewna, za nim Arabka „po cywilu”, czyli niezawinięta. Zgłaszamy się z naszymi biletami. Ogląda je dokładnie, wpisuje coś na wielki arkusz i łamaną angielszczyzną prosi o paszporty, po czym każe nam usiąść i czekać. Składamy więc pod ścianą nasze bagaże i przechodzimy przez oś baraku do sąsiedniej części gdzie jest kawałek miejsca by posadzić d…. Zza kontuaru szczerzy się do nas dwóch Arabów. Starszy ma około 50 lat, szpakowate włosy i zęby „co drugi wystąp”. Młodszy nie powinien mieć więcej niż 25 lat. Coś nam cholernie nie pasuje w ich zachowaniu. Hmmm, pomyślmy chwilę. Kiedy uświadamiamy sobie co, o mało nie wyskoczyliśmy z butów. Obaj rozmawiają między sobą w języku migowym i wydają jedynie nieartykułowane dźwięki. Głuchoniemi w punkcie obsługi klienta !!! Kompletnie nas zatkało, a myśleliśmy, że po tylu przygodach Arabowie już niczym nie są w stanie nas zaskoczyć. To możliwe jest tylko w Syrii !!! Żeby dopełnić komedii podjęliśmy nawet z nimi rozmowę J. Ich bezpośredniość jest rozbrajająca. Jedna z pierwszych rzeczy jakie widzimy to pocierające o siebie palce wskazujące obu dłoni. To nic innego jak pytanie, czy sypiam z Ulką. Następnie idą pytania o dzieci, chyba najczęściej słyszane przez nas pytanie w Syrii. Tą jakże poważną „konwersację” przerywa Arab z naszego biura podróży proponujący kubek herbaty. Nie chce nam się pić, więc serdecznie dziękujemy. Nie przeszkadza to jednak naszemu gospodarzowi wyciągnąć wypolerowanej na połysk 3 kg butli gazowej, dokręcenie palnika i postawienie na nim rondelka z wodą na herbatę. Mniej więcej w tym samym czasie postanawiam dopytać się co z naszymi paszportami. Kobieta za kontuarem (po czesku žena za pultem) robi oczy jak 5 złotych i mówi, że zaraz będą. Sytuacja powtarza się mniej więcej co 10 minut J. Kiedy niebezpiecznie zbliża się godzina 20.00, godzina naszego odjazdu coraz nachalniej domagam się zwrotu paszportu. Efekt dokładnie identyczny ja poprzednio J. Tuż przed planowanym czasem odjazdu przychodzi jeden z pomocników i mówi, że nasz autobus już jest podstawiony i żebyśmy poszli za nim.
Na stanowisku stoi autobus, który mogę porównać z Jelczami PR 110 produkowanymi na licencji Berlietta. Na szczęście nie 3 drzwiowa wersja miejska J. W międzyczasie dowiadujemy się, że paszporty zostaną nam zwrócone w autobusie. Cwany pomocnik z biura chce 100 funtów „za pomoc”. Przeganiam go w cholerę. Przedzieramy się przez kłębiący się tłum do bagażnika. Nie ma co liczyć na pomoc kierowcy, czy stewarda trzeba samemu upchać walizki w bagażniku. Efekt jest taki, że bagaże porozrzucane są w nieładzie zajmując 2/3 powierzchni więcej niż powinny. Na przedniej szybie umieszczona tabliczka, że to autobus do Istambułu. Tak jak przewidywałem, mimo zapewnień Araba, który sprzedął nam bilety nie jest to bezpośredni kurs. Będziemy musieli się przesiąść w Antakii. Współczuje, pasażerom, jeśli ten autokar rzeczywiście jedzie do samego Stambułu a nie dowozi ludzi jedynie do Antakii, gdzie następuje rozdysponowanie podróżnych na inne kierunki. Wsiadamy do środka. Numeracja siedzeń jest delikatnie mówiąc pokręcona a na naszym ktoś się i tak rozsiadł. Nie przejmując się tym zbytnio idziemy gdzieś na koniec. Siedzimy dość spięci w oczekiwaniu na nasze paszporty. W pewnym momencie wchodzi jakiś gość w jasnej koszuli w kratkę i jasnych spodniach. Dookoła pasa ma przewiązany pas, do którego ostentacyjnie przypieta jest kabura z pistoletem. Brak munduru pewnie po to, by nikt nie domyślił się, że to tajniak. Od wejścia zrugał kierowcę, stewarda i zaczyna cos się czepiać pasażerów. Mija kilka sekund i każe wysiadać wszystkim. Zbieramy nasze zabawki i wychodzimy. Spotkany w autobusie Turek, na co dzień pracujący w Niemczech nie omieszkał skomentować arabskiej organizacji używając powszechnie znanego na całym świecie angielskiego słowa zaczynającego się od literki „f”. Kłębiąc się przed drzwiami wejściowymi, czekamy na nasze paszporty. Tłum jak zawsze w Syrii zachowuje się dość egoistycznie. Cała ludzka masa przywarła tak szczelnie do autokaru, że wywołani z końca wianuszka mają poważny problem, żeby dostać się do środka. Wyczytany delikwent wchodzi z tajniakiem do środka i ten mu wskazuje miejsce, gdzie może usiąść. Kiedy as syryjskiego kontrwywiadu dochodzi do naszych paszportów jego wymowa wyraźnie się zacina. Z dwóch imion i nazwiska Uli wybiera drugie imię. Moje nazwisko czyta tak pokracznie, że jedynie z trzymanego paszportu w ręce domyślam się, że o mnie chodzi. Na szczęście zostajemy usadzeni razem J, choć przez chwile nie było to takie oczywiste.
Cała procedura „odprawy” trwa ponad godzinę. Kiedy wreszcie dobiega końca i wszyscy pasażerowie są w środku możemy ruszać. Nasz syryjski anioł stróż jedzie z nami aż do bramy wyjazdowej. Tu na posterunku wyjazdowym dostaje od umundurowanego strażnika listę pasażerów. Porównuje ją przez chwilę z listą, według której rozsadzał, a następnie wyjmuje kieszonkową pieczątkę, przystawia na obu papierach i podpisuje. Dodatkowo kierowca pokazuje jakąś inną „biurokrację” do kontroli. Kiedy tym wszystkim formalnościom staje się już zadość zostaje nam otworzona brama i możemy wyjechać. Sęk w tym, że wyjazd jest niemiłosiernie ciasny a uliczka, na którą skręcamy potwornie wąska. Dodatkowo, żeby nie było za łatwo, po drugiej stronie jest kamienny mur, który ogranicza pole manewru kierowcy. Autobus nie może zacząć skręcać kiedy całą długością przejedzie bramę, bo nie wyrobi się w zakręcie przed murem. Jeśli zacznie skręcać za wcześnie, to tyłem rozwali bramę wyjazdową. Kierowca musi wykonać manewr wyjazdu na dwa razy. W końcu znajduje lukę w pędzących uliczką samochodach i udaje mu się wcisnąć do ruchu. Nie dojeżdżamy jednak daleko, kiedy na najbliższym skrzyżowaniu, około 200 metrów za bramą zatrzymujemy się. Z autobusu wyskakuje 2 stewardów i podbiegają do zaparkowanych samochodów osobowych, z których bagażnika w mgnieniu oka przenoszą kilkanaście ciemnych worków i upychają w bagażniku autobusu. Ruszamy dalej.
Wyjazd z Damaszku nie trwa długo. Kilka razy wymuszamy pierwszeństwo, w tym jeden raz wyjeżdżając z drogi ze znakiem „stop” wprost na drogę szybkiego ruchu wychodzącą w tym miejscu spod wiaduktu. Co trzeba przyznać, jak na syryjskie warunki, klakson zaskakująco rzadko jest w użyciu. Po drodze obserwujemy Damaszek nocą z pobliskich wzgórz. Widok jest dość malowniczy. Położenie i rozmiary miasta dają wrażenie, że światła ciągną się aż po horyzont, jakby to była kilkunastomilionowa aglomeracja niczym Mexico City, Tokio-Yokohama czy Nowy York. Opuszczając Damaszek nastają całkowite ciemności. Mkniemy przez zupełnie puste obszary. Za oknem czerń tak gęsta, że można ją kroić. Od czasu do czasu widać na horyzoncie odległe światła osad. Mijamy też nieco bardziej rozjaśnione miejsca. Pewnie objeżdżamy Homs, później Hamę a na końcu Aleppo. Podróż w takich warunkach sprzyja do snu. Większość czasu spędzamy na drzemce, od czasu do czasu tylko kontrolnie zerkając za okno. W międzyczasie autobus zatrzymuje się na postój w małych przydrożnych zajazdach. Postój taki przeważnie trwa nie krócej niż 45 minut.
Ostatni postój przed granicą jest dość ciekawy. Zatrzymujemy się z boku parkingu, po czym wszyscy wychodzą na zewnątrz. My się buntujemy i mówimy, że nigdzie nie idziemy, my nie chcemy rozprostowywać kości i wolimy spać. Jesteśmy jedynymi pasażerami. Kierowca gasi wszystkie światła, po czym jedzie w całkowitych ciemnościach za wielki blaszany hangar znajdujący się nieopodal zajazdu. Tu cała załoga z błyskiem w oczach wyskakuje na zewnątrz. Choćbyśmy nawet chcieli spać nie moglibyśmy. Przez następne co najmniej półtorej godziny słyszymy potworne skrzypienie blach, odgłosy niemalże jak cięcie ich szlifierką, walenie młotem i ogólnie dźwięki obróbki skrawaniem i spawania. To, że dzielni Syryjczycy właśnie ukrywają kontrabandę jest dla nas oczywiste. Zastanawiamy się jednak, jakiego rodzaju kontrabandę. Na myśl przychodzą mi różne rzeczy godne tak zaawansowanych zabiegów. Mogą to być narkotyki lub broń. Dla złoto czy diamenty zajmują mniej miejsca i można je upakować nie rozkładając autobusu na czynniki pierwsze. Mamy nadzieje, że w razie wpadki pasażerowie nie zostaną rozstrzelani razem z obsługą J. Po skończonej przeróbce czekamy jeszcze w ciemnościach hangaru około pół godziny, a następnie podjeżdżamy na parking pod zajazd po pasażerów. Tu już możemy zacząć udawać, że harmider wsiadających ludzi nas przebudził.
Z „parkingu przemytników” do granicy nie jedziemy dłużej niż godzinę. W tym czasie na półce nad głowami pasażerów ląduje po 2 kartony Marllboro na głowę. No nic, jak przemyt to na całego. Z drugiej strony autobus nie przemycający kompletnie nic byłby pewnie na granicy szczególnie podejrzany. Tuż przed granicą zawartość bagażników dwóch kolejnych aut osobowych zostaje przeniesiona do autokaru. Wreszcie docieramy na przejście. Młody żołnierz ubrany w moro odsuwa na bok potężną bramę na rolkach. Przejeżdżamy dalej. Naszym oczom ukazują się wielkie portrety Al-Sadatów. Do autobusu wsiada 2 wojskowych z odbezpieczonymi karabinami. Jeden lustruje pasażerów, drugi sprawdza jakieś papiery. Wszystko się zgadza jedziemy dalej. Zatrzymujemy się przed budynkiem odpraw paszportowych. Wysiadamy z autobusu i kierując się do środka zerkamy czy coś ciekawego dzieje się z autokarem. Razem z nami podąża jeden Arab z obsługi. Czujemy się jak pod specjalną opieką. Brakuje jeszcze tylko, żebyśmy zostali skierowani do okienka dla VIPów. Do VIP’ów nie idziemy, ale stajemy w ogonku dla Arabów. Odprawa przebiega szybko i bezproblemowo. Wychodząc na zewnątrz widzimy, że jednej Syryjki nie wypuszczono z kraju. Gestykulując coś i głośno komentując wyciąga walizkę z bagażnika i idzie gdzieś w towarzystwie pogranicznika. Kilkanaście minut później, kiedy już wszyscy są odprawieni ponownie wsiadamy do autobusu. Ku mojemu zdziwieniu steward sprawdza, czy już wszyscy dotarli na miejsce. Ruszamy. Przejeżdżamy kilkaset metrów i wjeżdżamy na kolejny posterunek. Żołnierz wchodzi do środka lustrując wszystkich, po czym odbiera od kierowcy jakąś stertę papierów. Zaraz po tym, zamyka się za nami brama z siatki ogrodzeniowej i jesteśmy na „ziemi niczyjej”. Kilka kilometrów oddzielające przejście po stronie syryjskiej i tureckiej pokonujemy w żółwim tempie. Wjeżdżamy na przejście tureckie. Po krótkiej kontroli dokumentów przez pierwszy posterunek wojskowy podjeżdżamy do długaśnej rampy kolejowej. Nasze paszporty trafiają do stewarda a on z nimi na posterunek policji. My w tym czasie opuszczamy autobus. Czekając na odprawienie paszportów widzimy jak turecki celnik każe otworzyć wszystkie klapy bagażników. Kiedy już cały luk bagażowy widać jak na dłoni naszym oczom ukazują się skłębione w stertę bagaże, poutykane między nie kartony z papierosami oraz wielkie, czarne, nieprzeźroczyste worki foliowe. Związane u góry leżą porozrzucane w nieładzie dosłownie po całym bagażniku. Turecki celnik podszedł do autobusu z latarką. Poświecił wprost na worki, po czym przeszedł dalej. Metalową szpicrutą postukał w niektóre miejsca. Kilka z nich wydało dźwięk towarzyszący pustej przestrzeni. Inne nie. Celnikowi chyba brakuje do kompletu białej laski i czarnych okularów, bo nad zawartością bagażnika przechodzi jak gdyby nigdy nic do porządku dziennego. Śmiejemy się, że sprawdza, czy ilość towaru zgadza się z tą, której oczekują odbiorcy, czy też nasi dzielni syryjscy przemytnicy „skręcili” część kontrabandy dla siebie. Kiedy tak się przyglądamy tej niezwykle szczegółowej i precyzyjnej kontroli celnej, nasze paszporty zostały odprawione i wychylający się przez nieduże okno w ścianie policjant wywołuje nasze nazwiska. Odbieramy dokumenty, oglądamy kolejne pieczątki, jakie przybyły nam do kolekcji i czekamy na koniec odprawy autobusu. Na wschodzie powoli zaczyna się rozjaśniać. Ciekawe, kiedy dotrzemy do Antalii. Nie czekamy długo, kiedy możemy znów wsiąść do autobusu. Usadawiamy się na swoich miejscach. Steward znów zlicza pasażerów. Upewniwszy się, że znów wszyscy są daje kierowcy polecenie wyjazdu. Wolno tocząc się autokar dociera na posterunek straży granicznej. Młody żołnierz w moro odsuwa wielka bramę na rolkach powoli wyjeżdżamy. Przed nami tuż przy bramie stoją trzy samochody osobowe. Ledwo zdążyliśmy wyjechać za bramę, kiedy ponownie się zatrzymujemy. Gdyby autokar zatrzymał się 3 metry bliżej, stalibyśmy jeszcze w bramie. Na oczach żołnierzy z posterunku z osobowych aut wychodzi kilka osób. Nasza dzielna załoga syryjskich przemytników idzie im na spotkanie. Otwierają się klapy bagażnika po obu stronach autokaru i kartony z papierosami oraz czarne foliowe worki lądują kolejno w bagażnikach samochodów. Hehehe, jak przemyt, to przemyt na całą gębę. Po jakiego grzyba zachowywać pozory? Błyskawiczny rozładunek trwa nie więcej niż kilka minut, po czym każdy rozjeżdża się w swoją stronę. My jedziemy w kierunku Antakii. Kiedy jechaliśmy w przeciwną stronę, po przebudzeniu się nad rankiem rzekłem, że tu we wschodniej Turcji już skończyła się cywilizacja. Nigdy nie sądziłem, że dwa tygodnie później przejeżdżając ten teren poczuje się jakbym wrócił do cywilizacji J. Takie słowa właśnie teraz cisną mi się na usta.
Podróż od granicy do Antakii minęła nadspodziewanie szybko. Mimo szarych głazów za oknem i pustki wokół oraz dopiero co wstającego poranka przejeżdżany ten odcinek z nosem wlepionym w szybę. Kiedy docieramy do Antakii jest już zupełnie jasno. Tak jak przypuszczałem musimy tu się przesiąść. Co więcej, wszyscy muszą się przesiąść, bo autobus nie jedzie dalej. W sumie to szczęście dla tych, którzy jadą do Stambułu. Ciekawe o której odjeżdża autokar do Antakii. W sumie nie liczyliśmy, że mając bilet na 20.00 wyjedziemy z Damaszku dopiero około 22.00 a do Antakii dotrzemy aż po kolejnych 8 godzinach. Wysiadamy i miejsca dopadnięci zostajemy przez cinkciarza. „Change money, change money” słyszymy nieustannie. Na nic zdają się zapewnienie, że nie potrzebujemy. Po sekundzie podchodzi do nas Turek z biura podróży i pyta się na wpół ręcznie na wpół po angielsku, czy my do Stambułu. „Nie, do Antakii”, odpowiadamy zgodnie z prawdą. Bierze w rękę nasz bilet i prowadzi nas do biura. Tam za kontuarem inny koleś, który nie mówi słowa po angielsku przepisuje nasz bilet na nowy blankiet. Nie spieszy się zbytnio. Cała procedura, wraz ze spisaniem paszportów zajmuje około pół godziny. Kiedy dostaje bilet do ręki coś mi się nie podoba. Widnieje na nim godzina 16.30. Czyżby godzina odjazdu ? Przecież jest dopiero 6.30 rano, to mamy sterczeć tu 10 godzin ? Nie mamy tyle czasu, już część rezerwy pochłonęła opieszałość Syryjczyków. Samolot mamy o 5 nad ranem, na lotnisku mamy być na 3. Nie ma mowy, by autokar dotarł tam w 10,5 godziny, jak poprzednio jechaliśmy 16. Próbuje się coś dowiedzieć od kolesia za ladą. Nie da rady, nie potrafię się porozumieć. Szukam w takim razie Turka, który nas tu przyprowadził z autobusu. Ten znowuż ulotnił się jak kamfora. Po kilkunastu minutach udaje mi się zlokalizować kolesia. Pytam się, o której odjeżdża autokar, a ten udaje „greka”. Nagle zapomniał angielskiego. „Nosz k.. twoja mać popaprańcu” mówię spokojnie, po czym klnę szpetnie. W tej sekundzie jakby po usłyszeniu zaklęcia zjawia się cinkciarz. „Change money, change money” słyszę za plecami. Odwracam się i mówię mu, że co prawda nie potrzebuję pieniędzy, ale niech mi przetłumaczy ten bilet. Koleś potwierdza moje przypuszczenia. Autobus do Antalii, miejsca 8 i 9 stanowisko 15 godzina 16.30. W tym momencie się zagotowałem. Proszę cinkciarza, żeby wytłumaczył facetowi z biura, że nie mogę jechać o 16.30. Zamieniają kilka słów po turecku, po czym rozpromieniony gość nagle przypomina sobie angielski i mówi, że to bardzo dobry autobus, wysoki standard i bardzo szybko jedzie. Już na 7.30 będziemy w Antalii. Odpowiadam mu, że to świetnie, cieszę się niezmiernie, ale mój samolot odlatuje już o 5.00 J. Koleś wzrusza ramionami i mówi, że on nic na to nie poradzi i nie ma żadnego wcześniejszego autokaru. Jeśli myślałem, że krew się we mnie zagotowała, to myliłem się dopiero teraz zawrzało. Proszę cinkciarza, żeby porozmawiał jeszcze z tym osiołkiem w biurze. Koleś wyraźnie niezadowolony, że nie sprzeda nam waluty idzie do kantorku. Zamienia kilka kolejnych słów z Turkiem za ladą. Tamten jednak nic nie wie, on tu tylko pracuje i tyle. Mam ochotę spalić tą spelunę w tym momencie. Pytam się o ich szefa, skoro nie mogę się z nimi dogadać. Cinkciarz przetłumaczył widocznie pytanie, bo facetowi za ladą zaświeciły się oczy. Właściciel będzie po godzinie 8.00 i jeśli już, to trzeba z nim porozmawiać. Ok., czekamy do godz. 8.00. W międzyczasie opracowuje „plan B”. Dziś jest piątek rano. Jeśli mielibyśmy spóźnić się na samolot, to nie ma sensu jechać do Antalii, bo to nie po drodze. Trzeba będzie zamienić ten bilet na bilet do Stambułu. Jedzie się tam w około 24 – 30 godzin w zależności od linii. Bylibyśmy w sobotę w południe lub wczesnym wieczorem w Stambule. To dobrze się składa, bo w niedziele i środy odjeżdża autobus do Katowic. Jedzie około 50 godzin. Wyjeżdżając ze Stambułu w niedzielę, bylibyśmy w Katowicach na wtorek. Do Warszawy to już kilka godzin pociągiem. Szkoda tylko biletu lotniczego, który nam przepadnie i dodatkowego wydatku na bilety ze Stambułu. Ale plan jest.
Czekając na właściciela postanawiam również pospacerować po otwartych biurach innych firm. Chodząc po dworcu zerkam na rozkłady jazdy. Ku mojemu rosnącemu niepokojowi większość autokarów do Antalii odjeżdża jeszcze później od naszego. Jest dwa czy trzy wcześniej, ale najwcześniejszy jest o 15.45, czyli 45 minut przed naszym. Nic nas to nie ratuje. Czekamy, co powie szef biura, z którego mamy bilet. Mija godzina 8.00 a za ladą żadnych zmian. Około 8.30 pojawia się nowa postać. Szczupły, sprężysty facet w wieku około 40 lat, z obojętnym wyrazem twarzy siedzi po drugiej stronie. Pytam się, czy jest szefem. Skinął i obojętnie zaczął grzebać w papierach. Tłumaczę mu więc, że w Damaszku kupiliśmy bilet bezpośrednio do Antalii i podróż miała trwać 27 godzin. Mówię, że kupiliśmy tylko ten bilet właśnie dlatego, bo o 5 mamy samolot a do odprawy mamy zgłosić się o 3.00. czyli nie możemy jechać o 16.30 i żeby skołował nam jakiś wcześniejszy transport. Facet bez żadnego wyrazu na twarzy bierze ode mnie bilet, a następnie jakby nigdy nic liczy pieniądze. Przelicza jedną kupkę, drugą, trzecią, kolejną. Stoję z boku i cierpliwie czekam patrząc jak mnie kompletnie ignoruje. Mija mniej więcej 10 minut, wszystkie pieniądze z szuflady już są policzone i pozpinane gumkami w paczuszki. Facet zdaje się mnie nie zauważać, jakby mnie tam w ogóle nie było. Zabiera się za przeglądanie jakiś dokumentów. Grzecznie więc pytam, czy jest w stanie w jakikolwiek sposób nam pomóc w zaistniałej sytuacji. Zostaje obdarzony pogardliwym spojrzeniem, po czym, bez wyartykułowania najmniejszego dźwięku skinął na pomocnika. Tego samego, który raz mówił po angielsku a innym razem nie. Facet bierze nasz bilet i gdzieś idzie. Skinął na mnie, więc idę za nim. Wychodzimy z kantorku, kierujemy się do siedziby innego biura. Biuro wygląda o niebo lepiej od poprzedniego. Przede wszystkim jest czyste, ściany pomalowane są na jasno, meble są nowoczesne, jest przestronne i schludne. Obsługa również ubrana jest „po ludzku”. Tempo pracy mają jednak mniej więcej takie samo. Nasz bilet zostaje porwany a w jego miejsce wystawiają następny. Dopytuje się dokładnie co i jak. Autokar do Antalii odjeżdża o 9.30 spod samego biura. Hura !!!! Jesteśmy uratowanii !!!
Kiedy opadła adrenalina, która dzisiejszego ranka wydzieliła się w ilościach hurtowych poczuliśmy głód. Na szczęście kebaby w Turcji można dostać chyba całą dobę. Kupuję dużego dla siebie i małego dla Uli oraz butelkę Coli do popicia. Siedzimy na walizce na zewnątrz biura przed stanowiskiem odjazdowym pilnując, czy aby nasz autobus nie został podstawiony. Od czasu do czasu tylko podchodzi do nas cinkciarz, ten sam, który nam pomógł, z niemal błagalnym „change money, change money”. Niestety pomoc musiała okazać się bezinteresowna, bo nie dochodzi to żadnej transakcji. Około godziny 9.25 na stanowisko podjeżdża duży wysokopokładowy, biały autokar z wielkim napisem Akdeniz po boku. Dwóch kierowców oraz steward wyróżniają się z otoczenia śnieżnobiałymi, nienagannie wyprasowanymi koszulami i czarnymi, dobrze skrojonymi spodniami. Podchodzimy do nich, pokazujemy bilety. Potwierdzają, że trafiliśmy do dobrego autokaru. Nasza walizka z urwaną rączką ląduje w bagażniku, a my wsiadamy do klimatyzowanego wnętrza. Rozsiadamy się wygodnie w głębokich, lotniczych fotelach. Wyloty chłodnego powietrza kierujemy wprost na siebie i czekamy na odjazd. Przez chwilę zastanawiamy się, czy w ogóle pojedziemy gdziekolwiek, bo razem z nami jest aż czwórka pasażerów na pokładzie. Autokar rusza jednak punktualnie.
Trasa do Antalii ma ponad 880 kilometrów. Linia, którą jedziemy do ekspresowych nie należy. Autobus delikatnie mówiąc strasznie się wlecze. Jeszcze w Antakii zatrzymywał się w kilku miejscach. Następnie wjeżdżamy chyba do każdej napotkanej osady. Autokar powoli zaczyna się zapełniać pasażerami. Między osadami nie jedziemy zbyt szybko. A na razie przecież możemy. Podróżując za dnia obserwujemy to, co nam umknęło nocą. Widzimy dokładnie jak toczy się życie w mijanych osadach. Z niecierpliwością czekamy również kiedy steward chodzi z odświeżaczem do twarzy o zapachu „Amolu”.
Po kilku godzinach docieramy do wybrzeża. Teraz przez następne kilkaset kilometrów trasa prowadzi skalnymi półkami wyciętymi w stromych zboczach schodzących wprost do turkusowych wód Morza Śródziemnego. Od czasu do czasu wjeżdżamy głębiej w ląd. Serpentyny jednak nie ustępują. Raz po raz widzę przez okno przepaść albo prawie pionową skalną ścianę ciągnącą się dziesiątki metrów wzwyż. Autobus jedzie nie więcej niż 60 km/h. Szybciej się nie da. Najgorzej jest na zakrętach, kiedy przychodzi wyminąć się z innym pojazdem. Zakręty są tak ciasne, że ledwo nasz autokar wyrabia. W sytuacji, gdy jedzie coś z naprzeciwka przeważnie się zatrzymujemy. Kierowca widocznie nie wierzy kierowcom ciężarówek, bo zatrzymuje się przed zakrętem niezależnie czy jedziemy z góry czy pod górę. Mijając inne autobusy, lub samochody osobowe zawsze zatrzymuje się ten, który ma z góry by przepuścić podjeżdżającego. Dla mnie najatrakcyjniej wyglądają skały schodzące wprost do morza oraz samo morze. Jesteśmy dość wysoko od jego tafli i z góry wygląda jak z foldera biur podróży. Przepiękny turkus wody, gdzie niegdzie wąziutkie paski piasków plaży, nagie skały, powciskane gdzieś małe pojedyncze domki lub niewielkie osady. Strasznie żałuję, że siedzimy po prawej stronie autobusu a lewa w całości jest zajęta. Kiedy siedząca po drugiej stronie korytarza Turczynka zasłania okno jestem strasznie niezadowolony. Pozostaje mi obserwować tyle ile mogę przez przednią szybę. Ale tu widok jest również ograniczony. Autobus wysokopokładowy, siedzimy ponad metr wyżej niż kierowca, który prawie do połowy przedniej szyby spuścił roletę przeciwsłoneczną.
Po pewnym czasie zatrzymujemy się na postój. Na parkingu przydrożnego zajazdu spotykamy inny autobus tej samej firmy. Kierowcy ustawiają się prostopadle do siebie, jak dwa ramiona trójkąta wychodzące ze wspólnego wierzchołka. Wysiadamy by rozprostować kości i coś zjeść. W zajeździe jest samoobsługowy bar oraz restauracja. Korzystamy z baru biorąc wielki talerz frytek z surówkami i gulaszem baranim. Do tego bierzemy coś do picia i jakąś przekąskę. Za całość płacimy kilkanaście milionów lir. Wertując banknoty wielkości Trybuny Ludu zliczamy na szybko zera nominałów. Niestety tak samo jak w Polsce, kiedy byliśmy milionerami, w Turcji grupy zer nie są oddzielone od siebie odstępem. Czasami sprawia to niejaki problem, czy tam jest sześć zer czy siedem. Posiliwszy się co nieco idziemy na duży taras na tyle budynku. Rozciąga się z niego naprawdę malowniczy widok. Musi tu być bardzo przyjemnie letnią porą wieczorem, kiedy spożywasz posiłek w tak zapierającej dech w piersi scenerii. Niestety my spędzamy na tarasie nie więcej niż 10 minut. Kiedy wracamy do autokaru większość pasażerów jest już na swoich miejscach.
Kilka minut później znów jesteśmy w drodze. Znów steward roznosi odświeżający płyn do twarzy i tak jak przed postojem przeciskamy się górskimi serpentynami przez wybrzeże. Ula widząc ciasne zakręty przy pionowych urwiskach, niczym niezabezpieczone w razie nieszczęścia mówi, że dobrze, iż tego nie widziała wcześniej. Inaczej miałaby spore opory by jechać tędy nocą. W trakcie całej podróży widzimy tylko jedną ciężarówkę, która zsunęła się z drogi. Na szczęście stało się to na porośniętym karłowatym lasem zboczu, tak, że nie poleciała daleko. Ścięła pierwszy rząd drzew i zatrzymała się kilkanaście metrów niżej na drugim rzędzie. Im jesteśmy bliżej celu, tym pojawia się coraz więcej osad. W niektórych tuż przy szosie widać ogromne kolonie opuncji. Właśnie teraz przychodzi na myśl owoc, który jedliśmy w Damaszku. Mijamy również wioskę, która wygląda na o wiele bardziej zadbaną niż poprzednie. Równiutki chodnik, tabliczki z nazwami ulic. Wszystko się wyjaśnia, kiedy pokonujemy najbliższy zakręt. Na pojedynczej skalistej wysepce kilkaset metrów od brzegu stoją ruiny zamku. To niewątpliwie spora atrakcja turystyczna pozwalająca osadzie przeistoczyć się w mały kurort.
Autokar niemiłosiernie się wlecze. Taka nierówna podróż strasznie męczy. Około godziny 20.00 mamy jeszcze 330 km do przejechania. Nie jest to optymistyczne, bo w 10,5 godziny przejechaliśmy 550 km. Oznacza to, że posuwając się dalej w tym tempie dotrzemy do Antalii około za 6,5 godziny, czyli ok. 2.30 nad ranem, na pół godziny przed rozpoczęciem odprawy samolotu. Licząc, że pół godziny zejdzie na dotarcie na lotnisko, jesteśmy dokładnie na styk, nie mając większego marginesu błędu. Ku mojemu niezadowoleniu im bliżej Antalii, tym częściej autokar zatrzymuje się wysadzając pasażerów. Nie tylko zajeżdża na dworce, ale również kluczy przez miasteczka zbierając ludzi i paczki z ulicy. Co prawda droga nie jest już kręta i wąska i na prostych odcinakach kierowca nawet sporo przyspiesza, ale wydaje mi się, że w miastach dużo tracimy. Kiedy w pewnym momencie steward chodzi pytając się po kolei ludzi gdzie wysiadają Ula wpada na genialny pomysł, by poprosić go, aby autobus zatrzymał się w Antalii na skrzyżowaniu z drogą na lotnisko. W miarę jak zbliżamy się do Antalii region staje się coraz bardziej nastawiony na turystykę. Przy szosie wyrastają duże hotele i pensjonaty oraz „kombajny turystyczne”, w których turyści spędzają dwa tygodnie wczasów leżąc za dnia plackiem na plaży a wieczorem bawiąc się w nightclubach i na dyskotekach. Czasami szosa oddziela hotele od plaży, czasami pensjonaty rozmieszczone są między drogą a plażą. To, co przykuwało moją uwagę od jakiegoś czasu, to szczelnie ogrodzone siatką, oświetlone boiska piłkarskie. Po drodze mijaliśmy ich kilkanaście. Na każdym widać było młodzież kopiącą „gałę”. Siatka zagradzająca takie boisko jest wysoka na kilkanaście metrów a oświetlenie tak intensywne, że na placu gry jest jasno jak w dzień. Jeśli młodzi Turcy mogą zdobywać pierwsze szlify w takich warunkach, to z pewnością prędzej dołączą do światowej czołówki niż Polska. Tureckie drużyny klubowe już są liczącą się siłą w europejskich pucharach, podczas gdy polskie walczą ambitnie jak nigdy i przegrywają jak zawsze.
Moje przypuszczenia odnośnie czasu dotarcia do Antalii nie sprawdzają się. Przedmieścia pojawiają się już około 1.00. Nie później niż o 1.20 autokar zatrzymuje się przy serpentynie będącej zjazdem z trasy szybkiego ruchu w stronę lotniska. Wysiadamy w mrok nocy rozświetlony jarzeniowymi lampami ulicznych latarni. Wyciągamy naszą walizkę, dziękujemy ślicznie załodze autokaru i zbieramy się do marszu. Postanawiamy iść w górę serpentyny i na wiadukcie nad trasą szybkiego ruchu złapać okazję na lotnisko, od którego dzieli nas około 3 km. Po przejściu kilkunastu metrów słyszę nieprzyjemny zgrzyt pod walizką. Zaglądam pod spód i odkrywam, że mocowanie kółek zupełnie się pokrzywiło. Kolejny „patent” taniej walizki. Kółka obracają się na osi przymocowanej do uszu z cieniutkiej blachy. Blacha wygięła się totalnie w bok. Prostuję ją modląc się żeby tylko nie rozpadła się przed wejściem na wiadukt. Idziemy dalej. Dochodzimy może do 1/3 wysokości serpentyny, kiedy niespodziewanie zatrzymuje się pierwszy mijający nas samochód osobowy. Zanim zdążyłem się zorientować o co chodzi widzę otwierającą się klapę bagażnika i wysiadającego kierowcę. Bez słowa pomaga mi wsadzić walizkę do bagażnika. Hehehhe, złapaliśmy „okazję” zanim zaczęliśmy ją w ogóle łapać. Wsiadamy do samochodu. Kierowca jest Turkiem pracującym w Niemczech. Nie mówi po angielsku, my nie mówimy po niemiecku. Na szczęście w podstawowym zakresie rozumiemy trudne narzecze Goethego a on trudne narzecze Shakespeare, więc on mówi po niemiecku, my mu odpowiadamy po angielsku. I tak nasza konwersacja trwa przez kilka minut dzielących nas od lotniska. Wysiadamy przy samej hali odlotów wylewnie dziękując naszemu wybawcy. Wchodzimy do środka. Rozglądamy się po dużym hallu. Wielkością przypomina halę Dworca Centralnego w Warszawie z okresu zanim została upstrzona punktami małej gastronomii, kioskami z gazetami, aptekami czy innymi biznesami. Nad linią stanowisk do odprawy bagażowej wielkie tablice świetlne z listą odlotów. Wynika z niej, że odprawę rozpoczynają mniej więcej godzinę przed odlotem. Widocznie biuro podróży „na wyrost” kazało zgłosić się na 2 godziny przed odprawą. Patrzymy na zegarek, jest za kwadrans druga nad ranem. Idziemy do najbliższego fast foodu wydać resztki pieniędzy. Ceny podane w lirach i Euro a ich wysokość wskazuje, że cennik pochodzi chyba ze Szwajcarii albo Japonii, gdzie za hot-doga na lotnisku swego czasu zapłaciłem około 10 USD. No nic, lirów ze sobą do Polski brać nie będziemy, pamiątek z lotniska również, więc kupujemy frytki i coś na kształt Mc Zestawu. Zmordowani niemiłosiernie celebrujemy posiłek jak najdłużej można, bo to tylko jedyne miejsce gdzie są krzesła. Reszta hali jest pusta. Tabuny turystów czekają na odprawę siedząc na bagażach lub bezpośrednio na ziemi. Kiedy doskwierają nam już niewygodne krzesełka postanawiamy dołączyć do nich. Rozkładamy się z naszą niepełnosprawną walizką w pobliżu stanowisk odprawy. Niewyspani kilkudniową podróżą, brudni, przepoceni, pewnie nieciekawie pachnący również wyraźnie wyróżniamy się z oczekującego tłumu. Wokół nas spaleni na mahoń letnicy. Kilka dwudziestokilkulatek w różowo białych wdziankach i odkrytych bucikach na obcasach szczebiotliwym głosem dzieli się spostrzeżeniami o muskulaturze jakiegoś Turka z kurortu. Śmieją się przy tym jak nastolatki. Kurduplowaty, krępy facet bez szyi z szelmowskim uśmiechem ślini się w kierunku dziewczyn. Jego towarzyszka podróży w kwiaciastej sukience z lat 50-tych nie ma tak szczęśliwej miny. Wyraźnie niezadowolona strofuje małego klona swojego męża żeby nie dłubał w nosie. A może, tylko żeby nie wkładał do buzi tego, co wydłubie? Kawałek dalej rozlokowało się dwóch dwudziestokilkuletnich kolesi. Może para?. Ciemne włosy pociągnięte brylantyną błyszczą się jak księżyc w pełni. Na szyi złote łańcuchy na ręce sygnety. Tuż obok chłopak z dziewczyną. On typ tępego cwaniaczka, macho niczym „Cassanowa baru mlecznego” z wyraźnym platfusem przechadza się w tą i z powrotem. Na twarzy wyraz triumfu i samozadowolenia jakby chciał każdemu zakomunikować „patrzcie i podziwiajcie mnie”, na grzbiecie przechadzana, pozaciągana tania marynarka. Na nogach rozczłapane na wszystkie strony półbuty z siateczką na przedzie. Kiedy do nas podchodzi i zawraca w nozdrza uderza niemiłosiernie mdła, słodka woń. Z pewnością przed wyjazdem na lotnisko wylał na siebie połowę dezodorantu. I idę o zakład, że zrobił to nie na ciało a na ubranie, jak praktykowane jest często wśród „światłych” ludzi. Tuż za nim, pół kroku w tyle podąża nieduża wątła szatynka o anorektycznej posturze. Buzia jej się nie zamyka z wyraźną pretensją. Ze strzępków rozmowy, jakie docierają do nas kiedy w pobliżu zawracają wynika, że zarzuca mu arogancję, egoizm, samolubstwo i brak honoru. Dlaczego ? Nie wnikamy. Trzeba przyznać, że dysponuje jednak całkiem pokaźnym słownikiem inwektyw. Jest ich tyle, że chyba nawet już straciła kontrolę nad ich używaniem i ze słów wzmacniających emocję i siłę wypowiedzi stały się „przecinkami”. Jej pan i władca najwyraźniej się przyzwyczaił do takiego zachowania, bo ewidentnie ją ignoruje sądząc po niczym nie zmąconej radości na twarzy.
Na zegarkach zbliża się czwarta i za chwilę zostaną otwarte punkty odprawy bagażowej. Z luźnych grupek przed okienkami formuje się całkiem pokaźny ogonek. Stajemy w kolejce. Przy odprawie proszę o miejsce przy oknie. Bardzo miła Turczynka stwierdza, że większość pasażerów wstydziła się o to poprosić. Kwituje to uśmiechem i rzucam naszą walizkę po przejściach na taśmę. Odbieramy karty pokładowe i idziemy od razu pod bramkę. Nie mamy już siły włóczyć się po strefie wolnocłowej. Przed wejściem do poczekalni przy bramce wykrywacz metalu. Kolejka wlecze się potwornie. Dla większości pasażerów musi to być pierwszy lot (może drugi wliczając podróż z Polski) bo non stop zapominają o paskach, kluczach, metalowych długopisach i innych przedmiotach. Ciekawi mnie jeszcze, dlaczego osoby stojące w środku i na końcu kolejki widząc, co się dzieje nie wyciągają żadnych wniosków. Bramka pika niemalże bez przerwy przez cały czas odprawy. Z ciekawości liczymy ile osób przejdzie bez konieczności zawrócenia. Średnio jedna na trzydzieści.
Po wejściu do poczekalni przy bramce z całych sił walczę ze snem. Jestem tak wypompowany, że ledwo trzymam otwarte oczy. Samolot podstawiają niecałe dwadzieścia minut przed odlotem. Wchodzimy do środka, bagaż podręczny kładziemy na półce i toniemy w wygodnych fotelach. Ja wytrzymuje jeszcze do startu. Po nabraniu wysokości przelotowej i sygnale oznaczającym, że możemy już rozpiąć pasy zapadam w kamienny sen. Nie spałem około 45 godzin, więc sen jest dla mnie wybawieniem.
Kiedy otwieram oczy na zewnątrz jest już jasno a do Katowic, do których lecimy najpierw zostało jeszcze pół godziny lotu. Schodzi jak biczem strzelił. Kiedy podchodzimy do lądowania bezkształtna, mleczna wata za oknem samolotu przeradza się w mokrą, deszczową, jesienną szarugę. Lądujemy bez problemów, zjeżdżamy z pasa startowego. Pasażerowie wysiadający w Katowicach zbierają się do wyjścia. Obserwuję przez okno jak rozładowywane są bagaże. Chwilę później podjeżdża cysterna i zaczyna się tankowanie samolotu. Trwa to niemiłosiernie długo. Może z pół godziny. Kiedy myślałem, że już będziemy kołować na pas startowy do samolotu wsiadają ludzie. To kolejni turyści lecący poleżeć dwa tygodnie plackiem w Turcji. Ciekawie wygląda mieszanka ludzi tuż po i tuż przed. Swoja drogą to sprytnie to pomyślane, by zredukować koszty. Kiedy ostatni ludzie jeszcze dobrze nie usiedli zaczęliśmy kołować na pas. Kilka minut później jesteśmy już w powietrzu. Przebijamy się przez białą watę chmur i za oknem pojawia się prześliczny błękit nieba rozświetlony promieniami słonecznymi. Patrzę w dół. Pod samolotem gęsta, zwarta warstwa chmur. Z góry wygląda jak kora mózgowa. Biała poprzecinana bruzdami.
Lot z Katowic do Warszawy trwa około 40 minut. Ledwo się wznieśliśmy a już podchodzimy do lądowania. Warszawa wita nas wilgocią i jesiennym chłodem. Wychodzimy z samolotu na mokrą płytę lotniska i przechodzimy do autobusu, który zawozi nas do odprawy paszportowej. Żołnierz na odprawie leniwie przegląda paszporty i pozwala iść. Wchodzimy do hali i czekamy aż na gumowej taśmie pojawią się zwłoki naszej walizki. Wyjeżdża jako jedna z pierwszych. Zanim dotrzemy do domu zdążę urwać do końca rączkę i na nierównych, porozwalanych chodnikach Warszawy pokrzywić kółka „na amen”. Ostatnie kilkaset metrów do domu walizka pokonuje na mojej głowie.

To już koniec naszej Wielkiej Wyprawy. Nazwa, jaką jej nadałem jest nieco prześmiewcza. Nie traktowaliśmy tej podróży jako wielkiego wyzwania. Było to dość intensywne spędzenie dwóch tygodni urlopu. Cieszę się, że nie zmitrężyliśmy tego czasu, że wzbogaciliśmy swoją wiedzę i doświadczenia. Udało się nam poznać nową kulturę, odwiedzić nieznane miejsca, dotrzeć do jednej z kolebek cywilizacji, spotkać się z zabytkami i pozostałościami po antycznych zapomnianych już dziś ludach. To nie było żadne wyzwanie, po prostu odbyliśmy dwutygodniową podróż, z której przywozimy mnóstwo wspomnień i niezatartych wrażeń. W piachu będziemy leżeć po śmierci i nie bierzemy przykładu z tych, którzy już teraz się do tego przyzwyczajają spędzając dwa tygodnie urlopu nieruchomo zagrzebani w piasku na plażach.

Ranek upływa nam równie leniwie jak wczorajszy. Mamy już bilety do Turcji, więc czekamy jedynie na czwartek. Rano tak słodko się drzemie. Drzym, drzym, drzym. Trzeba się jednak zwlec. Tak jak wczoraj składamy niedbale nasze rzeczy do plecaka, po czym przykrywamy go prześcieradłami. Schodzimy do piwnicy pod prysznic. Przejście jest wąskie, strop nisko. Ja muszę się nachylać by nie zawadzić czołem o framugę, współczuję osobom wyższym. Kiedy już wracamy spod prysznica okazuje się, że wraz z pościelą z materacy zginęły nasze prześcieradła, którymi nakryte były plecaki. Ula biegnie natychmiast je odzyskać. W wielkiej stercie bielizny do prania udaje jej się odkopać nasze zszyte dwa prześcieradła. Praktycznie na dziś i jutro nie mamy konkretnych planów. Postanawiamy dla odmiany zacząć dzień od soków. Idziemy więc wprost do naszej ulubionej „sokowni”. Funkcjonuje od samego rana. Zamawiamy po dużym kuflu soku marchewkowego i siadamy na krawężniku po przeciwnej stronie. Sok jest wyborny i jak każda wyborna rzecz zbyt szybko się kończy. Wracamy spacerkiem, bez pośpiechu. Po drodze, nieopodal naszego hotelu dostrzegamy szyld kawiarenki internetowej. Bez chwili namysłu postanawiamy wdepnąć na godzinkę. W sumie klikaliśmy z Turcji, klękaliśmy z Jordanii, to czemu nie z Syrii ? Aby dostać się do kawiarenki musimy pokonać dwa piętra dość szeroką klatką schodową. Na antresoli między parterem a pierwszym piętrem leży sterta śmieci, piachu i papierów. Nic tylko ktoś zamiótł swoją część schodów nie zmiatając tych śmieci do kosza tylko zostawiając sąsiadowi. Jak nic stanęły mi przed oczami pierwsze lata na nowym mieszkaniu w Skarżysku, kiedy to przed drzwiami „skarżyszczan z importu” królowały wystawione na noc śmieci. Zbyt dużo wysiłku wymagało wyniesienie ich do śmietnika zaraz po posprzątaniu. Lepiej było to zrobić nad ranem jak się szło „na zakład”. Po co dwa razy chodzić?
Kawiarenka na drugim piętrze to prostokątne pomieszczenie z dwoma rzędami stanowisk. W każdym poustawiane około pięciu ławek z prostymi drewnianymi krzesłami. Komputery nowe albo mało używane tyle, że strasznie archaiczne. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ktoś je kupił ładnych kilka lat temu, po czym przestały nierozpakowywane w bezpiecznym miejscu i dopiero niedawno zostały uruchomione. Klawiatury mają równie „kolorowe”, co te w Jordanii. Na każdym klawiszu po kilka literek. Jest łacińska, rosyjska, jakaś arabska „fala” i chiński krzak. Szybkość połączenia nie powala na nogi. Porównywalna z modemem 56 kb. Tak czy owak spędzamy tam prawie dwie godziny sprawdzając pocztę, trochę klikając ze znajomymi i czytając co się dzieje na świecie. Może wybuchła wojna a my o tym jeszcze nie wiemy ? Może UFO porwało Leppera ? Wojna nie wybuchła, Leppera nie porwano, ale przedwczoraj w Damaszku zginął jeden z liderów partyzantki palestyńskiej. Wyleciał w powietrze w swoim samochodzie. Bomba była sprawką najprawdopodobniej izraelskich służb specjalnych. He, He, He dobrze, że przeczytaliśmy, bo siedzimy w Damaszku i taka atrakcja przeszłaby nam koło nosa. Siedząc tak i klepiąc ustalamy, że czas kupić fajkę wodną. Dlatego też prosto z kafejki udajemy się na poszukiwania. Nie szukamy jednak długo, bo wczoraj zrobiliśmy mniej więcej rekonesans i mamy punkty odniesienia. Możemy już spokojnie ustalić stosunek jakości do ceny. Ku naszemu zadowoleniu udaje nam się wypatrzyć dwie piękne fajki w małym zakładzie rzemieślniczym nieopodal hotelu. Wszystko ręcznie robione przez starszego dziadka. Facet wygląda na rzemieślnika w pełni tego słowa znaczeniu. Mały zgarbiony w roboczym fartuchu. Cały jego kantorek wypełniony przeróżnymi narzędziami, blachami, rurkami oraz przepięknym rękodziełem. Do fajku dostajemy dokładny instruktaż jak się z nią obchodzić oraz wszystko, co potrzeba w komplecie. Wszystko gustownie zostaje zapakowane w…. syryjską gazetę. J Teraz rodzi się problem jak to przewieść do Polski samolotem ? Na bagaż podręczny nie wpuszczą nas z czymś takim, więc trzeba będzie umieścić to w bagażu do nadania. Nasze plecaki są już i tak wypchane do ostatniego centymetra, więc nie ma mowy o wpakowaniu tam 2 fajek. Pyzatym ich rurki są zbyt długie. Trzeba kupić walizkę.
Od słowa do czynu nie mija wiele. Kiedy tylko zostawiliśmy fajki w hotelu udajemy się na poszukiwania. Założenia są proste. Walizka ma pomieścić dwie fajki wodne obłożone w cichy z naszych plecaków. Ma być przede wszystkim tania, bo będzie jednorazowa. Wchodzimy do pierwszego sklepu zorientować się w sytuacji. Wybór walizek jest spory. Ceny też kosmiczne, ale należy się spodziewać, że cena wyjściowa, to coś, z czego należy schodzić w dół. Idziemy dalej. Dosłownie po drugiej stronie ulicy wypatrujemy kolejny sklep z walizkami. Widząc nasze zainteresowanie od razu zjawia się subiekt. Wyjaśniamy o co nam chodzi, ale nie na wiele się to zdaje. Zaczynamy od najwyższej półki. Ogromne, twarde walizy na kółkach ze składanymi rączkami, zamykane na przeróżne zamki i zameczki. Cena wyjściowa 5000 Funtów (100 USD). Później idą nieco tańsze. Też twarde, ale o gorszych parametrach i mniej zaawansowane w technologii. Ceny około 3500 Funtów. I tak schodzimy w dół aż wreszcie po mniej więcej 20 minutach docieramy do tego, co nas zainteresuje. Walizy z najtańszej półki. Oglądamy taką, która pasuje nam rozmiarami. Jakość wybitnie tymczasowa. Nie wróżę jej drugiej podróży, będziemy mieli szczęście jak się nie rozpadnie przed Warszawą. Cena wyjściowa 450 Funtów (9 USD). Po negocjacjach dobijamy targu i schodzimy z ceną do 175 Funtów (3,5 USD). Zadowoleni wracamy do hotelu.
Tego dnia nie mamy już żadnych ambitnych zajęć. Zaraz po powrocie do hotelu rozkładamy się na kanapach w salonie na 1 piętrze i ucinamy popołudniową drzemkę. Schodzi nam około 2 godzin. Kiedy wstajemy jest już późne popołudnie. Schodzimy na dół, siadamy przy stolikach przed hotelem. Zamawiamy przepyszną herbatkę i obserwujemy okoliczne zakłady rzemieślnicze. W jednym z nich pracuje mały zgarbiony w pół człowieczek. Wielkim żelazkiem prasuje ubrania. Jego postać wzbudza litość. Być może kilkudziesięcioletnia praca w zgiętej pozycji a może jakaś choroba spowodowały, że jego korpus zgięty jest niemalże pod kątem prostym w stosunku do nóg. Nie może się wyprostować nawet, kiedy zdejmuje fartuch i zakłada marynarkę by wyjść. Tuż naprzeciwko mieści się zakład krawiecki. W środku w małej ciemnej kanciapie uwija się dwie osoby ubrane w długie brązowe fartuchy. Jedna z nich siedzi przy mechanicznej maszynie do szycia starej dobrej firmy Singer. Na zewnątrz dookoła witryny porozwieszane są szare garnitury. Na oko widać, że nie jest to styl Armaniego czy Gucciego. Prędzej styl Polski prowincjonalnej, gdzie każdy chłop raz w tygodniu na niedzielną mszę zakłada odświętny garnitur o kiepskim kroju, tandetnym materiale i jeszcze bardziej fatalnym wykonaniu. Ale taka tu moda. Większość garniturów, jakie tu są noszone przypomina ten styl. To, co rzuca się w oczy na tej wąskiej ślepej uliczce, to klatki z ptakami przy każdym zakładzie. Zarówno w tym, w którym kupowaliśmy fajki wodne, jak i u krawca oraz w kilku innych sklepikach na uliczce, przy której znajduje się hotel porozwieszane są na zewnątrz klatki z kolorowymi ptakami. Klatki przeważnie są drewniane z metalowymi szczebelkami. W środku jeden lub dwa różnokolorowe świergoczące ptaki. To chyba pewien rodzaj rekompensaty za brak zieleni, czy jakiejkolwiek innej namiastki natury w pobliżu.
Siedząc tak i przyglądając się otoczeniu docierają też strzępki rozmów trampów i podróżników. Można usłyszeć porady na drogę przez Pakistan do Indii, można dowiedzieć się jak załatwić przepustkę na Wzgórza Golan. Naszą uwagę przykuwa rozmowa Kanadyjczyka z bliżej nieokreślonym kompanem o Europie Wschodniej. Słyszymy, że Polska już nie jest taka tania jak dawniej, że kiedyś piwo można było kupić za pół dolara, że na drogi są rozjeżdżone przez potężne ciężarówki a na potwornych koleinach szaleją idioci w myśl zasady „bigger car better you are”. Niby to wszystko wiemy, ale usłyszane przypadkiem z ust obcokrajowca, który nie wie, że słuchają go właśnie Polacy nabiera całkiem innej mocy.
Skończywszy popołudniową herbatkę idziemy na kolejny spacer po starym mieście. Bardzo dobrze się złożyło, że zostaliśmy jednak w Damaszku, bo możemy pokluczyć po tajemnych zakamarkach i wejść w miejsca, oddalone od tradycyjnych szlaków turystycznych. Czasami zapuszczamy się w wąskie ciemne zaułki. Syryjskie budownictwo bardzo często oparte jest na zasadzie karawanserajów. Budynki takie mają jedno szerokie wejście i pozbawione są okien od strony ulicy. Wszystkie okna w pomieszczeniach wychodzą na wewnętrzny dziedziniec. Idąc wąziutką uliczka, gdzie wszystkie ściany są pozbawione okien czujesz się co najmniej dziwnie. Szczególnie, jeśli uliczka ma szerokość 2-3 metrów i nie wiedzie prosto a wije się łukami to w lewo to w prawo. Nigdy nie widzisz więcej niż na kilka metrów w przód czy w tył, bo dalsza część ginie za łukiem. Idealne miejsce na zasadzkę. Czasami wchodzimy w arkadę łączącą równoległe ulice. Też jest wąska a na dodatek nad głowami znajduje się drewniane sklepienie. Miejscami belki są niemiłosiernie wykrzywione i poprzekręcane. Chwilami można odnieść wrażenie, że potwornie skrzypią przenosząc ogromne obciążenia. W takim momencie trzeba przemknąć szybko, żeby zawaliło się za nami a nie nam wprost na głowę J. Na trasie naszej wędrówki mijamy również kościół. W Syrii jest tyle odłamów chrześcijaństwa, że trudno się połapać co jest co. Na pewno nie jest to świątynia grecko-katolicka ani ormiańska. Może jest obrządku maronickiego albo chaldejskiego a może jakobickiego ? Tu się kłania moja niewiedza i ignorancja w tej kwestii. Nie mam zielonego pojęcia o różnicach między tymi ruchami a co za tym idzie nie wiem, czym się różnią poszczególne świątynie. Mało tego nie wiem dokładnie, jakie wyznania mogą tu jeszcze być. Kościół na naszej drodze jest bardzo skromny. Drewniane ławki, białe ściany, praktycznie żadnych inkrustacji, malowideł czy rzeźb. W głębi równie skromne prezbiterium z niewielkim ołtarzem. Niestety świątynia jest zamknięta i nie możemy wejść dalej niż na ganek, a szkoda. Definitywnie dzielnica chrześcijańska jest inna od reszty starego miasta.
Wracając z dzielnicy chrześcijańskiej w kierunku centrum przechodzimy koło niepozornej kafejki nieopodal Meczetu Omajadów. Ku naszemu zaskoczeniu widzimy dwie znajome twarze. To czesi, których spotkaliśmy w zeszłym tygodniu w Palmirze. Świat jest naprawdę mały !!! Widać jakoś udało im się przeżyć w Syrii mimo przewodnika w formie tabelki z internetu z nazwami hoteli i folderu z 1979 roku.
Kręcimy się jeszcze po okolicy czekając aż się ściemni. Chcemy obejrzeć Meczet Omajadów wieczorem. Kiedy klucząc między straganami na sukach dostrzegamy oświetlony minaret obieramy kierunek na Meczet. Plac przed meczetem tonie w świetle. Punktowe reflektory oświetlają ruiny arkad, które znajdują się pomiędzy sukami a głównym wejściem do Meczetu. Gra światła i cienia stwarza niezapomniane widowisko. Obchodzimy Meczet i zaglądamy na plac przez boczne wejście. W sztucznym oświetleniu opalizująca zieleń mozaik oraz złocenia nabierają nadrealnych kolorów. Płaska, gładka jak szkło połyskująca marmurowa posadzka placu odbija światło tysiącami refleksów. Niknące w półcieniach łuki wyższych kondygnacji sprawiają wrażenie owianych nimbem tajemniczości. Wszystko fascynuje i zachwyca. Szkoda, że nie możemy wejść do środka, by zajrzeć do Domu Modlitw i zobaczyć jak migotliwym światłem połyskują wielkie kryształowe żyrandole zwisające na długaśnych sznurach z belek drewnianego sklepienia.
Zbieramy się sprzed Meczetu w stronę hotelu. Przechodzimy przez pustoszejące powoli suki. Mijamy Plac Męczenników, który dla odmiany tętni życiem. Kolorowe światła zapraszają do przeróżnych sklepów i sklepików. My zatrzymujemy się w narożnym, gdzie na szybko wypijamy po szklance soku. Dziś w planie jest jeszcze odwiedzenie „sokowni” po raz drugi, więc pijemy tylko by zaspokoić pragnienie i idziemy dalej. Ulice o tej porze są równie zatłoczone, co w południe. Co prawda ryk klaksonów nieco mniejszy, ale nadal ogłuszający. W mijanych ogródkach przy stolikach siedzą turyści. W przeciwieństwie do większości krajów świata na stolikach nie uświadczysz piwa. Króluje woda mineralna, soki, lody, kawa i herbata. Bardzo często przy stoliku stoi również fajka wodna. Docieramy do ronda, gdzie chaos potęgują zamontowane światła. Problem w tym, że część kierowców je respektuje, a część nie, przez co powstają zatory, nieporozumienia i ogólny bałagan. Stojący przy budce policjant nie wiele sobie z tego robi. Samochody wjeżdżające na skrzyżowanie przy czerwonym świetle to normalka. Nawet zielone światło na wyrysowanym przejściu dla pieszych nie daje nam gwarancji, że uda nam się przejść. Dla pewności idziemy jednak na zielonym, bo ryzyko potrącenia na czerwonym jest mimo wszystko nieco większe. Kiedy dochodzimy na miejsce zastajemy tłum jak zawsze. Bez dwóch zdań, to miejsce ma swoją renomę, na którą zasługuje. Kupujemy po dużym koktajlu na kolację i dziarsko zasiadamy na krawężniku po przeciwnej stronie ulicy. Delektujemy się wyśmienitym smakiem bliskiego wschodu. To już nasz ostatni wieczór w Damaszku. Jutro o tej porze powinniśmy być w drodze. Szkoda, że tak szybko ta podróż zleciała. Szkoda, że nie mamy więcej czasu i nie przyjechaliśmy tu „Szczeniaczkiem”. Ale pocieszające jest to, że udało nam się spędzić intensywnie urlop.
Tego wieczora doczłapaliśmy się jeszcze noga za nogą do hotelu, po czym legliśmy na materacach na naszym balkonie, niby to dachu.

Wtorek zaczyna się leniwie. Wstajemy dopiero o godzinie 8.00, co jest późno jak nigdy. Nie mając do zrealizowania żadnych konkretniejszych planów zebranie kości z materaca zajmuje nam o wiele dłużej niż podczas ostatnich dni. Niestety musimy w końcu uczynić ten krok. Pakujemy nasze „zabawki” niedbale do plecaka i nawet nie domykając go do końca kładziemy pod ścianą. Jak nauczyło nas doświadczenie nikt go nie ruszy. Może za mało turystów z Polski J ? Po strasznie krzywych, niemal zapadniętych drewnianych schodach schodzimy do Patio. Cała konstrukcja stęka pod nami i skrzypi jakby miała się zaraz zawalić. Mistrz, który budował tą konstrukcję na pewno nie znał tak skomplikowanego narzędzia jak linijka. Każdy schodek ma inna wysokość i każdy inną szerokość, przez co schodzenie jest strasznie niewygodne i wymaga wysiłku. Nie ma mowy o automatyzmie, z jakim zbiegam np. trzeciego piętra w Skarżysku. Dodatkową atrakcją jest poręcz. Zamontowana jest w ten sposób, że ma chyba tylko 2 punkty podparcia, przez co jej stabilność przypomina stabilność szerokodennej barki wystawionej na 10 stopniowy sztorm. Ale co by nie mówić, ta klatka schodowa też dodaje swoistego uroku temu magicznemu miejscu. Na dole siadamy na stolikach rozłożonych w wąskiej uliczce tuż przy wejściu do hotelu. Ula zamawia herbatę, ja biegnę na róg po coś do jedzenia. Tradycyjnie jest to coś na bazie mięsa z przyprawami i przepyszną śmietaną zawinięte w mace i podgrzane. Smakuje wyśmienicie. W międzyczasie w drzwiach hotelu naszym oczom ukazuje się znana postać. Wielki jak niedźwiedź Belg, którego spotkaliśmy już w 2 innych miejscach na naszej trasie dotarł też do Damaszku. Zapraszamy go do stolika i zaczyna się ponad dwugodzinna rozmowa o wszystkim i niczym, w której trakcie wychodzi, że każda para z naszej trójki zna taki język, którego nie rozumie trzecia osoba. My z Ulą możemy rozmawiać po polsku, czyli w narzeczu zupełnie obcym Belgowi, Ula z Belgiem spokojnie dogadają się po flamandzku, czyli w języku, którego ja nie rozumiem i wreszcie Belg ze mną może porozmawiać w języku, którego Ula nie rozumie, czyli ……………… po rosyjsku.
W czasie, kiedy zabawiamy Belga nasi znajomi Polacy pojechali po swoich kolegów, którzy przyjeżdżają tu na roczne stypendium. W ramach wymiany między uczelniami z 3 polskich ośrodków arabistycznych co roku trafia na Uniwersytet Damasceński 10 osób. Teoretycznie jest to dla najlepszych studentów, ale przeważnie nie ma aż tylu chętnych, więc jedzie każdy, kto się zgłosi. Dzieje się tak, gdyż roczny pobyt tu powoduje roczną przerwę w nauce w Polsce. Dodatkowo niestety większą część kosztów trzeba niestety ponieść z własnej kieszeni, bo kieszonkowe w ramach stypendium pozwala jedynie na wynajęcie dość kiepskiego lokum i to na spółkę z kimś innym.
Nawet się nie obejrzeliśmy jak zrobiło się już prawie południe, czyli strasznie gorąco. W międzyczasie wrócił Tomek z Partycją i bandą znajomych. Umawiamy się z na nocne Polaków rozmowy przy piwie a tymczasem Tomek rozpala faję wodną. Kolejny pretekst, by nigdzie nie ruszać się z hotelu. Przenosimy się do patio, gdzie jest większy chłód i rozkoszujemy się aromatycznym tytoniem o smaku owocowym. Pykamy leniwie fajkę przyglądając się smużce dymu unoszącego się znad kielicha z tytoniem. Patrzymy też jak kłębi się w bańce z wodą. Niestety nastrój nie jest do końca taki idylliczny. Dowiadujemy się, że z naszych planów wyjazdu do Libanu musimy zrezygnować. Kraj, który uważa się za prozachodni, nowoczesny i cywilizowany nie musi być tak postrzegany na zewnątrz. Okazuje się bowiem, że niezamężna kobieta poniżej 30 lat z Europy Wschodniej może wjechać posiadając wizę wbitą w paszport. Nie ważne jest, że oficjalnie wiza nie jest wymagana. Realia są takie, iż nie wymagana jest od mężczyzn, kobiet, które podróżują z mężem i dziećmi, osób starszych. Młoda, niezamężna dziewczyna z Europy Wschodniej wg punktu widzenia światłych libańskich władz nie może być nikim innym jak tylko prostytutką i dlatego nie zostanie wpuszczona do kraju. Mieliśmy jechać tam jutro, po czym z Libanu znów do Syrii do Latakii i stamtąd do Turcji. Nie zaryzykujemy jednak czasu i pieniędzy tylko po to, by się odbić od granicy. Postanawiamy zostać w Damaszku i poszwędać się po miejscach, które widzieliśmy poprzednio, a nie zdążyliśmy obejrzeć.
W zaistniałej sytuacji umawiamy się, że nasi znajomi pomogą nam kupić bilet do Antalii. Patrycja bardzo dobrze mówi po arabsku, to łatwiej jej będzie dogadać się z Ali babą w lokalnym biurze podróży niż nam, szczególnie, że zarówno dla nas jak i Arabów język angielski jest językiem obcym. Dla nich nawet nieco bardziej obcym J. Idziemy w tym celu do nieodległego budynku, gdzie mieści się kilka przedstawicielstw biur podróży. Wchodzimy do jednego, potem kolejnego. Za trzecim razem trafiamy na właściwe. Patrycja prowadzi rozmowę i tłumaczy nam pewne kwestie. Wreszcie dogadujemy się, że za bezpośredni autobus do Atalii płacimy 2500 funtów (ok. 50 USD). To dobra cena, bo poprzednio taką kwotę zapłaciliśmy za bilet jedynie do Aleppo. Jak zapewnia Arab z biura autobus jest bezpośredni. W to akurat nie wierzę Ali Babie, ale jeśli przesiadka będzie tak, jak w drodze do Syrii, to wszystko nam pasuje. Samolot mamy 2 października o godzinie 5 nad ranem. Z Damaszku wyruszamy 30.09 o godz. 20.00. Poprzednio droga do Aleppo zajęła nam około 20 godzin. Doliczając nawet 4 godziny rezerwy na odcinek Damaszek – Aleppo nadal jesteśmy na lotnisku w Antalii na 9 godzin przed odlotem. Wszystko gra jak w zegarku.
Dziękujemy ślicznie Patrycji za pomoc i udajemy się w stronę starego miasta. Po drodze zaglądamy do sklepików i straganów z fajkami wodnymi. Postanowiliśmy kupić dwie sztuki. Jedną dla siebie, drugą na prezent. Przechodząc przez Plac Męczenników zatrzymujemy się na chwilę na przepysznych, świeżo wyciskanych sokach. Mały kramik na jednym z rogów specjalizuje się w przepysznych kebabach i fantastycznym soku cytrynowym, który niesamowicie gasi pragnienie. Jest kwaśny, zimny i odpowiednio rozcieńczony. Chwilę później znów jesteśmy na nogach spacerując po starym mieście. Krążymy połąskich uliczkach co rusz oglądając stragany z osobliwościami. Zapuszczamy się w dalsze, boczne suki, których nie mieliśmy czasu obejrzeć poprzednio. Zauważamy oczywistą prawidłowość, że im dalej od Meczetu Omajadów, tym mniej suki nastawione na turystę. Znów znajdujemy przewoźny kram oferujący żywe ryby. W jednym z odleglejszych zakątków kupujemy pistacje. Tak świeżych nie dostanie się nigdzie w Europie. Znów zapuszczamy się do dzielnicy chrześcijańskiej na krótki rekonesans. Nie włóczymy się jednak zbyt długo zostawiając sobie coś na jutro.
Wracamy do hotelu kiedy zaczyna się już ściemniać. Nie dane nam jest jednak zagrzać miejsca zbyt długo, bo Partycja z Tomkiem ciągną nas na koktajle. No na to nie dajemy się długo namawiać. Idziemy wieczornymi ulicami Damaszku mijając jeżdżące trumny, bo inaczej trudno nazwać te samochody. Nie trudno zauważyć, że Syryjczycy nienawidzą USA, ale nie gardzą już amerykańską walutą czy amerykańskimi krążownikami szos. W pewnym momencie przechodzimy obok kina, gdzie porozwieszane są wielkie reklamy filmu Farenheit 9/11. To chyba jedna z nielicznych produkcji Hollywood, która miała szanse dotrzeć do Syrii. Po drodze mijamy również kawiarnie, gdzie zamiast kawy, czy herbaty podają fajki wodne. Śmiesznie to wygląda, jak siedzi kilkunastu facetów i każdy pyka sobie fajeczkę. W końcu docieramy do kantorku z sokami. Dopiero teraz zauważamy, że zaraz za oknem w ścianie, gdzie zamawia się napoje jest klimatyzowane pomieszczenie ze stolikami. Można tam wejść i zamówić sok u kelnera. My zostajemy na zewnątrz. Ulka postanawia zaeksperymentować. Zamawia wielki koktajl mleczno-bananowy z czekoladą i wiórkami kokosowymi. Ja biorę coś na bazie granatu. Kiedy tak czekamy na przybycie naszego zamówienia, zauważamy po drugiej stronie ulicy „Wielkiego Fiata”. Hehehe, czyli „nasi tu byli”. Co prawda wygląda on na środek lat 70-tych, ale to świadczy tylko o wytrzymałości konstrukcji po wyeliminowaniu takich czynników jak sól, mróz wilgoć i ogólnie wszystkiego co sprzyja rdzy.
Koktajl i sok smakowały wyśmienicie. Będziemy to miejsce odwiedzać do naszego wyjazdu codziennie. Wracamy do hotelu snując się powoli uliczkami. Nie jest to jednak jeszcze koniec dnia, bo umówiliśmy się na „wieczorne Polaków rozmowy” przy piwku, które Tomek skołował niewiadomo skąd. Siadamy więc przy białych stolikach przed hotelem. Co prawda nie jest dobrze widziane afiszować się z alkoholem publicznie, może nawet formalnie zakazane. Na szczęście jest dawno po zachodzie słońca i Allach już nas nie widzi. Siedzimy tak do późna w nocy rozmawiając o Islamie, zasadach, podziałach odłamach i różnicach. Patrycja wykłada nam trochę o dniu dzisiejszym kraju, o dynastii Al-Sadatów, sytuacji politycznej i ekonomicznej w Syrii. Rozmawiamy o wojnie z Izraelem o miejscach, które warto zobaczyć następnym razem. To nasze pożegnalne spotkanie, bo oni jadą skoro świt do Bejrutu, skąd odlatują LOT-em do Warszawy.

Rozwrzeszczane arabskie bachory nie dały za wygraną do połowy nocy. Było grubo po 2, kiedy wreszcie zamilkły. Nie słyszeliśmy strzałów, więc może same wypadły na beton zanim ktoś je zastrzelił? Z resztą nie tylko one nie dawały nam zasnąć. Nasze spalone ramiona i plecy dorzuciły do tego swoje 3 grosze. Zupełnie nie wypoczęci z łóżka zrywamy się około 5 nad ranem. Wypracowana rutyna pozwala nam szybko umyć się, zjeść i zebrać zabawki do plecaka. Oddajemy klucz od naszej nory i idziemy w kierunku dworca. Na zewnątrz jeszcze szarówka. Oczy nam się kleją z niewyspania. Człapiemy kilka minut noga za nogą i tuż przed 6 rano meldujemy się na opustoszałym o tej porze dworcu. Jeden zabłąkany minibus stoi przy chodniku oddzielającym plac dworcowy od ulicy inny gdzieś przy małych zabudowaniach dworcowych. Wokół pusto, prawie nie ma ludzi, aż trudno uwierzyć, żadnych naganiaczy. Idziemy w kierunku uchylonych drzwi, z których leniwie wylewa się na ulicę snop światła. Pytamy o transport do Ammanu. Dwóch Arabów jakby od niechcenia wskazuje na busa stojącego przy chodniku. Idziemy sprawdzić, czy nie nabijają nas w butelkę. Na szczęście nie minęli się z prawdą. Ładujemy się do środka. Dwa bilety do Ammanu kosztują nas 6 Dinarów (6,75 USD). To dokładnie tyle, co zapłaciliśmy za transport z Petry, czyli odległość mniej więcej 1/3 tej, która nas dziś czeka. Mimo, że błąkamy się już półtorej tygodnia po Bliskim Wschodzie, nadal zdarzają nam się głupie pytania. Do takich należało zapytani się kierowcy, o której odjeżdżamy. To przecież może znać tylko Allach, bo skąd on, prosty Arab ma wiedzieć, o której godzinie uzbiera nam się komplet? Rozglądamy się po autobusie, razem z nami jest około 7 osób. No nic, zapłaciliśmy to czekamy. Czkamy, czekamy, nadal czekamy. Na zewnątrz szarówka przeszła we wczesny poranek a ten z kolei w jasny dzień. Wskazówki zegarka zataczają już pełne koło, od kiedy przyszliśmy a my wciąż czekamy. Sądząc po tempie, w jakim przybywa pasażerów odjazd nastąpi w przyszłym kwartale. Mija kolejne dwa kwadranse a my dalej czekamy. Na dworcu zaczyna się normalny ruch. Plac powoli zapełnia się małymi minibusikami i hałaśliwymi Jordańczykami. Pootwierały się okoliczne kramy, minibusy co rusz to odjeżdżają a my nadal czekamy. Mija już prawie druga godzina, od kiedy wsiedliśmy do środka (a mogliśmy jeszcze smacznie spać), gdy wreszcie zjawia się grupka pasażerów zapełniająca autobus tak, że zostały już tylko dwa wolne miejsca. W tej sytuacji arabski kierowca zdecydował już się ruszyć. Nie jedziemy jednak od razu za miasto. Robimy najpierw dwie rundki po okolicznych uliczkach by zebrać dodatkowych pasażerów. Brakujące dwa miejsca szybko się zapełniają i trzeba rozstawić w przejściu białe fotele ogrodowe by zmieścili się następni. Wreszcie wyjeżdżamy za miasto. W autobusie panuje typowo arabski standard. Z przodu przy kierowcy mnóstwo kolorowych wywieszek i ozdób. Rozstrojone radio drze się w niebogłosy co chwilę gubiąc zasięg. Jedyny głośnik nie jest w stanie przenieść dźwięków jordańskiego disco polo przez co zawodzenie lokalnej pieśniarki spotęgowane jest charczeniem kolumny. Klimatyzacja w postaci pootwieranych okien powyciągała zasłonki na zewnątrz, dzięki czemu radośnie trzepoczą na wietrze. Pęd powietrza wpadający do środka roznosi po całym autobusie popiół z papierosów, zarówno tych, które są palone przez Arabów w chwili obecnej, jak również tych porzuconych na podłogę wcześniej.
Ani się obejrzeliśmy jak w takiej wesołej atmosferze dotarliśmy do punktu kontroli celnej. Podjeżdżamy do długiego peronu, po czym wszyscy chwytają za swoje bagaże i kładą je na długiej ladzie. Część toreb zostaje przy autobusie. Celnicy otwierają kilka z nich. Trwa ożywiona dyskusja, której treść pozostaje dla nas tajemnicą. Czekamy cierpliwie co się wydarzy. Na szczęście zostaliśmy uznani za mało podejrzanych i nasze plecaki zasłużyły jedynie na pogardliwe spojrzenie i nic więcej. Ależ strata, całe życie marzyłem o kontroli osobistej u jordańskiego celnika J. Ruszamy dalej. Krajobraz Haszymidzkiego Królestwa Jordanii jest tak interesujący, że praktycznie większość drogi do Ammanu przesypiamy. Częściowo dlatego, że nie sposób patrzeć za okno przy tak ostrym słońcu a częściowo by nie patrzeć jak jedzie kierowca. Popełniliśmy ten sam błąd, co podróżując z Petry do Akaby, mianowicie siedliśmy tak, że widzieliśmy co się dzieje przed przednią szybą. W krajach arabskich lepiej tego nie robić, jeśli człowiek nie chce sobie włosów z głowy nie wyrywać. Lepiej siedzieć cicho z tyłu. Nerwy mniejsze a i szanse przeżycia podczas zderzenia czołowego większe.
Na dobrze przebudziliśmy się dopiero na przedmieściach Ammanu. Ruch na ulicach zgęstniał i panujący wokół harmider i zgiełk wdzierają się do środka minibusa przez otwarte okna. Dodatkowo niefrasobliwość arabskich użytkowników dróg powoduje, że jedziemy żabimi skokami. Tradycyjnie kierowca rzadko kiedy zdejmuje rękę z klaksonu. Podziwiamy to miasto kopaczy poprzylepiane do stromych zboczy gór. Podziwiamy małe dzielnice położone na tarasach wyrytych w skale. Kiedyś wrócimy do Jordanii obejrzeć to, czego nie udało nam się zobaczyć tym razem.
Nasz autobus dotarł tymczasem na dworzec, z którego w piątek wyruszyliśmy taksówką do Petry. Na dworze ukrop nie z tej Ziemi. Palące słońce nagrzało asfaltowy plac niemalże do czerwoności. Wkładamy plecaki na nasze spalone słońcem ramiona. Boli jak cholera. Idziemy złapać taxi. Udaje nam się znaleźć nawet gościa z taksometrem. Nie wiem dlaczego jesteśmy tak nieuleczalnymi głupcami, że decydujemy się znów jechać wg wskazań licznika. W czasie podróży przemierzamy wąskie uliczki Ammanu. Musimy dotrzeć na drugą stronę jednego z górskich pasm. Aby tam się dostać musimy pokonać wszystkie tarasy w górę, po czym zjechać kilka poziomów niżej. Daje nam to niesamowitą okazję do obserwowania miasta z różnych perspektyw. Po dotarciu na miejsce okazuje się, że cena wskazana przez taksometr jest znów wyższa niż ta, którą nam udało się wcześniej ustalić z taksówkarzem. Całkiem jak w Akabie. Wysiadamy na dworcu, z którego musimy złapać transport do Syrii, a najlepiej do samego Damaszku. Z tym nie ma jednak najmniejszego problemu, bo dopada nas z miejsca banda naganiaczy. Pytamy o ceny. Wszędzie jest 7 DJ (ok. 8 USD) od osoby. Idziemy dalej. W końcu decydujemy się na jakąś w miarę dobrze wyglądającą taksówkę. Już mamy wkładać plecaki do bagażnika, gdy przylatuje jakiś Arab i ciągnie nas do biura gdzie mamy zapłacić. Wygląda to dość ciekawie. Postój taksówek gdzie opłatę uiszczasz w specjalnym kantorku. Urzędujący tam Arab spisuje nasze detale z paszportu, po czym kasuje wyliczoną kwotę. Właśnie wychodzimy by zrobić drugie podejście do bagażnika, gdy widzimy małe zamieszanie. Podbiega do nas niewysoki koleś wyglądający jakbyś skórę zdjął z Alana Aldy, popularnego jako „Sokole oko” z serialu M*A*S*H. Ten sam wiek, ta sama sylwetka, tak samo szpakowate włosy, takie samo uczesanie. Angielski nieco gorszy J. Chwilę później okazuje się, że on ma już 2 chętnych i czeka tylko na dwoje by móc ruszać z kopyta i lepiej żebyśmy wsiedli do niego, bo inaczej będziemy czekali aż on i nasz kierowca zbiorą komplet. W sumie, nie robi nam różnicy skoro stawka jest taka sama. Prowadzi więc nas do swojej taksówki. Duży biały sedan nieokreślonej marki wygląda na całkiem nowy samochód. Wrzucamy plecaki do bagażnika i rozsiadamy się wygodnie. Będziemy podróżować w towarzystwie Jordańczyka „za kółkiem” i dwóch współpasażerów z Arabii Saudyjskiej.
Nasz jordański kierowca okazuje się strasznie wygadany. Od kiedy ruszyliśmy z postoju praktycznie buzia mu się nie zamyka. Szczególną uwagę zwraca na Ulę. Wszystkie hasła można streścić mniej więcej w sentencję „Czy nie jesteś czasem siostrą anioła?”. Na początku podróży ściemnia, że podróżujący z nami Saudyjczycy poszukują żony właśnie takiej jak Ula, że tak widzą ideał kobiety. Zaczyna się robić ciekawie. Chyba nie odważę się spytać ile są w stanie za nią zapłacić, bo jeszcze przez przypadek serio uda mi się Ulkę sprzedać. Wyjeżdżamy z Ammanu. Mój dodatkowy niepokój wzbudza również styl jazdy naszego szofera. Praktycznie rzadko kiedy patrzy przed siebie. Około 2/3 czasu oczy ma skierowane wszędzie tylko nie na drogę. Przyznać mu jednak trzeba, że zwalnia wtedy ze 140 km/h do około 110. Marna pociecha. Tym bardziej, że robi się coraz bardziej nachalny. Atmosfera w samochodzie staje się coraz ciekawsza. W pewnym momencie dostrzegamy arabskie kobiety podróżujące na pace wielkiej ciężarówki. Jest ich tam może z 10 wśród różnego rodzaju skrzyń z owocami. Nasz szalony kierowca podjeżdża dość blisko wykrzykując coś przez okno. W pewnym momencie ustawia się tak blisko tylniego lewego koła, że zaczynam się bać. Nie zdążyłby nawet zareagować jakby ciężarówka niespodziewanie zwolniła. Współpasażer siedzący po prawej stronie otwiera okno i wystawia rękę. Rozbawione arabki rzucają pomidora w jego stronę. Ku naszemu potwornemu zdziwieniu udaje mu się złapać !!! Nie wiem jak on to uczynił, ale musiał mieć dużo szczęścia. Chwilę później w stronę ciężarówki leci 1,5 l butelka wody. W międzyczasie kierowca pokazuje puszkę piwa, czym wzbudza nieopisany entuzjazm wśród kobiet na pace. Za moment kolejna przesyłka, w postaci puszki piwa, dociera na skrzynię ciężarówki. Nie jestem na 100% pewien, ale przy okazji chyba któraś z Arabek zarobiła puszką w głowę. Dosłownie cyrk. Wleczemy się jeszcze z 10 minut przy tej ciężarówce, po czym udajemy się dalej w swoją drogę i znów zaczyna się powszechna adoracja Uli. Nasz jordański kierowca usilnie pragnie się dowiedzieć, czy Ula nie ma starszej siostry podobnej do niej i czy siostra nie chciałaby wyjść za Jordańczyka. To niewielka zmiana w porównaniu z poprzednią śpiewką, kiedy to niby nasi Saudyjscy współpasażerowie szukali żony. Robi się coraz ciekawiej. Na kilkanaście kilometrów przed granicą zjeżdżamy na przydrożny parking. Nasi współpasażerowie wyskakują z samochodu z podręcznymi dywanikami. Podchodzą do barierki na końcu tarasu, chwila zawahania, dwa kontrolne ruchy głową to w lewo to w prawo, po czym dywanik ląduje na betonie a na nim bijący pokłony w stronę Mekki Arabowie. Jest nieźle. My siedzimy przy stoliku z natarczywym Jordańczykiem i czekamy non stop odrzucając propozycje poczęstowania puszką piwa. Nie mija pół godziny jak znów jesteśmy w drodze.
Przekraczanie granicy po stronie jordańskiej jest bezproblemowe. Wchodzimy do klimatyzowanego pomieszczenia, udajemy się do kantorku, gdzie uiszczamy opłatę wyjazdową w wysokości 10 DJ od osoby i z dowodem wpłaty udajemy się do okienka, gdzie pogranicznik wklepuje nam pieczątkę. Opuszczając teren przejścia żołnierze sprawdzają czy mamy w paszporcie wbite pieczątki i dziękują za odwiedzenie kraju. Ruszamy z kopyta do ….. sklepu wolnocłowego. My już nie mamy dinarów i chyba nie potrzebujemy kupować alkoholu, perfum, czy papierosów bez akcyzy. Nasz kierowca zrobił jednak całkiem pokaźne zakupy. To co budzi nasza niepewność, to sześciopak, który postawił przy sobie. W drodze z Ammanu wyżłopał już jedno piwo, co przy panującym upale może bardzo szybko dać efekty. Pożyjemy, zobaczymy. Tym czasem docieramy do przejścia po stronie syryjskiej. Znów wypełniamy jakieś deklaracje i znów przejście wygląda jak wjazd do bazy wojskowej. Na szczęście sama odprawa mija bezproblemowo. Jedyne rzeczy, o które pytają to zawód (heh, jakby ktoś im powiedział, ze np. jest szpiegiem) i miejsce wystawienia paszportu. Hmm, nie wiem dlaczego, ale w polskich paszportach widnieje jedynie pozycja „organ wydający” zamiast „miejsce wydania”. Nie będę wnikał w szczegóły, grunt, że granicę przekraczamy bez najmniejszych kłopotów. Naszym oczom znów ukazują się wszechobecne podobizny Hafeza i Baszara Al-Sadatów.
Jesteśmy ponownie w Syrii. Różnica jest zasadnicza. Widać, że to najbiedniejszy kraj w regionie. Nasz kierowca właśnie rozpoczął drugie piwko. Ciekawe co na to Allach, bo syryjska policja z pewnością ma to gdzieś. Piwo i upał niewspółgrają ze sobą. Jeśli dodamy do tego rozbiegane oczy plus ożywioną konwersację prędzej czy później musiało się to skończyć jakimś zgrzytem. W naszym przypadku na szczęście jest to tylko złapanie pobocza. Nie mniej jednak przy 120 km/h nie należy to do przyjemności. Szalonemu Jordańczykowi udaje się jakoś wyprowadzić samochód na prostą, ale krople potu momentalnie oblewają wszystkich. Dalsza droga upływa nieco spokojniej, choć w tak zwanym międzyczasie „pęka” trzecia puszka piwa. Po poczęstowaniu współpasażerów i wypiciu 2 puszek z sześciopaka zostały jeszcze 2. Zastanawiam się czy ich nie wypić, bo jak zrobi to nasz zwariowany szofer, to katastrofa murowana. Tym bardziej w zatłoczonym Damaszku.
Do Damaszku docieramy przed wieczorem. Nie dojeżdżamy do dworca, tylko wysiadamy na jakiejś arterii w pobliżu. Szybka narada. Decydujemy się na Al Hamarein, ten sam hotel co poprzednio. Było sympatycznie i codziennie dostawialiśmy świeże posłanie. Postanawiamy również zaoszczędzić na taxi i idziemy z „buta” do centrum. Zajmuje nam to około godziny. Najgorsze jest przekraczanie skrzyżowań bezkolizyjnych, bo w ich obrębie nie ma przejść dla pieszych. Schodzenie w dół po serpentynie, dreptanie kilkaset metrów do przejścia, po czym powrót drugą stroną jest bez sensu, więc idziemy górą, wąskim jednoosobowym chodniczkiem pomiędzy ruchliwą jezdnią a metalową taśmą. Dodatkowo dają nam się we znaki opalone ramiona, w które niemiłosiernie wżynają się uszy plecaków. Jakoś jednak dajemy radę i docieramy na miejsce w jednym kawałku. Tak jak poprzednio kupujemy miejsce na dachu. Tym razem jednak jakaś grupa backpakersów zajęła niedokończone pomieszczenie na górze i dostajemy miejsce na tarasie 2 piętra. W sumie też nie najgorzej. Rozlokowawszy się jak należy schodzimy na dół do patio. Leniwie rozkładamy się na skórzanych sofach. Odpoczywamy wsłuchując się w gwar międzynarodowych rozmów, szmer wody w fontannie. Podziwiamy kunsztownie wykonane fajki wodne, wiszący, stary, drewniany niemiecki zegar, chłoniemy tą fantastyczną atmosferą całym ciałem. Po kilku kwadransach odpoczynku, czytania wpisów w księdze gości, dwóch przepysznych herbatach spotykamy znajomych Polaków. Oni wyjeżdżają już pojutrze i praktycznie siedzą na walizkach. Zaproponowali nam jednak, że pokażą nam fantastyczne miejsce z sokami. Nie dajemy się długo przekonywać. Droga do „sokowni” nie zajmuje więcej niż 15 minut. W wąskiej uliczce, nieopodal skrzyżowania trzech dróg, które zbiegają się niemalże jak ramiona w logo Mercedesa, kłębi się tłum ludzi. Część z nich stoi, część siedzi na krawężnikach. Większość z nich to młode osoby, dobrze ubrane jak na syryjskie warunki. Przy jednej ze ścian widzimy okienko obwieszone całymi kiściami bananów. Podchodzimy w tamtą stronę. Widzimy niewielki kantorek, w którym uwija się jak u ukropie 3 osoby. Obok wywieszone jest menu po angielsku i arabsku. Na liście znajduje się około 70 pozycji. Szczenka opada nam do podłogi. Można zamówić sobie czyste, świeżo wyciskane soki np. z marchewki, pomarańczy czy morwy. Można zamówić koktajle owocowe z różnych owoców, np. z melona i granatu czy inne wieloowocowe mieszanki. Są też koktajle na bazie mleka. Są również całe desery mleczno owocowe, słowem prawdziwy owocowy raj. Dziś zamawiamy jedynie po dużym soku owocowym na próbę. Jutro przyjdziemy tu na koktajl. Soki są przepyszne. Jedyne w swoim rodzaju. Fantastycznie chłodne, ale nie za zimne. Mają dokładnie taką temperaturę, jaką powinny. Są też odpowiednio rozcieńczone. Nie są ani za mocne, ani za słabe, po prostu niemalże „uszyte na miarę”. To miejsce na pewno będziemy odwiedzać jeszcze nie raz.
Tego wieczora siedzimy znów do późnych godzin w hotelowym patio. Rozmawiamy o tysiącu różnych rzeczy popalając wodną fajkę. Atmosfera jest fantastyczna, szkoda, że już jutro nasi współtowarzysze wyjeżdżają.

Niedziela wita nas pięknym porankiem. Spaliśmy dobrze i wrzeszczący o wschodzie słońca Muezin nie zakłócał naszego błogiego wypoczynku. Jest nieźle. Pakujemy szybko nasz dobytek, zszyte prześcieradła, miniaturowy śpiwór, nieoceniony nabój Camping Gazu, palnik. Po metalowych stopniach schodzimy na dół, płacimy za noclegi i kolacje i w oczekiwaniu na autobus zamawiamy dwie kawy. Siedząc na tarasie, przyglądając się wiosce w dole, gaworząc z brodatym Belgiem nawet się nie obejrzeliśmy jak minęło ponad 3 kwadranse, które mieliśmy do przyjazdu autobusu.
Mały, dwudziestoosobowy, biały autobus podjechał pod sam hotel. Chwila zamieszania i już siedzimy w wygodnych fotelach z nieco mniej wygodnymi plecakami między nogami. Banda międzynarodowych obieżyświatów, która również będzie podróżowała tym autobusem wrzuca pojedynczo plecaki na dach samochodu. My jednak nie decydujemy się na to. Znając arabskich kierowców zbyt dużo mamy do stracenia. Kiedy cała wesoła ferajna wpakowała się już do autobusu ruszamy w dół. Krążymy po wąskich uliczkach zwalniając od czasu do czasu. To popularne punkty „łapania” autobusów, które kierowca objeżdża w nadziei na zabranie pasażerów. Po niedługim czasie docieramy na dworzec autobusowy. Obszerny półotwarty plac z kilkoma zabudowaniami pod skarpą bardziej przypomina nam parking. Czekamy aż się uzbiera komplet. Nie trwa to dłużej niż kilka minut. Ruszamy prawie o czasie.
Droga do Akaby wygląda interesująco. Z początku wąska i kręta wije się tarasami wzgórz. Kierowca ścina zakręty jak może. Chyba zaczniemy zaraz klepać paciorek, bo nie ma prawa widzieć nic z przeciwka a on centralnie jedzie lewym pasem. Po chwili obojętniejmy, bo już nam wszystko jedno, czy jadąc lewym pasem zderzymy się czołowo, czy też na zakręcie w prawo coś w nas walnie na naszym pasie. Krajobraz, mimo swojej monotonii barw i surowości, dość ciekawy. Po kilkudziesięciu minutach wyjeżdżamy na równinę. Tu skręcamy w szeroką dwupasmową „King’s Husain Highway”. Z początku droga wiedzie prawie zupełnie płasko. Powoli jednak zaczynają się pojawiać na horyzoncie wzgórza, by po kilkudziesięciu minutach jechać już wyraźną doliną. W pewnej chwili widzimy ogromny parking z TIRami. Jest ich dosłownie setki. Większość wyładowana kontenerami. W końcu Akaba to jedyny port morski w Jordanii i w ogóle jedyny w tej części Morza Czerwonego. Statki, które są za duże by przepłynąć Kanał Sueski i wpłynąć na Morze Śródziemne rozładowywane są w Akabie a ich ładunki rozwożone są po całym Bliskim Wschodzie. Kilka kilometrów za tym gigantycznym parkingiem trafiamy na ….. przejście graniczne. Wjeżdżamy na duży terminal. Nasz autobus wjeżdża najpierw na kanał, po czym podjeżdża do specjalnego peronu. Widocznie jednak władze nie są zainteresowane tym, co wywozi się z Jordanii, bo nie kontrolują bagaży wyjeżdżających. Kierowca załatwia jakieś pieczątki i po kilku minutach jedziemy dalej. Teraz już wyraźnie jedziemy w głębokiej dolinie. Tuż przy drodze górują niebosiężne skały. Chwilami osuwiska są zabezpieczone siatką. Cały czas środowisko jest surowe i zupełnie pozbawione jakichkolwiek śladów życia. Od terminalu celnego mija jakieś 30 km, kiedy nasza droga po raz pierwszy się rozwidla. Szeroka odnoga prowadzi obwodnicą bezpośrednio do portu. My jedziemy w stronę miasta. Po niedługim czasie zaczynają się pojawiać pierwsze rośliny. Na początku wyschnięte na pieprz sukulenty, później inne bardziej zielone suchorośla. Z kilometra na kilometr przybywa zieleni. Kiedy na horyzoncie pojawia się błękitna wstęga morza za oknami jest już całkiem dużo zielonej roślinności. Wjeżdżamy na przedmieścia Akaby. Z początku mijamy dzielnice willowe. Niezbyt gęsto upakowane kwadratowe domy giną gdzieś w przestronnych ogródkach. Później pojawiają się chodniki przy ulicy, trawniki i ładnie zadbane palmy. Mija nie więcej niż 10 minut i już jesteśmy w ścisłym centrum. Zajeżdżamy na dworzec, a właściwie w wąską uliczkę na tyłach budynku nieopodal dworca i to już koniec podróży na dziś.
Początek jest trudny. Musimy znaleźć punkty orientacyjne, by móc się poruszać po miejscu. Mapa w Lonley Planet wskazuje, że dworzec jest ok. 800 m za obszarem, jaki obejmuje mapa. Zadanie na teraz brzmi: Błądząc jak najmniej dotrzeć do jakiegokolwiek punktu orientacyjnego wskazanego na mapie. Z mniejszym czy większym bólem udaje nam się w końcu tego dokonać. Krążymy jeszcze chwilę i znajdujemy jeden z hoteli z listy najtańszych w przewodniku. Niestety zlikwidowali miejsca na dachu, trzeba wziąć pokój. Mamy do wyboru 2-ke z łazienką, ale bez okna, albo z oknem bez łazienki. Cena 7 Dinarów (8 USD). Wjeżdżamy na trzecie, ostatnie piętro. Pokój z oknem jest duszny i strasznie nasłoneczniony. Okno wychodzi na brudne, zagracone podwórko. Sprawdzamy łazienki na korytarzu. Ogarnia nas żałość. Niesamowicie brudne prysznice w połowie zdemolowane, ubikacje bez sedesów, lepiące się ściany, słowem obraz nędzy i rozpaczy. Wchodzimy do pokoju z łazienką i bez okien. Dwa łóżka, szafka nocna, szafa, zepsuty telewizor 14 calowy o kanciastej obudowie niczym z lat 70-tych, wiatrak pod sufitem. Wchodzimy do łazienki. Jest sedes, prysznic nawet nierozwalony, mała umywaleczka. Szybka narada. Przeciw: cena, duszny ciemny pokój, warunki gorzej niż spartańskie, bród i smród. Za: szkoda dnia na szukanie innych hoteli, nie mamy gwarancji, że znajdziemy coś lepszego w tej cenie, spędzimy tu tylko kilka godzin śpiąc, da się umyć. Bierzemy. Płacimy za pokój rzucamy plecaki i udajemy się na miasto.
Klimat w Akabie jest o wiele znośniejszy niż na pustyni. Bliskość morza sprawia, że czuć jest czasami odżywczy powiew bryzy. Włóczymy się po ulicach noga za nogą. Ula wzbudza sporą sensację. Każdy, ale to dosłownie każdy napotkany Arab, od młodego gówniarza począwszy, na 70 letnim staruszku skończywszy lustrują ją od stóp do głów. Niektórzy są jak dzieci. Nie ma mowy o żadnej dyskrecji, wręcz stają na ulicy lub bezczelnie odprowadzają nas wzrokiem. Niektórzy zatrzymują się dwa metry wcześniej, i bezceremonialnie gapią się na nas. Czasami mam ochotę spytać się jakiegoś, czy czasami nie chce jej kupić J. Nie próbuję jednak, bo chyba by mnie zabiła na miejscu. Docieramy w końcu do jednej z restauracji polecanych w przewodniku. Siadamy na zewnątrz na odkrytej werandzie z widokiem na morze. Zamawiamy całkiem pokaźny wczesny obiad. Jedzenie tradycyjnie na arabską modłę. Trochę baraniny, nieco warzyw, przaśna maca i trochę różnego rodzaju dipów. Na koniec dostajemy „gratisa od firmy”, przepyszną herbatę z listkami świeżej mięty. W czasie posiłku obserwujemy drugą stronę zatoki, gdzie Izrael ma zaledwie kilkunastokilometrowy odcinek wybrzeża. Znajduje się tam Eliat. To izraelskie miasto stanowi niemal enklawę. Najbliższa żydowska osada jest oddalona o ok. 200 km drogi przez pustynię. Eliat nie ma portu towarowego, jest bardzo drogim i ekskluzywnym kurortem morskim, gdzie wypoczywa śmietanka izraelskiej elity towarzyskiej.
Nabrawszy sił po posiłku włóczymy się po mieście w poszukiwaniu łodzi ze szklanym dnem. Niestety czas ucieka, słońce coraz wyżej a nam nie udaje się znaleźć nic konkretnego. Łapiemy więc taxi i jedziemy do Royal Diving Center, gdzie na pewno można przynajmniej popływać z rurką. Próbujemy targować się z kierowcą, bo zaczyna od 5 Dinarów (5,75 USD) za kurs. Po kilku minutach schodzi do 3 Dinarów. Nam jednak wydaje się o wiele za dużo. Widząc, że ma taksometr proponujemy jazdę wg wskazań zegara. Zgadza się bez problemu. Ruszamy więc przybrzeżną arterią pięknie ozdobioną niewielkimi palmami daktylowymi. Mijamy niewielki park usytuowany na wysepce między dwoma nitkami jezdni. Następnie widzimy przemysłowe nabrzeża oraz port. Wielkie brunatne cielska okrętów kłębią się jedno przy drugim. Niektóre stoją dość daleko od brzegu a ich ładownie napełniane są jakimiś sypkimi materiałami poprzez długie taśmociągi umieszczone na ramionach wysięgników. Całość szczelnie odgrodzona od jezdni stalową siatką, która jak mało co w tej części świata nie wygląda jak tymczasowa prowizorka. Taksówkarz pokazuje nam miejsce gdzie przebiega granica Izraelsko-Egipska. Być może jutro wybierzemy się właśnie do Egiptu.
Przejeżdżamy całkiem spory odcinek od miasta. Drogowskazy pokazują coraz mniejsze odległości do granicy. Kiedy jesteśmy już mniej więcej 4 km od Arabii Saudyjskiej zjeżdżamy do przepięknie wyglądającego resortu. Na taksometrze właśnie wybiło 3 Dinary i 200 flis. Echh, a mogliśmy zapłacić 3 Dinary J. Kolejna nauczka, że chciwość i zachłanność nie popłacają. Wchodzimy do przyjemnie klimatyzowanego budynku. Miła arabka za kontuarem informuje nas, że wstęp na plażę kosztuje 9,5 Dinara, obejmuje transport z miasta i do miasta, ręczniki, maskę do nurkowania, płetwy i rurkę, oraz możliwość korzystania z basenów, leżaków i całego sprzętu plażowego. Słysząc, że mamy zapłacić 19 Dinarów (ok. 22 USD) o mało nie wyskoczyłem z butów. Hmmm, czy moja granica przyzwoitości została już przekroczona? Może obejść dookoła i zobaczyć czy nie ma jakiejś dziury w płocie? Może zapłacić za jedną osobę i podać wejściówkę przez ogrodzenie? Przecież jak mówił filozof wszystkich można kupić, tylko każdy ma swoją cenę. Moja cena jest wyższa niż kilkadziesiąt PLN i nie posunę się do oszustwa dla tak nędznych korzyści, choć znam takich, co połakomili się i na mniejsze sumy. Chyba jednak najtragiczniejsze w tym jest, że traktują to jako przejaw własnej przedsiębiorczości i zaradności, a nie jako zwykłą kradzież, w wyniku której weszli posiadanie czegoś za co nie zapłacili. No ale do tego trzeba mieć moralność Kalego, co uważa jak jest źle gdy jemu ukraść a dobrze gdy on coś ukraść. Ale dość tych filozoficznych wynurzeń. Panie i Panowie Królewskie Centrum Nurkowania otwiera przed nami swoje podwoje.
Opuściwszy przestronną, klimatyzowaną recepcję udajemy się po ręczniki i sprzęt do nurkowania. Śniady, opalony na oliwkowo Arab dobiera płetwy odpowiednie do rozmiaru stopy, maskę z rurką, daje nam dwa duże śnieżno białe ręczniki. Przechodzimy dalej. Po prawej stronie od wejścia widzimy dwa baseny. Jeden duży, pięćdziesięciometrowy drugi mniejszy stanowiący ok. 10 metrowej długości brodzik. Schodząc po kamiennych schodkach dostajemy się na plażę, na której, jak chyba wszędzie w tropikach, znajdują się kryte strzechą, drewniane grzybki. Wynajdujemy dwa leżaki, zaciągamy je w cień, po czym rzucamy nasze nędzne zwłoki. Jak diabeł święconej wody unikamy słońca z tego samego powodu, co wcześniej. Spalone słońcem, poparzone na czerwono ramiona kiepsko współpracują z szorstkimi paskami ciężkich plecaków. Po prawej stronie od wejścia, niedaleko od końca plaży znajduje się niedługie drewniane molo. Idziemy tam z Ulą. Zakładam płetwy i maskę i wchodzę popływać nad rafą koralową. Nie ma co ukrywać, nie jest to Wielka Rafa Koralowa Australii. Nie mniej jednak widać kilka ciekawych kształtów i kolorów. Podwodne kolonie korali falują w rytm ruchów wody. Niektóre na przemian rozwijają i zwijają do środka drobniutkie parzydełka. Gdzie niegdzie zgrabnie między koralami pływają kolorowe ryby. Pływam kilka minut, po czym wracam na pomost. Teraz kolej na Ulę. Niestety po kilku próbach rezygnuje. Fale są dość wysokie i non stop wlewa jej się woda do rurki. Spotkany na pomoście turysta, mówi, że rzadko kiedy tu są tak wysokie fale i współczuje osobom, które są tu pierwszy raz. Ja wchodzę do wody jeszcze kilkukrotnie. Za każdym razem pływam coraz dalej od brzegu i pomostu, choć czasami i mi nalewa się woda do rurki, przez co wypijam jej całe mnóstwo. Resztę dnia spędzamy na przemian w brodziku, gdzie leżymy w wodzie z wystawioną jedynie głową i w basenie, gdzie pływamy i wygłupiamy się na głębokiej wodzie. W międzyczasie robimy krótkie przerwy pod grzybkiem w cieniu. Błękitna woda, lekka bryza od morza i przepiękne słońce działają jak narkotyk. Czasami leżąc w cieniu obserwujemy przepływające statki. Wtedy myślimy, że każdy z nich pewnie gubi jakieś ilości ropy, czy innych smarów, które destrukcyjnie wpływają na rafę. Jakże pięknie musiała wyglądać ta rafa, kiedy okręty poruszały się jedynie siłą wiatru. Jak zawsze gdy jesteś beztroski czas mija bardzo szybko. Ani się obejrzeliśmy jak minął prawie cały dzień i musimy się zbierać na ostatni tego dnia autobus do miasta.
Mały, czysty, klimatyzowany autobus rozwozi bogatych turystów po hotelach Mariott czy Sheraton oraz dwoje włóczęgów z Polski do najtańszego przybytku w mieście. Wysiadamy dwie przecznice od naszego hotelu i idziemy na soki. Przepłacamy sporo, ale soki są przepyszne. Świeżo wyciskane, zmieszane z lodowato zimną wodą mineralną i odrobiną lodu gaszą pragnienie w mig. Tego dnia udajemy się jeszcze na nadmorską promenadę. Spacerujemy bulwarem, który w zamyśle architekta chyba miał wyglądać inaczej niż to, co wyszło spod kielni arabskich robotników. Widać różnicę w klasie, z jaką został zaprojektowany, w przemyślności, współgraniu kwietników z placami, murkami i chodnikiem oraz z jakich materiałów i z jaką starannością został wykonany. Spacer jednak ma swój urok. Obserwujemy zachodzące słońce nad półwyspem Synaj. Na północy, nad górami niebo przybiera już barwy granatu nocy, podczas gdy na zachodzie widać jeszcze pomarańcze i czerwień. Siadamy pod niemiłosiernie wysokim masztem, który chyba musi służyć jako demonstracja Jordańskiej potęgi albo platforma dla kamer obserwujących zatokę, bo ma postać ogromnie wysokiej, na oko spokojnie ponad 100 metrowej iglicy z małą kopułką i migającym czerwonym światłem na szczycie. Pewnie oprócz Eliatu, który musi być widać jak na dłoni spokojnie można obserwować obszar kilkadziesiąt kilometrów w głąb Arabii Saudyjskiej i kawałek Egiptu. My nie mamy tak dobrej perspektywy, więc zadowalamy się podziwianiem zachodu słońca nad Egiptem oraz równiutkich światła i porządku urbanistycznego w Eliacie. Widzimy też izraelski okręt wojskowy patrolujący skromny kawałek wybrzeża. Zdajemy sobie również sprawę, że nasze zabiegi by nie sparzyć ramion okazały się mało skuteczne. Jutro będziemy kwiczeć z bólu. Słońce szybko schowało się za góry, ale jasno jest jeszcze przez dłuższy czas. Wykorzystujemy to na dalszy spacer. Wzdłuż nadmorskiego bulwaru docieramy do małego parku. Siadamy na chwilę przy fontannach podświetlonych kolorowym, co rusz zmieniającym barwę światłem. Miejsce jest równie miłe i mimo, że dzięki sąsiedztwu morza w Akabie nie jest tak sucho jak na pustyni to w tym mini parku fontanny dają przyjemne uczucie wilgoci w powietrzu. Niestety musimy się zbierać do hotelu, bo jutro mamy ambitny plan, by jednego dnia pokonać całą Jordanię i 2/3 Syrii i dotrzeć do Damaszku. Chcieliśmy jechać jeszcze do Egiptu, ale niestety plan spalił na panewce. Z Akaby kursują dwa statki. Rano wypływa szybki prom, katamaran, który pokonuje dystans do egipskiego portu Nuweiba w około 3 godziny. Chcieliśmy z samego rana załatwić w Egipskim konsulacie wizy, wskoczyć na ten prom, popłynąć do Egiptu, poszwędać się i wrócić katamaranem na wieczór. Okazuje się jednak, że katamaran jest uszkodzony i pływa tylko prom pasażersko samochodowy, który wypływa z Akaby po południu i płynie 6,5. godziny a z Egiptu wraca wczesnym rankiem. Żeby miało to sens musielibyśmy wracać w środę rano, co spowodowałoby, że jesteśmy po południu w Akabie i możemy mieć problemy z dostaniem się do Ammanu. W ten sposób drastycznie właściwie do 2 dni ograniczylibyśmy sobie czas na drogę przez Syrię i Turcję, co już jest ryzykiem graniczącym z głupotą.
Po powrocie do hotelu W hotelu w pokoju zastajemy okropny zaduch. W powietrzu czuć zapach butwiejących materiałów. Na dodatek jest parno i gorąco. Znajdujący się pod sufitem wiatrak nie daje tego przyjemnego chłodu, co spanie na dachu pod rozgwieżdżonym niebem. Praktycznie wiatrak nie daje żadnego chłodu a jedynie mieli powietrze. Na krótką metę ulgę przynosi zimy prysznic. Hotelowa pościel jest tak podejrzana, że zdejmujemy ją i zastępujemy naszym zszytym prześcieradłem.
Na dziś to koniec wrażeń. Choć półmetek naszej podróży minął już dawno teraz dopiero dotarliśmy do miejsca, z którego będziemy już tylko wracać. Zmodyfikowany plan zakłada dotarcie w poniedziałek do Damaszku, wtorek i środę próbę dostania się do Libanu i w czwartek i piątek powrót przez Syrię do Turcji. Tym czasem układamy się spać, choć wrzeszczące na korytarzu arabskie dzieci nie bardzo ku temu sprzyjają. Może znów zmoże nas zmęczenie i wrażenie i nie będzie tak źle ?

Tej nocy po raz pierwszy zmarzliśmy. Były ku temu powody. Po pierwsze znajdujemy się kilkaset metrów nad poziom morza, gdzie na pewno noce są chłodniejsze niż niżej. Po drugie bezchmurne niebo powoduje, że ciepło nie jest powstrzymywane przed ucieczką w kosmos. Po trzecie obudziliśmy się tuż przed wschodem słońca i może dlatego zmarzliśmy. Gdyby udało nam się przespać wschód i wstalibyśmy trochę później nie odczulibyśmy takiego zimna. Niestety nie było szansy na pospanie. Na początku wybudził nas sąsiad, współspacz z dachu, tramp jako i my, który niemiłosiernie chrapał. Chwilę później odezwał się Muezin wzywając na modlitwy. Kropkę nad „i” postawił jakiś zabłąkany osioł, który zaczął się drzeć w niebogłosy. Jego wycie spotęgowane echem powstającym przez odbicie się głosu od górskich stoków trwało dobre 15 minut. Obudziłoby nawet zmarłego. Chcąc nie chcąc zwlekliśmy się z materacy. Bez pośpiechu robimy śniadanie a o nim delektujemy się poranną kawą. Mamy czas. Z hotelu punktualnie o 7.00 odjeżdża bezpłatny transport pod samo wejście do Petry. Kolejna przyjemna niespodzianka.
Biały, klimatyzowany minibus dowozi nas prawie do bramy wejściowej w niecałe 10 minut. Mijamy wielki bilboard z podobiznami zmarłego króla Husajna i obecnie panującego jego syna Hassana, przechodzimy kilkadziesiąt metrów przez zadbany plac i docieramy do kasy. Od jakiegoś czasu wyraźnie dopisuje nam szczęście. Ceny biletów są obniżone o połowę w stosunku do tych, które podaje Lonley Planet. Można kupić bilet jednorazowy, na dwa lub na 3 dni. My wybieramy jednorazowy. Nawet jeśli nie uda nam się zobaczyć wszystkiego, to i tak nie wrócimy tu jutro. Za wejście płacimy 17 JD (19,55 USD) w proporcjach 10 DJ za mnie i 7 zniżkowy dla Uli. Przechodzimy przez kołowrotek w furcie i już jesteśmy w miejscu, które rozsławił film Indiana Jones. Z początku idziemy piaszczystą ścieżką wiodącą szeroką doliną. Tuż obok, po lewej stronie biegnie niewysoki murek oddzielający „autostradę dla osłów”. Co rusz to pomykają po niej biedne kłapouchy uginające się pod ciężarem potwornie spasionych Niemek. Nas również co chwile dopadają mali umorusani poganiacze oferując wycieczkę na grzbiecie osła. Można też spotkać wielbłądy oraz nieduże rydwany zaprzęgnięte w osiołki. Powoli na okalających skałach pojawiają się pierwsze rzeźby. Są to fragmenty portali czy „ramy” okienne. Wszystko ręcznie wydłubane w litej skale. Po kilkunastu minutach dochodzimy do wąwozu Siq. Wąwóz ten jest tworem geologicznym, który nie został wymyty przez wodę czy stworzony prze erozję eoliczną. Powstał miliony lat temu poprzez pęknięcie kurczącej się w wyniku stygnięcia skały. Miejscami ma tylko 3 metry szerokości i ponad 60 wysokości. Idąc tam mamy momentami klaustrofobiczne uczucie. Tym bardziej, że szczelina nie jest pionowa. Są miejsca, gdzie mamy nad głowami wielkie nawisy skalne, bo wąwóz wije się w poziomie niczym piskorz. Skały tworzą niepowtarzalną ferie barw i kształtów. Widzimy miejsca o kolorze piasku, są miejsca z czerwonymi skałami, są też brązowo-brunatne. Czasami kolory te mieszają się nawzajem jak ciasto w makutrze. Co rusz widzimy kilkunastoletniego chłopca zamiatającego z wąwozu zwierzęce odchody. Co jakiś czas również musimy przywrzeć płasko do ściany, bo w szaleńczym pędzie gna jakiś rydwan. Non stop oczywiście jesteśmy zaczepiani przez poganiaczy osłów. Wąwóz ma około 3 kilometrów długości. Dochodząc do końca wchodzimy do szerokiego na kilkadziesiąt metrów wąwozu, biegnącego pod kątem prostym do poprzedniego. Vis a vis wylotu wąwozu Siq naszym oczom ukazuje się najbardziej znana atrakcja Petry, „Skarbiec”. Skarbiec został spopularyzowany właśnie dzięki jednej z części przygód Indiany Jonesa. Na płaskiej jak blat, pionowej ścianie skalnej odcina się olbrzymia fasada wykuta w litej skale. Całość ma na oko około dwudziestu metrów wysokości i podzielona jest na dwie kondygnacje. Na parterze sześć kolumn, po trzy z każdej strony ogromnego wejścia. Cztery kolumny, po dwie z każdej strony, połączone są trójkątnym zwieńczeniem tworzącym coś na kształt portalu. Na kondygnacji powyżej po środku nad wejściem znajduje się owalna wieżyczka, której zwieńczenie przypominające koronę podparto na 2 dodatkowych kolumnach. Na szczycie umieszczono kulę, która jak legenda głosi została rozstrzelana podczas 2 wojny światowej, gdyż niemieccy żołnierze uwierzyli, że ukryty jest w niej skarb. Po lewej i prawej stronie drugiej kondygnacji umiejscowiono prostokątne wieżyczki również ze zwieńczeniami wspartymi na 2 kolumnach. Pomiędzy kolumnami płaskorzeźby z motywami ludzkimi. Całość wykuta w litej skale, z niesamowitą precyzją. Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby któremuś z twórców omsknęło się dłuto.
Po pól godzinie spędzonej na fotografowaniu i podziwianiu skarbca ruszamy dalej. Szeroki wąwóz prowadzi nas do następnej fasady wykutej w litej skale, Grobowca Faraona. Oczywiście nigdy żaden egipski faraon nie został tam pochowany, a nazwa przylgnęła ze względu na rozmiary rzeźby. Ta składa się akurat z jednej, ponad trzydziestometrowej kondygnacji. Po środku niewielkie, może 6 metrowe wejście otoczone ogromnymi i wysokimi kolumnami u góry połączonymi trójkątnym zwieńczeniem. Pstrykamy obowiązkowe fotki i ruszamy dalej. Po kilku minutach wychodzimy na bardziej otwartą przestrzeń. Po lewej stronie widzimy ruiny amfiteatru. Jego rozmiar, to mniej więcej 1/3 rozmiaru amfiteatru z Ammanu. Jest strasznie zniszczony. W stopniach jest mnóstwo ubytków, ledwo je widać. Niektóre porządnie zerodowały. Idziemy dalej, jak się okazuje korytem wyschniętej rzeki okresowej. Po naszej prawej stronie widać pięknie obrobione otoczaki. Mijamy rozłożone pod płóciennymi dachami na prędce sklecone kafejki z cenami istnie z kosmosu. Mniej więcej w odległości kilometra po prawej stronie widzimy wykute w skale kolejne fasady. Są bardzo zniszczone i zerodowane. Nie mniej jednak jest ich tyle, że przypominają niemalże uliczkę z jakiegoś małego miasteczka. Gdyby nie to, że reszta znajduje się w głębi skały wyglądałoby to jak stojące w rzędzie kamieniczki na starym mieście. Postanawiamy, że nie będziemy tam się wdrapywać, bo widok z tej perspektywy jest ciekawszy. Po przejściu kolejnych kilkuset metrów trafiamy na jedyne wolnostojące budowle w całej Petrze. Są to dwie świątynie, z których zachowały się fundamenty, podłoga i resztki kolumn do wysokości kilku metrów. W mniejszej ze świątyni jest jeszcze dobrze zachowana jedna ze ścian.
Przy świątyniach naszedł nas dylemat co dalej. Mapa w przewodniku była schematyczna i w tym miejscu nakazywała gdzieś skręcić. Oczywiście żadnego oznakowania w terenie nie ma, bo po co ? W końcu turysta ma być sprytny więc po co rysować szlaki, czy stawiać strzałki co znajduje się w danym kierunku. Błądzimy więc po okolicy troszeczkę co raz orientując się, że trafiamy w ślepą drogę. Po kilku takich próbach odnajdujemy jednak właściwy kierunek. Trafiamy do małego muzeum. Zebrano w nim pod dachem niektóre eksponaty z tego wykutego w skale miasta. Widać jakieś kamienne noże, siekierki, małe detale architektoniczne, które pewnikiem turyści wynieśliby ze sobą. W muzeum jest też księga pamiątkowa, do której się wpisujemy. Kilka wpisów wcześniej widzimy notkę w języku polskim, czyli „nasi tu byli” J. Spacer po muzeum pozwala złapać trochę przyjemnego chłodu.
Po wyjściu z muzeum zastanawiamy się nad dalszą marszrutą. Postanawiamy iść do „Monastyru”, najbardziej spektakularnej budowli w Petrze. Ale jak tam dotrzeć ? Albo jak nie zgubić obranej ścieżki ? Nasze obawy bardzo szybko się rozwiewają. Tu gdzie jesteśmy nie ma już nastoletnich chłopców z szufelkami sprzątających odchody osłów. To nam ratuje życie. Przez następne kilkadziesiąt minut kierujemy się zasadą „follow the shit”, czyli „podążaj za gównem”. Droga prowadzi ostro pod górę. Czasami ścieżka jest utwardzona, lub wykute są schody. Od czasu do czasu mijamy arabskie kobiety porozkładane pod prowizorycznymi płachtami płótna rozpiętymi na 4 kijach. Handlują lokalnymi pamiątkami, bransoletkami, kamieniami i … herbatą. Czasami widzimy jak niewielkie osiłki pracowicie wnoszą na górę dupska przetłuszczonych turystek. Kiedy mija nas kilka osiołków wygląda to jak przeprowadzka domu starców. Krajobrazy dookoła zapierają dech w piersiach. Szczególnie różnokolorowe fantazyjne kształty skał. Od czasu do czasu mijamy głębokie na kilkadziesiąt metrów prawie pionowe szczeliny skalne. Gdzie niegdzie widzimy arabskie dzieci ganiające się po półkach skalnych. Dla nas sama świadomość, że pod taką półką znajduje się kilkusetmetrowa przepaść mrozi krew w żyłach. Dzieciaki tu wychowywane śmigają po skałach boso zgrabnie jak kozice górskie.
Podczas wędrówki pod górę daje się nam we znaki powoli słońce. Jest już coraz wyżej na horyzoncie, temperatura wyraźnie wzrosła. My mając już kilka godzin marszu w nogach i maszerując dość trudną trasą szybko opadamy z sił. Na szczęście docieramy w końcu na szczyt. Naszym oczom ukazuje się gigantyczna wykuta w skale budowla. Rozmiary przechodzą nasze najśmielsze oczekiwania i sprawiają, że warto było wspinać się tyle czasu w górę. Wczołguję się na „próg” wielkich drzwi. Znajduje się on mniej więcej na wysokości moich piersi. Siadam i proszę, żeby Ula zrobiła mi fotkę na tle olbrzymich wrót. Mają one około 4 metrów szerokości i 10 wysokości. Odchodzimy później kilkaset metrów dalej, by zrobić zdjęcia całości olbrzymiej jak katedra Notce Damm budowli. Drzwi sięgają tam mniej więcej do wysokości 2/3 pierwszej kondygnacji. Na górze, tak jak w „Skarbcu” znajdują się jeszcze wieżyczki. Różnica jest taka, że skarbiec wygląda jak płaskorzeźba, podczas gdy Monastyr ma górną kondygnacje w całości wyrzeźbioną. Po środku duża okrągła wieża z koroniastym zwieńczeniem i kulą ponad nim. Po bokach dwie prostokątne wieże, na których górze jest coś na kształt rogów trójkąta, którego trzeci wierzchołek wypadałby po środku kuli wieńczącej środkową wieżę. Dodatkowo na krawędziach tej kondygnacji są jeszcze dwie wąskie prostokątne baszty. Ogrom budowli jest powalający. Naprzeciw niej rozgościł się niewielki przybytek z napojami i chipsami. My myśleliśmy, ze na dole jest drogo, bo butelka wody mineralnej, która w sklepie kosztuje 250 flis kosztowała 1 Dinara. Tu na górze kosztuje 2 Dinary (2,30 USD). Nie przeszkadza nam to jednak usiąść w cieniu, popijać z butelki, którą przynieśliśmy ze sobą i podziwiać ogromny, majestatyczny „Monastyr”.
W odległości kilkunastu minut spaceru od „Monastyru” znajduje się punkt widokowy. Idąc do niego obserwujemy skałę, w której wykuto tą budowle. To niewiarygodne, ale patrząc na zarys z tej perspektywy wydać, że musieli wybrać ponad 1/3 góry by skała sięgała do takiej wysokości, aby możliwe było wykucie elementów górnej kondygnacji. Jeśli dodamy, że Ci ludzie posługiwali się bardzo prostymi narzędziami i nie mieli żadnych zmechanizowanych urządzeń nasz szacunek dla ich pracy i dzieła, które stworzyli wzrasta jeszcze bardziej.
Punkt widokowy, który znajduje się nieopodal usytuowany jest na skraju dużej przepaści. W dole rozciąga się dość duża i przestronna dolina. Wszystko dookoła w kolorze brunatnym. Nie widać ni kszty zieleni, żadnej roślinności, żadnego śladu życia. Krajobraz księżycowy. Brakuje jeszcze tylko kraterów po meteorach. Widok jednak ma coś w sobie. Może ogrom skał, może właśnie to, że są spieczone słońcem, nagie i dzikie, nie wiem. Na punkcie widokowym spotykamy parę staruszków ze Szkocji. Na oko mają około 70 lat. Podziwiamy ich upór i wysiłek w dotarciu tak wysoko w tym piekielnym upale. Nie wyglądają na takich, co wjechali tu na grzbiecie osiołka. I nie mam tu na myśli przysłowiowego już sknerstwa Szkotów.
Zejście w dół zajmuje prawie tyle samo czasu, co wejście na górę do „Monastyru”. Dodatkowo schodząc używamy słabszych mięśni, przez co ból w nogach jest niemiłosierny. Dla nas cały czas negatywnym czynnikiem jest prażące słońce, przed którym nie ma za bardzo ucieczki. Skały, które powoli się od niego nagrzewają działają jak piec akumulacyjny. Jeśli w powietrzu mamy około 40 stopni, to w odległości 20 cm od skały pewnie ze 60. Odczuwamy to na własnej skórze nie tylko po nogach, ale również wtedy, kiedy przyjdzie nam się przecisnąć w pobliżu jakiegoś skalnego nawisu. Mimo upału w powietrzu wyraźnie czujemy bijące od skały ciepło. Czynnik psychologiczny robi swoje i droga w dół, mimo, że niecałe 10 minut krótsza niż wspinaczka, mija nam bardzo szybko. Siadamy na murku, w cieniu, jaki daje budynek muzeum. Wypijamy potężną dawkę wody. Jest nieprzyjemnie ciepła. Nie gasi pragnienia, ale przynajmniej w części uzupełnia ubytek płynów, jaki wypociliśmy do tej pory. Szybkie spojrzenie na przewodnik i ustalamy gdzie idziemy dalej. Ruszamy ścieżką prowadzącą za ruinami świątyni. Przechodzimy przez dużą otwartą przestrzeń. Tu można się poczuć jak na prawdziwej pustyni. Właściwie nie widzimy żadnej ścieżki, czy czegoś, co wyznaczałoby ramy wędrówki. Podążamy wcześniej sprawdzoną metodą „donkey crap navigation”, czyli orientacji w terenie opartej na występowaniu oślich ekskrementów. Cały czas w mniejszej lub dalszej perspektywie widzimy skały podziurawione dziesiątkami wykutych otworów. Część z nich ma już wykute ozdobne elewacje, większość jednak nadal nie wyszła poza stadium dziury w ścianie. Po pewnym czasie dochodzimy do tabliczki z napisem, że spacer poza ten punkt nie jest rzeczą bezpieczną i nie zaleca się tego robić bez przewodnika. Ignorujemy to ostrzeżenie i idziemy dalej. Po kolejnych kilku kwadransach spaceru przez pustkowia docieramy powoli do dość szerokiej doliny, otwartej w stronę, z której idziemy i zwężającej się ku końcowi. Dolina obfituje w rzeźby. Widzimy pięknie i pieczołowicie wykute framugi pojedynczych okien, jak również większe kompleksy płaskorzeźb. Przechodzimy koło „grobu rzymskich żołnierzy”, który jest miniaturową kopią wcześniej mijanych fasad. W pewnym momencie ścieżka, która jest naszkicowana na poglądowej mapce Petry w naszym przewodniku gwałtownie skręca w lewo. Budzi to nasz niepokój, bo dolina się coraz bardziej zwęża i nie widać by skręcała a wokół nas wyrosły już całkiem pokaźne skały. W tej chwili znajdujemy się jakby na dnie głębokiego na może 200 do 300 metrów kanionu. Nie tracimy jednak zimnej krwi i szukamy, w którą stronę prowadzą odchody osłów. Okazuje się, że w prawie pionowej skale wykuto wąskie kamienne schodki prowadzące w górę. Ula chyba mnie za to zabije. Ta droga miała być łatwiejsza i mniej stroma, a tu dokładnie stromiutkie jak na strych, wąskie schodki wykute w litej skale. Bez poręczy ani jakichkolwiek zabezpieczeń. Wdrapujemy się na górę. Po pokonaniu kilkuset schodków, na wysokości może 15 piętra, ścieżka wiedzie wzdłuż doliny wąską półką skalną. Po kilkuset metrach znowu wąskie schodki w górę. Już nie tak strome i nie tak liczne jak poprzednie, ale nadal budzące respekt. Dalej sytuacja powtarza się jeszcze kilkukrotnie. W pewnym momencie Ula już tak przywykła do tych kamiennych schodków, które momentami były ledwo co wykute, z wyślizganymi krawędziami i poobłamywane, że z rozpędu weszła prawie na pionową skałę. Kilkudziesięcioletnia arabska staruszka, sprzedająca nieopodal korale, bransoletki i inne pamiątki z wrażenia dostała takiego przyspieszenia, że biegnąc by wskazać nam drogę zapomniała podpierać się laską. Od tego miejsca wspinaczka nie jest już tak stroma, ale jednak ciągle idziemy pod górę. Od czasu do czasu Ula ściga się z jaszczurkami. Przeważnie kończy się to dezercja gada pod kamień, czy skalną szczelinę zanim dobiegną do wyimaginowanej mety. Po jakimś czasie docieramy do nawyzszego punktu na tej trasie. Rozlokował się tam mały kram z zimnymi napojami (skąd oni mają tu do diabła prąd do lodówek) i obowiązkowe przekupki z pamiątkami. Siadamy na chwilę wypijając do końca resztę wody, którą mieliśmy ze sobą. Od tego miejsca zaczynamy schodzić w dół. Szeroki żleb wije się to na lewo to na prawo. Przypomina mi to gigantyczną rynnę saneczkową czy tor bobslejowy pozawalany dużymi głazami czy formacjami skalnymi wielkości domu. Po drodze mijamy parę Polaków. Robią sobie zdjęcia wdrapawszy się na skalne zwałowisko. Nieodparte wrażenie, które mieliśmy od momentu wejścia na strome kamienne schodki po drugiej stronie tej góry teraz już jest prawie pewnością. Jesteśmy chyba jedynymi turystami, którzy idą tędy w dół. Po prostu pokonujemy tą trasę od końca i w stronę, która jest o wiele bardziej forsowna. Droga, którą teraz idziemy byłaby łagodnym podejściem. Nasze zmęczenie jest tak okrutne, że chyba zaraz zaczniemy majaczyć. Nogi niosą nas same. Chyba nawet nie mamy nad nimi kontroli. Po prostu kopytka przebierają w swoim rytmie a my tępo patrzymy wokół. Chyba 100% pewności o tym, że szliśmy „pod prąd” nabieramy, kiedy obrana przez nas ścieżka kończy się przy rzymskim amfiteatrze. Po prostu poszliśmy od tego miejsca w stronę świątyni, później do „Monastyru” i po zejściu w dół tą trasą, podczas gdy wszyscy zaczynają iść tą trasą, docierają nią do Świątyni i dopiero na końcu wdrapują się do „Monastyru”.
Zmęczeni i umorusani pustynnym pyłem, docieramy do „Skarbca”. Siadamy na schodkach w cieniu. W blasku popołudniowego słońca „Skarbiec” nabiera zupełnie innych kolorów. Dodatkowo gra cieni rzucanych w inna stronę niż rano i pod innym kontem daje nam zupełnie nowe widowisko. Przed nami tłoczą się grupki turystów. Na placu na leniwych turystów czeka też kilka wielbłądów i osłów. Mały jordański chłopak z naręczem bransoletek na ręku biegnie w stronę Uli krzycząc „one dinar”. W pół kroku od nas cena już spada do „half dinar”. Dziękujemy. W 3 sekundy później do siedzącej obok Japonki podchodzi równie umorusany wyrostek i proponuje jej 3 bransoletki za 15 Dinarów !!! Kiedy mówi, że za drogo, spuszcza cenę do 10 Dinarów. Szczęki opadają nam do ziemi, kiedy Japonka kupuje za 10 Dinarów coś, co nam kila sekund wcześniej proponowano za 1,5 Dinara. Siedzimy przy „Skarbcu” chyba z pół godziny. Nogi weszły nam już dawno w d… Niestety trzeba się ruszyć i wracać do hotelu. Praktycznie opuściliśmy tylko jeden zabytek w Petrze, klasztor Św. Katarzyny, ale do niego musielibyśmy iść co najmniej 3,5 godziny w jedną stronę. Nie jesteśmy w stanie tego zrobić. Nasze zmęczenie daje się we znaki potwornie. Wracając wąwozem Siq, tym samym, którym wchodziliśmy, odpoczywamy trzykrotnie a ma on przecież niewiele ponad 3 kilometry. Ostatni odcinek, między wyjściem z wąwozu a bramką biletową dosłownie idziemy jak w amoku. Tylko patrzeć, kiedy zaczniemy majaczyć. Kiedy w końcu powłócząc nogę za nogą udaje nam się doczłapać do bramki wejściowej rzucamy się na butelkę wody mineralnej. Półtorej litra znika w mgnieniu oka. Cóż z tego, że kosztowała 3 razy więcej niż w sklepie, kiedy umieraliśmy z pragnienia. Chwilę później ewakuujemy się na pobliski trawnik, gdzie padamy jak kaczki w cieniu drzewa. Zielona soczysta trawa wydaje się tak miła w dotyku, tak przyjemnie chłodna. Chwilę później tuż obok nas rozbija się kilkunastoosobowy obóz arabskich kobiet i dzieci. Dzieciaki hałasują, kobiety głośno rozmawiają. Momentalnie rozkładają wałówkę. W przeciągu kilku sekund zrobiły dookoła siebie niezły śmietniczek. W pewnym momencie jedna z kobiet wstaje i podchodzi do nas wręczając nam po obranym ogórku. Dziękujemy wylewnie uśmiechając się szeroko. Ogórek ma w sobie dużo wody i choć nie smakuje na surowo za dobrze, wyśmienicie gasi pragnienie. Odpoczywamy napawając się chłodem murawy i cieniem drzewa. Ku naszemu dużemu zaskoczeniu po obozie arabskich dzieci i kobiet nie został nawet jeden najmniejszy papierek, a wydawało się, że totalny chlew, jaki wokół siebie zrobili zostawią samemu sobie. Kolejna miła niespodzianka na Bliskim Wschodzie.
Na zielonej trawce w cieniu drzewa spędzamy sporo ponad godzinę. Niestety musimy się ruszyć, bo kiszki grają już marsza od dawna. Wychodzimy więc na najbliższą ulicę, by znaleźć jakąś knajpkę. Mijamy po drodze chyba z 5 różnych przybytków, kiedy natrafiamy na coś, co przypada nam do gustu. Wchodzimy do środka, do klimatyzowanej sali, która wydaje się być czymś cudownym, chłodnym, rześkim słowem niemal ambrozją. Ceny już nie są tak przyjemne, choć równie mocno orzeźwiają. Ula zamawia jakąś sałatkę z kus-kusem, na którą czeka niemiłosiernie długo, ja oczywiście jakiś lokalny wynalazek, byle z mięsem. Do tego dostajemy po czarce przepysznej herbaty z miętą. Za całość płacimy 9 DJ (10,35 USD).
Dobre żarcie plus herbata szybko regenerują siły, dlatego chyba zbyt szybko zapominamy o bólu nóg i decydujemy się na powrót do hotelu na piechotę. Idziemy wzdłuż drogi ciągnącej się serpentyną po zboczu jednego z górskich pasm. Od czasu do czasu przechodzimy z jednej na drugą stronę, by w zakrętach nie iść po dłuższym łuku. Do hotelu docieramy mniej więcej po 45 minutach marszu. Pierwsze kroki kierujemy pod prysznic, by zmyć skorupę powstałą z połączenia potu z drobnym niczym talk pustynnym pyłem. Zimny prysznic sprawia przyjemność jak nigdy. Odświeżywszy się zakładam zakupioną w Aleppo dżalabię i rozkładam się na kanapie pod płóciennym zadaszeniem przed hotelem. I tak wegetatywnie, czekając na kolację regenerujemy obolałe członki. Kolacja, tak jak wczoraj przepyszna. Na szwedzkim stole duża patera z ryżem zmieszanym z groszkiem i kawałkami kurczaka, przepyszny kalafior przyrządzony a nieznany nam sposób, mnóstwo sałatek i warzyw, których nie jesteśmy nawet w stanie poznać po smaku. Nakładamy sobie po czubatym talerzu i jeszcze wracamy po dokładkę. Szczególnie marchewki z wiórkami kokosowymi i cukrem. Do kolacji wychylamy dużą butelkę Heinekena. Jest bosko, ale to nie koniec tego fantastycznego wieczoru. Zamieniamy jeszcze kilka słów z przygodnie spotkaną parą z Czech oraz ….. Belgiem, którego już wcześniej spotkaliśmy w Ammanie. Świat jest mały J. Niedługo po tym udajemy się do środka hotelu, gdzie rozkładamy się na fantastycznie miękkich kanapach i z całkiem pokaźnej biblioteki kaset video wybieramy głupawą komedię „Austin Powers”. Przez półtorej godziny pracuje nasza przepona. Po filmie udaje się nam jeszcze zarezerwować bilety do Aqaby na jutro. Obsługa w hotelu jest fantastyczna, z resztą Arabowie również. Bus do Aqaby przyjedzie po nas pod hotel o godzinie 8.00 rano. Nigdzie nie musimy się szwendać w poszukiwaniu przystanku. Idziemy więc na nasz dach i rozkładamy się wygodnie na materacach. Sen przychodzi bardzo szybko.

Dzień zaczyna standardowa rutyna. Rozkładamy kocher, przykręcamy palnik do naboju Camping Gazu, gotujemy wodę na herbatę robiąc w międzyczasie śniadanie z arabskiej macy i zawartości kolejnej konserwy stosując jako podkład topiony serek. Weszło nam to już w krew, podobnie jak szybkie i dokładne pakowanie plecaków. W sumie rano nie potrzebujemy więcej niż 3 kwadransów na umycie się, zrobienie śniadania, zjedzenie, posprzątanie i pomycie po śniadaniu, spakowanie plecaków i wyruszenie w drogę. Dziś obieramy kurs na największą depresję na Ziemi, leżące 343m p.p.m. Morze Martwe.
Żółta taksówka wiezie nas na dworzec, skąd odchodzą minibysy. Za ustaloną z góry cenę 1 DJ (1,15 USD) kluczymy po mieście co rusz wspinając się pod jakieś niebotycznie strome ulice, by później gnać na złamanie karku w dół. W sumie, cena ustalona, to nie zależy nam czy jedziemy naokoło czy nie. W końcu docieramy na dworzec. W Ammanie, podobnie jak w Damaszku, są dwa główne dworce autobusowe. Ten, na który przyjechaliśmy z Syrii przeznaczony jest dla komunikacji z północą i wschodem. Obecnie znajdujemy się na dworcu „specjalizującym się” w połączeniach z zachodem i południem kraju. Natychmiast dopada nas tłum naganiaczy. Lekko tracimy głowę i zamiast się dobrze rozejrzeć dajemy się namówić na pierwszy napotkany minibus. Wsiadamy, standardowo plecaki lądują na kolanach. Chwilę później mamy już komplet pasażerów, więc ruszamy w drogę. Nie kluczymy zbyt długo ulicami Ammanu, kiedy na zjeździe z drogi szybkiego ruchu jesteśmy świadkami ciekawej sceny. Jadąca za nami szarym sedanem kobieta najwyraźniej nie mogła się zdecydować czy zjeżdżać na serpentynę czy jechać dalej prosto, w wyniku czego wjeżdża centralnie na środek wysepki a następnie na znajdujące się tam metalowe barierki, gdzie zawiesza się na podwoziu.. Zarówno nasz bus, jak i kilka innych samochodów momentalnie się zatrzymują, po czym wybiega z nich cała armia Arabów i wspólnymi siłami dosłownie zdejmują samochód z metalowych taśm stawiając go na kołach. Wszystko dzieje się tak szybko, jakby mieli już to przetrenowane niejednokrotnie. Zamieniają kilka słów z kobietą, która w tym czasie dzwoni gdzieś z komórki, a następnie jakby nigdy nic, cała brać wraca do samochodów i kontynuuje podróż dalej. Rusza również nasz bus. Wyjeżdżając z Ammanu nie widzi się żadnych rewelacji. Jedynie od czasu do czasu na przeciwległej nitce drogi stoi patrol wojskowo – policyjny. Wygląda to tak, że obok pomalowanego w „moro” transportera opancerzonego stoi radiowóz oraz 2 żołnierzy i 2 policjantów. Nawet nie spostrzegliśmy ile czasu jedziemy, kiedy nasz bus staje, a „miła” obsługa mówi nam, że tak naprawdę oni nie jadą nad Morze Martwe, tylko jechali w jego kierunku i właśnie tu odbijają a pozostałe kilkanaście km musimy pokonać innym autobusem.
Wysiadamy na środku dosłownie niczego. Wokół nas księżycowy krajobraz i jałowa ziemia bez najmniejszego śladu zieleni. Jesteśmy na skrzyżowaniu, gdzie do drogi, którą jechaliśmy dochodzi jakaś inna, boczna asfaltowa. Naprzeciwko nas lokalna knajpa. Na rogu nieduży sklep z dużym, zadaszonym i ogrodzonym murkiem, wybetonowanym placykiem. Pytamy się, kiedy będzie jakiś transport dalej. Praktycznie nikt nic nie wie. Padają odpowiedzi, że może za dwie godziny. Co gorsza, minibusy ruszają zazwyczaj pełne i może akurat nikt nie wysiądzie po drodze, więc też nie wiadomo czy się zabierzemy. Ula w międzyczasie próbuje łapać okazję. Kiepsko, dziś jest piątek dzień wolny od pracy w krajach arabskich. Mało co jeździ po drogach, a to co jeździ nie bardzo chce zabierać autostopowiczów. Jakiś lokalny zwyczaj, cały tydzień bardzo chętnie, ale nie w piątek. W naszym przypadku i tak nie ma większego znaczenia, bo moglibyśmy się spokojnie położyć na tym skrzyżowaniu i ….. umrzeć z głodu. Taki ruch panuje. Na poprawę humoru a może z rozpaczy kupujemy sobie paczkę chipsów i colę, Chyba bardziej dla draki, bo wszystko jest w „falujących znakach”. Na takim bezsensownym czekaniu schodzi nam około 45 minut, kiedy od strony Ammanu przyjeżdża wreszcie bus. Mamy sporo szczęścia, bo wysypuje się z niego cała masa ludzi chcących dostać się do wioski, do której podążył nasz poprzedni środek transportu. Ładujemy się do środka, płacimy kolejnego Dinara i jedziemy już do celu. Nie przejeżdżamy jednak więcej niż pięć kilometrów, kiedy zatrzymują nas żołnierze. Uzbrojony patrol z odbezpieczonymi „kałasznikowami” wpada do środka i zbiera wszystkie paszporty. Na nasze praktycznie nie zerkają. Nie wiem czy to siły rozjemcze ONZ czy też w ramach jakiejś innej organizacji działają, ale na pewno nie byli to Jordańczycy. Sytuacja powtarza się jeszcze dwukrotnie zanim docieramy do kurortu „Amman Beach”.
„Amman Beach” to jedyny w tej części Morza Martwego i najbliższy publicznie dostępny kawałek plaży. W pobliżu znajdują się jeszcze zamknięte ośrodki prywatne lub należące do hoteli np. Mariott. Mówiąc w pobliżu nie mam na myśli niczego, co jest bliżej niż 5 km. Wchodzenie do Morza Martwego na dziko, to dopiero wyzwanie. Jeśli już udałoby się znaleźć miejsce, które w skalistym otoczeniu nadawałoby się do tego by zejść do wody, to zawsze trzeba się liczyć, że któryś z partoli wojskowych wziąłby Cię za dywersanta i odstrzelił dupsko. Od miejsca, w którym zobaczyliśmy Morze Martwe z okien mikrobusa wszystkie miejsca gdzie skały nie schodzą pionowo w dół były zabezpieczone zasiekami z drutu kolczastego. Wszak to obszar, na którym co rusz ganiają się Żydzi z Arabami. Na koniec pozostaje tak prozaiczna kwestia, jak brak prysznica, którym możnaby spłukać solankę z ciała. Na szczęście nie mamy takich dylematów i nie próbujemy za wszelką cenę robić wszystkiego by tylko nie płacić za bilety wstępu. Choć musimy przyznać, że cena jest równie słona jak woda w Morzu Martwym. Płacimy za wejście 8 DJ, czyli około 9,2 USD. W cenie dostajemy ręczniki. Plaża ma może 150 metrów, może 200 metrów szerokości. Do samej wody sięga czyściutki biały piasek. Na terenie ośrodka jest restauracja, dwa czy trzy plażowe bary. Siadamy w cieniu pod palmą, by nie spiec ramion. To chyba jedna z najgorszych rzeczy, jaką moglibyśmy sobie zafundować, czyli plecaki na spieczonych ramionach. Patrzymy z podziwem jak przed nami ludzie dosłownie siedzą na wodzie. Po chwili idę pierwszy spróbować jak to jest pływać w solance o tak dużej sile wyporu. Wchodzę niepewnie. Od razu przy brzegu trafia się na muł. Dodatkowo jest mnóstwo dość sporych kamieni wielkości mniej więcej ziemniaka. Bardzo nieprzyjemne uczucie. Staje się na kamieniu, albo zapada po kostki w mule. Jak tylko udaje mi się dostać do wody po kolana od razu siadam, bym nie musiał iść dalej. Uczucie dziwne. Tak jakby weszło się do jakiejś bardzo ciepłej, gęstej zupy. Kiedy dostaję się na nieco głębszą wodę podkurczam nogi. Momentalnie wypycha mi uda do góry i przyjmuję pozycję, którą ma większość pływających. Wygląda to jak pozycja na fotelu dentystycznym, czy leżaku plażowym. Nic tylko gazetę do ręki. Jeśli człowiek nie robi gwałtownych ruchów jest to nawet komfortowe. Gorzej, gdy przewrócimy się na brzuch próbując płynąć. Woda wypycha cię na zewnątrz, przez co ciężko jest utrzymać nad wodą jedynie ramiona i głowę, bo równie silnie wypycha nogi jak i brzuch.
Tragedią jest napicie się nieopatrzne wody z Morza Martwego. Wystarczy kropla, która wpadnie do ust a człowiek się czuje, tak, jakby zjadł beczkę soli. To, co ja zrobiłem było chyba największą moją głupotą, na jaką mogłem się zdobyć. Spróbowałem zanurkować. Zawszę robię to z otwartymi oczami, więc automatycznie zrobiłem to i teraz. Po pierwszych 3 setnych sekundy wiedziałem, że jestem skończonym idiotą. Solanka, która dostała mi się do oczu pali żywym ogniem. Czuję się jakby mi ktoś sypnął łopatą piasku prosto w oczy. Nie mogę ani na sekundę otworzyć powiek, bo ściekająca z włosów i głowy woda pogarsza tylko sytuację. Trzymając mocno zaciśnięte powieki kieruję się w stronę brzegu. Próbując jak najszybciej dopłynąć wlewam jeszcze sobie solankę do buzi. Pluję i prycham jak kot próbujący wypluć kłaczka. Kiedy już mogę stanąć na nogi próbuję jak najszybciej dojść pod prysznic. Niestety noga co rusz ześlizguje się z jakiegoś kamienia prosto w muł, przez co raz po raz tracę równowagę upadając na twarz do wody. Co chwilę na sekundę próbuję otworzyć oczy by zobaczyć kierunek i odległość, jaka mnie dzieli od prysznica. Potykając się i upadając wchlapuję sobie kolejne porcje solanki do i tak potwornie piekących oczu. Czasami udaje mi się podeprzeć rękami. Niekiedy z pośpiechu kopnę w podwodny kamień. Sycząc z bólu docieram w końcu do specjalnego grzybka, z trzonka którego wystają cztery końcówki prysznica. Uff, jestem uratowany. Długo zmywam sól z włosów i ciała. Kiedy już mam pewność, że nie leci mi po twarzy nic słonego decyduję się na wymycie oczu. Jestem zły sam na siebie. Przez własną głupotę, i brak wyobraźni mogłem sobie popsuć oczy a na dodatek potwornie sobie pokaleczyłem palce u stóp bezustannie kopiąc o podwodne kamienie. Pomna moich gorzkich doświadczeń Ula, nie testuje nurkowania w Morzu Martwym. Ani z otwartymi, ani z zamkniętymi oczami J.
Tego dnia jeszcze po dwa razy kapiemy się w tym najniżej położonym i najbardziej zasolonym akwenie na Ziemi. Nie zdecydowaliśmy się wysmarować mułem o ponoć zdrowotnych właściwościach jak to robią niektórzy. Obserwujemy za to, w jaki sposób zażywają kąpieli arabskie kobiety. Otóż wchodzą do wody dokładnie tak jak stoją. Dla nas to bardzo śmieszny widok, jak cała zawinięta od stóp do głów Arabka pływa w morzu. Z resztą nie tylko te zawinięte w czadory kąpią się w ten sposób. Widzimy również kobiety w spodniach, bluzkach i chustach na głowie. Co bardziej jeszcze nas bawi, niezależnie w co są pozawijane zawsze po wyjściu z wody dokładnie spłukują ubranie pod prysznicem J. Oprócz nas na plaży jest jeszcze jedna grupa Europejczyków, prawdopodobnie Duńczycy, dwie pary. Jedna z dziewczyn ma dość skąpe różowe bikini. Po wyjściu z wody cienki materiał dokładnie przywiera jej do piersi wydatnie eksponując sutki. Nie wiemy dokładnie, co wszyscy okoliczni Arabowie sobie o tym myślą, ale odprowadzają ją wzrokiem najpierw pod prysznic a później aż do miejsca, w którym biwakują J.
Popołudnie się zaczęło chylić ku końcowi a my mamy jeszcze wrócić do Ammanu i złapać stamtąd transport do Petry. Zbieramy się z plaży i próbujemy złapać jakiegoś stopa. Niestety, piątek po raz kolejny daje znać o sobie. Nie jesteśmy sami. Razem z nami koczuje 4 osobowa rodzina na pierwszy rzut oka, jakiegoś Filipińskiego pochodzenia. Są potwornie sympatyczni i cały czas się z czegoś śmieją. A to z nas, a to z naszego położenia, a to sami z siebie nawzajem. Przynajmniej raźniej nam się czeka. Po godzinie spędzonej na wyschniętym na pieprz, jałowym pustkowiu udaje nam się złapać minibusa. Na szczęście kierowca zdecydował się wyjechać tylko z kilkoma pasażerami, bo cała nasza szóstka znajduje miejsce. Uff, mijamy jeszcze tylko posterunki, łapiemy drzemkę do samego Ammanu. Po dotarciu na dworzec, łapiemy na spółkę z jeszcze jednym Arabem taksówkę do „downtown’u”. Musimy zjeść coś treściwego, bo do Petry jest około 250 km. i nie wiemy, czy coś będziemy jeszcze w stanie kupić. Po krótkim rekonesansie znajdujemy knajpkę przypominającą nieco Europejskie fastfoody. Wystój i wygląd podobny jak w McDonaldzie, KFC, czy innym BurgerKingu. Zamawiamy zestawy z frytkami i jakimś napojem. Za dwie osoby płacimy 3,35 DJ (3,85 USD). Posiliwszy się łapiemy taxi na dworzec. Okazuje się, że to to samo miejsce, na które przyjechał minibus. Niepotrzebnie robiliśmy kurs do miasta, mogliśmy zjeść na miejscu i zaoszczędzić na taxi. Ale cóż. Szukamy transportu do Petry.
Ze znalezieniem transportu nie ma większego problemu. Stoi autobus za 4 DJ/os lub taxi za 5 DJ od osoby. Autobus jedzie około 5 godzin wjeżdżając do wszystkich osad po drodze, taxi niecałe 3. Autobus odjedzie, jak znajdzie się conajmniej 12 osób. Z nami byłoby 6. Taxi jedzie z 4 osobami, a że już jeden chętny jest brakuje tylko jednej osoby. Problem jest natomiast, że jest piątek i ludzie po prostu dziś nie podróżują. Dworzec świeci pustkami. Czekamy na jakiś chętnych. W międzyczasie kierowca jednego z autobusów urządza sobie koncert na klaksonie. Trąbi przerywanym sygnałem około 20 minut. Kolejne 20 po prostu trzyma rękę na klaksonie i akompaniuje sobie raz po raz wprowadzając silnik na niebotycznie wysokie obroty. Można dostać dosłownie kręćka. Chyba po raz pierwszy podczas tej podróży Arabowie wzbudzają moją agresję. Mam ochotę wstać i pójść mu przygrzmocić w ten głupi łeb. Oczekiwanie się niemiłosiernie przeciąga. W autobusie dopiero zebrało się 8 osób a czekamy już dobrze ponad godzinę. W końcu decydujemy się jechać bez kolejnego pasażera. Kierowca schodzi z ceny do 3 DJ za brakującego współpasażera. Zrzucamy się po 1 DJ od osoby i ruszamy.
Mimo piątkowego bezruchu wydostanie się z miasta zajmuje nam trochę czasu. Siedząc wygodnie na tylniej kanapie rozglądam się po środku. Na plastikowej „tapicerce” drzwi znaczek „LG”, na szybach znaczek „LG”, na oparciu od kanapy znaczek „LG”. Co za czort, myślę. No ale nic, jedziemy dalej. W międzyczasie wdajemy się w rozmowę z kierowcą i naszym współpasażerem. Kierowca, śniady dobrze zbudowany gość po 40-ce, sprawia wizualne wrażenie Araba, jakich znamy z TV. Ubrany w dobrze skrojone spodnie i koszule prezentuje się niemal jak businessman ze wschodu. Nasz współpasażer, również śniady w koszulce polo i seansach, krótko obcięty, a jednocześnie czoło łagodnie mu przechodzi w kark. Obaj sprawiają wrażenie ludzi światłych i obytych. Niestety rozmowa wchodzi na niebezpieczne tematy. Jak ognia staram się unikać rozmów o religii i polityce, a tu zostaje wciągnięty w rozmowę o Ameryce i Bushu. Staram się jakoś wybrnąć z tego mówiąc, że w Polsce jak i wielu innych krajach zwykli ludzie nie popierają ślepo każdego wyczynu polityków. Na szczęście skaczemy z tematu na temat i szybko przechodzimy do innych bardziej przyziemnych kwestii. W ten sposób mija nam połowa drogi przez pustynie. Jedyne, co się zmienia za oknem, to kolor nieba i czasami kolor otaczających nas kamieni. Czasami jest mniej czasami bardziej czerwonawy.
Mniej więcej w połowie drogi zajeżdżamy do przydrożnego baru. Siadamy przy stoliku ze współtowarzyszami podróży i wychylamy szklaneczkę pysznej herbaty. To, czego nauczyliśmy się w tej podróży, to na pewno jest picie gorącej herbaty, gdy jest upał. Fantastycznie gasi pragnienie. Rozmawiając tak o wszystkim i niczym zagaduje w końcu naszego kierowcę o markę samochodu. Z dumą rozpierającą jego masywną pierś odpowiada „Samsung”. O tej marce dla samochodu jeszcze nie słyszałem. Spędzamy w sumie około pół godziny na tej pogawędce i ruszamy dalej. Słońce powoli chyli się ku zachodowi i momentalnie robi się ciemno. W tak zwanym międzyczasie rozmowa schodzi na to czy mamy się gdzie zatrzymać w Petrze. Opowiadamy kierowcy o hotelu, do którego zmierzamy. Z iście arabską szczerością odpowiada, że to się fantastycznie składa, bo hotel ten prowadzi jego rodzina. Po chwili dowiadujemy się, że w sumie cała osada to jego rodzina. No tak, w sumie wszyscy Arabowie to jedna wielka rodzina. I jak to w rodzinie, różnie bywa, tłuką się między sobą jak przystało. Nasz kierowca wyjmuje jednak komórkę, gdzieś dzwoni i po chwili z triumfem w głosie oznajmia nam, że właśnie dzwonił do hotelu i mają dla nas miejsce J. Takiego obrotu sprawy się nie spodziewaliśmy.
Do Wadi Musa, niewielkiej osady oddalonej od Petry o kilka kilometrów docieramy, gdy już jest ciemno. Nie przeszkadza nam to zauważyć, że położona jest jak i inne Jordańskie osady na zboczach łańcuchów górskich. Wjeżdżamy taxi pod sam hotel, gdzie pięknie dziękujemy i żegnamy się z kierowcą. Przed oczami mamy bardzo obiecującą perspektywę. Wąska dróżka, przy której leży hotel to praktycznie półka skalna. Po jednej stronie pionowa ściana w górę. Po drugiej, tuż nad dość dużą stromizną opadającą w dół widzimy pięknie rozstawiony „ogródek”. Pod kolorowym płóciennym zadaszeniem rozstawiono duży, długi stół. Wokół niego jedna wielka kanapa biegnąca prawie dookoła. Obok stoi kilkanaście stolików z krzesełkami. Wszystko wokoło podświetlone dziesiątkami żaróweczek. Uff, oczka nam się zaświeciły. Dziś rano byliśmy w Ammanie, później wystawialiśmy się na intensywne słońce nad Morzem Martwym, następnie męcząca podróż. Chyba należy nam się nieco dobrego J. Wchodzimy do recepcji. Dość przystojny, ubrany w jeansowy mundurek Arab, mający na oko 35-40 lat wita nas uśmiechem od ucha, do ucha. Pytamy się o miejsce na dachu.
- Tak, mamy – odpowiada – 7 Dinarów.
- Ile ? – momentalnie nas postawiło na nogi. Przecież to dosłownie cena jak z kosmosu.
- A skąd jesteście ? – słyszymy zamiast odpowiedzi.
- Z Polski.
- A jak z Polski, to tylko 5 Dinarów. A z jakiego miasta – ciągnie konwersację nasz gospodarz
- Z Warszawy – odpowiadamy. Choć nie jest to zgodne z prawdą jeśli Arab ma znać jakieś miasto w Polsce, to prędzej stolicę niż Skarżysko, czy Legnicę.
- A jak z Warszawy to macie specjalny rabat. 3 Dinary.
I tak właśnie za dwie osoby na dachu Valentines Inn zapłaciliśmy 3 JD (3,45 USD).
Schody na dach prowadziły na zewnątrz hotelu. Można było też wejść klatką schodową, która prowadzi na piętra, gdzie były normalne pokoje hotelowe, ale te metalowe schody przeciwpożarowe były „szybsze”. Na górze dość spora płaska przestrzeń. Na środku metalowa „klatka”, która normalnie przykrywana jest słomą, by dać koczującym tam trampom trochę cienia. Tym razem słomy jednak nie ma. W głębi po lewej stronie mała przybudówka stanowiąca łazienkę i WC. Warunki dość przyzwoite jak na dach. O niebo lepsze niż w Ammanie. Sucho, czysto, materace świeże, nie pobrudzone. Łazienka wyłożona płytkami, z sedesem, prysznicem, umywalką i lustrem. Rozkładamy więc nasze plecaki, wskakujemy pod odświeżający prysznic i schodzimy na dół. Tam zostajemy zaskoczeni nieziemsko. Na dużym prostokątnym stole porozkładano kilkanaście półmisków z jedzeniem. Okazuje się, że tradycją tego hotelu są kolacje organizowane w postaci „szwedzkiego stołu”. Za 3 Dinary (3,45 USD) wykupuje się talerz i można nałożyć sobie jedzenia do woli. Nie możemy przepuścić takiej okazji. Nakładamy sobie czubaty talerz różności, z których jesteśmy w stanie rozpoznać pochodzenie tylko kilku. Dodatkowo zakupujemy wielkiego Hainekena i rozkoszujemy się chwilą. Obserwujemy z góry wąskie uliczki, przejeżdżające od czasu do czasu samochody, czmychających ukradkiem przechodniów. Patrzymy na zalane światłem przeciwległe stoki, gdzie przycupnęły mniejsze i większe osady. Obserwujemy bezchmurne niebo rozjarzone tysiącami gwiazd. Dookoła nas tłumek międzynarodowych wagabundów, fajki wodne poustawiane tu i ówdzie, kolorowe arabskie narzuty i poduszki na kanapie. Piwko powoli spływa w dół do żołądka gasząc pragnienie. Lekki szum przyciszonych rozmów, w tle dyskretna muzyka pop z lat 80-tych dopełnia obrazu tej atmosfery. Po warunkach w Ammanie nie spodziewaliśmy się zastać tu rewelacji. A proszę, trafiliśmy do przybytku z duszą podróżnika i bliskowschodnim klimatem. Tego dnia już tylko wdrapaliśmy się na górę na dach, rozłożyliśmy prześcieradło i profilaktycznie śpiwór i zasnęliśmy jak zabici.

Wstajemy około piątej rano. Po cichutku schodzimy piętro niżej, by w metalowym zlewie o kształcie i rozmiarach małego brodzika od prysznica uczynić zadość porannej toalecie. Później szybkie śniadanko, herbata ugotowana na naszym naboju Camping Gaz i maca z konserwą. Wychodząc na poranny Damaszek nie słychać jeszcze gwaru i szumu dnia powszedniego. Bez problemu łapiemy taxi i każemy zawieść się na Baramke, jeden z 2 głównych dworców autobusowych w Damaszku. Z niego właśnie odchodzą autobusy na południe. Za kurs płacimy 50 funtów (1 USD). Na dworcu dopadają nas naganiacze. Okazuje się, że nie ma tak rano żadnego autobusu do Ammanu. Decydujemy się wziąć taxi. Ledwo przekraczamy bramę sąsiadującego z dworcem postoju a już dopadają nas kolejni naciągacze. Cały ciąg dziwnych, żółtych limuzyn czeka na swoją kolej. W jednej z nich już jest dwoje pasażerów, brakuje tylko dwójki, żeby można było ruszyć. Cena 1000 funtów, czyli 20 dolarów za dwie osoby. Pierwszy raz będziemy jechali taxi dalej niż kilka kilometrów. W sumie straszne z nas burżuje, bo kto w Polsce pozwoliłby sobie np. na kurs z Krakowa do Bratysławy taryfą ? Ale tu jest Bliski Wschód, realia są zupełnie inne.
Nasza taksówka to stary amerykański krążownik szos. Na zewnątrz długi i szeroki niczym policyjne auta z filmów z lat 70-tych. W środku skórzane fotele, automatyczna skrzynia biegów. Siedzimy na tyle i oglądamy okolicę. Wyjeżdżamy z miasta bez większych problemów. Poranny szczyt jeszcze się nie zaczął. Droga w stronę Jordanii prowadzi przez tereny półpustynne. Otoczenie na zewnątrz staje się bardzo monotonne. Mija około półtora godziny od wyjazdu z Damaszku, kiedy docieramy do granicy.
Syryjskie przejście graniczne przypomina to z granicy tureckiej. Wielkie obszerne, z kilkoma peronami po środku i mnóstwem różnych budynków po bokach. Zatrzymujemy się przy jednym z nich. Wysiadamy i powtarza się znana nam sytuacja z poprzedniego przejścia. Wielki hall, w głębi szereg okienek. Podchodzimy do sekcji dla obywateli innych Państw. Krótkie sprawdzenie paszportów, wklepanie danych do komputera i szereg stępli w paszporcie. Wsiadamy do taxi z powrotem i jedziemy w stronę Jordanii. Tu przejście ma zupełnie inny cywilizowany wygląd. Celnicy i ich uniformy są tak skrojone i zaprojektowane, że w niczym nie przypominają wojskowych. Przystajemy przed budynkiem odpraw. Czysto, przyjemnie, porządek w środku. W kantorze na miejscu wymieniamy 50 USD. Tu kurs jest zupełnie inny niż w Syrii. Jeden Dinar Jordański to około dolara i piętnastu centów. Podchodzimy do okienka, gdzie sprzedają wizy. Od ręki dostajemy do paszportu kolejną „falującą” wizę. Jeszcze tylko odprawa paszportowa i „Witamy w Haszymidzkim Królestwie Jordanii”. Nasza taksówka przechodzi jeszcze dokładne oględziny celnika. Obstukuje on wszelkie możliwe punkty, patrzy czy nie ma jakiś tajnych ukrytych skrytek. Na szczęście procedura ta nie trwa długo i wkrótce ruszamy w dalszą drogę.
Jordania to kraj równie pustynny, co Syria. Jadąc The King Highway, czyli główną drogą prowadzącą z północy kraju poprzez stolicę Amman aż do Morza Czerwonego dostrzegamy jednak wyraźne różnice. I nie chodzi nam o to, że wszechobecne w Syrii portrety Hafeza i Baszara Al-Sadatów zostały zastąpione portretami nieżyjącego już króla Husaina i obecnie panującego jego syna Hassana III. Kraj na pierwszy rzut oka wydaje się bardziej zorganizowany, mniej podporządkowany regułom Islamu. Nie znaczy to oczywiście, że jest zupełnie oderwany od religii, bo nawet do świeckiej Turcji brakuje mu pod tym względem wiele. Z granicy do Ammanu jest nie dalej niż 90 kilometrów, więc droga mija szybko. Ani się obejrzeliśmy a znajdujemy się na przedmieściach stolicy Jordanii. Miasto to jest niesamowite. Jordańczycy powinni mieć przydomek „kopacze”. Cały Amman położony jest na niesamowitej ilości wzgórz. Zabudowa wżyna się głęboko w skały. Na zboczach porobiono coś na kształt półek skalnych, którymi przeprowadzone są ulice i wybudowane domy. Zwarzywszy na to, że zbocza są potwornie strome, fasada budynku może mieć od frontu 8 pięter a z tyłu już tylko dwa. Wszystkie wzgórza to właściwie pasma ciągnące się równolegle tak, że przypomina to trochę falisty eternit. Wygląda to niesamowicie. Podczas, gdy nasza taksówka przeciska się przez strome podjazdy i kręte serpentyny my rozglądamy się jak dzieci w lunaparku. Niektóre domy sprawiają wrażenie, że całe są wykute w skale i tylko ściana frontowa została wybudowana. Jesteśmy naprawdę pod wrażeniem. Po pół godzinie kluczenia docieramy do dworca. Pierwsze zadanie, to znaleźć hotel, zrzucić plecaki i udać się na spacer na miasto. Amman nie ma wielu zabytków, więc jest tylko przystankiem na naszej drodze i jeden dzień nam w zupełności wystarczy na zobaczenie tego, co zaplanowaliśmy. Zanim jednak zabierzemy się za szukanie hotelu wstępujemy do kawiarni, by spokojnie poczytać, co w przewodniku Lonley Planet mają do powiedzenia na ten temat. W kawiarni jest pusto, jesteśmy pierwszymi klientami. Zamawiamy kawę. Po chwili kelner przynosi nam dwie filiżanki i mały rondelek ze stali nierdzewnej pełen aromatycznego napoju. Rondelek wygląda komicznie, bo to coś na kształt kubka od herbaty z nieproporcjonalnie długa rączką, niczym od patelni. Wlewamy do filiżanek mocną czarną kawę parzoną na tutejszy sposób z kardamonem. Delektując się tym napojem bogów ustalamy marszrutę. Po kilkunastu minutach, kiedy rondelek jest już pusty a nasze powieki nie trzeba już podtrzymywać zapałkami, z obmyślonym planem działania ruszamy na podbój Ammanu. Schodzimy kilka kilometrów w dół ulicy. Trafiamy na dzielnicę w pobliżu suków, gdzie bez trudu znajdujemy jeden z opisywanych w Lonley Planet hoteli. Wchodzimy do środka. Czekając na kogoś w recepcji zagadujemy jednego z turystów, który stal obok. Jest Belgiem podróżującym po krajach arabskich od jakiegoś czasu. Koleś jest sympatyczny. Z wyglądu troszkę miśkowaty, ale nie krępy. Zamieniamy kilka słów więcej zanim przychodzi recepcjonista. Po załatwieniu kilku prostych formalności i opłacie 7 JD (ok. 8 USD) udajemy się windą na 7 piętro, po czym schodami jeszcze piętro wyżej na dach. Jak nie trudno się domyślić budynek od frontu ma 8 kondygnacji, a od tyłu około 3. Patrząc w górę możemy zobaczyć kolejną półkę skalną na jeszcze większej wysokości. Dach hotelu oględnie mówiąc nie jest szczytem marzeń. W jednym rogu stoją jakieś porozwalane drewniane stoły i krzesła. Po lewej stronie sterta materacy. Te znajdujące się na samym dole wyraźnie zbutwiałe. Wszystkie są niemiłosiernie brudne i lepiące się. Schodzimy zobaczyć łazienkę. Jest równie zaniedbana, co materace. Mała ciasna z wyraźnym zapachem stęchlizny. W ubikacji dziura kloaczna zamiast sedesu. Hmm, przynajmniej nie złapiemy żadnej zarazy, bo trzeba będzie załatwiać się „na narciarza” a to jak wiadomo nie dopuści do kontaktu ciała z nieczystą deska klozetową J. Zdegustowani warunkami tu panującymi cieszymy się, że to tylko jedna noc.
Ruszamy na miasto. Z początku dochodzimy do głównej ulicy, którą udajemy się w dół. Po drodze mijamy coś na kształt suków. Nie są zadaszone jak te w Aleppo czy Damaszku, ale ilość i różnorodność kramów i kramików taka sama. Różnica polega na tym, że są one przy dość ruchliwych ulicach. Nie zatrzymujemy się tu zbyt długo, idziemy dalej w stronę rzymskiego amfiteatru. Mijamy po drodze jeszcze jakiś fragment antycznych ruin z czasów Rzymu. Po kilkunastu minutach spaceru stajemy u podnóża ogromnego amfiteatru. Jego ogrom nas poraża. Kupujemy za 1 JD (1,15 USD) bilety wstępu i wchodzimy do środka. Amfiteatr składa się z trzech „pięter”. W każdym z nich po piętnaście rzędów pólek do siedzenia, czyli w sumie 45 wielkich półkolistych tarasów. Mój aparat nie jest w stanie z dołu objąć najwyższych rzędów. Licząc skromnie pół metra na półkę to najwyższe znajdują się na wysokości 5 piętra. Po wyślizganych stopniach wchodzimy na górę Musimy bardzo uważać, bo przez tysiące lat powierzchnia schodków została wypolerowana jak lastriko. Dodatkowo krawędzie są pozałamywane i poszczępione. Widok, jaki roztacza się z ostatniej półki wynagradza nasz wysiłek z nawiązką. Po drugiej stronie widzimy zbocze góry wraz z kilkoma zabudowanymi tarasami. Na szczycie w oddali na wielkim maszcie łopocze na wietrze flaga Jordanii. Musi byś olbrzymia, chyba rozmiarów boiska piłkarskiego albo jeszcze większa. W dole dostrzegamy ruchliwą ulicę i ludzi krzątających się jak mróweczki. Siedzimy i napawamy się tym widokiem, kiedy na dół na scenę wchodzi grupa dzieciaków. Rozbiegają się hałaśliwie we wszystkie strony. Po chwili zabawy wszystkie grzecznie i karnie zasiadły w pierwszych rzędach. Towarzyszący im nauczyciel zaczął coś opowiadać. Aż trudno uwierzyć, ale siedzimy kilkadziesiąt metrów od niego a słyszymy jego każde pojedyncze słowo. Dokładnie wszystko. I nie jest to głos podniesiony. On po prostu mówił do dzieci normalnym tonem. Teraz już rozumiemy cud akustyki antycznych amfiteatrów. Wiemy, dlaczego mimo braku mikrofonów i nagłośnienia przedstawienie mogło być podziwiane przez tysiące widzów. To niesamowite, nie możemy wyjść z podziwu przez dłuższy czas.
Schodzenie w dół amfiteatru to jeszcze większe wyzwanie niż wchodzenie. Kiedy idziesz schodami w górę stawiasz mocno nogę i czując solidne podparcie dźwigasz cały ciężar ciała. Schodząc niestety zakroczna noga nie jest w stanie zrekompensować utraty pozycji jeśli wykroczna się poślizgnie. Wypolerowane schody amfiteatru stanowią idealną powierzchnię by wywinąć orła. Udaje nam się jednak dotrzeć na dół bez szwanku. Po obu stronach sceny amfiteatru zorganizowane są sale muzealne. Wstępujemy tam po drodze. Sale poświęcono głównie zbiorom etnograficznym z terenu Jordanii. Oglądamy obóz Beduinów na pustyni, ich powłóczyste szaty i tymczasowe namioty. Widzimy różne wykonane ze skóry bukłaki na wodę, kolorowe narzuty robiące za na krycia wielbłąda. Widzimy też wielką lektykę dla możnowładcy podróżującego wielbłądem. Są też zbiory naczyń i przedmiotów codziennego użytku a także oręże. Wszystko bardzo piękne i precyzyjnie wykonane. Z resztą nie tylko w tym muzeum, ale przy każdej okazji naszą szczególną uwagę zwracał kunszt i ogromna liczba detali każdego z wytworów arabskich rzemieślników. Muzeum, choć niezbyt obszerne, jednak okazało się interesujące. Tuż obok znajduje się jeszcze jeden amfiteatr. Przy swoim gigantycznym sąsiedzie wygląda jak domek dla lalek. Zaledwie kilka rzędów ławek i niewielka półkolista scena. Spędzamy tam nie więcej niż kwadrans i ruszamy w drogę powrotną do hotelu. Na trasie naszego powrotu spotykamy tą część suków, gdzie rozlokowali się jubilerzy. Niesamowite wrażenie bogactwa złota, drogocennych kamieni, kolii, łańcuszków, pierścionków, sygnetów, kolczyków i innych kosztownych gadżetów w zetknięciu z brudnymi ulicami, ubogo odzianymi przechodniami ogólnym hałasie i zgiełku. Inna sprawą wydają się być zabezpieczenia. Przyzwyczajeni do jubilerów zamkniętych w strzeżonych centrach i galeriach handlowych, gdzie nie tylko towar, ale i wystrój sklepu ocieka przepychem i dużymi pieniędzmi mamy dziwne uczucia patrząc na takie bogactwo wystawione w małych, niczym zakład zegarmistrzowski kantorkach z okami i witrynami wychodzącymi wprost na ulicę o wystroju dość przeciętnym, jawnie kontrastującym z eksponowanym towarem.
Popołudniowy upał potwornie nas zmęczył. Nie minęło wiele czasu jak wróciwszy z miasta zasnęliśmy na naszym dachu. Popołudniowa drzemka pozwoliła zregenerować siły. Przebudziwszy się około 16 postanawiamy sprawdzić reklamowany dostęp do Internetu w hotelowym hallu. Rzeczywiście, w kącie stoją komputery, sztuk dwie. Zamieniamy kilka słów z recepcjonistą i dostajemy tajne hasło. Odpalamy komputer, nie pierwszej już młodości z Windowsem 98 na pokładzie i po chwili dzięki połączeniu Dial-up już jesteśmy podpięci do światowej pajęczyny. Udaje nam się nawet wbić na IRC #garbus J. Szybciutko sprawdzamy pocztę, zamieniamy kilka słów ze znajomymi i uciekamy zwiedzać dalej. Całe 3 kwadranse na Internecie kosztują nas 0,75 JD (0,85 USD). Osobną ciekawostką jest obsługa Windowsa z „falującymi” znakami na pokładzie. Duże wyzwanie stanowi klawiatura. Jeśli na jednym klawiszu jest literka w alfabecie łacińskim, arabskim, rosyjskim i chińskim na klawiaturze panuje taki bałagan i chaos, że nie trudno się pogubić J.
Idąc na popołudniowy spacer szczególną uwagę zwracamy na zabudowę. Wciąż fascynują nas te domy wgryzające się w skały. Teraz właśnie przyszła nam myśl, że przez całą drogę praktycznie siedliska ludzkie były tam, gdzie teren był górzysty. Na płaskim praktycznie nie widzieliśmy w Jordanii żadnych osad. Włócząc się tak po mieście docieramy na wzgórze leżące naprzeciw amfiteatru. Teraz możemy podziwiać dzieło Rzymskiego geniuszu w całej okazałości. Jest przepiękne. Z tej perspektywy, pozwalającej objąć wzrokiem całość budowla ta nabiera dodatkowego czaru. To właśnie teraz, gdy można objąć wzrokiem cały kompleks wraz ze wzgórzem, w którego skalnym zboczu wyciosano widownię, z małym sąsiadem u boku i budkami z biletami u podnóża dociera do nas jaki ogrom pracy musiało kosztować ręczne wykonanie czegoś tak gigantycznego. Dodatkowo ta harmonia kształtów, konsonans, zgranie z otoczeniem. Spędzamy dobre kilka minut spoglądając na amfiteatr, po czym udajemy się w drogę powrotną. Po drodze docieramy do sklepiku, gdzie można było się czegoś napić. Kupuję szklankę napoju kokosowego, podczas gdy Ula patrzy przez szybę na witrynę chłodniczą, gdzie znajduje się desery na pierwszy rzut oka również na bazie kokosu. Na małych deserowych talerzykach leżą kawałki galaretowatej w formie substancji, o białym kolorze polane czymś przypominającym syrop i posypane wiórkami kokosowymi. Ula widocznie znów musiała mieć wzrok wygłodzonego dziecka z Etiopii, gdyż obsługujący stoisko Arab oderwał od wielkiej galaretowatej białej masy spory kawałek, polał syropem, posypał wiórkami i wręczył Uli bez słowa J.
Tego dnia włóczymy się po mieście do wieczora oglądając lokalne suki. Jeśli Polska to kraj 1001 potraw z ziemniaka, to Jordania jest krainą 1001 potraw z fasoli. Dodatkowo ilość gatunków, które widzimy na straganach jest dla nas sporą nowością. Spotykamy stragany, gdzie poukładane jest obok siebie ze dwadzieścia różnych gatunków fasoli. Są małe czarne ziarnka, są nieco większe, różowawe nakrapiane czarnymi plamkami niczym jajka przepiórki, jest fasolka szparagowa, jest coś na kształt znanego w Polsce „Jasia” i mnóstwo, mnóstwo innych. Kiedy słoneczko powoli chyli się ku zachodowi kierujemy się ku hotelowi. Na recepcji prosimy jeszcze portiera, by „falującymi znakami” napisał nam na kartce nazwę dworca, z którego odchodzą minibusy nad Morze Martwe. Idziemy na „nasz” dach, wyjmujemy specjalnie przygotowane na eskapadę dwa zszyte ze sobą prześcieradła. Kładziemy jedno na materacu i zawijamy się w drugie. Zasypiamy patrząc na tysiące gwiazd, migoczących nad nami na bezchmurnym niebie. Świeże powietrze i intensywnie spędzony dzień robią swoje. Śpimy jak susły.

Ranek spędzamy na rutynowych czynnościach, które w podróżniczym drygu nabrały już dość dużej wprawy. Po śniadaniu o ustalonej godzinie schodzimy przed budynek w oczekiwaniu na autobus do Damaszku. Jest z nami również Japonka, która przyjechała na Bliski Wschód samotnie. Właściwie przyjechała tylko na 3 dni, więc wiele nie zobaczy. Obok nas właściciel hotelu zamiata chodnik. Siedzimy i patrzymy jak od czasu do czasu przejeżdżają ulicą różne wehikuły. W pewnym momencie nasz wzrok przykuwa piękny, nowoczesny wysokopokładowy autokar. Niemal taki, jakim jechaliśmy w Turcji z Antalii do Antaki. W tym otoczeniu jest rzeczą wręcz nierealną. Autokar przemknął nam przed oczami wzbudzając nutkę żalu. W tej samej sekundzie, sprzątający Arab oparł się na miotle i ze stoickim spokojem rzekł: „To był Wasz autobus”. Jego stoicki spokój rozłożył nas na łopatki. Jakby nigdy nic informuje nas, że właśnie uciekł nam autobus nie zatrzymując się ani na chwilę. Widocznie jednak ktoś w autokarze zorientował się, że miał się zatrzymać przed hotelem, bo kilkaset metrów dalej autobus się zatrzymał, po czym wycofał na wstecznym prawie pod sam hotel. Łapiemy plecaki w rękę i dobiegamy do niego. Nieuprzejmy steward nie chce nawet słyszeć o otworzeniu bagażnika i każe ładować nam się z całym dobytkiem do środka. Autobus jest czyściutki, klimatyzowany, pachnący, słowem drugi biegun tego, którym przyjechaliśmy do Palmiry dwa dni wcześniej.
Droga do Damaszku nie jest zbyt urozmaicona. Dookoła ciągnie się brunatna kamienista pustynia. Od czasu do czasu na horyzoncie pojawiają się góry, które urozmaicają krajobraz. Czasami, ku naszemu zaskoczeniu na środku niczego wyrasta ludzkie obozowisko. Wielkie płachty namiotów łopotają na pustynnym wietrze. Innym razem dostrzegamy stado pasących się owiec. Z naszej perspektywy wygląda to tak, jakby jadły piach i kamienie. Po wczorajszym spacerze wiemy jednak, że choć niewidoczne z oddali, pustynie porastają pojedyncze kępki trawy. Droga mija strasznie monotonnie. Nieuprzejmy steward omija nas za każdym razem, kiedy roznosi pasażerom wodę. Musimy go dwa razy prosić zanim łaskawie nam przyniesie kubeczek. Stopniowo na horyzoncie zaczynają się pojawiać jakieś zabudowania. Patrząc na zegarek muszą to być dalekie przedmieścia Damaszku. Szare obdrapane jednopiętrowe budynki z wystającymi w górę zbrojeniami nieistniejącej drugiej kondygnacji królują w otoczeniu. Mijamy małe zagłębie salonów samochodowych. Jest VW, Seat, Opel, Chevrolet, Łada, Peugot, Renault, Deawoo i inne. W pewnych chwili mijamy polski akcent – reklamę opon Dębicy. Klucząc po hałaśliwych i zatłoczonych ulicach docieramy na dworzec. Wysiadamy i jak wszędzie dopada nas tłum naganiaczy. Odchodzimy na bok, by złapać dystans. Po chwili próbujemy złapać taxi. Podchodzimy kolejno do taksówkarzy pytając ile będzie kosztował kurs w okolice Placu Męczenników. Ceny zaczynają się od 200 Funtów. Masakra. Po kilku podejściach udaje nam się wytargować 100 (2 USD). Jedziemy do Centrum. Nie zajmuje to więcej niż dziesięć minut. Gołym okiem widać, że słono przepłaciliśmy, co nie omieszkam powiedzieć zdziercy taksówkarzowi. Wysiadamy przy ruchliwej ulicy vis-a-vis wielkiej, niedokończonej betonowej konstrukcji. Może wyglądać jak wielopoziomowy parking, albo szkielet domu handlowego. Sześć, może siedem kondygnacji i same stropy wraz z podtrzymującymi je kolumnami. Wchodzimy w bardzo wąziutką uliczkę. Od naszej strony jest zaślepiona. Po obu stronach małe ciasne zakłady rzemieślnicze. Przechodzimy kilkadziesiąt metrów i po lewej stronie dostrzegamy hotel Al Haramein, polecany zarówno przez Lonley Planet jak również gospodarza Al Faris Hotel w Palmirze.
Hotel Al Haramein niewątpliwie należy do miejsc z duszą. Wchodząc z ulicy trafia się do małego pomieszczenia recepcji. Już tu widać, że miejsce to jest niezwykłe. To nie żadna konkretna rzecz to sprawia, to sprawiają detale. Zaraz za recepcją wchodzi się na patio. Właściwie można by to nazwać dziedzińcem, bo z góry jest niezadaszony, tak jak podwórko czworokątnej kamienicy. Patio ma rozmiary mniej więcej 4×5 metrów. Na podłodze duże płytki. Po środku niewielka owalna fontanna. Zbiornik fontanny umieszczony jest na wyłożonym również płytkami podwyższeniu ok. 80 cm nad ziemią. W środku pływają małe złote rybki, dookoła poustawiane są kwiaty w doniczkach. Z patio duże przeszklone drzwi prowadzą wprost do kilku pokoi. Całość dopełnia mnóstwo wiszących na ścianach obrazków, poustawiana na półkach fajki wodne, stary, wiszący niemiecki zegar, dwie trzy potężne komody z ciemnego drewna i kilka wiklinowych krzeseł wraz ze stołem. Jest również wielka drewniana sofa i lustro z rzeźbioną ramą z ciemnego drewna. Słowem bliskowschodnia atmosfera „pełną gębą”. My postanawiamy nie brać pokoju tylko spać na dachu. To dość powszechne i popularne rozwiązanie w krajach arabskich w tym hotelu sprowadza się do spania na balkonie otaczającym patio na 2 kondygnacji. My jednak mamy więcej szczęścia i w ramach spania na dachu trafiamy do jeszcze nie wykończonego pokoju na poddaszu. Całość nasz kosztuje 270 funtów (5,4 USD).
Zostawiamy tu swoje plecaki i udajemy się na miasto. W krajach Bliskiego Wschodu nie wynaleziono lub też skutecznie wytrzebiono kradzieże. Turyści i backpakersi bez obaw zostawiają plecaki na korytarzach i recepcjach hoteli i nigdy nic nie ginie. Po prostu taki dziwny jak dla Polaków zwyczaj, że jak coś leży to pewnie do kogoś należy i nie należy uważać, że jest niczyje i można sobie wziąć.
Na samym początku przysiadamy w knajpce na rogu, gdzie za równowartość 1 USD jemy kebaba, małą pizze i popijamy puszką Coli. Posiliwszy się nieco idziemy w stronę Placu Męczenników. Dobrze, że w odległości ok. 100 metrów od naszej uliczki jest kładka dla pieszych, inaczej byłoby ciężko. Chyba się przyzwyczailiśmy do zgiełku, bo nie robi już na nas większego wrażenia harmider na ulicach, bezustanny dźwięk klaksonów i ogólne zamieszanie. Patrząc z perspektywy kładki jestem przeszczęśliwy, że nie przyjechaliśmy tu garbusem. Byłoby ciężko. Szczególnie niebezpiecznie dla mnie wyglądają nieobliczalne jak dla Europejczyka manewry kierowców, jak np. zatrzymywanie się tuż za zakrętem, bo trzeba kogoś wysadzić i zajeżdżanie drogi skręcając z przeciwległych pasów ruchu. Po prostu organicznie nienawidzę egoistów za kierownicą, którzy nie baczą na innych użytkowników drogi byle sami mogli przejechać czy zaparkować, choćby utrudniało to życie wszystkim dookoła. Takie właśnie obrazki królują na ulicach Damaszku. Idąc dalej odkrywamy, że po drugiej stronie „szkieletu”, który widzimy z uliczki przy hotelu znajduje się równie niedokończony jak poprzednio meczet. Wielka, szara betonowa kopuła zieje złowieszczo. Równie ponuro wygląda sąsiadujący z nią szkielet minaretu.
Plac Męczenników to w sumie większe rondo, wokół którego rozlokowane są sklepy, sklepiki, kantory wymiany walut, małe knajpki czy „sokownie”. Wymieniamy w kantorze 100 USD i mając wagon pieniędzy jak na tutejsze warunki udajemy się na pocztę. W międzyczasie mijamy budynek jakiegoś ministerstwa. Ulica przed nim zamknięta jest szlabanami z obu stron a przechadzający się wartownicy z „kałasznikowami” w ręku utwierdzają nas, że musi być to ważny budynek rządowy. Nie mija kwadrans jak dochodzimy do Poczty Głównej. Wielki brzydki budynek mógłby stać wszędzie. Nie ma w sobie nic charakterystycznego dla tego regionu. W środku duża sala z rzędem oszklonych okienek. Kupujemy znaczki. Kilkanaście do Polski i jeden do Holandii. Różnią się jedynie nominałem i kolorem. Pyzatym z każdego spogląda ta sama twarz Hafeza Al-Sadata. Z poczty kierujemy się na stare miasto.
Pokonując ciżbę rozbieganych i rozkrzyczanych Arabów docieramy w okolice Cytadeli. Przejściem podziemnym docieramy na drugą stronę, jeszcze 50 metrów przed siebie i znajdujemy się u progu największego suku na Bliskim Wschodzie. Szeroka na kilkanaście metrów i wysoka na jeszcze więcej arteria zadaszona jest łukowatym sklepieniem. Sprawia wrażenie wielkiego przestronnego niesamowicie długiego hangaru. Po obu stronach stragany. Ale nie mają one nic z atmosfery suku w Aleppo. Od razu to miejsce nazwaliśmy „suku tandeciuku”. Przypomina raczej wielkie hale targowe w Raszynie. Dookoła króluje bylejakość. Od czasu do czasu widać przebłysk bliskowschodniego kunsztu. Czasami trafi się sklep z pięknymi materiałami, czasami pełna słodyczy cukiernia. Niestety są to rodzynki na tle straganów ze śliniaczkami z postaciami z bajek Disneya czy robioną pod turystę tandetą niemal jak w krakowskich sukiennicach. Na szczęśćcie wystarczy skręcić trochę w boczną uliczkę a chała ze szmirą oddają pole bardziej orientalnym kramom.
Głównym sukiem dochodzimy do Meczetu Omajadów. Największy i najsłynniejszy meczet na Bliskim Wschodzie, był miejscem gdzie po raz pierwszy w historii głowa kościoła katolickiego przekroczyła progi muzułmańskiej świątyni. Uczynił to Jan Paweł II podczas swojej pielgrzymki do Syrii. Turyści nie wchodzą głównym wejściem. Wyznaczone jest dla nich osobne wejście z boku, gdzie się udajemy. Po drodze kupujemy bilety za 100 funtów (2 USD). Niestety władze kościelne nie są tak hojne jak cywilne i nie dają zniżek na legitymacje studenckie. W ramach biletu Ula dostaje specjalny kubraczek z kapturem. Założywszy go wygląda niczym średniowieczny mnich. Za duże rękawy zwisają komicznie z kończynek chwytnych. Cała buzia ginie w czeluściach równie za dużego kaptura. Brunatnozielony kolor i syntetyczny materiał nie wróżą komfortu w południowym upale. Do Meczetu wchodzimy poprzez wielkie drewniane wrota. Przekroczywszy próg znajdujemy się na ogromnym dziedzińcu otoczonym kolumnadą. Dziedziniec jest dużo większy od boiska piłkarskiego. Jego wymiary to 195 x 70 metrów. Całość wyłożona jest gładkim jak tafla szkła marmurem. Prażące słońce nagrzało jego powierzchnię tak, że można po nim tylko iść. Nie da się wytrzymać więcej niż 3 sekundy stojąc. Pamiętajmy, że po meczecie chodzimy boso. Uciekamy więc do okalających dziedziniec krużganków. Wysokie na ponad 10 metrów sklepienie pokryte jest przepięknymi mozaikami. Na środku dziedzińca, mniej więcej 15 metrów od krużganków na wysokich na ok. 6 metrów kolumnach stoi jakaś sześciokątna chatka, przeznaczenia której nie doczytaliśmy. Jej ściany pokryte są złoto zieloną mozaiką przedstawiającą zawiłe i skomplikowane dekoracje roślinne. Nie jest to jedyna budowla dziedzińca. Mniej więcej po środku jest mała fontanna, otoczona czymś na kształt warszawskiego Grobu Nieznanego Żołnierza, który został zadaszony pokryciem niczym z altanki chińskiego ogrodu. Siadamy na trochę w cieniu krużganków by poobserwować ludzi, odpocząć trochę i złapać oddech. Meczet w przeciwieństwie do innych świątyni nie jest tylko miejscem kultu. Ludzie t przychodzą po prostu uciec od zgiełku, upału i kurzu. Widzimy wielu Arabów, którzy po prostu ucięli sobie drzemkę w cieniu pod ścianą, albo kobiety siedzące w kółku plotkujące coś zażarcie. Widzimy też, ku naszej zgrozie, ludzi rozmawiających przez telefony komórkowe. Ponad wszystko widzimy kunszt i artyzm budowniczych meczetu. Podziwiamy kolumnadę drugiej kondygnacji. Krużganki, które się tam znajdują mają ok. 4 metrów wysokości. Przynajmniej tak nam się wydaje z tej perspektywy. Od strony dziedzińca są bogato zdobione ornamentami i motywami roślinnymi. Z tej odległości nie widzimy dobrze, że to chyba też mozaiki. Odpocząwszy trochę spacerujemy dalej. Przy głównym wejściu do meczetu bogactwo mozaik jest olśniewające. Cała posadzka wyłożona jest skomplikowanymi geometrycznymi wzorami z różnokolorowego marmuru. Wzory są oparte na wielokątach, rozetach, łukach. Na górze nad głowami na olbrzymim sklepieniu na bordowo czerwonym tle skomplikowane owalne kształty przypominają troszeczkę fraktale. Na ścianach motywy roślinne oraz wizerunki budowli. A wszystko to zrobione w formie mozaiki, nic nie zostało namalowane. Szok !!! Idąc dalej wchodzimy do domu modlitwy. Pomieszczenie rozmiarami przypomina hangar. Długie na 190 metrów i szeroki na kilkadziesiąt w całości wyłożone jest dywanami. Z sufitu poprzecinanego wielkimi drewnianymi krokwiami na długich chyba z dziesięciometrowych łańcuchach zwisają olbrzymie kandelabry. Każdy z takich żyrandoli sam ma ze 3 metry wysokości i zwisa jeszcze z 5 metrów nad ziemią. Wnętrze wzdłuż podzielone jest kolumnami na kilka sekcji. Pierwszy rząd kolumn to jakieś 1/6 szerokości, później drugi rząd w 2/6 szerokości, dalej szeroka na 1/3 przestrzeń na środku i znów dwa rzędy kolumn. Ściany oraz niektóre z kolumn obłożone są mozaikami z kremowych i brązowych kamieni. Gdzie niegdzie widzimy modlącego się Araba. W odległości jakiś ¾ od wejścia, pomiędzy 3 kolumnadą znajduje się grobowiec jednego z najwaźniejszych islamskich świętych. Grobowiec to mała kapliczka o rozmiarach ok. 6 na 9 metrów. Na jego krótszym boku są trzy wysokie zakończone łukiem witraże z zielonego szkła. Na dłuższym witraży takich jest 5. Całość otoczona niewielkimi kolumnami, po jednej między każdym z okien. Na górze na środku półkolista kopuła średnicy ok. 4 metrów umiejscowiona na bazie, którą stanowi coś na kształt walca składającego się z niewielkich kolumienek i zielonych witraży między nimi. Wokół kłębi się mała garstka ciekawskich zerkających do środka. Nieco dalej pod ścianą biblioteczka z modlitewnikami w „falujących” znakach. Idziemy, rozglądamy się i nie wierzymy własnym oczom. Przytłacza nas rozmiar, kunszt mozaik, atmosfera. Na środku dłuższej ściany widzimy coś na kształt ambony. Mała marmurowa bramka, bogato rzeźbiona a za nią marmurowe schody na wysokość kilku metrów, gdzie znajduje się siedzisko/tron. Wzdłuż schodków ażurowo rzeźbiona balustrada. Jesteśmy po prostu zszokowani delikatnością kształtów i precyzją wykonania. W tym momencie żałuję, że brak mi fachowego przygotowania z historii sztuki, by nazwać poprawnie wszystkie te detale i kształty jakie widzimy. Po spędzeniu dobrej godziny w domu modlitwy udajemy się jeszcze raz na okalające dziedziniec krużganki. W pewnej chwili docieramy do wielkiego drewnianego wozu, na którym kłębią się porozrzucane dywany. Takie same jak na podłodze w domu modlitw. Wóz jest ogromny, jakby miał go ciągnąć zaprzęg złożony z gigantów. Koła przedniej osi mają 1,5 m średnicy. Muszę zadzierać głowę by położyć na nich brodę. Koła tylniej osi to już dobre 3 metry średnicy. Ich 8 szprych jest sporo grubsze niż ja w pasie. Tęgie, ociosane, nieheblowane bale stanowiące tworzące przestrzeń ładunkową mają wielkość dorodnej sosny. Tu i ówdzie widać równie wielgaśne metalowe okucia. Nie wiem jakie zwierze jest w stanie uciągnąć coś takiego. Robimy kilka pamiątkowych fotek i powoli zbieramy się do opuszczenia perły architektury Bliskowschodniej, najważniejszego meczetu w tej części świata, Meczetu Omajadów.
Tuż, tuż za meczetem trafiamy do Pałacu Anzelma, nazwanego tak, na cześć bogatego kupca, do którego ten dom należał. Anzelm sprzedał pałac pod koniec XIX wieku misji francuskiej a ta z kolei odsprzedała go rządowi Syrii już w czasach współczesnych. Cały pałac to szereg dziedzińców z fontannami i komnatami, do których się wchodzi wprost z dziedzińców i w których również znajdują się fontanny. Ten parterowy budynek, bez okien na zewnątrz oferował swoim mieszkańcom coś z atmosfery oazy spokoju, ciszy i przyjemną wilgotność powierza. Bilety wejściowe – standard 160 funtów w proporcji 10 Ula, 150 ja. Obecnie urządzone tu jest muzeum ze scenkami rodzajowymi z życia arabów. Jest więc ukazana arabska szkoła, arabskie kobiety w strojach plemiennych przy obowiązkach domowych, arabscy rzemieślnicy różnych profesji. Niestety żadna z fontann obecnie nie pracuje. W pomieszczeniach, gdzie królują drewniane mozaiki i płaskorzeźby równie drewnianym suficie nie wolno fotografować. Dlatego musimy „z cichacza” robić zdjęcia z ukrycia. Podziwiając arabskie stroje, biżuterie, naczynia, oręże trafiamy na łaźnię. Oglądamy przez szybę wielkie piece do podgrzewania wody i pięknie rzeźbione marmurowe wanny. Ciekawie nawet wyglądają metalowe zawory w ścianach, którymi napełniane były wanny. Wyobrażamy sobie jak to musiało wyglądać, kiedy fontanny tętniły życiem a pnąca się po ścianach winorośl dawała przyjemny cień. Prawdziwa oaza ciszy i spokoju.
Zwiedzenie całego pałacu nie zajmuje nam więcej niż godziny. Wychodzimy i znów znajdujemy się na sukach. Przez przypadek trafiamy na dość ciekawy stragan. Oprócz mnóstwa wysuszonych gąbek, rozgwiazd, zadymek i innego morskiego dziwactwa na pólkach znajdują się słoje wypełnione cieczą, w której pływa zatopiony wąż, albo suszone jaszczurki czy inne dziwactwa kojarzące się z niczym innym jak tylko opowieściami o czarnej magii i jej adeptach. Słowem, wszystko, świeży oddech nietoperza podczas rui, pierwsza krew miesięczna dziewicy zbierana podczas pełni księżyca, skrzydełka much i nogi pająka. Odtąd będzie to mój ulubiony kram. Buszując dalej po sukach, które przypominają w tej części już te prawdziwie arabskie, nie „Disneyowskie” natrafiamy na zaparkowanego garbuska. Kilkadziesiąt metrów dalej spotykamy suk, który nie został wyłączony z ruchu. Na wąskim chodniku ok. 1m szerokości tłoczą się ludzie i towary, środkiem, na jezdni stoi jeden wielki korek. Udajemy się wzdłuż tej ulicy w stronę Rzymskiej arkady. Nie jest ona niczym zapierającym dech w piersiach. Ot kawałek ruiny, brama wjazdowa na małym trójkątnym placyku. Znacznie bardziej interesująca jest dzielnica rozciągająca się dalej. To chrześcijańska dzielnica. Zanurzamy się w nią. Stopniowo widzimy coraz mniej arabskich strojów. Coraz więcej kobiet chodzi z odkrytymi głowami. Mężczyźni też już nie są poubierani w arabskie sukmany. Noszą spodnie i koszule. Dzieciaki jakby czystsze schludniejsze. Kręcąc się tak po wąskich jednokierunkowych uliczkach napotykamy na dwa kościoły. Jeden typowo obrządku greckiego. Charakterystyczny równoramienny krzyż nie pozostawia wątpliwości. Drugi kościół przypomina bardziej znane nam świątynie. Może nie te gotyckie, nie te romańskie z rozetami ani te „poniemieckie” z czerwonej cegły z wysokimi strzelistymi wieżami, ale takie bardziej klasycystyczne, niewysokie, szersze niż wyższe. Spotykamy też kapliczkę z figurką Matki Boskiej. Czasami zapuszczamy się w tak wąskie i ciemne uliczki, że chyba w żadnym innym regionie świata nie odważyłbym się tam wejść. Trudno opisać charakter tej dzielnicy. Jest ona inna od reszty. Ta inność nie jest stworzona przez dwa kościoły czy kapliczkę. To mnóstwo detali, które choć same w sobie drobne, niezauważalne i nic nie znaczące w swojej masie tworzą właśnie ten klimat i nastrój. Całkiem jak z człowiekiem. Nagły przypływ gotówki i wypchany portfel pozwalający na kilka drogich zakupów nie spowoduje automatycznego awansu społecznego. Liczą się maniery, gesty, zachowanie, niuanse, kultura osobista, wiedza, elokwencja. Cała masa drobnostek, która odróżnia gentlemana od chama, człowieka zamożnego od dorobkiewicza, człowieka z klasą od prostaka. Tak samo dzielnica chrześcijańska w Damaszku. Te detale, to pochodna w różnicy między islamem a chrześcijaństwem, ubiory, architektura, urbanistyka, ludzie na ulicach.
Wracając z dzielnicy chrześcijańskiej znów zahaczamy o suki. Znów przebijamy się przez kłębowiska kupców, przez stragany z atłasem i jedwabiem, przez kramy wielkiego kunsztu złotników, przez stoiska z figami i fistaszkami, poprzez mydlarnie i sklepiki z przyprawami, przez cukiernie i zakłady kotlarskie i bednarzy. Wychodzimy przejściem podziemnym w stronę Placu Męczenników. Po drodze zatrzymujemy się przy jednym ze straganów by spróbować owoców opuncji. Cały stragan wygląda jak jedno wielkie składowisko lodu, wśród którego zagrzebane są czerwone owoce wielkości śliwki. Niewielki cylindryczny owoc pokryty jest (z resztą jak i opuncja) tysiącami drobnych igiełek. Uliczni sprzedawcy znaleźli jednak i na to sposób. Uzbrojeni w gumowe rękawiczki wprawnym ruchem za pomocą specjalnego, ostrego nożyka nacinają skórkę wzdłuż tak by kupujący mógł sięgnąć po sam miąższ nie narażając się na pokłucie. Owoc smakuje całkiem dobrze. Trudno porównywać, może jak przejrzały agrest ? Wracając do hotelu nagabywani jesteśmy non-stop przez cinkciarzy. Śmieszne jest to, że widzą, że odmawiamy po kolei każdemu a jednak następni mimo to podchodzą i pytają się czy nie chcemy wymienić pieniędzy. Udaje nam się jednak spławić wszystkich. Zmęczeni, ale zadowoleni docieramy do hotelu. Na zewnątrz jest już zmierzch.
Po powrocie, zanim pójdziemy na piętro spać siadamy na wiklinowych fotelach w patio by napić się szklaneczkę gorącej herbaty z liściem mięty w środku. Złocisty napój niczym ambrozja spływa w dół naszych gardeł. Oglądając międzynarodowych włóczęgów na sąsiednich miejscach przeglądamy wpisy do księgi gości. Śmiejemy się trochę czytając wpisy innych Polaków. W pewnej chwili podchodzi do nas niewysoki koleś o czuprynie Józefa Oleksego ubrany w biały kostiumik, gdyby spodnie i koszula były zielone, mógłby wyglądać jak chirurg i najczystszą polszczyzną pyta się nas czy jesteśmy z Polski. Oczy stawiamy w słup. Okazuje się, że przyjechał tu na wakacje ze swoją dziewczyną Patrycją, która studiuje arabistykę na UJ a od kilku tygodni zbiera materiały do pracy magisterskiej. Spędziła już kilka tygodni w Libanie, teraz przyjechała do Syrii by skorzystać ze zbiorów biblioteki Uniwersytetu Damasceńskiego. To niespodziewane spotkanie tchnęło w nas nowego ducha. Resztę wieczoru spędzamy w ich towarzystwie rozprawiając o Syrii, Arabach, Damaszku i wszystkim dookoła. Takie święto nie mogło się obejść bez rozpalenia fajki wodnej. Tomek wprawnym ruchem nabił i rozpalił metrowej wysokości fajkę. W kłębach dymu aromatyzowanego tytoniu, raz po raz pociągając ze specjalnego węża i wsłuchując się w bulgot wody szklanej bańce toczymy zażarte dyskusje do późnego wieczora. Kiedy już zmęczenie dało nam znać o sobie i wieczór chylił się ku nocy pożegnaliśmy się z naszymi niespodziewanymi towarzyszami i poszliśmy na górę do naszego materaca w niewykończonym pokoju na drugim piętrze. Nazajutrz czeka nas znów wczesna pobudka i podróż do Jordanii. Damaszek odwiedzimy jeszcze w drodze powrotnej.

Palmira

Brak komentarzy

Wstajemy skoro świt, nawet lekko przed wschodem słońca. Dziś będziemy włóczyć się po antycznych ruinach. Nie chcemy tego robić wystawieni na prawie 40 stopniowy upał i żar lejący się z nieba w południe. Jak najwięcej chcemy zobaczyć rano, kiedy słońce nie jest jeszcze takie ostre i nie przypieka tak niemiłosiernie. Szybciutkie śniadanie dostarcza nam potrzebnej energii.
Wychodząc z hotelu pytamy się jednego z krzątających się arabów jak daleko jest do ruin. Pięć minut – odpowiada. A którędy – pytamy. Prosto, na przełaj przed siebie – słyszymy w odpowiedzi. Ruszamy więc. Po kilkuset metrach na własnej skórze odczuwamy, co to znaczy różnica temperatur na pustyni. Jest zimno. Ostry, porwisty wiatr przeszywa nas do szpiku kości. Jest nam regularnie zimno. Przechodząc kilkaset metrów napotykamy wyłaniają się przed nami ruiny starożytnej Palmiry. Widzimy długą na kilkaset metrów kolumnadę a dalej kolejne zabudowania. Podchodzimy bliżej. Dopada nas Arab z dwoma wielbłądami. Natarczywie próbuje namówić na przejażdżkę. Odmawiamy z uporem maniaka. Koleś snuje się za nami jeszcze przez kilkanaście minut nie dając ani chwili spokoju. Jest natrętny jak cholera. Na końcu, kiedy już chyba dotarło, że nie obwiezie nas na grzbiecie swojego dromadera dookoła ruin zaprasza nas do siebie, gdzie proponuje basen, jedzenie i herbatę. To ostanie słowo wymawia po polsku, co wprawia nas w nie lada zaskoczenie.
Kiedy udaje nam się już odeprzeć ataki namolnego wielblądzisty zaczynamy buszować po ruinach. Są ogromne. Chodzimy podziwiamy przewalone kolumny, pozostałości budowli. Jak okiem sięgnąć ciągną się porozwalane fragmenty budowli. Niektóre z nich, jak np. amfiteatr zachowały się bardzo dobrze. W amfiteatrze przez nieuwagę potrącam nogą niedokręconą butelkę z naszą wodą. Zawartość rozlewa się na stopnie pozbawiając nas zapasów wody na resztę dnia. Sam amfiteatr jest nieduży. Może ze 20 rzędów, może ciut więcej. Nad sceną, na której robotnicy budowali drewnianą podłogę bardzo dobrze zachowały się bogate motywy zdobnicze. Widać płaskorzeźby o motywach roślinnych, widać też różne postacie. Kiedy przyglądamy się zdobieniom na portalach, ich ażurowej delikatności, lekkości malutkich rozet, skomplikowanym kształtom i motywom zdajemy sobie sprawę jak cudownie musiało wyglądać to miasto w czasach świetności.
Idąc dalej docieramy do tetrapylonu. Budowla ta była centralną częścią miasta i swego rodzaju rondem. Na wysokiej kamiennej powierzchni wyniesionej ok. 1,5 metra nad poziom gruntu, w każdym z 4 rogów stoi wysoki na co najmniej 2,5 metra cokół. Z każdego z tych cokołów wyprowadzone są po cztery kolumny zakończone bogato zdobionymi głowicami podtrzymującymi zwięczenie tworzące coś na kształt daszku. Wygląda to jak cztery monstrualne altanki ogrodowe, których dach opiera się na 4 kolumnach. Pstrykamy kilka fotek i odpieramy ataki kolejnego arabskiego kupca. Tym razem ubrany w brązową szatę, niczym mnich z zakonu Dominikanów, Arab pedałujący raźno na wielgaśnym, obładowanym torbami rowerze chce nam wcisnąć jakieś podkoszulki. Spuszczamy go na drzewo, tak samo jak hordy dzieciaków z pocztówkami i obrazkami.
Kiedy przychodziliśmy tu rano, ruiny świeciły pustkami. Teraz po kilku godzinach spaceru zaczynają się zapełniać pojedynczymi turystami. Idąc dalej docieramy do portalu, gdzie główna aleja liczącej 1,3 km kolumnady skręca o 30 stopni i kieruje się w stronę Świątyni Baala, największej i najlepiej zachowanej części Palmiry. Portal składa się z 3 arkad. Centralna, największa stanowi coś na kształt bramy łączącej obie części alei kolumn. Obok niej, po lewej i prawej znajdują się mniejsze, mniej więcej o 1/3 sąsiadujące arkady. Całość bardzo dobrze zachowana. Nie tylko łukowate sklepienia arkad, ale również fragmenty ścian tworzących tą swego rodzaju bramę.
Obejrzawszy tą część miasta kierujemy się do Świątyni. Przekraczamy bezceremonialnie przeprowadzoną przez środek starożytnego miasta jak najbardziej współczesną asfaltową drogę. To tak jakby przeprowadzić ulicę przez część Biskupina. Ale co kraj to obyczaj. Dopadające nas co chwilę dzieci jak tylko usłyszą, że jesteśmy z Polski wykrzykują „Cześć, jak się masz”. Dopiero teraz do mnie dociera, że w Palmirze pracowali na wykopaliskach polscy archeologowie. To wyjaśnia skąd dzieciaki mogą znać polskie słowa. Wchodząc do świątyni przechodzimy przez kantorek z pamiątkami oraz nieodłącznymi w tym kraju portretami Baszara i Hafeza. Bilety – standard. Biały świstek z pieczątką z ziemniaka w cenie 10 funtów Ula, 150 funtów ja.
Świątynia Baala, największego bóstwa starożytnej Palmiry to prostokątna budowla wielkości mniej więcej boiska piłkarskiego. Dookoła szczelnie ogrodzona wysokim na kilkanaście metrów murem. Po środku wolnostojący również prostokątny budynek o dłuższym boku ok. 25 metrów i krótszym z 15 i wysokości na oko 10 m. Budynek postawiony jest na powierzchni przypominającej akademicką katedrę. Dookoła otoczony jest kolumnadą sięgającą mniej więcej 20 m. w zwyż. Z przodu zachowało się 8 kolumn wraz z głowicami i łączącym je wszystkie zwięczeniem. Reszta kolumn sięga zaledwie kilka metrów, bądź widoczne są tylko ich podstawy. To co przykuwa naszą uwagę, to setki otworów wywierconych w ścianach. Na myśl przychodzi tylko jedno. Otwory przypominają odwierty na ładunki wybuchowe. Cały obszar świątyni zawiera jeszcze kilka miejsc, gdzie odtworzono potężne kolumny. Widać także wyeksponowane elementy, na których można dostrzec płaskorzeźby. Część z nich już została zatarta przez czas. Ich kontury są rozmyte jak twarze niektórych rzeźb z kopalni soi w Wieliczce. Inne przyprawiają o zdumienie stopniem zachowania. Precyzyjne, szczegółowe, nie tknięte zębem czasu. Przepiękne delikatne, subtelne ornamenty, motywy roślinne i postaci ludzkie. Wykonane z niesłychanym kunsztem i starannością. Kręcimy się tam dobre dwa kwadranse. W międzyczasie słoneczko zdążyło zająć już dość mocną pozycję na bezchmurnym niebie i temperatura podniosła się niemiłosiernie.
Wychodzimy ze świątyni udając się na drugi koniec antycznego miasta zwiedzając po drodze mniejsze i większe pozostałości. Upał daje się we znaki, przydałaby się teraz woda, którą rozlałem w amfiteatrze. Ula wykorzystuje każde zacienione miejsce by się trochę ochłodzić. Docieramy w końcu pod jedną z wież cmentarnych. Starożytni mieszkańcy Palmiry nie grzebali swoich zmarłych w ziemi. Zamiast tego budowali kamienne wieże na wzgórzach, w których chowali swoich bliskich. Ula zostaje na dole, ja wczołguję się na pobliskie wzgórze. Moim oczom ukazuje się przepiękna panorama. W oddali widzę zarys Tadmur, współczesnego miasta sąsiadującego z antyczną Palmirą. Małe szare budowle prawie zlewają się z linią horyzontu. Jedynie kopuły meczetów i minarety odcinają się na tym tle. Trochę bliżej rysuje się świątynia Baala a od niej długa, długa aleja kolumn. Widzę tetrapylon, amfiteatr i pozostałe zachowane budowle. Całość dopełniają porozrzucane wszędzie na tym terenie fragmenty kolumn i murów. Z tej perspektywy wygląda to jak lukrowa posypka na pączku w ciastkarni.
W międzyczasie Ulę dopadło kilkoro arabskich dzieci. Widzę jak coś rozmawiają siedząc w dole w cieniu wieży. Schodzę do nich. Moim oczom ukazuje się arabska książka do matematyki. Komicznie wyglądają „falujące znaki” w sąsiedztwie kreski ułamkowej, pierwiastka, znaku plus czy równości. Zamieniamy z dzieciakami jeszcze parę zdań i schodzimy w dół w okolice Pałacu Zenobii, ostatniego kompleksu, jaki został nam jeszcze do obejrzenia.
Zenobia była wojowniczą władczynią Palmiry mniej więcej w III wieku naszej ery. Po śmierci swojego męża, która miała miejsce w dość niewyjaśnionych okolicznościach objęła tron zamieszkiwanego wówczas przez kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców miasta. Palmira, która była jedynym miastem w tej części pustyni swoje bogactwo zawdzięczała dogodnemu położeniu na skrzyżowaniu głównych szlaków karawan z Europy do Azji i Afryki. Duże bogactwo oznaczało też duże wpływy. Ambitna Zenobia zapragnęła panować nad wielkim imperium. Najechała w tym celu na Rzym. Niestety przeceniła swoje możliwości, albo niedoceniła przeciwnika. W rewanżu w 273 r. Rzymianie zdobyli Palmirę. Pałac królowej przemieniono na koszary dla rzymskiego legionu. Od tej chwili Palmira straciła swoje pierwszorzędne znaczenie, ale nadal prosperowała dzięki kupieckim karawanom. Początkiem końca miasta było zdobycie go przez arabów w VII wieku. Od tej pory rozpoczął się stopniowy i nieuchronny upadek i degeneracja miasta. Kres wszystkiemu położyło wielkie trzęsienie ziemi, które w roku 1089 zrównało z ziemią Palmirę. Od tej pory pozostawała zapomniana, zagrzebana głęboko pod syryjskimi piaskami aż do XX wieku, kiedy miasto odkopali archeologowie.
Pałac Zenobii oglądamy w pośpiechu. Jest już 11:30, my jesteśmy od kilku bitych godzin na nogach a upał o tej porze dnia jest potworny. Nagrzane słońcem kamienie działają jak piec akumulacyjny potęgując spiekotę. Uciekamy więc do hotelu, zamykamy się w pokoju i ustawiamy klimatyzator na 20 stopni. Uzupełniamy też zapasy wypoconego płynu pochłaniając na raz półtoralitrową butelkę wody.
Odpoczywamy około godziny i postanawiamy zobaczyć jak wygląda miasto. Wychodząc przed hotel widzimy już pierwszą atrakcję. Trójkołowy pojazd z silnikiem motoroweru, takąż też kierownicą, skrzynią ładunkową umieszczoną na 2 kołach z tyłu. Całość obwieszona różnokolorowymi światełkami, odblaskami, lampkami. Słowem jeszcze jedno, jeżdżące na trzech kołach, wydające dźwięk jak komar albo osa drzewko bożonarodzeniowe. Idziemy dalej. Wzdłuż naszej ulicy widać nowe budynki. Wszystkie wyglądają jakby miały być dwupiętrowe, ale po zalaniu stropu na 1 piętrze zmieniła się koncepcja. Na dachu każdego sterczały żelbetonowe słupki wysokości mniej więcej metra a z nich na kolejne 1,5 metra sterczały pordzewiałe druty zbrojeniowe. Niektóre pionowo do góry, inne powyginane na każdą stronę. Miasto o tej porze sprawia wrażenie nieco opustoszałego. Na większości sklepów karteczka, że między 1 a 4 po południu jest zamknięte. Włóczymy się oglądając okolicę. Mamy nieodparte wrażenie, jakby tu czas się zatrzymał w latach 50-tych. Po ulicach krążą żółte taksówki. Większość z nich, to ogromne, pancerne mercedesy z przełomu lat 50-tych i 60 tych. Wtórują im trójkołowe dziwactwa, które czasem też przyjmują funkcję taksówek. Od czasu do czasu widzimy równie stare rozklekotane autobusy, całkiem tak jak ten, którym przyjechaliśmy. Szerokimi szarymi ulicami, wzdłuż których dom przy domu stoją równie szare obejścia porywisty wiatr przepędza tabuny kurzu, porwane kartony, wyschłe kępy traw. Miasto na planie kratownicy. Równoległe ulice przecinają się pod kontem prostym. Trafiamy na mały ryneczek. Uliczka, która tam prowadzi obfituje w różne małe punkty usługowo-handlowe. Zasada taka jak na sukach. Niemiłosiernie małe pomieszczenie, większość towaru wystawione przed sklep. Mijamy kolejno kantor z szarymi lnianymi workami, zaraz za nim zakład z wiadrami, baliami, i innymi blaszanymi naczyniami. Za chwile sklep z plastikiem. Do przerdzewiałych metalowych prętów wystających ze ściany poprzywiązywane są kolorowe pojemniki na wodę. Od kilku litrowych, po całkiem pokaźne kilkudziesięciolitrowe kolosy. Wszystko to w otoczeniu kotłujących się arabów w długich powłóczystych sukmanach, zgiełku i harmidrze klaksonów rozpadających się taksówek oraz cieniutkiego bzyczenia wysokoobrotowych silników trójkołowców. Ten ostatni dźwięk można przyrównać jedynie do natarczywego bzyczenia samotnego komara w wyciszonym nocą pokoju. Kręcimy się jeszcze trochę po mieście, po czym szarymi ulicami w towarzystwie ubranych w schludne niebieskie mundurki przypadkowo spotkanych dzieciaków wracamy do hotelu. Na obiad zamawiamy sobie po fafarelu, popijamy to zimnym sokiem i urządzamy sobie popołudniową sjestę.
Krążąc bez celu po hotelu jesteśmy świadkami przybycia pary Czechów. Ponieważ to naród słowiański udajemy się na dach, gdzie się rozłożyli by wymienić kilka doświadczeń. Ich historia zwala nas z nóg. Przylecieli do Syrii samolotem. Z lotniska zapłacili 300 funtów za taksówkę do Damaszku a tam kolejne kilkaset za nocleg, który trwał chyba tylko 4 godziny. Za przewodnik po Syrii robił im folder reklamowy z roku 1979 (sic !!!) oraz wydrukowana z Internetu tabelka z hotelami i ich kategoriami mierzonymi liczbą gwiazdek. Słowem bardzo odważni ludzie J. Czasem niewiedza pomaga. Jak człowiek wie za dużo, zbyt wiele problemów spędza mu sen z powiek. Jak jest ciemny jak tabaka w rogu to nawet nie zdaje sobie sprawy z tego w jakiej znalazł się sytuacji.
Wieczorem znów idziemy na miasto. Spacerujemy po różnych zakamarkach. O tej porze dnia niczym grzyby po deszczu wyrosły zakłady wulkanizatorskie. Chyba najpopularniejszy rodzaj usług w tym mieście. Jest ich dziesiątki. W każdym z nich uwija się po kilka osób. W większości jeden lub dwóch dorosłych arabów i garstka małoletnich pomagierów. Wszyscy umorusani i utłuszczeni po czubki głowy. W wielkich metalowych pojemnikach połyskuje ciemna, gęsta ciecz, w której co rusz zanurzają szerokie pędzle. Raz po raz skapują z nich krople na i tak nieziemsko wysmarowane fartuchy. Spacerując tak po mieście, które wygląda jakby je zasiedlono przed wykończeniem napotykamy się na tabuny dzieciaków. Witają się z nami, chętnie pozują do zdjęć. W pewnym momencie trafiamy na ulicę, gdzie nawet chodnik występuje jak policyjny kierunkowskaz, czyli raz jest, raz go nie ma. Wśród obdrapanych budynków i odpadającego tynku napotykamy na sklep przypominający wytworne salony Gicci’ego czy Armani’ego. Na półkach leżą eleganckie torebki i portmonetki. Manekiny poubierane są w szykowne suknie, wykwintne żakiety i wyszukane dodatki. Całość umiejętnie oświetlona jasnym światłem. W środku biel terakotowej posadzki i delikatne pastelowe barwy ścian. Kontrast z otoczeniem tak ogromny, że aż nierealny. Robimy kilka fotek i spacerujemy dalej.
Wracając do hotelu zahaczamy jeszcze o ruiny. Podświetlone migotliwym światłem kolumny rzucają fantastycznych kształtów cienie. Skracamy sobie drogę do hotelu właśnie przez ruiny. Wchodząc do środka zamieniamy kilka słów z właścicielem. Kiedy pytamy się, gdzie jest dworzec autobusowy, bo chcemy dojechać z rana do Damaszku z miejsca otrzymujemy propozycję, zaaranżowania podróży. Czekamy kilka minut, Arab wykonuje dwa telefony. Chwilę później oznajmia nam, że właśnie kupił dla nas dwa bilety na jutro rano za 250 Funtów (5 USD). Ponieważ cena jest „przewodnikowa” zadowoleni jesteśmy z takiego obrotu sprawy. Pozostało jeszcze ustalić, gdzie mamy się udać na ten autobus. Arab patrzy na nas jak na przybyszy z Marsa. Jak to gdzie ? Po co macie się gdziekolwiek udawać, autobus zatrzyma się dla Was przed hotelem – słyszymy w odpowiedzi. Kolejny raz szczęki opadają nam do ziemi. Tego dnia bierzemy jeszcze długi relaksujący prysznic, po czym udajemy się do miękkich, wygodnych łóżek. Nie wiadomo, kiedy następnym razem trafi nam się okazja spania w łóżku.


  • RSS