harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2003

…. znajduje się w Cairns, kilkanaście kilometrów od centrum. Ostatnio miałem właśnie przyjemność zawitać tam z moją klasą. Na błotnistym odludziu 8 km od Captain Cook Highway pod czujną opieką kilkunastu osób mieszka 20 000 (dwadzieścia tysięcy) krokodyli. Oczywiście na początku wycieczki jak wszędzie trzeba przejść przez sklepik z tandetą. A w sklepiku wszystko, co może wiązać się z krokodylami. Od drewnianych breloczków, poprzez plastikowe długopisy, uchwyty na butelki, spreparowane pyski młodych krokodyli, podkładki pod myszkę aż po wyroby ze skóry. Tutaj ceny naprawdę zabiły mnie. Zwykły portfel o niewyrafinowanym wyglądzie można zakupić już od 240 AUD wzwyż. Jakoś nie chcę już szukać metki na kurtce, bezrękawniku z krokodylej skóry. Butów, jakie sprawił sobie Michael Douglas w filmie Miłość, Szmaragd i Krokodyl lub podobnych nie zauważam. Kiedy spędziliśmy już wystarczająco dużo czasu w tej cepeliadzie w towarzystwie przewodniczki ruszamy na obchód. Na pierwszy ogień poszedł jeden z największych gadów, jakie są w fermie. Kolega liczy sobie 6 metrów i pewnie około 80 -120 lat. Oszacować to trudno, bo wielkość krokodyla zależy od warunków w jakich zyje. Niestety mimo naszych krzyków i tupania, nawet nie drgnął. Ciekawostką jest, iż oddziela go od nas zwykła siatka ogrodzeniowa. Żadnego podwójnego ogrodzenia, żadnych zabezpieczeń by czasami nie wsadzić tam łapki. Wielki nieruchomy gad wygląda majestatycznie niczym rzeźba. Oglądając go jeszcze nie zdaję sobie sprawy jak śmiertelnie niebezpieczne są te żywe relikty okresu jurajskiego. Następne ogrodzone poletko i następne gady. Tym razem już mniejsze. Nasza przewodniczka, dziewczyna w wieku około 25 lat w typowej kojarzącej się z Australią koszulą, w szortach i charakterystycznych butach za kostkę podnosi z ziemi dwa martwe kurczaki i uderza nimi w ogrodzenie. Najwyraźniej gady znów jednak nie są głodne, bo żaden się nie rusza. Na tej fermie codziennie krokodyle zjadają DWIE TONY kurczaków. Pstrykamy kilka fotek i idziemy dalej. Tym razem się poszczęściło. Po uderzeniu kurczakiem w siatkę ogrodzeniową z pobliskiego estuarium wypełza około 3 metrowa samica. Zbliża się do siatki. Nasza przewodniczka przekłada kurczaka przez siatkę i w tym momencie wielki gad rzuca się na niego. Słyszymy tylko kłapnięcie paszczy i szczęki, których nacisk wynosi 70 ton na cm2 w jednej sekundzie miażdżą wszystkie kości kurczaka. Kiedy patrzę na to widowisko, nie wiem jak można przeżyć spotkanie w wodzie oko w oko z krokodylem. Gigantyczny nacisk szczęk, i szereg zębów wyglądających jak kolce róży nie dają wielu szans zaatakowanej osobie. Idziemy dalej. Przechodzimy koło miejsca, gdzie krokodyle składają jaja. To wielkie błotniste pole porośnięte karłowatą roślinnością. Podbieranie jaj, to niebezpieczne zajęcie. Najpierw odstrasza się krokodyle, później wchodzi 4 osoby. Dwie z nich wybierają jaja, pozostałe dwie asekurują je ze strzelbami. Jak do dziś nie wydarzył się żaden wypadek na farmie, choć kilka krokodyli już zostało odstrzelonych podczas zbierania jaj. Na wolności z każdego gniazda, gdzie samica składa od 50-70 jaj wylega się nie więcej niż 5 %. Na fermie jaja te umieszczane są w inkubatorze, gdzie w temperaturze 31,1 C. wylęgają się małe z około 95% umieszczonych tam jaj. Temperatura 31,1 C. daje największe szanse na wyklucie się samczyków. Jeśli temperatura byłaby o 1 stopień niższa lub wyższa wylęgają się samiczki. Samce są bardziej pożądane z punktu widzenia fermy. Rosną szybciej i są większe, więc dają więcej mięsa i skóry. Krokodyle z początku rosną bardzo szybko. Na farmie gdzie mają pod dostatkiem pożywienia i dobre warunki osiągają 2 metry, czyli wiek do uboju, w 4 lata. Na wolności zajmuje to 5 i więcej lat. Następne dwa metry krokodyla rośnie już 40 lat !!! Dlaczego więc na fermie trzymane są krokodyle większe niż 2 metry ? Okazuje się, że nie tylko dla celów prokreacyjnych. Krokodyle w Australii są pod ochroną i trzeba mieć specjalne pozwolenie na ich odstrzał, więc ferma pełni też rolę pewnego rodzaju przytułku, do którego trafiają gady mające tego pecha, że weszły w drogę człowiekowi. A my tymczasem idziemy z naszą przewodniczką dalej. Mijamy wielkie estuarium pełne brązowej niczym kakao wody. Po ogrodzenia budka dla widzów. Zapełniamy ją dokładnie, podczas gdy nasza przewodniczka schodzi do ogrodzenia i uderza kurczakami w siatkę. Jak na zawołanie prawie z każdego zakamarka błotnistej kałuży wychylają się te prastare jaszczury. Kilka podpływa do płotu. Show must go on !!! Kurczaki znikają jeden po drugim w obszernych paszczach największych gadów. Kilka następnych wrzucanych jest bezpośrednio do wody. W jednej chwili rzucają się na nie mniejsze krokodyle. Obserwujemy jak szarpią je pyskami. Kilka gadów odpływa w zarośla. Schowają tam mięsko na później, aż im skruszeje. My tymczasem idziemy do bardziej przemysłowej części farmy. Przemysłowa część to 46 basenów, w których jest po 300 młodych krokodyli. Baseny te to wybetonowane zbiorniki 10 metrowej długości i około 4 metrowej szerokości, na których dno składa się z 2 równoległych brodzików z wodą i rozdzielających je muldy, na którą mogą wypełznąć krokodyle. W wodzie brodzików poza 300 setkami krokodyli pływa mniej więcej tyle samo głów kurczaków. Widok obrzydliwy. Białe oślizgłe łby, niektóre z częścią przełyku. Nie wiadomo, dlaczego krokodyle je wypluwają. Ostatnim punktem imprezy jest „głaskanie krokodyla”. Jeden z pracowników fermy przynosi nam gada ze związanym pyskiem. Mamy okazję potrzymać go w rękach i pogłaskać. Skóra młodego krokodyla jest delikatna jak jedwab i tak przyjemna w dotyku, że dostajesz lekkiego deja vu, gdyż oczy wysyłają do mózgu sygnał, który kłóci się z tym, jaki wysyłają opuszki palców. Ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu nie zobaczymy jak się krokodyle w inkubatorze wylęgają. Po skończonej sesji zdjęciowej idziemy do wyjścia. Na wysepce w ostatnim ogrodzonym stawie leniwie wylegują się dwa potężne gady. Na płocie przypięte są plastikowe kule wielkości 5 kg piłki lekarskiej podziurawione i przegryzione przez nie. Tuż obok krokodyli na wbitym w ziemie kołku wielka drewniana tablica z napisem „Customer’s Complain Department” :))

Ostatni weekend był nadwyraz intensywny. Dawno już nie spędziłem tyle czasu w ruchu. Wraz z Karoliną postanowiliśmy zebrać małą międzynarodową ekipę i pojechać pobyczyć się na północnych plażach. A zaczęło się wszystko od tego, iż w końcu po 8 miesiącach pobytu rozpracowałem komunikację autobusową w Cairns. Właściwie, to nie było co rozpracowywać, wystarczyło przejść się do biura biletowego firmy SunBus, która zapewnia publiczny transport dla Cairns i przeczytać to i owo. I tak dowiedziałem się, iż w Cairns są 3 strefy komunikacyjne. W zależności od odległości od centrum bilet kosztuje 3.30, 6.60 lub 9.90 AUD i ważny jest na nieograniczoną liczbę przejazdów w przeciągu 24 godzin. Zakupiwszy, więc w sobotę bilet za 9.90 udaliśmy się klimatyzowanym SunBusem na Palm Cove. Uwielbiam północne plaże, choć Palm Cove ze względu na dużą ilość snobistycznych resortów nie jest moją ulubioną lokalizacją. Nie mniej jednak sama plaża jest przepiękna. Podobnie jak na większości północnych plaż w Cairns wzdłuż oceanicznego brzegu biegnie nadmorska esplanada. Od piaszczystej plaży oddziela ją szpaler palm charakterystycznie pochylonych w stronę oceanu. Na Palm Cove esplanada nie tętni takim życiem jak np. ta w centrum miasta lub nawet ta na Trinity Beach. Tu nie ma setek kafejek barów i restauracji. Tu ciągną się niezliczone resorty i apartamentowce. Na pewno nie uświadczysz tu schroniska dla backpakersow. W zamian za to znajdziesz willę, gdzie na dachu urządzono dwa baseny a ich frontowe ściany to przeźroczysta tafla szkła, co pozwala przechodniom obserwować kąpiących się w nich ludzi. To na tej plaży przed jednym z ośrodków stoją dwa Roys Roysy. Najbardziej mnie bawi kiczowata i pretensjonalna architektura niektórych budynków. Ośrodki te zaspokajają próżność wielu osób, których nie stać na prawdziwe pięciogwiazdkowe kurorty jak Marina Miragew Port Douglas a czują się High Society. Słowem raj dla dorobkiewiczów i nowobogackich o małomiasteczkowej fasadowej potrzebie luksusu. Ale my nie przyjechaliśmy do żadnego z tych resortów, ani też nie mamy zamiaru pisać pracy z socjologii na temat ich gości. Niezwłocznie po opuszczeniu klimatyzowanego SunBusa cała międzynarodowa banda w sile 2 Polaków, 4 Szwajcarów i 1 Japonki legła pokotem na plaży. Mieliśmy szczęście, bo woda była jeszcze dość wysoko, albowiem, odpływ dopiero co się rozpoczął. Oczywiście jeszcze raz przekonałem się, że jestem dziwny, bo Karolina zapytała mnie, jakie to morze i czy jest to morze czy ocean. Zbaraniałem, bo nie wiedziałem, gdzie tkwi haczyk. Po krótkiej wymianie wyjaśnień okazało się, że ona serio nie miała pojęcia, nad jakim oceanem leży Cairns. No cóż, widocznie makulaturę zbierała jak było o tym na geografii, a ja po raz kolejny przekonałem się, że chyba lepiej w życiu wiedzie się tym, co za dużo nie wiedzą. Wysiedziałem, a może wyleżałem na ręczniku może z 15 minut, po czym poszedłem na spacer w stronę pirsu. I to jak się później okazało było tragiczne. 40 minutowy spacer w pełnym słońcu wystarczył bym się porządnie spiekł. Jak zwykle najbardziej ucierpiały ramiona, ale również nogi i piersi wcale nie odstawały. Tego dnia jeszcze wiele razy chodziłem na spacer, bo dłużej niż 15 minut leżenia pokotem po prostu nie jestem w stanie zdzierżyć za żadne skarby świata. Podziwiam szczerze tych ludzi, co jadą do Łeby czy ustki, czy też innego Władysławowie, wychodzą rano o 11 na plażę i leżą tam plackiem kilka godzin wchodząc jedynie co pewien czas do morza by się ochłodzić. Cała międzynarodowa banda dzielnie przyjmowała na siebie kolejne dawki promieniowania słonecznego. Stan taki trwał mniej więcej do, 16 po czym udaliśmy się na piechotę wzdłuż plaży na sąsiednią Cliffton Beach. Ja chciałem iść dalej aż na Kewara Beach, ale nie było chętnych. Jeszcze na Palm Cove dwie osoby odpadły ze spaceru, bo raczej nie przemieszczanie się na nogach nie leżało w ich naturze. Wylądowawszy na Cliffton Beach złapaliśmy SunBus do Cairns i wesoło wróciliśmy z powrotem do centrum. Dzień niby nie specjalnie ekscytujący, ale jednak bardzo miły, bo dawno nie kąpałem się w oceanie. Jednocześnie zrobiliśmy plany na dzień następny.
W niedzielę korzystając z tego, że nasze sobotnie bilety ważne są 24 godziny postanowiliśmy dojechać do SkyRail komunikacją miejską, następnie najdłuższą kolejką górską na południowej półkuli do Kurandy. Tego dnia na wyprawę zebrała nas się czwórka. Karolina, ja, Brigide i Jan ze Szwajcarii. Bez problemów dotarliśmy do SkyRaila. I znów tak jak w sąsiadującym z kolejką Japukai, jedyna droga wiodła oczywiście przez sklep z tandetą dla turystów. Ceny około 30% wyższe niż w centrum. Można było zakupić koszulki, kubki, pluszowe pokraczne maskotki, kartki pocztowe, albumy, kartonowe modele wagoników kolejki do sklejania a nawet dyskietkę z wygaszaczem ekranu zawierającym 14, jak głosiła reklama zapierających dech w piersiach, zdjęć zrobionych z kolejki. Przebrnąwszy przez tą naturalną zaporę dotarliśmy do kasy biletowej gdzie za całe 34 AUD kupiliśmy bilet w jedną stronę. Wprost z hallu kasowego wchodzi się do pomieszczenia, gdzie pracownicy SkyRaila umieszczają turystów w gondolach kolejki. Gondole są 6 osobowe, ale 4 dorosłe osoby to już ciasno, więc wszystkie 6 siedzonek może zająć tylko wycieczka japońskich dzieciaków. Po chwili plastikowa gondola ruszyła w 7 kilometrową podróż do Kurandy. Widoki są przepiękne. Każdy z nas non stop kręcił się po gondoli robiąc fotki z każdej możliwej strony. Z początku kolejka dzielnie wspina się na otaczające Cairns góry. Z każdym metrem nabieranej wysokości rozpościera się przed nami coraz piękniejszy widok. Na szwajcarach nie robi takiego wrażenia, ale na mnie, człowieku z równin widok jest oszałamiający. W dole przesuwa się majestatycznie wiecznie zielona puszcza deszczowa. Obserwuję z góry wielkie paprocie drzewiaste te, które tak mi się podobały podczas pierwszego wypadu z Dorotą nad Lake Moris. Nieprzebyta gęstwina, dzika nieopanowana przyroda to jest to, co tygryski lubią najbardziej. Po pierwszych 2 800 metrów mamy stację przesiadkową. Zanim jednak zaokrętujemy do następnego wagonika musimy przejść specjalnym pomostem 160 metrową ścieżkę edukacyjną w środku dżungli. Ścieżka, jakich wiele już przebyłem, ale wrażenia wciąż takie same. Nieustający podziw dla dżungli, wielkich jak katedra drzew figowych, gąszczu lian, paproci drzewiastych, gęstego listowia i niesamowitego hałasu mieszkańców koron drzew. Po obowiązkowej sesji fotograficznej udajemy się w kolejny odcinek. Ten przez ¾ trasy wydaje się nudny. Nie ma już takich pięknych widoków, bo znajdujemy się po 2 stronie gór, które zasłaniają nam Cairns. Ale za to ¼ trasy wynagradza nam wszystko. Naszym oczom ni stąd ni zowąd ukazuje się Barron Falls, czyli wodospad, o którym już kilkakrotnie wspominałem. Z takiej perspektywy jeszcze go nie widziałem !!! Nie tylko z góry, ale również od drugiej strony w stosunku do moich poprzednich wizyt. No i jeszcze największy stan wody, jaki miałem okazję zobaczyć. Z wrażenia nie zrobiłem nawet zdjęcia, bo z rozdziawioną do granic możliwości szczęką obserwowałem ten widok. Po kilku minutach docieramy do 2 stacji przesiadkowej. Tam kolejna ścieżka turystyczna i 2 punkty widokowe dla turystów. Widok z nich jednak jest o wiele, wiele gorszy niż z gondoli kolejki. Po pierwsze nie obejmuje tak szerokiej perspektywy, a po drugie sporo zasłaniają rosnące w pobliżu drzewa. Na tym przystanku dowiaduję się coś niesamowitego. Na rzece Barron znajduje się podziemna hydroelektrownia. Wiedziałem, że jest elektrownia, ale nie miałem pojęcia, że to tak funkcjonuje !!! Zamiast spiętrzać wodę za pomocą tamy i w ten sposób wykorzystać energię wody, na rzecze Barron wykorzystano naturalną różnicę poziomów. Wdrożony w litej, wulkanicznej skale tunel doprowadza wodę z rzeki do znajdującej się kilkaset metrów niżej podziemnej turbiny. Cała elektrownia mieści się pod ziemią a na powierzchni są widoczne dwa niewielkie budyneczki. Elektrownia ma 60 MW mocy i powstała tu w 1963 roku. I tak nie ingerując w krajobraz i nie naruszając równowagi ekologicznej można wykorzystać naturalne zasoby przyrody. Po tej lekcji poglądowej jak korzystać z głową z darów natury wsiadamy do gondoli i udajemy się na ostatni etap podróży. Po wspięciu się na kolejną, tym razem nie już tak wysoką górę nasza kolejka łagodnie opada w stronę Kurandy unosząc nas nad bardzo malowniczą równiną, przeciętą Barron River niczym wielką, błękitną wstęgą wijącą się wśród wszechobecnej zieleni. Wysiadamy z kolejki. Udajemy się na dworzec kolejowy, bo jest wary zobaczenia. To już moja 3 wizyta w Kurandzie. Wszystko byłoby ok., gdyby coraz bardziej nie dawały znać o sobie wczorajsze kąpiele słoneczne. Całe plecy i ramiona zaczynają piec żywym ogniem, a wpijające się w nie paski plecaka wcale nie poprawiają mojego samopoczucia. Nie wiedziałem, że później będzie jeszcze gorzej. Na początek dopadamy sklep spożywczy. Kupuję połówkę kurczaka, bagietkę i 600 ml Colę i na najbliższej ławce konsumuję obiad. Karolina zadowala się jogurtem z połową mojej bagietki. Szwajcarzy nie są przyzwyczajeni do takiego barbarzyństwa. Jan kupuje w jednym z barów chickenburgera, Brigide raczej nas nie rozumie i pozostaje bez jedzenia. Jak tylko się posililiśmy Karolina dorwała sklep z didgeridoo. I tu kolejne zaskoczenie. Sklepów z tą tandetą w Cairns jest mniej więcej tyle, co kiosków ruchu w Polsce a dla niej było to pierwsze zetknięcie z tym instrumentem. Jak można będąc 4 tygodnie w Cairns nie natknąć się na to na serio nie wiem. Sprzedawca, Szwajcar z pochodzenia, był niesamowicie pocieszny. Dał nam mały koncert, pokazał różne rytmy wygrywane na didgeridoo i pozwolił wypróbować instrumenty. Najlepiej to szło Janowi, choć i Karolina jak na pierwszy raz całkiem dobrze sobie poradziła. Brigide nie grała. Dlaczego ? Nie wiem. Po tej lekcji udaliśmy się na spacer ścieżką po buszu. Po pierwszych 1 200 metrach doszliśmy do drogi skąd było 1,5 km do Barron Fallus wzdłuż asfaltowej drogi. Zapytałem się ludzików czy idziemy i zadecydowaliśmy, że tak. Była to jedna z gorszych decyzji w moim życiu. Słońce tego dnia było iście letnie, nie wiosenne. Prażyło niemiłosiernie. Tutaj najostrzejsze słońce jest między 14 a 16. Słoneczko grzało koszulę a ta poparzone poprzedniego dnia ramionka. Całości doprawiały wżynające się w podrażnioną skórę paski plecaka. Na dodatek droga wiodła non stop do góry i na dół. Słowem, było to najdłuższe półtorej kilometra, jakie przeszedłem od dłuższego czasu. Najbardziej cierpiała Brigide. Z resztą od tego czasu już wyraźnie widać było, że nie jest zwierzęciem turystycznym i raczej przywiązana jest do zdobyczy cywilizacji. W końcu po wielu przekleństwach dotarliśmy nad wodospad. Tu też byłem już po raz trzeci, ale tym razem widok był najlepszy, gdyż jak już wspomniałem poziom wody w rzece był największy. Odsapnąwszy nieco na górnej platformie widokowej zeszliśmy pomostami wśród drzew na niższą platformę sąsiadującą z torami kolejowymi, po których jeździ Kuranda Train. Kiedy siedliśmy na chwilę na ławce Brigide z rozbrajającą szczerością zapytała się o której jest następny pociąg do Cairns !!! Dopiero musieliśmy jej wytłumaczyć, że to nie Szwajcaria i w Australii kolej spełnia inne zadania. W sumie po torach tych jadą dziennie dwa pociągi z Cairns do Kurandy (o 8.30 i 9.30) oraz oba wracają w granicach godz.15. Poza tym raz w tygodniu kursuje jeszcze Savanahlander, który wozi turystów z Cairns do Forsayth i oba te rodzaje pociągów to atrakcje turystyczne a nie środki komunikacji masowej. Powrót z nad Barron Falls był równie długi i męczący, co dotarcie do wodospadu. Kolejne strasznie długie 1,5 kilometra. Kiedy doszliśmy do punktu z którego nasza ścieżka przez las spotykała się z drogą nad wodospad Brigide patrzyła tylko która drogą jest bliżej do wioski. Nie pomogły tłumaczenia, że 1,2 km po asfalcie na prażącym słońcu gdzie teren non stop opada się i wznosi jest jednak miej przyjemne niż 1 470 metrów przez las, gdzie nie tylko jest cień, ale również jest płasko. Nie upierałem się specjalnie, bo determinacja w oczach Szwajcarki była okrutna. Dotarliśmy do Kurandy, gdzie kompletnie wszystko było zamknięte. Odjechał ostatni pociąg, odjechała ostatnia kolejka górska i wioska opustoszała. W planie było dotrzeć do Cairns tanim autobusem, który zwozi z Cairns turystów za 1 AUD tylko po to by wydali w Kurandzie mnóstwo pieniędzy na towary, które kosztują 3 razy więcej niż gdzie indziej. Plan był piękny tylko trudny do realizacji, bo w niedzielę ostatni autobus odchodzi o 2 po południu. No to utknęliśmy na dobre. Zostało nam 2 możliwości. Jedna to iść na szosę i próbować łapać okazję, co jest trudne we 4 osoby i musielibyśmy podzielić się na 2 grupy, bo całej czwórki raczej by nikt nie zabrał. Druga możliwością było wzięcie taksówki, która kosztuje 76 AUD. Kiedy tylko przygodnie napotkany tambylec wspomniał o taxi Brigide ochoczo wykrzyknęła, że ona chce taxi. Ja nie byłem tak ochoczo nastawiony do tej myśli głównie ze względu na koszt. Karolina na szczęście też biła się z myślami. Jan, nie miał zdania. Kiedy ruszyliśmy nasze zmaltretowane ciała z ławki przed informacją turystyczną w Kurandzie myślałem, że skończy się jednak na taxi. Na szczęście z opresji wyratowała nas Karolina. Niczym rącza łania pobiegła do ….. Straży Pożarnej. Po kilku minutach rozmowy tak zbajerowała strażaków, iż jeden z nich zabrał nas swoim prywatnym samochodem do miasta !!! Byłem dosłownie wniebowzięty, że nie musze tracić 19 AUD na taksówkę. W samochodzie, który był pewnie niewiele młodszy ode mnie tuż za tylnimi siedzeniami potężne głośniki a w nich dość głośna muzyka metalowa. Serpentyny wijące się pomiędzy Kurandą a Cairns pokonywaliśmy z prędkością, na jaką na pewno nie pozwoliłbym sobie na tym odcinku. Po drodze zatrzymaliśmy się na jednym z punktów widokowych, by po kilku minutach pognać znów w dół. Całą wycieczkę zakończył mały zgrzyt. Brigide chciała kupić mój rower. Więc powiedziałem jej cenę 100 AUD, bo za tyle mogę go odsprzedać do sklepu, z którego go kupiłem. Brigide się zgodziła i tu włączyła się do dyskusji Karolina, choć nikt ją o to nie prosił. Zaczęła marudzić, żebym nie naciągał dziewczyny, żebym opuścił cenę, bo, po co jej używany rower za 100 AUD jak może kupić nowy za 99. Szlag mnie trafił na miejscu. Po pierwsze nie pytał ją nikt o zdanie, po drugie w życiu nie widziałem roweru nowego za 99 AUD, a nawet jak już by był na jakiejś wyprzedaży, to pewnie podłej jakości. I co ? I nic. Jeszcze raz się kłania stara zasada. Polak za granicą, jeśli ci nie zaszkodzi to znaczy, że już Ci pomógł. A ja baran jestem chyba już niereformowalny, bo bazując na swoich poprzednich doświadczeniach z rodakami powinienem omijać towarzystwo Karoliny wielkim łukiem. Nie wiem czy jakakolwiek inna narodowość postąpiłaby w ten sposób, tym bardziej, że Karolina nie miała w tym żadnego interesu. Jedynym efektem będzie, że Brigide kupi szrota, na którego będzie pewnie zemściła, wyda na rower plusk kask plus zamek tyle samo, a ja pozostanę z moim starym rowerem. Mimo tego zgrzytu na koniec cały weekend był bardzo udany i okrutnie się cieszę z tych dwóch intensywnych dni.

Co pewien czas w mojej szkole powracają te same tematy. Studenci zmieniają się dość intensywnie i każda tura powinna dowiedzieć się co nieco o Aborygenach. Za każdym razem mam to szczęście, że dowiaduje się czegoś innego, nowego, interesującego. Mam to szczęście, że zawsze temat ten jest eksplorowany przez rdzennego Australijczyka. Pierwszym razem był to Ian, później Maria a teraz za 3-cim razem znów Ian. Jak już wielokrotnie pisałem, to bardzo ciekawy człowiek. Z wykształcenia jest nauczycielem „science” czyli grupy przedmiotów obejmujących fizykę, biologię, chemię i geografię. Znudziła go jednak ta praca, zrobił certyfikat nauczyciela języka angielskiego i wyruszył na podbój Europy. W Hiszpanii uczył małe dzieci, w Niemczech prowadził business english. Tam też poznał swoją żonę. Obecnie osiadł w Cairns na Kewara Beach. Człowiek o naprawdę szerokich horyzontach, interesujący się nie tylko Australią, ale i światem. Bardzo dobry nauczyciel, znakomity pedagog. Tolerancyjny z poczuciem humoru.

Ubiegło tygodniowy „Unit” w książce obejmował temat Utopii. Cały tydzień po prostu podobał mi się niemiłosiernie. Na przykładzie uczenia się o Utopii oczywiście pogłębialiśmy swoją znajomość angielskiego o zaawansowane struktury, słownictwo i frazy. Tydzień zaczęliśmy od porównania Utopii zdefiniowanej przez Platona (360 p.n.e.), Tomasza Moora (1516) (tak przy okazji dla tych, co mieli na studiach lub w szkole przedmiot typu „podstawy ideologiczne komunizmu”, pragnę donieść, że większość postulatów idealnego komunizmu zostało zerżnięte właśnie z idei Moora ), H.G. Wellsa (1905) i Jamesa Hiltona (1933). Później przez cały tydzień dyskutowaliśmy nad różnymi przejawami Utopii. Mówiliśmy o Kostaryce, gdzie armia jest zdelegalizowana konstytucją z 1948 roku, gdzie jest 5 uniwersytetów, nauczycieli wszelkiego szczebla jest więcej niż policjantów, a śmiertelność noworodków jest jedna z najmniejszych w świecie. Rozmawialiśmy o mieście Brasilia, stolicy Brazylii, idealnym utopijnym mieście wybudowanym od podstaw (nie wiem, czemu naszło mnie skojarzenie z Nową Hutą, która tak prawdę mówiąc jest 10 razy bardziej zdatna do życia niż szare blokowiska sypialni lat 70-tych i 80-tych. Przynajmniej w NH są kina, teatry, przedszkola, baseny, sklepy, co na Stegnach czy Sadybie „spadło z planu”). Podczas takich lekcji nie tylko interesujących, bo dowiadujesz się czegoś nowego, ale również, bo niepostrzeżenie rozwijasz swój angielski w dziedzinie, jakiej na pewno nie rozwiniesz podczas codziennej konwersacji, nie można się nawet 10 minut nudzić. Ian postanowił wykorzystać ten temat i połączyć go z tematem rdzennych mieszkańców Australii, co uczynił rzucając jako przewodni temat popołudniowych zajęć tezę dyskusyjną „Czy życie Aborygenów przed przybyciem białych można uznać za Utopię”. Żeby odpowiedzieć na tak postawione pytanie, najpierw trzeba zgłębić temat Aborygenów. Więc do dzieła, podsumujmy w skrócie, co wiem do tej pory.

Aborygeni przybyli do Australii około 40 – 50 tysięcy lat temu. Najprawdopodobniej przybyli z Azji Południowo Wschodniej, choć niektórzy twierdzą, iż ich DNA wykazuje podobieństwo do DNA znalezionego u mieszkańców Indii. Przed przybyciem pierwszych Europejczyków Aborygeni żyli w epoce kamiennej. Od 50 tysięcy lat nie rozwinęli się cywilizacyjnie.

Aborygeni praktycznie żyli niemalże jak kolejny gatunek zwierząt w przyrodzie. Nie budowali osad. Był to lud wędrujących zbieraczy, czyli jak to ładnie teoria nazywa nomadów. Żyli w grupach klanowych, blisko spokrewnionych ze sobą opartych na więziach rodzinnych. Klan liczył od 30-50 osób. W ciągu roku wędrowali po swoim terytorium zbierając pożywienie. Jeśli w styczniu owocowały drzewa mango w jednym miejscu ich terytorium, to klan był w tamtym miejscu. Jak skończyły się owoce to szli dalej. Czasami polowali na jaszczurki i kangury, ale te ostatnie np. wrzucali w całości do ognia spożywając takie na wpół spalone na wpół upieczone. W obszarach nadmorskich lub w okolicy rzek polowali na ryby za pomocą dzid. W Cairns na Kewara Beach znajduje się miejsce zwane „zamek”, naturalna pułapka na ryby wykorzystywana przez Aborygenów do zbierania ryb. Kamienne głazy ułożone są w kształcie niewielkiego basenu. Ryby, które tam wpłyną podczas przypływu, lub wrzucone wysoką falą wpadają w pułapkę, gdyż cofająca się woda wypływa szczelinami pomiędzy głazami, podczas gdy za duże na to ryby zostają na piasku. Terytorium jednego klanu zajmowało od kilkuset kilometrów kwadratowych w okolicach Cairns, gdzie pożywienia było pod dostatkiem, do kilkunastu tysięcy km2 w pustynnym sercu kontynentu.

Aborygeni nie posługiwali się wieloma narzędziami. Mieli bumerangi i dzidy do polowania i obrony. Posługiwali się też kamiennymi siekierkami. Aborygeński Hi-Tech to specjalny uchwyt do dzidy (woomera), który wykorzystując fizyczne prawo dźwigni powodował, iż dzida wyrzucana była z większą siłą a co za tym idzie leciała dalej. Spotkałem się z tezą, że nie był to jednak wynalazek autochtonów, ale zaimplementowane rozwiązanie podpatrzone od okazjonalnie odwiedzających wybrzeża Australii innych plemion i ras. W większości Aborygeni nie nosili ubrań, jedynie wąski skórzany pasek wokół bioder, który raczej służył im do przyczepiania różnych rzeczy niż do zakrycia nagości. W obszarach pustynnych, gdzie w sezonie zimowym temperatura może spaść do 0 stopni w nocy niektóre klany wykorzystywały skóry kangurów. W okolicach Cairns, było to zupełnie niepotrzebne. Poza tym ochronę przed zimnem stanowiło spanie całą grupą „w kupie” a czasem nawet ogrzewanie się od psów.
W całej Australii było około 700 klanów mających swoje własne języki. Najbliżej sąsiadujące ze sobą klany posługiwały się podobnymi językami, lecz w miarę odległości języki różniły się coraz bardziej, tak że języki z okolic Cairns to zupełnie inna grupa językowa niż te ze środka kontynentu, lub z Sydney, że o znajdującym się po drugiej stronie Perth nie wspomnę, Raz do roku klany z sąsiadujących terytoriów spotykały się na wielkim „festynie”. Tam wymieniały się plotkami i darami ziemi, tańczyli obrzędowe tańce, aranżowali małżeństwa. Ponieważ klany opierały się na więziach rodzinnych, a nie jest dobrze, gdy rodzice są ze sobą zbyt blisko spokrewnieni małżeństwa były przeważnie ponadklanowe. Powodowało to, nie tylko wymianę materiału genetycznego, ale również przeciwdziałało ewentualnym walkom plemiennym, bo przecież każdy z klanów miał licznych członków rodziny w sąsiadujących klanach.

Ciekawym rozwiązaniem jest organizacja sfery życia sexualnego. Każdy chłopiec w wieku 12 lat zanim stał się zdolny by być głową rodziny przechodził intensywny kurs u najbardziej doświadczonej kobiety w klanie. Tak samo każda dziewczynka w wieku 12 lat szła na „kurs przedmałżeński” do najstarszego i najbardziej doświadczonego mężczyzny w klanie, który to wprowadzał ją w tajniki tej sztuki. Ze związków tych nie rodziły się dzieci co dobrze świadczy o antykoncepcji metodą medycyny buszu. Niejednokrotnie dziewczyna czy chłopak już mieli zaaranżowanego partnera do małżeństwa a przechodząc taki kurs wchodzili w związek jako doświadczeni kochankowie, którzy nie uczą się na własnych błędach. Powodowało to też, że sex nie był tematem tabu, czy czymś wstydliwym jak w naszej kulturze. Swobodne podejście do tej sprawy spowodowało, duże problemy wraz z pojawieniem się dużej liczby wyposzczonych przybyszy z purytańskiej Anglii. Jeśli liczyć, że średnia życia Aborygenów przed przybyciem Europejczyków wynosiła miej więcej tyle, ile przystało na ludzi z epoki kamiennej, czyli w granicach 40 lat, to moment inicjacji sexualnej wcale nie wygląda na przedwczesny, tym bardziej, że dzieci w klimacie tropikalnym znacznie wcześniej dojrzewają sexualnie niż ich rówieśnicy w zimnej Europie. (dla miłośników tego typu skandali polecam dokładne przestudiowanie Pana Tadeusza i wyszukanie ile lat miała Zosia w momencie ślubu z Tadeuszem)

Sztuka aborygenów była tak samo niewyrafinowana jak ich pozostałe dziedziny życia. Jedynymi instrumentami było didgeridoo, czyli długa drewniana, pusta w środku rura, na której grali tak, jak dzieci grają na rurze od odkurzacza oraz drewniane pałeczki, którymi wybijali rytm. W malarstwie naskalnym przeważa motyw „kropkowany”. Jest on charakterystyczny bardziej dla plemion suchego środka. W okolicach Cairns aborygeńscy artyści posługiwali się pewnym rodzajem pędzelka. Rozgryzali oni bowiem w ustach łodygi roślin włóknistych i otrzymanym w ten sposób narzędziem rozprowadzali farbę po obrazie. Tradycyjny podpis artysty, to obrys własnej dłoni zrobiony za pomocą aerozolu, jaki stanowiły wypełnione farbą usta. Aborygeni nie rozwinęli żadnego rodzaju pisma, ani pergaminowego, Ani supełkowego . Nie mieli żadnego alfabetu. Całą historię przekazywali z pokolenia na pokolenie ustnie. Stąd też widocznie różne wierzenia i religie i przekazy dotyczące przeszłości. Słowo mówione przekazywane z pokolenia na pokolenie zmienia się wraz ze zmianą języka. Nawet najbardziej starając się dochować wierności przekazu zawsze jest możliwość zatarcia jakiegoś faktu lub jego innej interpretacji niż przodkowie.

W całe życie Aborygenów wkraczało cos, co nazwalibyśmy dziś religią. Wierzyli oni, że wszystko zaczęło się w okresie zwanym Dream Time, czyli okresie kreacji, kiedy powstało wszystko, co ich otacza. Co ciekawe mimo znacznego zróżnicowania wierzeń, mitów i języków rożnych klanów w każdym przypadku w opowieściach o Dream Time powtarza się motyw węża. Jak niektórzy wiedzą, w naszej religii z Adamem i Ewą też był wąż w raju. :) Aborygeni uważali, że duchy są zaklęte w każdej żywej istocie, która ich otacza. Każde, zwierze roślina czy nawet kamień mógł być ich przodkiem. Ich wierzenia oparte są ogólnie mówiąc o jedną żywą substancję, która przybrała na ziemi różne formy. Na dodatek mają dość szeroko rozwinięty system totemów. Każdy aborygen jest kangurem, lub koalą, lub jaszczurką, wombatem, dziobakiem, itp. Wierzy, że te zwierzęta mają duszę jego przodków, więc na nie nie poluje, by nie skrzywdzić być może kogoś ze swojej rodziny. Nie wiem do końca, w jaki sposób był wybierany totem dla nowo narodzonego dziecka, ale wierzenia i zasady wg jakich żyli były tak kompleksowe, iż możliwe jest iż wiedzieli, jeszcze przed urodzeniem jaki totem będzie miało każde narodzone dziecko poszczególnych rodziców.

I tu właśnie kłania się temat Utopii. Oto, bowiem w Utopii wyznaczonych było szereg zasad i ról dla dobra wspólnego społeczeństwa, którym podporządkowani byli wszyscy obywatele. Zasady te wkraczały dość głęboko w życie jednostki, która im się bezwzględnie podporządkowała. Tak samo Aborygeni podporządkowywali się zasadom swojego życia klanowego, dzięki czemu żyli w zgodzie i w symbiozie z przyrodą. Analizując założenia utopii doszliśmy w klasie do wniosku, że taki ideał zabija postęp, bo ludzie niepokorni, niezadowoleni ze swojego statusu w grupie chcą zmienić świat i są motorami postępu. Lubię stwierdzenie, że gdyby człowiek był zadowolony z tego co ma, to do dziś nie zszedłby z drzewa, lub nie wyszedł z jaskiń. Jeśli przyjąć taką tezę Aborygeni musieli żyć w Utopii lub bardzo blisko niej. Przez 50 000 lat nie zanotowali postępu cywilizacyjnego, a ich życie było proste, spokojne niemal idealnie zsynchronizowane z rytmem przyrody i podporządkowane setkom zasad, których się bardzo ściśle trzymali.

… spacerować o zmierzchu nad oceanem. Złożony do łóżka od piątku potężną gorączką, którą przeżyłem tylko dzieki wydatnej pomocy dziewczyn z piętra, które mnie naszprycowały lekami, nakarmiły w południe i pozwoliły się porządnie wyspać, po 2 i pół dnia spędzonych w łóżku poszedłem dziś na spacer. W Cairns nie ma pięknych zachodów słońca, gdzie wielka czerwona kula znika powoli w czeluściach oceanu. Cairns leży na wschodzie AUstralii i słońca zachodzi gdzieś za górami oddzielającymi miasto od Tablelandu. Ale i tak uwielbiam zachód słońca nad oceanem, kiedy spaceruję nad laguną, a na rozgrzanych blachach publicznych BBQ skwierczą smażone steki, kiełbaski, ryby i warzywa, kiedy słysze gwar rozmów i śmiech rozkrzyczanych dzieci bawiących się nieopodal na trawnikach, kiedy zapadający z wolna zmierzch rozświetlają umieszczone w chodnikach reflektorki, kiedy niebo nad górami pokryte jest pomarańczowo purpurową barwą. Dziś był odpływ. Ocean cofnął się daleko daleko. Róznice poziomu wody między przypływem a odpływem w Cairns sięgają około 2m, a dno jest dość płaskie, tak, że podczas całkowitego odpływu woda jest może z kilometr od brzegu odsłaniając zalegający na dnie muł. Na piaszczystych łachach rozpanoszyły się pelikany. Ich wielkie niezdarne dzioby, oraz nieproporcjonalnie krótkie nóżki nadają im karykaturalnego wyglądu. Dziś dość pokaźne stado spokojnie siedziało na piaszczystym skrawku brzegu. Nieliczne ptaki majestatycznie i powoli przemieszczały się w stronę mulistego bagna kołysząc przy okazji całym swoim niezdarnym cielskiem. Na odsłoniętym odpływem oceanicznym mule żerowały ibisy co raz to zanurzając swoje dłuuuugie, cieńkie, sierpowato wygięte dzioby w wysychającym błotku. Ich nogi są dokładnym przeciwieństwem nóg pelikanów. Długie, chude niczym pałąki lub szczudła. Wśród pelikanów i ibisów przemykały rozkrzyczane wszędobylskie mewy. Bardzo lubie te spacery nad laguną. Uwielbiam takie kontrasty jak zderzenie zagospodarowanej przez człowieka Esplenady z mulistą pozostałością odpływu. Uwielbiam patrzeć na dzikie ptactwo mając kilkadziesiąt kroków do sklepów z plastikową tandetą i tanimi pamiątkami. Pozatym uwielbiam Cairns !!!

W charakterze naszych rodaków częściej idą Wielkie Zrywy, niż długotrwała, żmudna, benedyktyńska praca u podstaw. Efekty tych zrywów choć z pewnością są widoczne, nie są tak stabilne i długotrwałe jak te, osiągnięte powolną wytrwałą pracą. Kilka dni temu przyszła mi taka konkluzja po przeczytaniu artykułu w Gazecie Wyborczej o udziale polskich żołnierzy w wojnie i w misji w Iraku. Oto bowiem zdaniem autora dzięki tej misji Polska wyjdzie z 2 ligi krajów europejskich, zaznaczy się na arenie międzynarodowej, zyska należne 40 milionowemu narodowi miejsce w Europie. Przyszedł mi właśnie na myśl bohaterski zryw, który da nie więcej niż 5 minut na arenie międzynarodowej, a o Polsce nadal nikt nie będzie słyszał w szerszych niż polityczne kręgach. Przyszło mi na myśl też, że Czesi pracują na swój wizerunek od dawna, bez fajerwerków i burzliwych szczytnych akcji. I oto kilkukrotnie mniejszy od Polski kraj jest szeroko rozpoznawany w Australii. W niektórych kantorach w Cairns, można wymienić czeskie korony !!!, w wielu biurach podróży leżą foldery zachęcające do wyjazdu do Pragi. Kiedy któryś z moich rozmówców rozpozna mój słowiański akcent od razu pyta mi się czy jestem z Czech. Kiedy jakiemuś azjacie staram się umiejscowić Polskę w Europie zawsze pytają mi się jak nasz kraj jest położony w stosunku do Czech. Mick Jagger wybrał Pragę na miejsce głównych obchodów swoich 60-tyh urodzin. Dziwne ? Nie, wcale nie dziwne. Ten kraj od wielu, wielu lat systematycznie, metodą małych kroczków dążył do tego, by być rozpoznawalny na arenie międzynarodowej i zaczyna już zbierać pierwsze owoce tych działań, podczas gdy w Polakach drzemie przekonanie, że wystarczy urządzić jeden wielki show i wszyscy nas zapamiętają. Jeśli chodzi o wojnę w Iraku, to raczej totalna porażka. W australijskich mediach w wojnie tej brali udział Amerykanie, Brytyjczycy i Diggers (kopacze – to slangowe określenie na armię australijską). Po obaleniu Saddama Australijczycy wrócili do domów i wg tutejszych mediów na polu boju zostali już tylko Amerykanie i Brytyjczycy. Mimo heroizmu i bohaterstwa naszych polityków, w oczach społeczeństwa australijskiego nie zaistnieliśmy, w przeciwieństwie do Czechów, którzy doczekali się obszernego reportażu w TV podkreślającego walory turystyczne tego kraju.
Przykłady można mnożyć. Kolejnym jaskrawym przykładem naszego narodowego charakteru jest WOŚP. Raz do roku w styczniową niedzielę cały kraj szaleje podczas Wielkiego Finału. Kilkadziesiąt tysięcy wolontariuszy przez cały dzień od rana do wieczora biega z puszkami i czasami nachalnie zaczepia o datki, by przez następne 364 dni w roku nie zrobić nic. Może by tak zamiast zebrać 500 PLN jednego dnia w roku zebrali po 20 PLN każdego tygodnia ? Dałoby to dwa razy więcej pieniędzy na szlachetny cel. Ale nawet wielka i rozkrzyczana WOŚP to kolejna porażka Wielkiego Zrywu ze zwykła szarą codzienną pracą u podstaw. Oto bowiem oglądając sprawozdania z działalności WOŚP z zaskoczeniem stwierdzam, że w roku 2002 przeznaczyła ona mniej środków na działalność charytatywną niż działający bez fajerwerków CARITAS. My jednak wciąż chętniej bierzemy udział w Wielkim Zrywie niż żmudnej dłubaninie. Dobrze, że znalazł się Owsiak, który potrafił dostrzec tą narodową przywarę z korzyścią dla potrzebujących dzieci.
W Australii dobroczynność jest dniem codziennym. Bez wielkich narodowych zrywów i akcji, ale za to z głęboko zakorzenioną tradycją w kulturze i umysłach mieszkańców AU. Tu, bowiem Latający Lekarze dostają jedynie 60% budżetu od Państwa a brakujące pieniądze zarabiają na sprzedaży gadżetów lub dostają w charakterze codziennych datków i akcji wielu tysięcy wolontariuszy. To tu organizuje się 800 km rajd na kosiarkach do trawy by zebrać dla nich pieniążki. To tu dyrekcja lotniska przekazuje do licytacji zarekwirowane turystom scyzoryki, a zebrane pieniążki idą na działalność Latających Lekarzy. To tu lokalna policjantka wykorzystując zaufanie społeczne, jakie daje jej zajmowane stanowisko, zorganizowała swoją małą akcję charytatywną wspierając dzieci chore na białaczkę. Akcja polegała na publicznym ogoleniu pięknych sięgających do pasa kruczo czarnych włosów i licytacji uplecionego z nich warkocza. To tu burmistrz miasta publicznie zakupił kilka szczepionek przeciw tropikalnym chorobom, by dać przykład mieszkańcom miasta, że jeśli kilka tysięcy osób wyda po kilkanaście dolarów to być może uratują życie 14 000 dzieci na Timorze Wschodnim.
Mając bardzo podobny charakter do naszego narodowego, nie potrafiąc pracować systematycznie a raczej intensywnie w krótkich okresach podziwiam ten typ codziennej, żmudnej, mozolnej i benedyktyńskiej pracy.

Ostatnimi czasy nieco się zmieniło. Po pierwsze słodkie nieróbstwo wakacji się skończyło i pierwszego września trzeba było się zameldować w szkole. Ostatni tydzień przed wakacjami był jednak dość pracowity. Doszło nawet do tego, że jednego dnia spędziłem przed komputerem 19 godzin. Jak siadłem po 20 wieczorem, tak skończyłem około 16 dnia następnego. Po odejściu od komputera poczułem się jak biały Zombie. Poza tym, w tym ostatnim wolnym tygodniu skończyłem czytać „Smoczy Tron”. 912 stron ciężkiego angielskiego już poza mną. Teraz czeka mnie jeszcze około 2 500 stron pozostałych tomów trylogii. Książką jestem oczarowany. Czytanie w oryginale jest zupełnie innym wyzwaniem niż czytanie tłumaczenia, nawet najlepszego. A tak na marginesie, czy wiecie, że język polski był 3 językiem, na jaki przetłumaczono „Władcę Pierścieni” ? Ciekawe, dowiedziałem się tego dopiero tu w Australii. W poniedziałek czekał mnie ciężki powrót do szkoły. Ciężki ze względu na konieczność wstania raniutko. Na moje szczęście mam tą samą parę nauczycieli. O ile Nero po prostu toleruje, tak Iana wprost uwielbiam. Moja klasa to obecnie 10 osób – 10 Szwajcarów i ja. Mam awersję leciutką do Szwajcarów z mojej grupy, bo nonstop rozmawiają między sobą po niemiecku. Jest to szczególnie uciążliwe, kiedy np. poszliśmy na lunch do Ogrodu Botanicznego. Dobrze, że był z nami Ian, to przynajmniej miałem z kim porozmawiać. Nie wiem czy w Szwajcarii jest to powszechnie przyjęte, ale jak na moje jak i Iana standardy po prostu jest to bardzo nieuprzejmie z ich strony. Ciężko też zmontować jakąś fajną ekipę na wypad wieczorem, bo po prostu nie ma jak z nimi porozmawiać. Pod tym względem klasy, takie jak miałem na początku, czyli z Japończykami Koreańczykami, Szwajcarami, Kolumbijską, Brazylijką lub Hiszpanką są o wiele lepsze i bardziej z sobą zżyte. Pierwszego dnia szkoły nie ominęła mnie też spora niespodzianka. Okazało się, że od 3 tygodni jest w szkole Polka !!! To ewenement, bo ostatni Polak był tu w styczniu. Polka, to Karolina, lat 23 z Wrocławia, studentka politechniki. Jest niesamowicie ruda i piegowata. Nie da się inaczej na nią powiedzieć niż per „ruda” . Przebojowa dziewczyna, dość energiczna i żywiołowa. Jak dobrze do kogoś gębę po polsku otworzyć !!! Karolina zostaje tu aż do stycznia. Karolina wokół siebie zdołała w te 3 tygodnie zorganizować międzynarodową bandę opojów. W sam raz na wtorkowe wypady do SportsBaru, ktory odwiedzilem po 4 tygodniowej przerwie. Choć musze powiedzieć, iż dziewczyna musi dysponować sporym budżetem, bo w rozmowie wyszło, że dość często chodzi do knajp i to nie koniecznie tych na studencką kieszeń. Ciekawe czy jej rodzice kurka nie zakręcą jak przegnie, bo Cairns potrafi na serio zdrenować nawet porządnie wypchany portfel.:)


  • RSS